fbpx

John Malkovich – Ekran jest płaski

John Malkovich - Ekran jest płaski
FotoChannels (dawniej Corbis)

John Malkovich osiągnął w teatrze i kinie niemal wszystko:
gra, produkuje, reżyseruje po angielsku, francusku i hiszpańsku.
W wolnych chwilach projektuje ubrania. Potrafi jednym spojrzeniem
zmrozić, ale jeszcze większe wrażenie robi jego szczerość, kiedy
przy butelce czerwonego wina mówi łagodnym głosem rzeczy,
do których inni aktorzy nie przyznaliby się na torturach

– Artyści często unikają tematów osobistych i wolą mówić o kolejnych projektach. Z tobą jest inaczej…

– Ludzie często zadają mi pytania o konkretne role. W paru filmach zagrałem kilka dobrych ról, zgoda. Ale było też mnóstwo filmów nieudanych. Co z tego, że rola dobra, skoro film do niczego. To jak strzelić cztery bramki w meczu, w którym twoja drużyna i tak przegrywa 5:4.

– Jak zareagowałeś na propozycję Spike’a Jonze’a, kiedy zaproponował ci rolę w „Być jak John Malkovich”? Rola jak każda inna?

– To faktycznie był rzadki przypadek. Zaśmiałem się w głos, kiedy doszedłem w scenariuszu do zdania: „kim, do cholery, jest John Malkovich?”. Ale w sensie aktorskim zadanie niczym nie różniło się od innych ról. Raz się gra ślepca, raz alkoholika, raz psychopatę, innym razem tresera koni, a jeszcze innym wszystkich naraz… Chociaż akurat tego ostatnego jeszcze nie grałem. No i okazało się, że przychodzi taki moment, kiedy gra się Johna Malkovicha. W tym wypadku, na szczęście, w udanym filmie. Swoją drogą, najzabawniejsze pytanie, jakie zadał mi na ulicy obcy facet, brzmiało: „zaraz, czy to nie ty grałeś Malkovicha w »Być jak John Malkovich«?”.

– Z tego, co mówisz, przebija nuta rozczarowania kinem. O teatrze myślisz inaczej?

– Bez dwóch zdań. Teatr to dla mnie naturalny język – jakbym się z nim urodził, a innych się tylko nauczyłem. W teatrze od razu znasz reakcję: dajesz coś innym i dostajesz coś w zamian. Wszystko, co wysyłasz, wraca jak bumerang. Jeśli wchodzisz w to całym sobą, dosłownie czujesz, że w powietrzu iskrzy. To fenomenalne wrażenie: absolutna szczerość przed widownią, która wyczuwa każdą nutę fałszu. I do tego w każdej sekundzie wiesz, jak ci idzie. Z filmem jest zupełnie inaczej. Uważam, że film to medium płytkie. Nie przypadkiem ekran filmowy jest płaski, a scena teatralna ma głębię. W filmie nie ma nawet takiego kontaktu z ludźmi jak w teatrze. Grasz swoją serię scen, masz jakieś oczekiwania co do końcowego wyniku, ale po zdjęciach wyjeżdżasz i już nie widzisz tego grona ludzi w komplecie. Dziewięć miesięcy później zapraszają cię na pokaz i gotowy film okazuje się najczęściej rozczarowaniem. Dlatego od jakiegoś czasu nie oglądam już filmów, w których zagrałem. Nie chcę się wkurzać.

– Ile swoich ról filmowych uważasz za naprawdę ważne?

– Kilka. Chyba nie więcej niż pięć, sześć. Ludzie często pytają mnie: „dlaczego nie grasz więcej takich ról, jak w »Niebezpiecznych związkach?«”. Jak to słyszę, to mam wrażenie, że ktoś mnie bez ostrzeżenia wyrolował. Pewnie, że wolałbym grać więcej takich ról, ale aktor gra to, do czego go zaproszono. Razem z Lianne Halfon i Russellem Smithem założyliśmy firmę Mr. Mudd właśnie dlatego, że miałem dość czekania na dobry scenariusz
klasy „Niebezpiecznych związków”. Wreszcie możemy robić to, co chcemy: kupujemy prawa do ekranizacji książek, które nam się spodobały, produkujemy i reżyserujemy to, co uważamy za wartościowe. Wyprodukowaliśmy „Ghost World”, wyreżyserowałem „Tancerza” z Javierem Bardemem, dwa lata temu wyprodukowaliśmy „Juno”, zaraz zaczynamy produkcję filmu „The Perks of Being a Wallflower”. Dzięki temu nie dobija mnie frustracja wynikająca z czekania na sensowną rolę w filmie. No i znajduję czas na teatr. Nie mam wątpliwości, że swoje najważniejsze role zagrałem i nadal gram w teatrze. Jeśli czegoś w życiu w ogóle żałuję, to właśnie czasu, który zamiast na teatr przeznaczyłem na inne rzeczy.

– Jeśli ktoś zna cię tylko z ekranu, to wyznanie musi szokować. Stawiasz pod znakiem zapytania pół swojego życia zawodowego.

– Rozmawiamy przecież szczerze. Szczęśliwie należę do tych ludzi, którzy nie muszą martwić się o PR-owy efekt swoich wywiadów.

– Czyli teatr to pierwsza miłość.

– Dosłownie. Moje aktorskie początki wiążą się z teatrem Steppenwolf, który w Chicago założyliśmy z Garym Sinise’em. Świetnie wspominam wszystko, co razem zrobiliśmy, mimo że życie wcale nie było wtedy łatwe. To nie było tak, że ledwo otworzyliśmy teatr, od razu ludzie walili tam drzwiami i oknami. Teatr był zajęciem na wieczór. W ciągu dnia pracowałem jako kierowca autobusu, sprzedawca albo tzw. menedżer sprzętu biurowego. Jedno i drugie robiłem z równym przekonaniem, bo uważam, że jeśli coś się robi, trzeba w to wkładać serce albo poszukać innego zajęcia.

– Zmierzasz do tego, że kariera filmowa przeszkodziła w rozwoju Steppenwolf?

– Tak już jest, że czasami nawet wspaniałe rzeczy przychodzą w nie najlepszym momencie. Byliśmy coraz lepsi, zaczęliśmy grać na naprawdę wysokim poziomie i właśnie wtedy pojawiły się propozycje filmowe, przez które zawiesiliśmy pracę w teatrze. Często się ostatnio zastanawiam, jak ułożyłoby się życie, gdybyśmy jeszcze przez parę lat grali razem. Ale może po prostu jako 57-letni facet pamiętam już tylko dobre strony młodości, bo złe wyparłem?

– Sukces przyszedł po prostu za szybko?

– Każdy lubi, jak go chwalą, a większość aktorów bez tego nie może wręcz żyć. Ale to znowu kwestia odpowiedniego albo nieodpowiedniego momentu. Steppenwolf był wspólnym przedsięwzięciem grupy ludzi, a media bardzo szybko przełączyły się na pisanie o „teatrze Malkovicha”. Strasznie było mi za to wstyd przed zespołem i przeszkadzało nam to w pracy. Tym bardziej że i wtedy, i teraz uważam, że wielu ludzi ze Steppenwolf zasłużyło na takie same pochwały. Nie zrozumcie mnie źle – nie próbuję teraz być fałszywie skromny. To naprawdę był przypadek świetnego zespołu, który rozpada się z powodu medialnego sukcesu jednego z jego członków, podczas gdy inni, równie dobrzy, nie odnoszą takich sukcesów. Po jakimś czasie sytuacja stała się dla mnie nie do zniesienia psychicznie. Miałem dość. Doskwierał mi ten sukces.

– W dzisiejszej kulturze celebryctwa, gdzie każdy chce być gwiazdą choć przez kilka minut, brzmi to co najmniej konsternująco.

– Warto pamiętać o tym, co powiedział kiedyś Warren Beatty: „Sława to droga jednokierunkowa. Zanim zorientujesz się, jaką musisz za nią zapłacić cenę, jest za późno”. W moim przypadku doszła do tego jeszcze jedna rzecz: przez całą szkołę słyszałem, że raczej nic mi w życiu nie wyjdzie. Zdaniem wielu nauczycieli nie rokowałem nadziei na przyszłość. Siedział we mnie wtedy straszny gniew wynikający z poczucia odrzucenia. I nagle, niemal prosto ze szkoły, słyszę same pochwały. Nie wiedziałem, jak dać ujście tym wszystkim emocjom. Kosztowało mnie to później siedem lat pracy z psychoanalitykiem.

– Nie miałeś problemu z decyzją o szukaniu pomocy specjalisty? Męska duma, te rzeczy…

– Nie. Doszedłem do wniosku, że lepiej i pewnie szybciej będzie współpracować z zawodowcem. Różnym ludziom różne rzeczy pomagają odzyskać równowagę. Akurat ja wolę psychoanalityka od religii, bo choć na krótszą metę jest kosztowniejszy, to na dłuższą daje mi większą samodzielność.

– Stawiałeś sobie w życiu jakieś cele do osiągnięcia? Dzieliłeś życie na fazy?

– Nie miałem w życiu przez długi czas żadnych wyraźnych faz. Może właśnie dlatego, że nie stawiałem sobie celów i nie miałem przesadnych oczekiwań. Zmiana przyszła, kiedy doczekaliśmy się dzieci z moją partnerką Nicole. Ale wtedy też myślałem o tym dosyć prosto. Mówiłem sobie, że chcę być dobrym ojcem, że chcę, żeby nasze dzieci, Amandine i Loewy, były zdrowe. Banał, prawda? Ale szybko okazało się, że moja praca zmienia ten banał w torturę. Na planach filmowych dopadała mnie myśl, że robię rzeczy nieważne, kiedy powinienem każdą chwilę spędzać z dziećmi. Jestem dozgonnie wdzięczny Nicole, że to znosiła i utrzymała naszą rodzinę razem.

– Jak twoja praca wpłynęła na relację z dziećmi?

– Nieobecność przez 2/3 roku nieszczególnie dobrze wpływa na relację. Wiedziałem, że w moim przypadku pozostała 1/3 musi nam to zrekompensować. Stawałem na głowie, żeby maksymalnie wykorzystać ten czas i może nawet przesadzałem, ale sądzę, że się udało. Pozostaliśmy sobie bliscy. Dziś patrzę na to z innej perspektywy, bo nasze dzieci są dorosłe. Też zresztą musiałem nauczyć się szanować ich dorosłość. Zdarzało mi się pomyśleć, że moje dzieciaki to dupki, bo od paru dni nie dzwoniły do ojca. A później przychodziła myśl, że tak już jest – mają swoje życie, a my jako rodzice odchodzimy w cień. Wy też przecież obaj jesteście ojcami, nie? Tyle że macie małe dzieciaki. No to powiem wam, że wszystko przed wami. Wydawało mi się kiedyś, że przecież dzieci powinny mnie słuchać, bo mam jakieś doświadczenie, jestem im w stanie coś doradzić i tak dalej. Nie zapomnę szoku, kiedy do domu wraca nastolatek i mówi takie rzeczy, że zastanawiasz się, skąd on to wziął. A potem zadajesz sobie pytanie, ile w ogóle masz na niego wpływu, i stwierdzasz, że niewiele. Wreszcie twoje dziecko na zawsze wynosi się z domu, a ty siadasz, drapiesz się po głowie, masz głupią minę, trochę ci smutno, a trochę wesoło i mówisz do siebie: kurczę, co się właściwie stało? To dziwny moment. Ja już doszedłem do siebie i kiedy moja córka nie odbiera telefonu, jak dzwonię, a później przysyła mi SMS-a, że „sorry, ale jest zajęta”, nie wariuję, nie wkurzam się. Akceptuję, że ma swoje życie, i tyle.

– Wróćmy do tych 2/3 roku poza domem. Czy przy tylu podróżach jesteś w stanie czuć się gdzieś jak w domu?

– Nie zadaję sobie tego pytania, bo w dorosłym życiu nigdy nie miałem jednego miejsca, do którego byłem przywiązany. Wyprodukowałem kiedyś film „Przypadkowy turysta”. Ten tytuł świetnie oddaje moje nomadyczne podejście do życia. Mam niewielkie oczekiwania i po prostu akceptuję to, co jest. Rzecz w tym, żeby w każdym miejscu znaleźć coś swojego, coś, z czym kojarzę kraj, okolicę, miasto. Wtedy dom jest tam, gdzie mieszkam. Potrafię się dostosować do sytuacji. Gdybym miał użyć sportowej metafory, nie obchodzi mnie flaga narodowa, wolę pojedynczych zawodników. Tak samo nie lubię żadnej narodowej kuchni, ale uwielbiam żurek, humus czy bouillabaisse [zupa rybna z okolic Marsylii]. Dam sobie radę w każdej kulturze. No, może z wyjątkiem Dallas.

– Nachodziła cię kiedyś myśl, żeby w ogóle rzucić aktorstwo? Marlon Brando i Anthony Hopkins wielokrotnie mówili, że to „robota dla głupiego”.

– Jasne, ale Marlon pracował do śmierci, a Tony nadal gra. Łatwo mówić, trudniej zrobić. Zresztą nie chcę tu wyjść na niewdzięcznika. Nie ma innego zawodu, w którym można tyle podróżować i spotkać tylu twórczych, utalentowanych ludzi. Chyba właśnie ludzi brakowałoby mi najbardziej, gdybym miał przejść na emeryturę. A co, uważacie, że powinienem sobie dać spokój?

– Nie, tym bardziej, gdy jest okazja zobaczyć cię na scenie. Przyjechałeś do Polski ze sztuką „The Infernal Comedy” o seryjnym mordercy Jacku Unterwegerze. Dlaczego wystawiasz akurat tę historię?

– Pierwszy raz zobaczyłem Jacka Unterwegera chyba w 1991 roku. Amerykańska telewizja pokazywała go w jakimś talk-show jako modelowy przykład udanej resocjalizacji. Pamiętam, że miał na sobie kremowy garnitur i koszulę w kropki, a na szyi złote łańcuchy i tym podobne akcesoria skazańca. W 1976 roku skazano go za morderstwo kobiety, po czym przeszedł program resocjalizacji i pod naciskiem elity intelektualnej Wiednia został zwolniony warunkowo. Jak tylko na niego spojrzałem, pomyślałem, że ten facet gra jak kiepski aktor i nie rozumiałem, dlaczego ktoś mu uwierzył. Kilka lat później okazało się, że miałem rację. Unterweger robił karierę jako poeta i dziennikarz, ale w tym samym czasie, między 1990 a 1993 rokiem, zamordował 11 prostytutek w Wiedniu, Pradze i Los Angeles. Dusił je liną wykonaną z biustonoszy poprzednich ofiar. Jednocześnie jego książki, jak autobiografia „Czyściec”, były tematem wykładów w szkołach, a w radiu puszczali słuchowiska dla dzieci według jego opowiadań. Mało tego – jako dziennikarz państwowego radia Unterweger prowadził programy o śledztwie w sprawie zbrodni, które sam popełnił. Pewien austriacki magazyn wysłał go też do Los Angeles, żeby napisał tekst porównujący sytuację austriackich i amerykańskich prostytutek. Unterweger pisał, jak prostytutkom ciężko w USA, bo nie mają związków zawodowych. Sam im raczej nie pomógł, bo jak się okazało, mordował swoje rozmówczynie po przeprowadzeniu z nimi wywiadów. Dziesięć lat temu chciałem nakręcić film o Unterwegerze i w miarę zgłębiania tematu zaszokowały mnie podobieństwa do innej historii – Jacka Henry’ego Abbotta, który w 1981 roku wywołał sensację książką „In the Belly of the Beast”, w której opisał swoją odsiadkę za morderstwo. Tak jak za Unterwegerem wstawiała się śmietanka intelektualna, na czele z Elfriede Jelinek i Günterem Grassem, za Abottem wstawili się między innymi Norman Mailer i Kurt Vonnegut. Dzięki temu Abbott wyszedł na wolność, a sześć tygodni później zatłukł niewinnego człowieka. Oba przypadki to, moim zdaniem, znak swoich czasów i symbol głupoty tego utopijnego sposobu myślenia, że każdego można zmienić. Zrezygnowałem z filmu, bo zaproponowano mi wystawienie sztuki-opery o Unterwegerze, właśnie „The Infernal Comedy”. Uważam, że to nadzwyczajny spektakl.

– Po takiej opowieści trudno mocniej podsumować rozmowę.

– Możemy oddać głos samemu Unterwegerowi. Powiedział zgrabnie: „tak jak wszyscy poszukuję prawdy”. To poszukiwanie doprowadziło go do samobójstwa, które popełnił w nocy po ogłoszeniu, że jest oskarżony o dziewięć morderstw. Niesamowita historia, nie?