fbpx

O poszukiwaniach w teatrze – od Calderona do Koriolana

„Uważam, że trzeba wychodzić szczęściu naprzeciw” – Marcin Kwaśny wciąż poszukuje nowych przestrzeni w teatrze
Spotykamy się w szczególnym dla Ciebie czasie, od kilku miesięcy pracujesz intensywnie na trzech scenach jednocześnie. Nie tylko grając i reżyserując, ale także produkując przedstawienia. Masz wciąż nowe pomysły na siebie.

Kiedyś Krzysztof Kieślowski powiedział, że najważniejsze dla aktora to zaistnieć w wyobraźni reżysera. Dziś żeby grać, trzeba również zaistnieć w wyobraźni producenta. Uważam, że trzeba wychodzić szczęściu naprzeciw, np. zrobić monodram, napisać scenariusz, a nie tylko czekać, aż mnie znajdą. Mój rodzimy Teatr Kwadrat ma repertuar komediowy, a ja chcę spróbować w teatrze jeszcze czegoś innego, pociąga mnie dramat – ciemniejsza strona człowieka oraz metafizyka – coś, co wykracza poza zwykłą psychologię.

I okazję do spenetrowania tej gorszej strony ludzkiej natury stworzył Ci Piotr Wojewódzki, autor „Hioba”, sztuki, którą we wrześniu otworzyliście zmodernizowaną scenę Teatru na Bielanach. Co pomyślałeś, czytając ten tekst po raz pierwszy?

Pomyślałem sobie, że jest to „zdrowo zakręcona” sztuka, to znaczy, że jest wielowymiarowa. Pod powierzchnią słów – bardzo wycyzelowanych, kryją się prawdziwi ludzie, którymi rządzą jakieś słabości, namiętności. Trzeba tylko tę ciemną stronę ludzkiej natury wydobyć. Tekst jest mieszanką Tarantino, Strinberga i Witkacego – z jego dziwnością istnienia. Jest mieszanka wybuchową. W dodatku sztuka jest wielogatunkowa, mamy w niej zarówno komedię, jak i dramat z elementami thrillera i groteski. Więc to jest tekst niejednorodny, jeśli chodzi o gatunek, ale bardzo spójny językowo, słowem – piekielnie trudny do zagrania.

W sztuce jest część oniryczna – na ekranie to byłoby łatwe do zrealizowania, ale w teatrze chyba nie jest prosto pokazać, że część akcji toczy się w głowie bohatera. Jak sobie z tym poradziłeś?

To nie było takie trudne. Wystarczyło odpowiednio oświetlić scenę. Pomogła też bardzo scenografia Wojtka Stefaniaka. Wszystko dzieje się za rozciągniętym na całą szerokość sceny tiulem. Zależało mi na tym, żebyśmy nie sprzedawali od razu, że pierwszy akt to sen. Tego, że pierwszy akt był snem, widz dowie się w akcie drugim, ale nie wie, że drugi też był snem. I tu się robi taki motyw calderonowski, że życie jest snem i budząc się, nie wiemy, czy dalej nie śpimy. Dopiero na końcu widz dochodzi do rozwiązania, że to wszystko działo się w głowie głównego bohatera – pisarza, który ma naturalną skłonność do konfabulacji. Sztuka jest specyficznym eksperymentem, teatrem w teatrze. Teatr to zwierciadło, w którym przeglądają się nasze lęki i namiętności. Sztuka zahacza o problemy egzystencjalne, pyta o to, skąd się bierze cierpienie i czy jest w ogóle potrzebne. W dzisiejszym świecie cierpienie jest niemodne, to często wyśmiewana oznaka słabości. I o tym też traktuje spektakl. Ale z drugiej strony tymczasem chciałem pokazać, że cierpienie może dawać dużą siłę napędową człowiekowi i być katalizatorem jego zmian. Dzięki cierpieniu główny bohater przechodzi duchową przemianę i odradza się niejako na nowo.

Mówisz o cierpieniu, a jednocześnie dajesz podtytuł „komedia metafizyczna”?

Bo to jest sztuka o dziwności istnienia, o tym, że człowiek błądzi i w tym błądzeniu jest trochę śmieszny. Nie wie, skąd się znalazł na tej ziemi, może sobie na to pytanie odpowiadać za pomocą chociażby Biblii, ale tak naprawdę odpowiedź nie jest mu dana. Jeden z bohaterów pyta Hioba, czy warto było przeżyć to wszystko, a ja celowo wykreśliłem odpowiedź. Chciałem, by żeby widz sobie sam odpowiedział na pytanie, czy warto utożsamić się z Hiobem … i przyjść do teatru.

Wyjmując ten tekst z kontekstu biblijnego, zdejmując ciężar, zbliżyłeś sztukę do życia. Ale czy w teatrze jest miejsce na życie, przecież poruszamy się w konwencji?

Na życie w teatrze zawsze jest miejsce, nie ma natomiast miejsca na jego nieudolne kopiowanie. Na to, żeby wszystko było jak w serialu – jeden do jednego. Ja unikam robienia takiego teatru, który naśladuje życie. Wolę, żeby teatr był miejscem tworzenia nowych bytów, które ze swej natury są sztuczne, co nie oznacza, że nieprawdziwe. W przypadku „Hioba” aktorzy wiedzą, że tekst jest trudny, intelektualny, ale muszą grać go na sto procent, wchodzić często w skrajne emocje. Wtedy dopiero sztuka zaczyna żyć.

Czy teatr się zmienia pod wpływem innych sztuk: filmu, performansu, nawet wspomnianych już seriali?

Teatr zmienia się ciągle. Za każdym razem poszerza swoją formułę. W Rosji z powodzeniem funkcjonuje teatr dokumentalny, w Niemczech przez jakiś czas rządzili brutaliści. My mamy niepowtarzalne Gardzienice czy teatr Pieśń Kozła. Ja akurat wyszedłem z teatru tradycyjnego, mieszczańskiego, ale jego formuła gdzieś się dla mnie wyczerpała i przestaje mi już wystarczać. Coraz więcej w dzisiejszym teatrze komercji i dobrej zabawy, a coraz mniej pierwiastków duchowych i transcendentalnych, bo te przecież się tak dobrze nie sprzedadzą. Teatr jest jakby odarty z tajemnicy, stoi nagi i się trzęsie… najczęściej nad budżetem.

Czy zakochujesz się w swoich aktorach?

Staram się pracować z ludźmi, których cenię i których lubię. Unikam osób antypatycznych, wiecznych pesymistów i malkontentów. Każdy spektakl jest wyprawą, poszukiwaniem. I jeżeli w tej wyprawie jest ktoś, kto bruździ, wyłamuje się, nie daje rady – to trzeba go wyrzucić za burtę , wymienić na kogoś lepszego i płynąć dalej. Sztuka nie znosi kompromisów. Nie daję aktorom taryfy ulgowej, wymagam od nich bardzo wiele, ale też wiele im daje z siebie i potrafię ich docenić. Do zakochania jednak jest mi chyba daleko.

A w czym sam chciałbyś się obsadzić. Masz jakąś wymarzoną rolę?

Moim największym marzeniem jest rola Koriolana. Ostatni dramat rzymski Szekspira, z którego pisałem pracę magisterską. Bohater, który nie potrafił być dyplomatą, być dwulicowy, walił prosto z mostu. Za tę szczerość, za swoją indywidualność, zostaje skazany na na banicję, pomimo że dokonał wielu bohaterskich czynów, ma wiele zasług. Jest to rola o niewdzięczności. Sztuka mówi także o dualizmie popularności, że tak naprawdę to, że się jest znanym i popularnym to dwa końce tego samego kija, że miłość i nienawiść tłumu są sobie bardzo bliskie.

Ale Szekspir w teatrach i prywatnych i publicznych repertuarowych nie jest dziś zbyt popularny.

Tak, żeby zrobić Koriolana trzeba rozmachu, dużego zespołu. Niedawno była premiera w Teatrze Powszechnym. Bardzo jestem ciekaw tego przedstawienia. Widziałem spektakl Jacka Głomba w Teatrze Norblina, z Darkiem Majem, który był takim małym, krzyczącym „koriolankiem”, natomiast znakomity był Przemek Bluszcz w roli jego antagonisty. Widziałem też przedstawienie Mirosława Borka w Teatrze Telewizji z Sewerynem w roli głównej. I tam też antagonista, którego grał Jan Frycz, okazał się być ciekawszy od protagonisty. Nie widziałem jeszcze takiego przedstawienia, w którym główny bohater chwyciłby widzów za twarz. Musiałby być postacią charyzmatyczną. Taką jak Łomnicki.

No właśnie, wkrótce minie dwadzieścia lat od śmierci tego wybitnego aktora i reżysera. Postanowiłeś uczcić tę rocznicę. A wszystko podobno zaczęło się od spaceru?

Tak, szedłem kiedyś Starym Miastem i na rogu Piwnej i Piekarskiej zobaczyłem tablicę upamiętniającą dom, w którym mieszkał Bronisław Geremek. Tak się składa, że w sąsiedniej kamienicy mieszkał Tadeusz Łomnicki. Pomyślałem, że to miejsce trzeba wyróżnić. Tym bardziej, że mija dwudziesta rocznica śmierci aktora. Porozumiałem się z Marią Bojarską, wdową po Tadeuszu Łomnickim, i jego synem Piotrem. Bardzo się im ten pomysł spodobał. Udało mi się już zebrać pod tą inicjatywą podpisy wielu znakomitych aktorów, m.in. Jana Englerta, Marii Pakulnis, Joanny Szczepkowskiej, Olgierda Łukaszewicza. ZASP prawdopodobnie wyasygnuje jakąś kwotę, resztę musimy jako Fundacja „Między Słowami” zebrać. Liczymy na poparcie środowiska.

Życzę zatem powodzenia i dziękuję za rozmowę

Marcin Kwaśny – Absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie. Aktor Teatru Kwadrat. Obecnie na rodzimej scenie można go zobaczyć w spektaklach „Kiedy Harry poznał Sally”, „Berek” i „Co ja panu zrobiłem, Pignon”. W 2008 r. stworzył Teatr Praski, który ma już w repertuarze pięć przedstawień. Szerokiej publiczności znany z wielokrotnie nagradzanego filmu „Rezerwat”, do którego wspólnie z Łukaszem Palkowskim napisał scenariusz, oparty na własnych przeżyciach.