fbpx

Urszula Dudziak: Salto na zawołanie

Urszula Dudziak: Salto na zawołanie
Fot. Łukasz Gawroński/Megusta

Urszula Dudziak ma pamięć absolutną, sięgającą pierwszych w życiu słów i kroków, i górę dzienników pisanych regularnie od 16. roku życia w szkolnych 100-kartkowych zeszytach w linię. Powtarza: „Dzieciństwo jest ważne. Ze szczęśliwych domów wychodzą
ludzie tacy jak ja”.

Dojrzałam wreszcie do książki. Wydałam „Wyśpiewam wam wszystko” i już planuję kolejną. To trochę co innego niż pamiętniki. Po co zapisywałam dzień po dniu przez te wszystkie lata? Żeby nic nie umknęło, żeby mieć swojego powiernika. Moje zeszyty zmieniały się ze mną. Najpierw szare tekturowe okładki, potem bruliony. Chyba gdzieś w Austrii kupiłam sobie taki duży, pięknie lakierowany. Jest też jeden oprawiony w skórę cielaka. Musiałam potem ściemniać mojej córce Kasi, która mnie strasznie pędzi, jeśli chodzi o prawa zwierząt i tak dalej, że to wcale nie prawdziwa skóra, tylko ekologiczna. Był też czas, kiedy nagrywałam wspomnienia na kasety magnetofonowe.

Przeprowadzki

Pamiętam wszystko, naprawdę. No może z wyjątkiem Straconki, w której się urodziłam, i Czarnowic koło Poznania, gdzie przenieśliśmy się zaraz potem. Za to pierwsze wspomnienia mam na pewno z Napachania, gdzie tatuś – agronom z wykształcenia – dostał przydział, żeby zająć się, w charakterze nadzorcy, pewnym majątkiem.

Często się przenosiliśmy. Dlaczego – to jeszcze później opowiem. W każdym razie w roku 1946 trafiliśmy do Gubina, także na Ziemiach Odzyskanych. Miałam wtedy trzy latka. Zostaliśmy w Gubinie aż do mojej pierwszej klasy.

Do pokoju po linie

Wychowałam się tuż po wojnie, bez powojennych traum. Chyba wystarczy, jak powiem, że tatuś zbudował nam domek na drzewie, na orzechu. Potem przeciągnął linkę prosto do okien naszego pokoju. Do tego zainstalował taki metalowy bloczek, przeplótł przez niego sznurek z kijkiem. Rozpędzaliśmy się i jeździliśmy z drzewa do pokoju i z powrotem.

Bawiliśmy się zwykle w trójkę. Ja, mój starszy o cztery lata brat Leszek i jego przyjaciel Alek, w którym się kochałam. Byłam generalnie chłopczycą, jak trochę podrosłam – strasznie wysportowaną, potrafiłam zrobić mostek ze stania i wywinąć salto na zawołanie. Leszek się potem tymi moimi saltami popisywał przed ludźmi.

Beczka ze śledziami

Jest taki jeden ponury obraz. Znam tę historię bardziej z opowieści mojego brata, ale opowiem. Na Ziemiach Odzyskanych było po wojnie dużo przesiedleńców ze Wschodu. Tych najbiedniejszych, bez żadnego dobytku. Na rynku w Gubinie pojawiała się co jakiś czas kobieta w fartuchu. Obok niej duża beczka i stos bochenków czarnego chleba. Kobieta miała drewniane szczypce, ludzie ustawiali się przed nią w kolejce, podchodzili, a ona tymi szczypcami wyciągała z beczki po jednym zasolonym śledziu, z głową, ogonem, wszystkim. Do tego kromkę. Ludzie jedli ryby od głowy, razem z łuskami i ośćmi, łapczywie. Okoliczne dzieciaki patrzyły na to i się śmiały. Wiadomo, jakie potrafią być dzieci.

Kocham cię, ale wiesz…

Strasznie się w tym Alku, koledze Leszka, kochałam. Pamiętam, jak poszłam do szkoły, do pierwszej klasy. Nauczyłam się pisać i napisałam do Alka list. Że go bardzo kocham i chciałabym wyjść za niego za mąż, tylko boję się ciąży. Skąd mi się to wzięło? Wszystko z powodu mojej siostry Danusi, młodszej ode mnie o sześć lat. Jak mama rodziła Danusię, staliśmy z Leszkiem na tarasie naszego domu, z którego było widać też pokój rodziców. Mama leżała, widzieliśmy, jak podchodzi do niej doktor Kunicki. To był taki doktor Judym z Gubina, zresztą jest dziś ulica jego imienia, leczył ludzi za darmo, wspaniały człowiek. W każdym razie wtedy na tarasie widzieliśmy tyle, że podchodzi do mamy z kleszczami, takimi do porodu kleszczowego. Byliśmy przerażeni. Widocznie brat krzyknął, doktor Kunicki się zorientował, że na to patrzymy, i zamknął drzwi. Uważałam odtąd, że poród to straszna rzecz. Spotkałam Alka po latach, całkiem niedawno, i on pamiętał jeszcze tamten list.

Ten przeklęty brydż

W roku 1950, w wieku siedmiu lat, przeniosłam się z rodzicami i rodzeństwem do Zielonej Góry. Długo tam nie zostaliśmy, znowu zaczęła się przeprowadzkowa szarada, krótko po tym trafiliśmy do Nowej Soli i znowu do Zielonej Góry. Pierwszą klasę robiłam po kawałku w sumie w trzech miastach. Nasze przenosiny wiązały się trochę z pracą taty, trochę, jak się domyślam, z jego PPS-owskimi przekonaniami, które były wtedy, delikatnie mówiąc, niemile widziane. W Nowej Soli żyło się nam dobrze, bo tata był dyrektorem fabryki proszku jajowego. Może i byśmy tam zostali, ale stało się nieszczęście. Było tak. Rodzice byli namiętnymi brydżystami, umawiali się regularnie ze znajomymi na brydżyka. I tata poszedł kiedyś na jakiegoś brydżyka, a przy sobie miał teczkę z wypłatą dla całej fabryki, i ktoś mu te pieniądze ukradł. W domu tragedia. Czekaliśmy właściwie tylko, żeby tatę zabrali do więzienia. Jakoś się to rozmyło, ale w ciągu trzech dni musieliśmy się wynieść. To po tej historii zwinęliśmy się z powrotem do Zielonej Góry. Tata trafił do Polskiego Związku Motorowego. Był egzaminatorem na prawo jazdy, sama zdawałam u tatusia w 1962 roku.

Harcerka in love

Od pewnego momentu jeździłam na obozy harcerskie letnie i zimowe. Był taki wspaniały człowiek, druh Zbigniew Czarnuch, animator kultury. Organizował świetne wyjazdy.

Za to pierwsze w życiu kolonie wspominam strasznie. Był rok 1954. Tęskniłam do domu, do mamusi, więc uciekłam, szukali mnie po lesie. Jak mnie złapali, napisałam dramatyczny list. Wtedy na koloniach był taki zwyczaj, że dzieci siadały razem i pisały na zawołanie. Ja napisałam tak: „Kochana Mamusiu, przyjeżdżaj natychmiast, bo tutaj są straszne żmije. Jedną dziewczynkę ugryzła żmija i ta dziewczynka umarła”. Nie wiem, czy ten list dotarł do rodziców, czy ktoś do nich zadzwonił, ale przyjechali i mnie zabrali. Potem jeździłam już bez problemu. Nie zapomnę też pierwszego zagranicznego obozu w NRD. Rok 1960. W Zielonej Górze najmodniejsze były już wtedy dzwony. Przyjeżdżam na miejsce, a tam młodzież z całego (bratniego) świata w wąskich spodniach. Pomyślałam: „Cholera jasna, jacy oni niemodni”.

Obóz był w Werbellinsee, miasteczku nad jeziorem. Ogromny teren z domkami kempingowymi. I to tam zakochałam się w Johnie. Był skautem z kapitalistycznej przecież Brukseli, co dziwne. Wiem tylko, że jego ojciec był górnikiem. Ja nie znałam francuskiego, on polskiego, ale nam to nie przeszkadzało. John był wysoki, uczesany na bok i miał na twarzy ślady po ospie. Chodziliśmy za rękę i dużo się całowaliśmy. Słał mi później pocztówki. Kilka lat temu się odezwał. To znaczy ktoś nagrał mi się na sekretarkę, że John próbuje się ze mną skontaktować, podawał telefon kontaktowy. Wiadomość urywała się, nagrała się tylko część numeru. Odtąd nic, żadnego znaku życia.

Córeczka tatusia

Rodzice się bardzo kochali, tata, jak wychodził do pracy, całował mamę w rękę, a potem w policzek. To samo, kiedy wracał. Zawsze mówił do niej: „gołąbeczku”.

Taka rodzina uposaża człowieka na całe życie. Rodzice byli w dobrym związku do końca, tata zajmował się mamą cudownie, kiedy zachorowała na parkinsona, a potem na alzheimera. Mama odchodziła długo, na przestrzeni lat, śmierć taty spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Okazało się, że ma raka płuc, zmarł nagle. Palił jak smok, kiedy był młodszy. Ale przestał, nie sięgnął po papierosa przez 35 lat. Okazało się, że rak płuc, na który zachorował, jest typowy dla palaczy. I jaka to sprawiedliwość? Śmierć jego i mamy dzieliły zaledwie trzy miesiące. Nie umieli żyć osobno.

Ja byłam córeczką tatusia. Oczywiście, mamę też bardzo kochałam, ale to, co mnie łączyło z tatą, było czymś wyjątkowym. Do dziś słyszę, jak tata mówi do mnie: „Uluś, zaśpiewaj wreszcie coś normalnie. A zresztą nie, śpiewaj, jak chcesz. Polubiłem te twoje kociokwiki…”.

Występ na monolog i akordeon

Jak się zaczęła u mnie ta cała sprawa z muzyką? Jako czterolatka dostałam akordeon. Pod choinkę. Wzięłam go do ręki i od razu zagrałam kolędę z pamięci. Rodzice popatrzyli po sobie. Odtąd robiłam w całym Gubinie za gwiazdę. Akademie, 1 Maja, jakieś rocznice, nigdzie nie mogło mnie zabraknąć. Występowaliśmy razem z bratem, on nauczył się śmiesznych monologów, ja grałam polki i wojskowe piosenki. Byliśmy wszędzie zapraszani. Potem mama nauczyła mnie grać na pianinie.

W końcu w Zielonej Górze zapisała mnie do szkoły muzycznej przy ulicy Chrobrego. Jako wywrotowiec grałam głównie to swoje boogie-woogie. Ćwiczenie gam, poważne utwory – to były dla mnie straszne bzdety. Natychmiast zaczęłam wagarować.

Wydało się, kiedy mama spotkała nauczyciela na ulicy i od niego dowiedziała się, że w ogóle nie chodzę do szkoły. W dodatku wzięłam od niej 30 złotych na czesne. Kupiłam za to masę cukierków, które rozdałam dzieciom w ogródku jordanowskim. Jak się mama o tej szkole dowiedziała, chwyciła kabel od żelazka. Dostałam swoje pierwsze i ostatnie w życiu lanie.

Ula przy radiu

Mieliśmy odbiornik radiowy drewniany, z głośnikiem krytym złotawym płótnem. Tata słuchał na nim Wolnej Europy. Za to Leszek, który zawsze wiedział wszystko najlepiej, wyczaił, że codziennie, od 22.00 do 23.00, leci świetna audycja – „Voice of America Jazz Hour”.

Zaczynała się od kilku pierwszych dźwięków standardu Duke’a Ellingtona, rewelacyjnego zresztą. Całość prowadził Willis Conover. Mówił tym swoim głębokim głosem. Nadal, jak o tym pomyślę, przechodzi mnie dreszcz. Dla mnie Conover był Bogiem. Jakby mi ktoś wtedy powiedział, że w przyszłości będę u niego na kolacji i on będzie trzymał w ręku moją płytę, i powie, że na drugi dzień zagra ją w swojej audycji dla wszystkich fanów na świecie, tobym nie uwierzyła. Cud. Spełnienie najskrytszych marzeń.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam w radiu, jak śpiewa Ella Fitzgerald, chciałam tak samo jak ona. Śpiewałam jej piosenki ze słuchu, fonetycznie. Miałam fenomenalną pamięć. Lubiłam też podsłuchiwać kino letnie, które w Zielonej Górze było otwierane niedaleko mojej szkoły przy Chopina. Na placyku otoczonym murem rozkładali duży ekran i siedzenia. Nie wpuszczali mnie do środka, bo nie byłam pełnoletnia. Siadałam więc pod murem i słuchałam. Odtwarzałam potem te melodie w domu przy pianinie i nuciłam. Motyw z „Czarownicy” z Mariną Vlady, z „Pociągu” Kawalerowicza. Wreszcie dobrałam dwóch kolegów ze szkoły i założyliśmy zespół młodzieżowy. Graliśmy różne znane przeboje.

Mikrofon dla wszystkich

Kiedy byłam w dziewiątej klasie, dwa lata przed maturą, wzięłam udział w ogólnopolskim konkursie „Mikrofon dla wszystkich”. Każde miasto wysyłało swojego kandydata. Ja dostałam się do finału, który odbywał się w Warszawie, w siedzibie Polskiego Radia przy Myśliwieckiej. Zajęłam trzecie miejsce, usłyszałam, że mogłam pierwsze, ale orzekli, że za bardzo swinguję. Wycinki z gazet z tego konkursu rodzice trzymali potem w domu, tatuś zachował też taśmę szpulową z nagraniem z radia. Dyrektor mojej szkoły mówił, że mają uczennicę, która ładnie śpiewa, i że wróżą jej karierę. Dyrektor, zachęcony chyba tym sukcesem, kupił potem 40 akordeonów dla uczniów do szkolnego zespołu. Szkoda, że się nas wcześniej nie poradził, bo w tamtych czasach akordeon to był już straszny obciach. Mieliśmy w Zielonej Górze Festiwal Piosenki Radzieckiej, gdzie królowały akordeony. Dla nas, młodych, nie było większej żenady.

Przesłuchanie u Komedy

Byłam w dziesiątej klasie, kiedy przyjechał do Zielonej Góry Krzysztof Komeda ze swoim trio. Stało się tak, że trafiłam do niego na przesłuchanie. Krzysiu dał się namówić, bo o mnie w mieście było już po tym „Mikrofonie dla wszystkich” i po występach z moim zespołem dość głośno. Tak naprawdę w ogóle na to przesłuchanie nie miał ochoty. Był ledwo żywy, po występie zabalowali do rana, a tu jeszcze przyjdzie jakaś smarkula. No ale przyszłam, zaśpiewałam. Chwila ciszy i pytanie: „co robisz w te wakacje?”.

Nogi się pode mną ugięły. Zosia Komedowa poszła do moich rodziców i przekonała ich, żeby mnie puścili do Warszawy. Powiedziała, że się mną zajmie. I obiecała, że po wakacjach wrócę, dokończę szkołę i zrobię maturę. Wzięłam ze sobą Leszka jako eskortę. Mój brat studiował prawo, ale grał też na perkusji, a jeszcze wcześniej na basie. W Warszawie Zosia poszła ze mną do fryzjera, ostrzygli mnie, zrobili krótką, najmodniejszą wtedy fryzurę. Zosia zmieniała mi też dwa razy pseudonim sceniczny, najpierw na Dorotę Cedro, a potem Urszulę May, w końcu zostałam przy swoim nazwisku. Komedowie traktowali mnie jak zdolną wokalistkę, ale dziecko. Występowaliśmy w Piwnicy pod Hybrydami, klubie jazzowym pod klubem Hybrydy. Ale wakacje się skończyły i wróciłam do domu, jak obiecałam.

Dlaczego nie?

Zaraz po maturze wyjechałam do Wrocławia, jeździłam krótko z estradą wrocławską, po czym dostałam propozycję, żeby pójść do szkoły wokalistów w Warszawie, organizowanej przy Pagarcie. Leszek mieszkał już wtedy w Warszawie, zatrzymałam się u niego, w maleńkim mieszkanku przy Noakowskiego, gdzie mieszkało jeszcze dwóch innych młodych muzyków. Był rok 1962, uczyłam się w szkole pagartowskiej, wieczorami soliści z tej szkoły występowali w kawiarni Pod Gwiazdami i w kawiarni Nowy Świat. W tej drugiej akompaniował mi zespół, w którym na saksofonie grał Michał Urbaniak. Podobny do Presleya, bardzo podobał się dziewczynom. Nie od razu zostaliśmy parą, miałam wtedy innego narzeczonego. Dopiero jak wyjechaliśmy pierwszy raz na koncerty za granicę, do Danii, Michał zaczął się dziwnie zachowywać. Grał ballady, robił maślane oczy. Przystojny, miał poczucie humoru, ładnie grał. Pomyślałam: „dlaczego nie?”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze