Michał Szpak wspomina swoje dzieciństwo: „Byłem synkiem mamusi”

Michał Szpak (fot. materiały prasowe Sony Music Poland)

Od czasu, kiedy zelektryzował Polskę występem w talent show minęło osiem lat. Był jak papierek lakmusowy, test na tolerancję w naszym kraju. A co było wcześniej? Skąd się wziął Michał Szpak?

Z dzieciństwa mam bardzo mało zdjęć. Został jeden album, i to że zdjęciami nie tylko moimi, ale całej naszej rodziny. Najbardziej lubię to, na którym jestem między bratem a siostrą, z rodzicami. Dużo klisz albo poginęło, albo się poniszczyły. Próbowałem nawet jakieś później wywoływać, ale już się nie dało. Album rodzinny został w Jaśle u taty, za to ja mam trochę starszych zdjęć mamy. Widać na nich, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Nie tylko z rysów twarzy, mama miała podobną sylwetkę, szerokie ramiona jak ja, przez lata trenowała karate i gimnastykę artystyczną. Przestała trenować, kiedy zaszła w pierwszą ciążę, ale nigdy nie straciła formy. Szpagat potrafiła zrobić bez problemu i robiła, jak tylko miała ochotę. No i chodziła tak, że ledwo za nią byłem w stanie nadążyć. Byłem synkiem mamusi. Jak myślę o dzieciństwie, to widzę taki obrazek: idzie mama, a ja obok, zawsze przy jej nodze.

Pierwsze

Pamiętam śmierć Freddiego Mercury’ego. Listopad 1991 roku, czyli miałem wtedy dokładnie rok. Wiem, trudno w to uwierzyć, ale ja to pamiętam na sto procent. Oczywiście, wtedy nie wiedziałem, kogo pokazują w telewizji. Ale wiedziałem, że stało się coś bardzo złego, i tamten obraz został mi w głowie. Mama dużo słuchała Queenu, więc pewnie to ona mi później, jak już coś więcej rozumiałem, powiedziała, że to był Freddie. Kiedy dorastałem, został jednym z moich najważniejszych idoli.

Gamrat

Dopóki nie poszedłem do zerówki, mieszkaliśmy na osiedlu Gamrat. To jest właściwie już za Jasłem, nad Wisłoką, wkoło lasy, ale administracyjnie przynależy do miasta. Nazwa Gamrat wzięła się od fabryki – Zakładów Tworzyw Sztucznych. Najpierw pracowała tam moja babcia, w czasach, kiedy w Gamracie produkowało się jeszcze między innymi proch do broni dla wojska. Ponieważ to była praca wysokiego ryzyka, babcia dostawała oprócz pensji przydział cukru, towar deficytowy. Wspominała, że dzięki temu przydziałowi żyło się im w PRL-u naprawdę dobrze, bo cukier można było wymieniać na różne cenne rzeczy.

Potem w zakładach zaczął pracować mój tata. Widziałem czasem, jak znika za szlabanem. Nam wchodzić nie było wolno. To był ogromny zakład, mnóstwo budynków, a między nimi wielkie odległości. Mieszkaliśmy zaraz obok. W hotelu, w którym nocowały między innymi delegacje wizytujące fabrykę. Mama pracowała tam jako recepcjonistka, a na ostatnim piętrze znajdowały się prywatne mieszkania. Pamiętam, że w długim korytarzu na podłodze zamiast wykładziny, jak w części dla gości, było linoleum.

Hotel to było moje królestwo. Do przedszkola nie chodziłem, więc całymi dniami siedziałem na recepcji albo w kanciapie na tyłach, gdzie zawsze pachniało kawą i fajkami. W recepcji stał komputer, na którym można było grać w „Prince of Persia”, i maszyna do pisania, na której moja mama pisała raporty. Ja też godzinami coś tam pisałem. Kiedy przychodziła odpowiednia pora, szedłem sobie na piętro do drink-baru, gdzie od jednej z „cioć” dostawałem swoją codzienną wyprawkę, czyli galaretkę w cukrze w kształcie cząstek pomarańczy i cytryn i coca-colę w wysokiej szklanej butelce.

Jakim byłem dzieckiem? Podobno śmiech miałem taki, że hotelowe ciocie były mi w stanie przebaczyć absolutnie wszystko, co narozrabiałem, słysząc, jak się śmieję. Byłem też nieźle pucułowaty. Klucha. Wyszczuplałem dopiero w gimnazjum.

Magnetowid i meblościanka

W wakacje mama brała w hotelu wolne i jechała na miesiąc, dwa do pracy do Niemiec, gdzie mieszkał jej brat. Po jednym z takich wyjazdów kupiliśmy samochód – czerwonego fiata 125. Super jeździło się za nim w zimie na sankach, mama zarządzała kulig i pół osiedla przyczepiało się i szalało po okolicy. To było wtedy normalne, dorośli organizowali ogniska, trzymali się razem. A mama była wyjątkowo otwarta i kontaktowa. Jak coś wymyśliła, potrafiła do swojego pomysłu przekonać każdego.

Mnie z kolei po jednym z takich wyjazdów do Niemiec przywiozła wielkie zabawkowe auto. Takie, do którego się wsiadało, na pedały, z ruchomą kierownicą. A potem prawdziwy komputer Amiga 500. To było coś! Nie da się ukryć, że jestem dzieckiem lat 90. Mieliśmy w domu meblościankę, magnetowid, niską ławę, przy której przyjmowało się gości. I mnóstwo zieleni – paprotki, monstery, które podobno miały pochłaniać nikotynę. Mama uwielbiała rośliny. Zwierząt też zawsze mieliśmy mnóstwo. Chomiki, królika miniaturkę, rybki, papużkę falistą.

Wspaniale wspominam lata w Gamracie, ale już wtedy było wiadomo, że się przeprowadzimy. Do centrum Jasła. Do zerówki miałem dziesięć minut drogi. Od początku miałem fory, po tym jak wyszło na jaw, że jestem wnuczkiem swojego dziadka. Dziadek był mleczarzem i dopóki jeszcze rozwoziło się mleko w butelkach, woził je między innymi do budynku przedszkola. Zapamiętały go wszystkie panie, od opiekunek po sprzątaczki. Taki był szarmancki.

Mało, prawie nic

Zmienili się ludzie wokół mnie. Nie było już lasu, Wisłoki, tylko podwórko i ulice. Zacząłem odkrywać miasto na własną rękę, trochę się włóczyć. Czasem sam, czasem z kimś, nigdy większą grupą. Do dzisiaj wychodzę z założenia, że jak masz dużo przyjaciół, to znaczy, że nie masz ich wcale. Mama po odejściu z hotelu założyła własną działalność. Lokal gastronomiczny. Przez jakiś czas funkcjonował, ale potem został zamknięty. Nie wiem zresztą, jak to dokładnie było, dzieciom się takich rzeczy nie mówiło. Tego, że mama wyjeżdża do pracy do Włoch, dowiedziałem się chyba ostatni z rodzeństwa. Ile z tego, co się dzieje, co to dla nas znaczy, rozumiałem? Mało, prawie nic. Wszystko przysłoniły emocje. Większość czasu z tamtego okresu wyparłem. Koniec podstawówki i prawie całe gimnazjum. Chodziło tylko o to, żeby dotrwać do świąt i do wakacji. Żeby być z mamą.

Chlebodawca

W domu zostaliśmy z tatą. Pomagała mu babcia. Jak szedł do pracy, przyjeżdżała do nas z samego rana, budziła nas do szkoły, ogarniała dom. Na mnie, jak nie można było mnie dobudzić, nieraz wylała kubeł zimnej wody. Dosłownie. Inaczej bym nie wstał.

Ale też tata był bardzo zaradny. Robił pranie, gotował, ogarniał bez problemu moją najmłodszą siostrę, która miała wtedy dwa lata. Niesamowity człowiek, w pewnym momencie całkowicie poświęcił życie dla nas.

Nie byliśmy w Jaśle wyjątkowi. Tata mojego kolegi z podwórka wyjechał do Grecji, inni emigrowali do Anglii. Część zakładów, które tworzyły Gamrat, zamknięto, a to był największy chlebodawca w Jaśle. Czasy transformacji były dla naszego miasta bardzo trudne.

Mój tato nie stracił pracy. Przeszedł do prywatnej firmy, która powstała z jednej z części dawnych zakładów. Do fabryki styropianu. Jak były święta, przynosił nam styropianowe choinki, mikołaje, bombki do malowania.

Coś ty na siebie włożył!

Pierwszy raz pojechaliśmy do mamy do Włoch z tatą, ale drugi raz pojechałem sam. Byłem już nastolatkiem, zaczynał się mój okres dorastania i nagle zobaczyłem coś, co na mnie zrobiło totalne wrażenie. Ludzi w kolorowych puchowych kurtkach, wariacko poubieranych, facetów w dzwonach.

Poszliśmy z mamą do sklepu i nakupowaliśmy mi ciuchów. Przywiozłem sobie wtedy między innymi wybrokatowane szwedy. Do tego kamizelka – tak się pojawiłem w szkole. A potem było coraz bardziej hardcorowo.

Nie wiem, czy mama to rozumiała, ale to właśnie było w niej fajne. Nigdy nie usłyszałem, że przeginam. Dla niej liczyła się wolność. Sama zresztą zawsze zwracała na siebie uwagę ubraniem.

Ojciec? Potrafił powiedzieć: „Coś ty na siebie włożył!”. Tylko że i on zawsze był wyrazisty. Uwielbiał długie płaszcze, buty z wysokimi cholewkami. Teraz na przykład chodzi z wielką gęstą brodą i podwiniętym wąsem. Pamiętam, jak miał szopę włosów. Tata ma ksywkę „Anioł”. Odpowiedzialny, opanowany, ale jak „odepnie wrotki”, to potrafi zaszaleć. Mamy to w genach.

Na nutę kantyczek

Wszyscy w mojej rodzinie mieli coś wspólnego z muzyką. Tato w młodości był perkusistą, mama z regionalnym zespołem pieśni i tańca jeździła na tournée po Europie. Wożę ze sobą w samochodzie jej zdjęcie z któregoś z tamtych występów w stroju ludowym. Moja siostra Marlena – tak jak mama – uczyła się grać na skrzypcach (w liceum wyjechała do Krakowa uczyć się śpiewu, a potem dostała się do konserwatorium we Włoszech), a mój brat Damian – na saksofonie. Najmłodsza Ewa chodziła do ogniska muzycznego. Mnie to jakoś ominęło. Do gimnazjum praktycznie nie śpiewałem. No, poza występem w szkolnej „Szansie na sukces”. No i na Konkursie Kolęd i Pastorałek „Na Nutę Kantyczek” w Jasielskim Domu Kultury. Zaciągnęła mnie tam Marlena, która zdobyła tam zresztą grand prix. Ja na scenie zapomniałem w pewnym momencie słów. Ale wybrnąłem, udałem, że mikrofon nie działa. Marlena natychmiast się zorientowała, w czym rzecz, podeszła, podrzuciła mi słowa. Wszyscy inni myśleli, że naprawdę coś nie tak było z mikrofonem.

No więc nie śpiewałem praktycznie w ogóle, aż trafiłem do hardrockowego zespołu Whiplash. Akurat szukali kogoś na wokal. Poleciła mnie koleżanka z klasy, widocznie słyszała mnie w szkolnej „Szansie na sukces”. Przyszedłem na spotkanie z Kamilem z zespołu do parku. Ubrany byłem w czerwoną bluzę z długim rękawem i spodnie założone na spodnie, jedne z rozpiętym rozporkiem, oba spięte pasem. Kamil do dziś się śmieje, że się na mój widok przeżegnał. Głos dałem tydzień później na próbie. Darłem ryja potwornie. Zaśpiewałem „Czarny chleb i czarną kawę” Strachów na Lachy, „Rock You Like a Hurricane” Scorpionsów, „Harley mój” Dżemu.

Zaprosili mnie później do domu, wypili po browarku, ja – do 22. roku życia nie miałem w ustach ani kropli alkoholu – siedziałem na parapecie. Usłyszałem: „No, w sumie… chyba możesz zostać”. I zostałem.

Oni mieli ponad 20 lat, ja byłem jeszcze w gimnazjum. Pierwszy koncert daliśmy dwa tygodnie później, Kamil mi podpowiadał na scenie teksty, bo miałem za mało czasu, żeby nauczyć się wszystkich. Miałem wtedy na sobie fioletowy T-shirt i dużo pieszczoch na ręku, włosy do ramion. Jeśli umalowane oko, to może tylko kreska. Rok lub dwa lata później było znacznie bardziej „na grubo”.

Gdziekolwiek pojechaliśmy, zaczynałem od wizyty u fryzjera. Panie mnie czesały, zwykle kosztowało to nie więcej niż 15 zł. Ciuchy sceniczne kupowałem w szmateksach, do dzisiaj mam czerwony gorset z lateksu z tamtego czasu. Miałem też suknię ślubną połączoną z obcisłymi spodniami. Już wtedy wychodziłem z założenia, że ludzie przychodzą na show.

Zawsze

Do liceum trafiłem do Zespołu Szkół Chemicznych. Na początku było spoko, ale dość szybko miałem dosyć.

Głupie zaczepki, popchnięcia na korytarzu, typowe nastoletnie zagrania. Bez przerwy słyszałem: „Zaraz ci wyj…ę”. A ja jak to ja. Słyszę coś takiego i daję jeszcze do pieca. „Spoko, uderz”. Albo: „Może byś się zmierzył z kimś równym sobie?”. Myślę, że to, że nigdy mi nikt nie spuścił wp…dolu, zawdzięczam przede wszystkim Damianowi.

Wszyscy prędzej czy później dowiadywali się, że jestem jego bratem. Damian miał posłuch, szacunek na dzielnicy. I mimo że nie mieliśmy wtedy ze sobą wzorowego kontaktu, to wiem, że nie zawahałby się stanąć w mojej obronie. To był mój klosz. Wiem, że on też płacił za to jakąś cenę. Że się o mnie nasłuchał i że go wkurzałem. Ciężko mu było przekonać się do tego, jak wyglądam, obracał się w zupełnie innym środowisku. Dawał mi to do zrozumienia i ja też go rozumiałem. Miałem świadomość, że przekraczam barierę wizerunkową, i to mocno.

A wracając do liceum, w pewnym momencie powiedziałem tacie, że nie będę już tam chodził. Tatko to przyjął, zawsze stawał za mną murem. Zawsze. Poszliśmy do pedagoga, zaproponował mi dwie inne szkoły. Wybrałem tę w Kołaczycach, 10 km od Jasła. 
20 minut PKS-em, a szkoła bardzo dobra. Zresztą dojeżdżać też było fajnie.

Ręce zaciśnięte w pięści

Jeździliśmy z zespołem, graliśmy po klubach, zlotach motocyklowych. Krosno, Gorlice, Kraków, Tarnów, Brzesko. Zarabiać nie zarabialiśmy, ale udawało się chociaż zwrócić koszty podróży, czasem trzeba było do tego dopłacać, ale byliśmy szczęśliwi. Pamiętam, że non stop głodowałem, bo nie jadłem fast foodu, a tylko to było na trasie.

W trzeciej klasie prawie w ogóle nie byłem w szkole. Jeździliśmy do Warszawy, wygraliśmy konkurs na cover piosenki zespołu Wilki. Ale Warszawa była trudna do zdobycia, w pewnym momencie podjęliśmy decyzję, że zawieszamy działalność.

Wróciłem do Jasła, zdałem maturę. Nie było tak źle. W legginsach, koszuli z rozszerzanymi rękawami i z pomalowanymi paznokciami wszedłem na ustny z polskiego. Nie chcieli mnie dopuścić, ale ja wybroniłem się tym, że mój wygląd ma związek z tematem mojej prezentacji „Władcy w literaturze i sztuce”. Na angielski musiałem zmyć makijaż, a ręce miałem zaciśnięte w pięści, żeby nie widać było lakieru.

Podwózka

Chwilę później dowiedziałem się, że w Zabrzu są eliminacje do „X Factora”. Znalazłem hotel robotniczy na wylotówce z Zabrza, w którym mogłem się zatrzymać, i zadzwoniłem do właściciela. Powiedziałem mu, co i jak, że nie mam jak dostać się z dworca do hotelu. Zaproponował, że może przyjechać. Nie byłem zdziwiony. Mam ogromne szczęście do ludzi. Zresztą właściciel hotelu zawiózł mnie też rano na casting i powiedział, że skoro jadę z nim tym autem, to znaczy, że się dostanę do następnego etapu. Casting był po Nowym Roku, a ja już przed świętami wiedziałem, że moje życie się zmieni. Czy tak sobie wyobrażałem show-biznes?

Myślałem, że będzie trochę łatwiej, że mimo wszystko mój wizerunek nie będzie całkowicie przysłaniał tego, co realnie będę robił. Wtedy Polska jeszcze nie była tak tolerancyjna. Ale coś się ruszyło i uważam, że w jakimś stopniu przyczyniłem się do tego, że te granice się przesunęły.

Masz jeszcze czas

Z jednej strony jak na swój wiek dużo przeżyłem, z drugiej – patrzę na swoich rówieśników z Jasła i widzę, że oni są ustabilizowani, a ja jestem lekkoduchem, wciąż powtarzam sobie: „Michał, przecież ty masz dopiero 29 lat. Masz jeszcze czas”.

Koniec mojego dzieciństwa? Trzy lata temu, kiedy umarła mama. Wiedzieliśmy, że jest chora, ale nie starczyło nam wyobraźni, że to się może tak szybko skończyć. Czy kiedykolwiek miałem do niej żal? Nigdy. Nie przyszłoby mi to do głowy. Zresztą to nie w moim stylu.