Joanna Kulig: Poczekajcie trochę

Joanna Kulig
Fot. Rafał Masłow

Zagrała z Juliette Binoche, Kristin Scott Thomas i Ethanem Hawkiem. Wszyscy podkreślają urodę Joanny Kulig, tymczasem ona ostatnio wcieliła się w postać wiedźmy czerwonowłosej bez oka. A gdy stała się popularna, myślała tylko, jak by to cofnąć. Całkiem zwyczajna aktorka z szansą na niezwykłą karierę. I marzy o krajowym musicalu.

Joanna Kulig
Fot. Rafał Masłow

Jak to się stało, że sam Paweł Pawlikowski napisał rolę specjalnie dla ciebie?

Na Pawła trafiłam dość niespodziewanie. Miał kręcić film w Polsce. Cezary Harasimowicz, czyli współscenarzysta tego filmu, dał mu „Doktor Halinę” – spektakl Teatru Telewizji, w którym wystąpiłam. Bardzo mu się tam spodobałam. Chciał, żebym u niego zagrała, więc spotkaliśmy się w tej sprawie, ale okazało się, że potrzebuje kogoś o bardziej semickich rysach. Minęło pół roku, dostałam od niego e-maila z zapytaniem, co robię. Powiedziałam, że uczę się francuskiego do roli w zagranicznym filmie Szumowskiej. Ucieszył się, bo miał dla mnie akurat propozycję związaną z Francją. Dał mi scenariusz z rolą, którą dla mnie napisał, i tak to się zaczęło.

W „Kobiecie” grasz z Kristin Scott Thomas, w „Sponsoringu” zaś wystąpiłaś u boku Juliette Binoche.

Nie miałam zdjęć z Kristin, tylko z Ethanem Hawkiem – to z nim miałam wszystkie sceny. Z Kristin udało mi się porozmawiać i zrobiła na mnie dobre wrażenie, osoby ciepłej, ale i z klasą. Jeśli chodzi o Juliette, to świetnie się nam grało. Pierwszy dzień był ciężki, bo wszyscy się bali, że nie dam rady. Ale szybko obawy zniknęły – chodziłam na kurs Tomatisa i jakoś się oswoiłam z całą materią. Z Juliette dużo improwizowałyśmy, przekonała się do mnie. Nawet kiedy Małgośka udzielała mi wskazówek, Juliette przerywała jej, mówiąc, żeby pozwoliła mi zagrać po swojemu. To było bardzo miłe i ważne dla mnie, bo wciąż bardzo się denerwowałam jej obecnością. Ona – wielka gwiazda – gra w swoim języku, a ja?

Z Ethanem też ci tak łatwo poszło?

On jest totalnym luzakiem. Poza tym razem uczyliśmy się francuskiego – on miał swoje nauczycielki, ja swoich nauczycieli. On pisze scenariusze, więc cały czas miał jakieś pomysły, żeby tę scenę zrobić tak, a tę inaczej. To bardzo ciepły człowiek, bez żadnego zadęcia, normalny.

Wnioskuję, że atmosfera na planie była luźna.

Mniej stresująca niż u Małgośki [śmiech]. Pawlikowski jest opanowanym człowiekiem, dużo słucha, mieliśmy bardzo wiele prób czytanych. Zmienialiśmy scenariusz w trakcie, wypytywał aktorów, co myślą o poszczególnych scenach, i często kierował się ich zdaniem. To było bardzo kształcące. On wprowadza spokój na planie. I świetnie prowadzi aktora: ma różne propozycje, konfiguracje. Czasem słuchał moich uwag, czasem nie.

Pracuje się inaczej niż w Polsce?

We Francji praca na planie trwa osiem godzin. Artyści sobie to wywalczyli. W Polsce podobnie jak w Niemczech czy w Stanach to wciąż 12 godzin. Weekendy mają wolne – komfort!

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »