1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Koniec mężczyzn?

Koniec mężczyzn?

fot.123rf
fot.123rf
Na świecie trwa dyskusja na temat kondycji mężczyzn. Kryzys męskości jest odmieniany przez wszystkie przypadki, ale pojawiają się też bardziej radykalne diagnozy: koniec patriarchatu czy wręcz zapowiedź końca mężczyzn.

Aby przekonać się, że kryzys męskości to sprawa oczywista, wystarczy zapytać, czym jest męskość. „Trudność w sformułowaniu odpowiedzi na to pytanie to pierwszy najogólniejszy i najważniejszy aspekt tego zagadnienia. Kiedyś odpowiedź była prosta, wyznaczona przez jasno określone standardy dotyczące tożsamości i ciała, sposobu myślenia i stylu życia, a także ról społecznych”, pisze w swojej książce „Kryzys męskości w kulturze współczesnej” socjolog, prof. Zbyszko Melosik. Dzisiaj dawne podziały na to, co męskie i co kobiece, straciły aktualność. Nie ma jednego obrazu czy definicji męskości. Funkcjonują różne, czasem sprzeczne. A kulturowy niepokój mężczyzn narasta. Coraz silniejsza pozycja kobiet i zacieranie się różnicy między rolami pełnionymi przez przedstawicieli obu płci tylko go utrwalają. Jak twierdzi socjolog Łukasz Skoczylas z UAM, „kryzys męskości jest postrzegany jako utrata przez mężczyzn ich psychicznej i charakterologicznej esencji lub, w wersji bardziej przychylnej obecnym przemianom – jako poczucie tożsamościowego zagubienia i niepewności charakteryzujące dużą część współczesnych mężczyzn”.

Co na to mężczyźni? Wydaje się, że rozdarci między tęsknotą za stereotypowym, ale niepasującym do współczesności modelem męskości, a przeczuciem, że świat wymaga od nich nowego zdefiniowania własnej tożsamości, stracili impet. Przyczajeni czekają na jakieś rozwiązanie. – Przez wieki czuli się lepsi od kobiet i o tę lepszość nie musieli z nimi rywalizować. W tym poczuciu wspierała ich cała kultura – mówi psycholożka Hanna Samson w swojej książce „Zabić twardziela”. – Wielu mężczyznom trudno pogodzić się z tym, że sytuacja się zmieniła. Boją się zrezygnować z dominacji. Siłę kobiet odbierają jako zamach na ich dobre samopoczucie, męskość, wiarę w siebie. Czują się zagrożeni. Zamiast wyruszyć na poszukiwanie własnej tożsamości, usztywniają się i próbują bronić starego porządku.

Mężczyzna w defensywie

– Przechodzimy teraz przez niezwykły i bezprecedensowy okres, w którym dynamika władzy między mężczyznami a kobietami gwałtownie się zmienia. W wielu miejscach, gdzie ma to największe znaczenie, kobiety przejmują całkowitą kontrolę – mówiła na konferencji TED (www.ted.com) amerykańska dziennikarka Hanna Rosin, autorka głośnej, wydanej w 2012 roku książki „The End of Men. And the Rise of Women”. W swoim wystąpieniu przywołała najnowsze dane dotyczące sytuacji na amerykańskim rynku pracy: dzisiaj na dwóch mężczyzn, którzy kończą studia, przypadają trzy kobiety. W tym roku po raz pierwszy kobiety stanowią większość wśród amerykańskich pracowników. I zaczynają dominować w wielu branżach: medycynie, prawie, bankowości, księgowości. Ponad 50 procent kadry kierowniczej to dzisiaj kobiety. A wśród 15 zawodów, prognozowanych jako najbardziej rozwijające się w następnej dekadzie, tylko dwa nie są przez nie zdominowane. Zdaniem dziennikarki globalna ekonomia staje się polem, na którym kobiety odnoszą więcej sukcesów niż mężczyźni, i te zmiany gwałtownie wpływają na kulturę – nie tylko na to, jakie kręci się komedie romantyczne, ale także na kształt związków małżeńskich i relacji, na życie towarzyskie czy nowy zestaw superbohaterów.

Można przytoczyć więcej danych dotyczących Ameryki. Mężczyźni żyją tam średnio siedem lat krócej niż kobiety, które są od nich relatywnie zdrowsze. Kobiety stanowią 55 proc. obecnych absolwentów college’ów i kontrolują ponad 80 proc. osobistych dochodów rodzin. Mężczyźni są ofiarami 65 proc. przestępstw i 75 proc. zabójstw (stanowią 90 proc. sprawców morderstw, 80 proc. pijanych kierowców i 80 proc. samobójców). Wykonują również wszystkie „najgorsze” i najbardziej niebezpieczne zawody, w konsekwencji są ofiarami 94 proc. wypadków w pracy. Kobiety niemal automatycznie wygrywają procesy dotyczące opieki nad dzieckiem. Podobna – niekorzystna dla mężczyzn – sytuacja występuje wśród młodzieży: to chłopcy mają więcej problemów w szkole niż dziewczęta (które na każdym szczeblu edukacji osiągają lepsze wyniki w nauce), to wśród nich jest więcej narkomanów i uzależnionych od alkoholu. Podobny mechanizm wynika z badań rynku w Niemczech w ostatnim okresie znacznie więcej mężczyzn traci pracę, a kobiety mają większe możliwości znalezienia zatrudnienia.

Jak tłumaczy Hanna Rosin, przemiany społeczne wynikają bezpośrednio ze zmieniającej się sytuacji ekonomicznej. – Kiedyś mieliśmy gospodarkę opartą na przemyśle, polegającą na wytwarzaniu dóbr, a teraz gospodarka opiera się na usługach, technikach informacyjnych i kreatywności. Te dwa rodzaje ekonomii wymagają odmiennych zdolności. Kobietom znacznie lepiej wyszło nabywanie nowych umiejętności niż mężczyznom. Kiedyś wystarczyło być facetem bez wyższego wykształcenia, ale z określonymi umiejętnościami, by z pomocą związków zawodowych zapewnić sobie życie na całkiem porządnym poziomie. Dzisiaj to się już nie sprawdza. Nowa gospodarka jest obojętna wobec wielkości i siły, a to właśnie one pomagały mężczyznom przez lata. Dzisiejsza gospodarka wymaga innych cech. Potrzebna jest inteligencja, zdolność do skupienia uwagi, do otwartej komunikacji i słuchania innych, a także do funkcjonowania na znacznie bardziej zmiennym rynku pracy. Kobiety radzą sobie z tym wyjątkowo dobrze.

Co więcej, to wyzwoliło swoisty efekt kaskadowy. Kobiety obejmują wysokie pozycje zawodowe i natychmiast powstają nowe miejsca pracy – ktoś musi wykonywać zajęcia kiedyś przypisane kobietom. Chodzi o opiekę nad dziećmi i osobami starszymi, gotowanie, sprzątanie, zakupy. – Takich posad jest coraz więcej. Kiedyś zwykły je wykonywać kobiety. Któregoś dnia być może matki będą zatrudniać bezrobotnego byłego hutnika w średnim wieku, by opiekował się ich dziećmi – twierdzi Hanna Rosin.

Na potwierdzenie, że ten proces nie jest tylko zjawiskiem obserwowanym w Ameryce (czy świecie zachodnim), Rosin podaje przykłady z innych części świata. W Indiach kobiety uczą się angielskiego szybciej niż mężczyźni i są częściej zatrudniane w nowych centrach obsługi telefonicznej błyskawicznie tam powstających. W Chinach to kobiety otwierają własne małe firmy częściej niż mężczyźni.

Rządy mężczyzn

W polskim tradycyjnie konserwatywnym społeczeństwie dominacja mężczyzn jest nadal niezaprzeczalna. Wystarczy przywołać kilka faktów. Z badań Press-Service Monitoring Mediów przeprowadzonych w styczniu 2013 roku wynika, że największe serwisy informacyjne w ogólnopolskich telewizjach przedstawiają... męski punkt widzenia. Przeanalizowano 1200 reportaży, w których padło 5800 wypowiedzi trwających łącznie 2900 minut. I aż 4400 z nich udzielili reporterom mężczyźni (75 proc.). Autorami materiałów dziennikarskich byli w 48 proc. mężczyźni. Kobiety przygotowały 34 proc. (reszta miała charakter redakcyjny i nie była podpisana nazwiskiem). Na 20 najbardziej aktywnych reporterów 13 było mężczyznami. Badanie pokazało nie tylko dysproporcje w liczbie wypowiadających się kobiet i mężczyzn. Kobiety nie tylko wypowiadały się trzy razy rzadziej niż mężczyźni, ale na dodatek 80 proc. ich wypowiedzi pozostawało anonimowymi. Nie podawano ich nazwisk – występowały jako „sąsiadka” lub „świadek zdarzenia”, lub jako anonimowe bohaterki sond ulicznych. Ich wypowiedzi najczęściej dotyczyły tematów społecznych. W przypadku mężczyzn głównym tematem była polityka. Zgodnie z patriarchalną zasadą, że mężczyźni zajmują się tym, co publiczne, a kobiety – emocjami, rodziną, nieszczęściem.

W Polsce nie ma też kobiet we władzach instytucji regulującej działalność mediów. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji to pięcioosobowe ciało złożone z samych mężczyzn. Ale panowie dominują nie tylko w mediach. Podobnie jest w biznesie: na stu prezesów największych firm przypada tylko sześć prezesek. W zarządach spółek giełdowych kobiety stanowią 12 proc. W parlamencie mamy 350 posłów i 110 posłanek. Komisjom sejmowym przewodniczy 25 mężczyzn i cztery kobiety.

Czyżby więc kryzys męskości nas nie dotyczył? Prof. Zbyszko Melosik: – Pojawia się tutaj zasadniczy paradoks: mężczyźni nadal dominują, jednak stoją jednocześnie na coraz bardziej przegranych pozycjach. To poczucie porażki wynika z prostego faktu, iż (korzystna dla mężczyzn) asymetria relacji między płciami, która jeszcze niedawno była bardzo wyraźna, dziś zmniejsza się z każdym rokiem. Mężczyźni dominują w coraz mniejszym stopniu, co wywołuje ich niepokój. Bez wątpienia płeć męska przechodzi do defensywy, nie zmienia to jednak faktu, że mężczyźni posiadają zdecydowaną większość w parlamentach wszystkich krajów świata.

Uspokajający stereotypowy obraz męskości podtrzymują popularne polskie telenowele. Hanna Samson: – W książce Nowi mężczyźni?” jedna z autorek Beata Łaciak przedstawiła wyniki kilkuletnich badań dotyczących popularnych seriali i prasy ilustrowanej. Jaki obraz mężczyzny się z nich wyłania? Otóż w polskich telenowelach najczęściej występuje mąż tradycjonalista. Najważniejsze jest dla niego to, że utrzymuje rodzinę. Chętnie o tym wspomina, a właściwie wypomina żonie, że jest na jego utrzymaniu, a jednocześnie sam niejednokrotnie przekonuje ją, że nie powinna pracować. Nawet jeśli żona też pracuje, to jej pracy ów mąż nie darzy szacunkiem. On i tak zwykle zarabia więcej, więc zwalnia go to z obowiązków domowych. W telenowelach rzadko pojawia się mężczyzna partner. Jeżeli już, to w związkach nieformalnych bardzo młodych ludzi. Może dlatego Polacy tak kochają seriale, że płynie z nich jasny przekaz uspokajający: inni też tak żyją, nie musisz nic zmieniać. Kultura masowa nie zadaje sobie trudu, żeby lansować nowe wzorce, raczej pozwala przeglądać nam się w tym, co jest.

Przywiązanie do stereotypowego obrazu męskości w Polsce potwierdza prof. Zbigniew Izdebski: – Mężczyzna musi być głową rodziny, zarabiać na dom, być zawsze w seksie inicjujący, wydolny, niezawodny. No i nie może się żalić. Taki mamy w Polsce stereotyp męskości. Jak w piosence „Chłopaki nie płaczą”. Ja dopowiadam: Nie płaczą, ale wcześniej umierają. Coś za coś – wyjaśnia.

I rzeczywiście stan zdrowia mężczyzn w Polsce nie jest najlepszy. Zgodnie z danymi Europejskiego Urzędu Statystycznego Eurostat w 2011 r. długość życia mężczyzn wynosiła 72,4 roku, a dla kobiet była o osim i pół roku dłuższa i wynosiła 80,9 roku. Według szacunków Eurostatu mężczyźni w Polsce przeżywają w zdrowiu (bez ograniczonej sprawności) 81 proc. długości życia, a kobiety – 77 proc. Z badania „Zdrowie – męska rzecz” opublikowanego w 2012 roku wynika, że wszystkie choroby cywilizacyjne stanowią znacznie większe zagrożenie życia polskich mężczyzn niż kobiet. Umieralność mężczyzn z powodu chorób układu krążenia jest o prawie 70 proc. większa niż umieralność kobiet, w tym z powodu zawału serca – blisko trzykrotnie. Umieralność z powodu nowotworów złośliwych jest większa o 85 proc. (z powodu raka płuc trzyipółkrotnie), z powodu chorób układu oddechowego oraz chorób układu trawiennego jest większa ponaddwukrotnie, a z powodu przyczyn zewnętrznych – czteroipółkrotnie.

Obecnie mężczyźni w Polsce dożywają wieku, jaki mężczyźni w krajach Unii Europejskiej osiągali 21 lat temu. W 2010 r. przeciętna długość życia polskich mężczyzn była o 5,3 roku krótsza niż średnia długość życia mężczyzn w UE. W stosunku do Szwedów, najbardziej długowiecznych mężczyzn w UE, Polacy tracą niemal osiem lat życia (7,6 roku). Ryzyko zgonu polskich mężczyzn w stosunkowo młodym i średnim wieku (30–44 lata oraz 45–59 lat) jest aż o 70 proc. większe niż ich rówieśników w UE.

Socjologowie twierdzą, że te wyniki mogłyby być inne, gdyby mężczyźni nie pozostawali zakładnikami stereotypów na temat męskości, zgodnie z którymi nie wypada im przyznawać się do słabości. Tymczasem o wiele rzadziej niż kobiety korzystają z porad lekarzy. Podobnie jest ze zdrowiem psychicznym. W większości krajów świata mężczyźni częściej niż kobiety popełniają samobójstwa (wyjątkiem są Chiny). W krajach rozwiniętych dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn choruje na depresję. Ale powszechnie uważa się, że te statystyki pokazują, iż mężczyznom jest po prostu trudniej ujawniać swoje problemy psychiczne niż kobietom. A ratunkiem dla nich w takich sytuacjach często staje się alkohol i narkotyki.

Mężczyzna rycerz

Do jakiego stopnia mężczyźni w Polsce są przywiązani do męskości rozumianej w niemal historyczny, rycerski sposób, pokazały badania zrealizowane na zlecenie jednego z producentów alkoholu, których rzecznikiem był nieprzypadkowo aktor Bogusław Linda uznawany za uosobienie prawdziwego mężczyzny. Wynikło z nich, że dla polskich mężczyzn najważniejszym aspektem męskości jest odwaga. Zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym. Potem – nieprzejmowanie się opinią otoczenia i podejmowanie działań wbrew innym – 83 proc. 70 proc. badanych odpowiedziało, iż widząc niebezpieczną sytuację, należy zareagować niezależnie od późniejszych konsekwencji, a 71 proc. – że w uzasadnionych sytuacjach jest w stanie złamać obowiązujące reguły.

Ważną zasadą okazało się dotrzymywanie danego słowa oraz stawanie w obronie przyjaciół. Aż 91 proc. mężczyzn stwierdziło, że spełnia obietnice, i tyle samo zadeklarowało, iż staje w obronie swoich przyjaciół, kiedy tego potrzebują. 76 proc. uznało, że mężczyzna powinien umieć kontrolować emocje nawet w bardzo trudnych chwilach oraz trzymać w sekrecie powierzone tajemnice – 89 proc. Problemy powinien rozwiązywać samodzielnie. Stąd 30 proc. badanych rozmawia o swoich prywatnych sprawach z innymi raz na kilka miesięcy, a nawet rzadziej.

Mężczyźni są zgodni w jednym – aż 96 proc. badanych jest gotowych stanąć w obronie swojej partnerki. Potrafią się zachować w towarzystwie kobiety (90 proc.) oraz traktować ją z szacunkiem i po szarmancku (86 proc.). 93 proc. respondentów odpowiedziało też, że czują się odpowiedzialni za swoją rodzinę oraz za zapewnienie jej bytu – 87 proc.

Tymczasem oczekiwania wobec współczesnych mężczyzn są już nieco inne. Współczesne aktywne zawodowo kobiety zamiast rycerzy i opiekunów szukają partnerów do współpracy w utrzymywaniu rodziny i wychowaniu dzieci. Z badań wynika, że Polacy coraz częściej wymieniają partnerski związek jako najlepszą formę relacji między kobietą a mężczyzną. Choćby z badania CBOS z 2012 roku, które pokazuje, że tylko 27 proc. mężczyzn i 18 proc. kobiet popiera tradycyjny model rodziny. Jednak pytania szczegółowe w badaniach ujawniają, że to deklaracje dość teoretyczne. Nadal pracami domowymi najczęściej zajmują się kobiety i to one skupiają się na zajmowaniu się dziećmi. Z badania Ipsos z 2010 roku na temat opinii mężczyzn o podziale ról w rodzinie wynika, że 84 proc. mężczyzn uważa, że zarówno kobieta, jak i mężczyzna powinni zarabiać na utrzymanie domu. Jednocześnie zdaniem 87 proc. badanych mężczyzna pozostaje głową rodziny, a jego głównym obowiązkiem jest zapewnienie jej środków do życia. Ośmiu na dziesięciu mężczyzn jest przekonanych, że kobiety lepiej potrafią się zająć domem. I blisko siedmiu na dziesięciu mężczyzn twierdzi, że prowadzenie domu może być dla kobiety tak samo satysfakcjonujące jak praca zawodowa. Mężczyźni zapytani o ich ewentualną satysfakcję z prowadzenia domu odpowiadają już inaczej: tylko czterech na dziesięciu twierdziło, że to mogłoby im przynieść tyle samo satysfakcji co praca zawodowa.

Nowy mężczyzna

Oczywiście, nie można generalizować. Na naszych oczach nieśmiało pojawiają się „nowi mężczyźni” zaangażowani w ojcostwo rozumiane jako bliski i aktywny związek z dzieckiem, deklarujący swoje feministyczne poglądy. Dla nich rosnąca pozycja kobiet nie jest zagrożeniem. Na świecie to odchodzenie od stereotypowego definiowania męskości staje się powoli faktem. Pokazały to choćby badania przeprowadzone w amerykańskim Indiana University pod kierunkiem Julii Heiman. Wzięło w nich udział 27 tysięcy mężczyzn. Okazało się, że w opinii ankietowanych tego, co jest rozumiane pod pojęciem męskości, wcale nie definiuje atrakcyjny wygląd czy sprawność seksualna. Za męskie badani uznali samodzielność i uczciwość. Ponadto, że bardziej niż sukces i kariera liczy się dla nich zdrowie i harmonijne życie rodzinne. Na dalszych pozycjach znalazły się zaspokajanie potrzeb materialnych, spełnienie zawodowe czy nawet seks.

Wyrazem nowej męskości jest także ruch przeciwko przemocy wobec kobiet, którego czołowym działaczem jest amerykański krytyk kultury Jackson Katz, autor książki „Paradoks macho” (Czarna Owca 2012). Autor edukacyjnych filmów dokumentalnych i wykładów na amerykańskich uniwersytetach pokazuje w niej bezpośrednie związki między tradycyjnymi wzorcami kulturowymi męskości a przyzwoleniem na przemoc wobec kobiet. Jego zdaniem tylko uświadomienie sobie odpowiedzialności za męską przemoc przez innych mężczyzn może doprowadzić do jej ograniczenia. „Prawdziwa trwała zmiana wymaga przynajmniej tego, by liczba mężczyzn z różnych kultur osiągnęła masę krytyczną – mężczyzn, którzy zdecydują się współpracować z kobietami przeciwko męskiej przemocy zarówno na poziomie osobistym, jak i w wymiarze instytucjonalnym. Wciąż wzrasta liczba mężczyzn i męskich organizacji gotowych podejmować działania mające na celu ograniczanie przemocy wobec kobiet. Jednak ruch ten jest ciągle jeszcze w fazie narodzin” – pisze Jackson Katz.

W Polsce na razie „nowi mężczyźni” są niewielką grupą. Hanna Samson w „Zabić twardziela” pisze: „Myślę, że mężczyźni boją się podejrzenia, że występują przeciwko swojej płci. Są w Polsce nonkonformiści, którzy otwarcie są feministami, rzecznikami rzeczywistej równości, występują przeciw przemocy wobec kobiet. Ale większość woli milczeć, aby się nie narażać na ryzyko wykluczenia, ostracyzmu, śmieszność”.

Czy to się może zmienić? Hanna Rosin pytana o przyszłość męskości i relacji międzyludzkich przywołała szklany sufit, za pomocą którego opisywany był brak równych szans kobiet i mężczyzn: „Nie przepadam za tym określeniem, bo zakłada antagonizm między kobietami a mężczyznami. Obraz, o którym chętnie myślę zamiast o szklanym suficie, to wysoko zawieszony most. Wejście na taki most jest bez wątpienia przerażające, ale i ekscytujące, bo jest z niego wspaniały widok. Możesz zabrać tam, kogo chcesz. Twojego męża, przyjaciół, znajomych czy opiekunkę do dziecka. Mężowie mogą pomóc wejść na niego swoim żonom, jeśli nie czują się gotowe. Wydaje się, że potrzebujesz pewności siebie, przekonania, że masz odpowiednie kompetencje i doświadczenie, aby na niego wejść. A tymczasem wystarczy tylko, że postanowisz zrobić pierwszy krok, i tego dokonasz”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego kobiety, częściej niż mężczyźni, zadręczają się rozpamiętywaniem zdarzeń? – badania psychologów

Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przekraczają granicę między więzią emocjonalną z innymi a nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w ich sprawy. U takich kobiet samoocena i dobre samopoczucie w zbyt wielkim stopniu wynikają z tego, co o nich myślą inni i jak rozwijają się ich relacje. (fot. iStock)
Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przekraczają granicę między więzią emocjonalną z innymi a nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w ich sprawy. U takich kobiet samoocena i dobre samopoczucie w zbyt wielkim stopniu wynikają z tego, co o nich myślą inni i jak rozwijają się ich relacje. (fot. iStock)
Czasem zakłada się, że większa podatność na rozpamiętywanie u kobiet w porównaniu do mężczyzn wynika z jakiejś różnicy biologicznej – na przykład kobiecych hormonów lub budowy kobiecego mózgu. Być może w przyszłości badania dostarczą dowodów na te teorie, obecnie jednak dowody wskazują na społeczne i psychologiczne podstawy rozpamiętywania u kobiet. – wyjaśnia psycholożka Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Czasem zakłada się, że większa podatność na rozpamiętywanie u kobiet w porównaniu do mężczyzn wynika z jakiejś różnicy biologicznej – na przykład kobiecych hormonów lub budowy kobiecego mózgu. Być może w przyszłości badania dostarczą dowodów na te teorie, obecnie jednak dowody wskazują na społeczne i psychologiczne podstawy rozpamiętywania u kobiet. – wyjaśnia psycholożka Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Kobiety mają więcej tematów do rozpamiętywania

Status kobiet w społeczeństwie uległ w ciągu ostatnich 50 lat diametralnej zmianie. W pracy zarobkowej kobiety nie muszą się już ograniczać do wąskiej grupy dostępnych zawodów i zaczynają przebijać się na sam szczyt w różnych branżach – a także żądają równych z mężczyznami wynagrodzeń. W relacjach z płcią przeciwną wiele kobiet oczekuje szacunku i równego dzielenia się domowymi obowiązkami.

Nadal jednak długa droga przed nami. Kobiety w dalszym ciągu za tę samą pracę dostają 74 centy za każdego zarabianego przez mężczyzn dolara, a luka płacowa widoczna jest szczególnie wśród pracowników o niskich dochodach. Kobiety wprawdzie proszą mężczyzn o więcej „pomocy” w domu i przy dzieciach, ale często jej nie dostają. Nasze badania wskazują, że większość zamężnych pracujących matek nadal wykonuje lwią część domowych obowiązków. A chociaż wykonują bardziej prestiżowe i lukratywne zawody niż kiedykolwiek wcześniej, wiele z nich twierdzi, że ich partnerzy nie cenią i nie szanują ich pracy w wystarczającym stopniu.

Ten chroniczny stres – nieustające frustracje i ciężary towarzyszące kobietom na skutek ich niższej pozycji społecznej – wydaje się sprzyjać ich podatności na rozpamiętywanie. Na podstawie przeprowadzonych badań stwierdziliśmy, że osoby doświadczające chronicznego stresu – a to częściej kobiety niż mężczyźni – znacznie częściej oddają się rozpamiętywaniu.

Chroniczny stres może także wpędzać kobiety w przekonanie, że niewiele w swoim życiu są w stanie kontrolować, a to dodatkowo zachęca je do rozpamiętywania. Podejrzewam jednak, że większość kobiet w sytuacji chronicznego stresu ma nadzieję, że da się jakoś poprawić ich sytuację, a w efekcie nie stają się całkowicie bezradne i pozbawione nadziei. Przeciwnie, szukają wytłumaczenia, dlaczego życie nie idzie po ich myśli, dlaczego czują się tak często sfrustrowane i zdenerwowane, jak mogą przekonać partnerów do pomocy w domu i przy dzieciach (bez narzekania!) i co mogą zrobić, by ich partnerzy i rodziny bardziej je doceniali.

Odpowiedzi na te pytania nie są niestety zawsze oczywiste. Psycholog Faye Crosby z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz stwierdziła, że wiele kobiet, które według obiektywnych standardów żyje w nierównych i pozbawionych wsparcia związkach lub doświadcza nieskrywanej dyskryminacji w pracy, nie przyjmuje – albo nie jest w stanie przyjąć – do wiadomości, że są ofiarami. Co więcej, nawet jeżeli przyjmą ten fakt do wiadomości, nie zawsze dysponują środkami, by wydostać się z takiej sytuacji. (…)

Doskonałym paliwem dla rozpamiętywania są bolesne, a często traumatyczne doświadczenia kobiet, które wynikają z braku równej z mężczyznami sprawczości i statusu. Do traum, których kobiety doświadczają częściej niż mężczyźni, należy przemoc seksualna. Możemy się kłócić o prawdziwy odsetek przypadków przemocy seksualnej w społeczeństwie, ale takie badania jak to przeprowadzone przez Mary Koss (M.P. Koss i D.G. Kilpatrick, „Gwałt i napaść na tle seksualnym”, Nowy Jork 2001) jednoznacznie wskazują, że kobiety przynajmniej dwukrotnie częściej niż mężczyźni padają ofiarą poważnych przypadków przemocy seksualnej, takich jak gwałt czy kazirodztwo. Na podstawie własnych badań stwierdziłam, że kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, są znacznie podatniejsze na ataki rozpamiętywania (to samo dotyczy mężczyzn). Trauma tego rodzaju niszczy podstawowe wyobrażenia o świecie, w którym złe rzeczy przydarzają się innym. Jeżeli sprawcą traumy jest członek rodziny lub przyjaciel, takie doświadczenie niszczy zaufanie i poczucie bezpieczeństwa ofiary. W efekcie często pozostawiona jest ona sama sobie i rozpamiętuje, czemu coś takiego przydarzyło się właśnie jej. (…)

Z powodu braku sprawczości społecznej kobiety mają wiele innych problemów poza traumą na tle seksualnym. Psycholog Deborah Belle z Uniwersytetu Bostońskiego wykazała, że kobiety znacznie częściej niż mężczyźni żyją w ubóstwie. Ono z kolei prowadzi do podwyższonego ryzyka szeregu czynników stresogennych, w tym narażenia na przestępczość i przemoc, choroby i śmierć dzieci oraz przemoc fizyczną i seksualną. Ponadto ubóstwo skutkuje także chronicznymi i pozostającymi poza naszym wpływem negatywnymi warunkami życiowymi, w tym mieszkaniem w złych warunkach i w niebezpiecznych dzielnicach oraz niepewnością finansową. To dostarcza ubogim kobietom paliwo do rozpamiętywania – moje badania wskazują, że ubóstwo wśród kobiet wiąże się z tendencją do rozpamiętywania.

Samookreślenie sprzyja rozpamiętywaniu u kobiet

Jedną z największych i najpowszechniejszych różnic osobowościowych między kobietami a mężczyznami jest ich odniesienie do innych. Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni określają się w relacji do innych – jestem córką Catherine i Johna, żoną Richarda i matką Michaela. Kobiety budują także szersze i głębsze sieci społeczne niż mężczyźni. Jako kobiety znamy więcej osób na głębokim, emocjonalnym poziomie i bardziej niż mężczyźni wsłuchujemy się w emocje innych.

Rozległe i głębokie sieci społeczne wspaniale wzbogacają życie kobiet i są ważnym źródłem wsparcia w razie potrzeby. Niestety zwiększają także liczbę źródeł zmartwień. Socjolog Ron Kessler z Uniwersytetu Harvarda stwierdził, że traumatyczne wydarzenia w życiu innych ludzi mają znacznie większy wpływ na kobiety niż na mężczyzn. W przypadku choroby, wypadku czy innej stresogennej sytuacji przyjaciela czy członka rodziny kobiety znacznie częściej niż mężczyźni są smutne, martwią się i niepokoją.

Co więcej, jak odkryła psycholog Vicki Helgeson z Uniwersytetu Carnegie Mellon, kobiety znacznie częściej niż mężczyźni przekraczają granicę między więzią emocjonalną z innymi a nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w ich sprawy. U takich kobiet samoocena i dobre samopoczucie w zbyt wielkim stopniu wynikają z tego, co o nich myślą inni i jak rozwijają się ich relacje. W efekcie nieustannie się martwią i niepokoją o implikacje najdrobniejszych nawet zmian w tych relacjach. Co więcej, prowadzi je to do podejmowania złych decyzji we własnym życiu, ponieważ starają się wszystkich zadowolić. Moje badania wykazały, że tendencja do nadmiernego zaangażowania emocjonalnego prowadzi u kobiet do chronicznego rozpamiętywania.

Za dobry przykład może tu posłużyć historia 29-letniej fizjoterapeutki Denise. Już sam fakt, że jej mąż Mark wstaje z łóżka lewą nogą, jest dla Denise dobrym powodem do rozpamiętywania. Mark nie lubi poranków i po przebudzeniu ma zły humor – szczególnie, jeżeli kiepsko spał. Snuje się w szlafroku i w milczeniu popija kawę. Przy śniadaniu bez potrzeby warczy na dzieci, że nie potrafią się zachować. Z kolei Denise uwielbia poranki i czuje się wtedy najlepiej. Budzi się o 5.30 rano, biegnie sześć kilometrów na mechanicznej bieżni i po szybkim prysznicu w doskonałym humorze schodzi na śniadanie. Gdy po wejściu do kuchni zauważa, że Mark jest w złym nastroju, jej mózg natychmiast zaczyna szaleć:

Czy zrobiłam wczoraj wieczorem coś, co go zdenerwowało? Nic nie pamiętam. Ale byłam tak śpiąca, że może i zrobiłam. Czy dzieciaki zrobiły coś strasznego? Może martwi się o pracę? O nie, nie będę nic mówić o pracy – jeżeli jest mu tam źle, nie zniosę tego.

Ostatecznie kobieta pokornie pyta męża, co się dzieje. Jeżeli ma naprawdę zły nastrój, odwarknie „Nic!”, ale zwykle zdaje sobie sprawę, że wstał z łóżka lewą nogą i jej to mówi. Partnerka jednak nie wierzy, że to prawda, i zastanawia się, co go tak naprawdę gryzie. (…)

Naturalnie nie chodzi o to, żeby kobiety stały się wobec innych chłodne i obojętne. Te z nas jednak, które za bardzo identyfikują się przez pryzmat swoich relacji, powinny znaleźć lepszą podstawę do samookreślenia, aby nie były zawsze rzucone na pastwę nieuniknionych wzlotów i upadków związków międzyludzkich. To jednak możliwe jest wyłącznie wtedy, kiedy uznamy, że mamy skłonność do rozpamiętywania, i wypracujemy strategie, by się z niego wyzwolić.

Czy rozpamiętywanie to dla kobiet norma?

Być może kobiety są bardziej niż mężczyźni podatne na rozpamiętywanie dlatego, że są bardziej emocjonalnie nastawione. Nawet przedszkolaki wiedzą, że dziewczynki doświadczają emocji i okazują je bardziej niż chłopcy, a przekonanie to króluje także wśród dorosłych, we wszystkich grupach wiekowych. Jest to jeden z mitów kulturowych, w którym może być ziarno prawdy – przynajmniej jeśli chodzi o niektóre emocje. Psycholog Lisa Feldman Barrett z Boston College stwierdziła, że kobiety nie tylko mówią, że doświadczają więcej emocji niż mężczyźni, ale bezpośrednie obserwacje kobiet i mężczyzn z różnych grup wiekowych i obszarów geograficznych potwierdziły, że także w większym niż mężczyźni stopniu je artykułują i okazują. Feldman Barrett i jej współpracownicy poprosili respondentów z siedmiu różnych lokalizacji i grup zawodowych w USA i Niemczech o opisanie, jak czuliby się oni sami i inni ludzie w dwudziestu różnych scenariuszach. Jeden z nich brzmiał następująco: „Ty i twój najlepszy przyjaciel macie to samo stanowisko. Co roku przyznawana jest nagroda dla najlepszego pracownika. Oboje ciężko pracujecie, by ją zdobyć. W końcu ogłoszony zostaje zwycięzca – to twój przyjaciel. Jak się czujesz? Jak czuje się twój przyjaciel?” Uczestnicy mieli za zadanie zapisać odpowiedzi na pytania, a badacze analizowali je pod kątem ilości wyrażonych emocji. We wszystkich siedmiu grupach kobiety wykazały większą niż mężczyźni świadomość emocji tak własnych, jak i innych ludzi w podanych scenariuszach.

Czy świadomość emocjonalna to cecha, z którą kobiety się rodzą? Być może, ale są też podstawy, by przypuszczać, że kobiety od wczesnego wieku są „szkolone” do zwracania większej uwagi na uczucia niż mężczyźni. Badania prowadzone przez psychologów rozwojowych, jak np. Eleanor Maccoby z Uniwersytetu Stanforda i Judith Dunn z Instytutu Psychologii w Londynie, wykazały, że ogromną różnicą w sposobie traktowania córki i synów przez rodziców jest zwracanie uwagi na smutek i lęk oraz wspieranie wyrażania ich u dziewczynek oraz zniechęcanie do tego chłopców. Wielu teoretyków argumentuje, że zniechęcanie do wyrażania negatywnych emocji jest dla chłopców niezdrowe, ponieważ przez to uczą się zaprzeczać własnemu smutkowi i strachowi i je wypierać. Bez wątpienia jest to do pewnego stopnia prawda.

Są jednak coraz większe podstawy, by sądzić, że rodzice wcale nie działają na korzyść swoich córek, pielęgnując ich złe nastroje. Niektórzy nadmiernie wzmacniają ekspresję smutku i niepokoju u dziewczynek, zachęcając je na przykład do rozmowy o tych uczuciach i pomagając wymieniać wszystkie możliwe przyczyny smutku i lęku zamiast pomóc im wymyśleć sposoby na zmianę trudnej sytuacji czy lepsze radzenie sobie w takich okolicznościach. Dodatkowo niektórzy rodzice dużo mówią o własnym niepokoju czy smutku i wyrażają przy tym własną bezradność i brak nadziei. Co więcej, częściej pozwalają sobie na to przy córkach niż przy synach. Dziewczynki odbierają bardzo wyraźny sygnał – nieszczęście czyha wszędzie wokół i nic nie można z nim zrobić, trzeba się na nim po prostu skupić.

W naszych badaniach zapytaliśmy kobiety i mężczyzn, na ile są w stanie kontrolować negatywne emocje, jak na przykład smutek i lęk. Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni mówiły, że uczucia te nie poddają się kontroli – nic nie można z nimi zrobić. Jeżeli da się negatywnym uczuciom i powiązanym z nimi myślom wolną rękę, szybko prowadzi to do napadu rozpamiętywania. W naszym badaniu stwierdziliśmy, że im bardziej zdaniem danego respondenta negatywne emocje nie poddają się kontroli, tym większe prawdopodobieństwo, że jest rozpamiętywaczem.

Wiele kobiet angażuje się dodatkowo w rozpamiętywanie zbiorowe. Siedzą razem i poddają różne kwestie szczegółowej analizie zamiast zachęcać się do aktywnego zarządzania uczuciami czy rozwiązywania problemów. Kiedy podsycamy wzajemnie ogień negatywnych rozmyślań, czujemy się zrozumiani i usprawiedliwieni w naszych uczuciach, ale nadal jesteśmy przytłoczeni naszymi problemami i nic z nimi nie robimy.

Fragmenty z książki „Kobiety, które myślą za dużo”. Jej autorka, Susan Nolen-Hoeksema, była amerykańską profesor psychologii na Uniwersytecie Yale.

Jeśli mierzysz się z problemem rozpamiętywania, zadręczasz się minionymi zdarzeniami, rozmowami i nie potrafisz wyrwać się z myślowego kołowrotka i gonitwy myśli – ta książka może okazać się bardzo pomocna.

  1. Seks

Co nas kręci, co nas podnieca, czyli jakich mężczyzn pragną kobiety?

Stały związek wcale nie musi iść w sprzeczności z pożądaniem. W końcu natura dała nam seks (przynajmniej kobietom) w celach reprodukcji, ale też podtrzymywania więzi. (Fot. iStock)
Stały związek wcale nie musi iść w sprzeczności z pożądaniem. W końcu natura dała nam seks (przynajmniej kobietom) w celach reprodukcji, ale też podtrzymywania więzi. (Fot. iStock)
Kobiety narzekają, że nie ma dziś fajnych mężczyzn, mężczyźni skarżą się, że nie rozumieją kobiet. Co trzecia pacjentka trafiająca do mojego gabinetu jest singielką, co drugi mężczyzna pyta: „Co jest ze mną nie tak, że ona ciągle narzeka?”. Czy oczekiwania w kwestii związku rozmijają się z potrzebami?

Statystyki wyraźnie pokazują, że wiele małżeństw nie dotrwa do pierwszej rocznicy ślubu i to kobiety, bez względu na wiek czy staż małżeński, coraz częściej są inicjatorkami rozstań. Badania socjologiczne dowodzą, że Marsjanie i Wenusjanki pozamieniali się rolami. Współczesny mężczyzna jest romantyczny; pragnie małżeństwa i dziecka, a ona, jeszcze do niedawna kobieta z Wenus, dziś jest bardziej pragmatyczna od niego i dobrze wie, czego nie chce. Nie kręci jej prezes banku czy właściciel świetnie prosperującego biznesu ani intelektualista o mózgu Einsteina, a małżeństwo nie jest dla niej awansem w hierarchii społecznej, bo ona sama doskonale potrafi wspiąć się po szczeblach kariery i sukcesu, czasami wyżej niż jej partner. Nie potrzebuje metroseksualnego Adonisa, który godzinami przesiaduje w salonie piękności, ani czułego Misia, który wzrusza się na byle jakim romansidle.

Tylko to nie rozwiązuje naszego, babskiego problemu, bo tak naprawdę wcale nie chcemy być bez pary, iść przez życie w pojedynkę, czuć się gorsze i z zazdrością patrzyć na te, którym się udało. Chcemy mężczyzny, tylko czujemy się trochę zagubione w tym trudnym momencie dziejowym, w którym ciągle jeszcze grają nam film z przeszłości, przebrzmiałą historię o Kopciuszku i Królewiczu z bajki. Choć scenariusz nadal aktualny, to już Królewicza przydałoby się wymienić. Pamiętasz piosenkę Danuty Rinn: „Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy… orły, sokoły, herosi…?”. Może właśnie takich mężczyzn chcemy?

Światem rządzą kobiety

Tak, to prawda. I nie chodzi wyłącznie o to, że jesteśmy coraz bardziej wyzwolone, że potrafimy sobie same poradzić, zadbać o bezpieczeństwo materialne czy choćby  naprawić cieknący kran. Ewolucyjnie jesteśmy silniejszą płcią i nawet w sprawach reprodukcji poradzimy sobie wkrótce pewnie bez faceta. W relacjach damsko-męskich to my rozdajemy karty. Przedstawicielka płci pięknej o w miarę atrakcyjnym wyglądzie, a przede wszystkim szerokich biodrach, błyszczących oczach i lśniących włosach jest w stanie zainteresować sobą niezliczoną ilość mężczyzn. Za to on – samiec musi się postarać. Trzeba, aby miał coś, co jest dla nas atrakcyjne, czyli określone zasoby. I właśnie owe pożądane przez nas zasoby tak bardzo zmieniły się na przestrzeni lat. Kiedyś mężczyzna musiał jedynie zapewnić kobiecie byt materialny oraz opiekę na czas ciąży, porodu i wychowania potomstwa. Dziś pragniemy czegoś więcej. Tylko z realizacją i integracją nie zawsze nam wychodzi.

Małgosia jest od lat w związku małżeńskim z prezesem wielkiej korporacji. Na co dzień przykładna żona i matka, raz w miesiącu wyjeżdża do puszczy. Oficjalnie na warsztaty ziołolecznictwa, realnie na namiętne spotkania ze swoim kochankiem „dzikusem” – zaangażowanym społecznie ekologiem. Marta – singielka z wyboru, od lat kocha się w Andrzeju – buddyście podróżniku. Ona nie wyklucza stałego związku, choć nie jest to warunek konieczny, on jest wolnym ptakiem, który niezależność ceni o wiele bardziej niż jakiekolwiek stałe zobowiązania. I właśnie to ją w nim najbardziej podnieca. Czyżbyśmy bardziej pragnęły namiętnego seksu niż harmonijnego związku?

Daniel Bergner, autor książki „Czego pragną kobiety”, twierdzi, że w miłości najpierw dogadują się nasze geny, potem na scenę wchodzą feromony i wreszcie na samym końcu do głosu dochodzi oksytocyna, czyli hormon więzi. Dlatego, kiedy nasze potrzeby bytowo-materialne zostają zaspokojone – a to, jak już wiemy, jest w granicach naszych możliwości – do głosu dochodzi pierwotny instynkt, czyli biologia, a jeszcze prościej: pożądanie, które niekoniecznie idzie w parze z małżeństwem.

Brzuch kontra głowa

Przed laty przy wyborze partnera kierowałyśmy się zdrowym rozsądkiem. Chlubą było zostać „doktorową”, potem „dyrektorową”, szefową męża albo uległą kobietą domową. Jednak rozsądek i moda rzadko idą w parze z pożądaniem. Bergner przekonuje, że kobiece pożądanie przez lata było niedoceniane, i to głównie przez nas same. Pomimo wyzwolenia seksualnego przyznawanie się przez kobietę do ochoty na dziki seks ciągle jeszcze nie jest dobrze widziane. Ale natury nie da się oszukać.

Monika rok temu urodziła dziecko. W roli mamy nie czuła się zbyt komfortowo, choć – jak sama twierdzi – pragnęła dziecka. Niedawno wróciła do pracy. Kiedy kilka dni temu przyszła na sesję, miałam wrażenie, że siedzi przede mną zupełnie inna kobieta: zagęszczone rzęsy, seksowna fryzura, mocno umalowane usta. Monika pracuje w firmie, w której są prawie sami mężczyźni, a więc testosteron unosi się w powietrzu. Kiedy zapytałam ją, czy ma świadomość swojego seksapilu, zarumieniła się i powiedziała, że przecież jest żoną i matką. Jednak twierdzi, że powrót do pracy to była świetna decyzja. Myśli też o tym, żeby zapisać się na warsztaty tantry. Powiedziałam, że to doskonały pomysł, i zapytałam, czy wybiera się razem z partnerem. – Chyba nie, boję się, że przy nim nie byłabym naturalna – powiedziała.

Mamy coraz lepszy kontakt ze swoim ciałem, jednak trudno jest nam dzielić się tą wiedzą z partnerami. Role męża i kochanka jakoś nie bardzo nam się łączą. Mąż kojarzy się z poczuciem bezpieczeństwa i spokoju. Kochanek to szaleństwo i niezależność. Jeśli mamy odwagę przyznać się do tęsknot płynących „z brzucha”, pragniemy mężczyzny, który jest nieco narcystyczny i charyzmatyczny, wymagający, ale nie uzależniający. Powie, co lubi, co go podnieca w kobiecie, ale tobie pozostawi decyzję, czy zechcesz spełnić jego pragnienia. Będzie cię podziwiał, ale nie adorował. Spędzi z tobą namiętną noc, a potem wyjedzie na miesiąc na samotną wyprawę na koniec świata. Romantyczne pragnienia, by stopić się z partnerem albo być dla siebie nawzajem dopełnieniem, to mylny standard w namiętnej relacji.

Za czym tęsknimy?

Chcemy być aktywną stroną w relacji, pragniemy podrywać i uwodzić, a nie tylko dawać znaki i czekać, aż on zapoluje. Bywa, że mamy ochotę na seks bez zobowiązań albo „szybki numerek” bez gry wstępnej. Tęsknimy za mężczyzną, który jest troskliwy (kiedy trzeba), ale bywa też nieco szorstki i władczy, dobrze zna siebie i wie, czego chce. Nie chroni się jedynie za swoją rolą czy pozorną siłą, ale ma dostęp także do swoich wewnętrznych zasobów. Liczy się w społeczeństwie i to niekoniecznie ze względu na status materialny czy zajmowane stanowisko zawodowe. Hydraulik – złota rączka, aktywny działacz lokalnej społeczności czy przewodnik duchowy to dziś najbardziej pożądani partnerzy. Mężczyzna, który zaprzecza swojej dzikości, naturalnej skłonności do rywalizacji i duchowości, albo wręcz nie ma do nich dostępu – jest na przegranej pozycji.

Stały związek wcale nie musi iść w sprzeczności z pożądaniem. W końcu natura dała nam seks (przynajmniej kobietom) w celach reprodukcji, ale też podtrzymywania więzi. Najważniejszy jest trafny wybór partnera, z brzucha, a nie z głowy. Potem pozostaje jedynie trzymanie się ról wyznaczonych przez biologię, podsycanie wzajemnej atrakcyjności i ciekawości wobec siebie nawzajem, zachowanie równowagi pomiędzy pielęgnowaniem części wspólnej związku a własną niezależnością, potrzebą wolności, rozwijaniem własnych pasji i apetytów. Bycie razem na dobre i na złe, ale także osobno, kiedy zachodzi taka potrzeba. Nietraktowanie związku jako twierdzy, chronionej przed światem grubym murem, ale także odnajdowaniem swojego miejsca w społeczeństwie.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet. 

  1. Psychologia

Gdy rozpada się męski świat – o samobójstwach mężczyzn mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko

Ludzie decydujący się na samobójstwo  zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. (fot. iStock)
Ludzie decydujący się na samobójstwo zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. (fot. iStock)
Są mężczyźni, którzy poświęcają się tylko pracy. Albo tylko rodzinie. Gdy tracą to, co jest dla nich wszystkim, tracą wszystko. Załamują się. Dochodzą do wniosku, że nie mają już po co żyć. Wtedy samobójstwo może wydawać się furtką, wyzwoleniem – mówi Benedykt Peczko.

35-letni mężczyzna z kręgu moich znajomych kilka miesięcy temu popełnił samobójstwo. Pozostajemy w szoku: wspaniała żona, trójka zdrowych dzieci, najmłodsze półtoraroczne, warunki do życia całkiem znośne, a on po prostu rezygnuje.
Z pewnością łatwiej zrozumieć kogoś, kto doznał dojmującej straty, na przykład porzucenia przez bliską osobę, zdrady, popadł w pętlę kredytową, zbankrutował. Chociaż i w takich przypadkach trudno mówić o braku perspektyw życiowych. Perspektywy zawsze są, tylko czasami tracimy dostęp do własnej energii, siły, woli życia, pasji, kreatywności. Zapominamy o bogatym zapleczu, które posiadamy w postaci życzliwych ludzi, współpracowników, organizacji, które mogłyby pomóc przejść przez kryzysowy okres.

Porozmawiajmy o tych niepojętych dla obserwatorów z zewnątrz decyzjach osób, które teoretycznie mają wszystko.
Wielu mężczyzn identyfikuje się głównie ze swoją pracą, z osiągnięciami. Gdy po okresie burzliwej kariery przestają awansować, a co gorsze, spadają w dół w hierarchii korporacyjnej, ciężko to znoszą. Załamują się: „mam dość”, „niech to się wreszcie skończy”, „nie będę się dłużej męczył, to i tak nie ma sensu”. Ale znałem też mężczyzn, którzy poświęcili się rodzinie. Gdy przyszedł kryzys, żona odeszła albo umarła, ci mężczyźni załamywali się, niektórzy popełnili samobójstwo. Ponieważ rodzina była dla nich wszystkim, stracili wszystko. Gdy tracą pracę, która jest wszystkim, także tracą wszystko.

Role, które pełnimy, to nie „wszystko”?
Różnorodność, inwestowanie energii i uwagi w różne obszary życia w jakimś sensie nas chroni. Dobrze, by tych obszarów było jak najwięcej: dom, rodzina, praca, przyjaźnie, realizacja pasji, zainteresowań, aktywność społeczna, charytatywna. Gdy kruszy się czy zapada jeden filar, pozostałe podtrzymują sklepienie życia. Gorzej, gdy sklepienie spoczywa na jednym filarze, który właśnie się załamuje. Wtedy można pomyśleć, że zmarnowaliśmy mnóstwo czasu na to, by inwestować w coś, co teraz tracimy bezpowrotnie. Zapomnieliśmy o sobie, zaniedbaliśmy siebie w sensie rozległych relacji ze światem. Wielu mężczyzn nie zadaje sobie ważnego pytania: „po co ja to robię?”. Gdy pytam ich o to, mówią: „bo tak się robi”, „bo trzeba”, „bo mężczyzna powinien”. Boją się pytania, po co żyją, niezależnie od swojej rodziny czy pracy. Dla wielu tego typu refleksja stanowi gigantyczne wyzwanie. Budują poczucie wartości siebie i swojego życia poprzez różne zewnętrzne czynniki. Gdy odkrywają ich nietrwałość, załamują się, dochodzą do wniosku, że nie ma tu co robić, nie ma po co żyć. Skoro nie ma po co żyć, najlepiej zakończyć tę farsę. Wtedy samobójstwo może wydawać się furtką, wyzwoleniem.

Myśli samobójcze – to częsty temat na sesjach psychoterapeutycznych?
Coraz częściej na psychoterapię przychodzą mężczyźni, którzy bardzo wiele osiągnęli i nagle przed czterdziestką ni stąd, ni zowąd, czują się wyczerpani, osamotnieni i zaczynają przebąkiwać o samobójstwie. Jeśli są w stanie zwrócić się o pomoc, mają szansę odkryć, że to, co robili do tej pory, nie jest jeszcze tym, o co chodzi w ich życiu. Mogą na przykład odkryć, że przez 20 lat realizowali nie swoją ścieżkę zawodową, ale tę, którą wybrali dla nich rodzice. Pojawia się myśl o zmarnowanych latach młodości na kształcenie się w kierunku, którego od początku nie lubili, a potem zmarnowanych latach realizowania nie swoich wartości. Jeśli podporządkowujemy się oczekiwaniom i celom narzucanym z zewnątrz, wtedy sprzeniewierzamy się własnej unikalności, żyjemy w wewnętrznym konflikcie. Wewnętrzny konflikt osłabia, prowadzi do głębokiego smutku, niechęci i przygnębienia.

Jest taka wspaniała metafora trawy przebijającej przez asfalt. Siły życia są potężne.
Możemy wyobrazić sobie trawę, która w pewnym momencie natrafia na gruby beton i nie może się przebić, zaczyna umierać, siły życia odpływają. Betonem są tu silnie zablokowane głębokie potrzeby realizacji własnej unikalności. Zalewamy kolejne warstwy betonu, mówiąc sobie: muszę, powinienem, trzeba, należy, nie mam wyjścia, nie mam wyboru, takie jest życie, trzeba zacisnąć zęby, trzeba ciągnąć ten kierat. Inna sprawa to dziecięce traumy.

Zrozpaczeni chłopcy w ciałach dorosłych mężczyzn.
Zdarza się – wcale nierzadko – że mężczyźni 40-, 50-letni wciąż borykają się z dziecięcymi traumami, zranieniami i frustracjami, nawet gdy są prezesami w korporacjach czy bankach. W gabinecie psychoterapeuty na kolejnych sesjach płaczą, mierząc się z dziecięcym bólem. Przeszłe traumy dotyczące relacji z mamą czy ojcem zapadły głęboko i ciągle istnieją na nieświadomym poziomie. Mężczyzna nie jest w stanie ucieszyć się tym, co osiągnął, nie widzi tego, co ma. Nie jest w stanie odnaleźć poczucia satysfakcji, celu i sensu. Nosi stary bagaż, który wysysa z niego energię. Czuje smutek i rozpacz. Jednak najczęściej nie rozumie dlaczego. Aby uciec od tego bólu, może zacząć myśleć o zakończeniu życia. Okazuje się, że przed rozpaczą wewnętrznego dziecka nie chroni żaden sukces, uznanie czy zadowolenie innych. Ono potrzebuje czegoś innego, domknięcia dawnej sytuacji, zaspokojenia potrzeb innego rodzaju – poczucia bezpieczeństwa, akceptacji. Mężczyzna myśli: skoro osiągnięcia nie mają dla mnie aż takiej wartości, nie czuję ich smaku, w dalszym ciągu jestem w rozpaczy, to co mogłoby mi pomóc? Jeśli życiowe powodzenie nie jest w stanie ukoić mojego smutku, to co go ukoi? Chyba już nic. Więc po co żyć? Po co się męczyć? Jaki to ma sens?

Deficyty z dzieciństwa odcinają od wewnętrznych zasobów. Dziecko poszukuje tego, czego nie dostało. Dorosły tkwi w dziecięcej roli. Co to może znaczyć w realnym życiu mężczyzny?
Na przykład tkwi w roli opiekuna swojej mamy. Nie może dać mamie tego, czego ona oczekuje, ponieważ dziecko nie jest w stanie tego zrobić, nie może zastąpić ojca ani rodziców mamy. To jest ponad siły dziecka. Ale to powoduje dodatkową rozpacz; mama taka biedna, cierpiąca, a ja bezradny. To samo może dotyczyć relacji z ojcem. Jeśli mężczyzna nie dostał wsparcia od ojca w najtrudniejszych chwilach dzieciństwa czy młodości, czuł się opuszczony, w dorosłym życiu wewnętrzne dziecko nie czuje się pewnie. Przewodniczący rady nadzorczej w wielkiej korporacji może mieć poczucie, że jest nie na swoim miejscu. Siły życia, wzrostu, rozwoju są krępowane przez stare więzy i łańcuchy.

Jon Kabat-Zinn w książce „Świadomą drogą przez depresję” pisze, że istnieje taka część nas – świadomość – która jest w stanie objąć każde cierpienie.
Ludzie decydujący się na samobójstwo nie mają dostępu do tej części i nie wierzą w nią. Zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. Chodzi tu o świadomość, że coś we mnie pozwoliło mi przeżyć do dzisiaj. Siły życia sprawiły, że z zapłodnionego jaja przeszliśmy wszystkie fazy rozwojowe i doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy. Po drodze wykonaliśmy niezliczoną ilość zadań, opanowaliśmy nieprawdopodobnie wiele umiejętności, zdobyliśmy mnóstwo doświadczeń, rozwinęliśmy wiedzę, mądrość, poznaliśmy różne sposoby radzenia sobie. Ileż problemów musieliśmy rozwiązać, żeby znaleźć się tutaj! To jest bogactwo, o którym zapominamy; skarb, z którego możemy czerpać. Wielu mężczyznom wydaje się, że prawdziwy sukces to ten lansowany w mediach, a nie doświadczenie, mądrość, wewnętrzne zasoby.

Jak je docenić?
Poprzez trenowanie się w radości z drobiazgów. Delektowanie się prostymi rzeczami. Niekoniecznie tym, że po raz kolejny awansowałem. To oczywiście powód do radości i satysfakcji, ale nie jedyny. Im więcej źródeł radości życia, tym mniejsze prawdopodobieństwo myśli samobójczych, nawet w stanach ostrego kryzysu. Odkrywanie pasji, czegoś, co nas cieszyło, gdy byliśmy dziećmi, młodymi ludźmi, pozwala odzyskać bawiącego się chłopca. Mam wrażenie, że my, mężczyźni, Kyzjesteśmy zbyt poważni.

Jak wygląda interwencja psychoterapeutyczna? Gdy mężczyzna mówi, że chciałby zakończyć życie…
Taki komunikat jest dla mnie sygnałem, że nie chce dłużej żyć tak, jak do tej pory. Pytam wtedy o to, jak chciałbyś żyć? To daje możliwość spojrzenia na takie aspekty istnienia, o których do tej pory nie myślał. Gdy mówi: „nie chce mi się żyć”, dokonuje gigantycznej generalizacji. Pytam: co potrzebowałbyś zmienić, żeby ci się chciało? Jakie warunki muszą być spełnione? Co możesz zrobić ze swojej strony, żeby je spełnić? Kto mógłby w tym pomóc? Jakich środków potrzebujesz? To są pytania na ścieżce zmiany. Przekierowujemy uwagę z dylematu „być albo nie być” na „jeśli nie chcę czegoś, czego chcę w zamian i jak to osiągnąć?”. Trudno natychmiast przejść od tendencji samobójczych do radości życia. Dużo łatwiej zmienić zachowanie, zaplanować małe kroki, ale wykonalne. Proszę też, aby mężczyzna wyobraził sobie wystarczająco dobre życie, nie idealne, ale wystarczająco dobre. Nie bierzemy od razu rozmachu na wielkie rzeczy: szczęście, radość, spełnienie. Skupiamy się na drobiazgach. Jakie minimalne zmiany musiałyby się dokonać, żeby zaczęło mi się chcieć?

Próby samobójcze bliskich generują mnóstwo poczucia winy w systemach, w których żyjemy. Jak słyszałam, trudno się z tego wydostać.
Jeśli ktoś postanawia się zabić, nic i nikt go nie powstrzyma. Możemy brać odpowiedzialność tylko za nasze zachowanie. To nieprawda, że „on zabił się przez nią”, że „to ona wpędziła go do grobu”. Oczywiście określone zachowania mogą tworzyć warunki do tego, żeby ktoś zaczął myśleć o samobójstwie, jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co zrobi druga osoba.

„Nie mogę tego zrobić bliskim”. Wydaje się, że to dobra motywacja, aby dać życiu kolejną szansę. Gdy więc pojawiają się myśli o zakończeniu życia…
…pozwolić sobie ochłonąć. A potem przynajmniej raz spotkać się z kimś, z kim moglibyśmy porozmawiać. To może być psychoterapeuta, ale też przyjaciel, ktoś bliski, do kogo mamy zaufanie i o kim wiemy, że wysłucha, nie dając od razu dobrych rad. Często jedna rozmowa powoduje, że zaczynamy dostrzegać w swojej sytuacji takie aspekty, które wcześniej umykały uwadze.

Przeszkodą może być przekonanie wielu mężczyzn, że powinni poradzić sobie sami.
„Mężczyzna nie dyskutuje o swoich problemach”. Nieprawda, zawsze dyskutuje, tylko ze sobą. Najczęściej robi to nieświadomie i w taki sposób, który go nie wzmacnia. „Jeżeli sam sobie nie pomogę, nikt mi nie pomoże.” U mężczyzn to powszechne. Mają rację: tylko oni są w stanie sobie pomóc. Jeśli sięgają po pomoc, stwarzają odpowiednie środowisko do tego, by mogli pomóc sobie sami. To najlepsza decyzja.

  1. Psychologia

Czy dzisiejsi mężczyźni są niedojrzali?

Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. (Fot. iStock)
Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. (Fot. iStock)
Mężczyźni są niedojrzali, ale zawsze tacy byli i… tacy już pozostaną. – Ta ich nieodpowiedzialność czasem pcha świat do przodu, choć bywa, że i w przepaść - mówi psycholog Paweł Droździak w rozmowie z Renatą Mazurowską.

Obecnie powszechnie mówi się o kryzysie męskości. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie podobnej dyskusji o „kryzysie kobiecości”… i żeby to mężczyźni skarżyli się, jakie to my, kobiety, jesteśmy beznadziejne.
Każda płeć ma o drugiej jakąś część myśli krytycznych i jeśli to nie przekracza pewnej granicy, nie jest to nic strasznego. Są jednak mężczyźni, którzy naprawdę nienawidzą kobiet, tak samo jak są kobiety, które naprawdę nienawidzą mężczyzn. Czasem ta nienawiść bywa obsesyjna i szalona. Czemu tak się dzieje? To już złożona kwestia kliniczna, ale kobiety i mężczyźni nienawidzący drugiej płci potrafią być bardzo destrukcyjni. Natomiast co do kryzysu męskości, można spróbować umiejscowić jego początek, cofając się w czasie do Wielkiego Kryzysu, drugiej wojny światowej i do jej finału. Wielki Kryzys to był moment, kiedy mężczyźni z dnia na dzień musieli skonfrontować się z tym, że nie będą w stanie utrzymać swoich rodzin. Pierwszą masową reakcją na to doświadczenie była fascynacja totalitaryzmem. Wielu mężczyzn zapragnęło dokonać nadludzkich czynów i wywołali wojnę, w wyniku której zostało wiele rodzin, gdzie to kobieta była jedynym wychowawcą i głową rodziny.

Dzieci wojny wychowywały się bez ojców.
To tak zwane rodziny matryfokalne. W latach 50. i 60., gdy chłopcy wychowani w tych rodzinach stali się mężczyznami, byli już inni niż mężczyźni z lat 20. – prezentowali postawę pokojową, bardziej otwartą, tolerującą odmienności. Z drugiej strony poszukiwali różnych doznań seksualnych, słabo tolerowali monogamię. To są mężczyźni, którzy dorastali bez aktywnego udziału ojca jako męskiego przewodnika, co skutkuje – według rozmaitych badań – wyborem jednej z dwóch dróg: albo reprodukuje się najbardziej prymitywne wzorce, tworząc stereotypową agresywną męskość, albo idzie się drugą drogą – negując typowo męskie cechy charakteru, jak rywalizację, agresywność, aktywność, obronę swojego terytorium czy własności. Więc albo skinhead albo hipis. W tym samym czasie wydarzyło się coś jeszcze – doświadczenie drugiej wojny światowej pokazało, że stereotypowo męska, heroiczna i narodowa ideologia posunięta do skrajności może prowadzić do masowych zbrodni. Holocaust stał się wyrazistym znakiem ostrzegawczym z napisem „nie idź w tę stronę, tam się czai diabeł”. Wcześniej, przed drugą wojną światową, organizowano publiczne defilady wojskowe i ludność cieszyła się tym w sposób zupełnie bezwstydny. Dziś już wiemy, co jest na końcu takiej drogi, i obserwujemy podobne zgromadzenia z mieszanymi uczuciami.

Mężczyźni przestraszyli się własnej agresywności?
To, co najbardziej stereotypowo łączy się z męskością, np. wojowniczość, ma już w tej chwili inny wymiar etyczny niż dawniej. Przed pierwszą wojną światową kobiety z ruchu kobiecego, np. w Anglii, mężczyznom, którzy nie poszli na wojnę, przypinały białe piórko – miało ich zawstydzać: „nie idziesz na wojnę, znaczy jesteś tchórzem”. Po Holocauście nastąpiła kolosalna zmiana – i niewyobrażalna jest teraz sytuacja, żeby feministki chodziły z białymi piórkami i zawstydzały mężczyzn, którzy nie chcą iść na wojnę. Dlaczego? Bo po Holocauście inaczej już postrzegana jest agresywność mężczyzn. Współcześnie mężczyzna nie pozwala sobie na nią, bo przeciętny, ale świadomy Europejczyk wie, że bycie agresywnym to zawód (jest armia zawodowa), a nie atrybut męskości. To powoduje, że wartości pojmowane wcześniej jako typowo męskie znajdują się na indeksie zakazanych.

Ale kobiety nie mają żalu do mężczyzn, że ci nie idą na wojnę, raczej o to, że i tak nie ma ich w domu.
Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. Pierwsze dwie są absolutnie prawdziwe, zawsze takie były i takie zostaną. Trzecie przekonanie jest jednak fałszywe. Mężczyźni wyśmiewani publicznie za chodzenie w podkoszulku i klapkach Kubota czują to samo, co by czuły kobiety czytające szyderstwa z nieatrakcyjnych kobiet. Hejt boli wszystkich tak samo. Ale mężczyźni się do tego nie przyznają.

Kobiety też się zmieniły – nasz obraz społeczny jest zupełnie inny niż naszych babek czy matek. Przejęłyśmy część męskich zachowań, często: bo musiałyśmy, czasem: bo chcemy. Zmiany odnoszą się do obu płci, bo dotyczą też całego świata.
Ostatnio wydarzyło się kilka rzeczy, które muszą zmienić naszą świadomość. Choćby to, że mamy broń masowego rażenia, która potrafi zniszczyć cały świat. Nie możemy doprowadzić konfliktu poza pewną granicę, bo zginie każdy bez wyjątku. Taka świadomość zmienia wszystko. W obrazie własnej osoby u kobiet też zaszła ważna zmiana choćby dlatego, że technologia umożliwiła rozdzielenie seksualności i prokreacji. Dawniej to było niemożliwe: kto uprawiał seks, musiał przyjąć do wiadomości, że prędzej czy później będą z tego dzieci. Dziś można o tym nie myśleć. To zupełnie zmienia optykę. Sprawia, że wygląd stał się ważny jak nigdy, bo rywalizacja o partnera się nie kończy. W dzisiejszym świecie nic nie jest gwarantowane, więc współczesna kobieta czuje o wiele większą presję bycia atrakcyjną niż jej prababka. Mężczyzna natomiast może dowolnie długo, nawet do pięćdziesiątki, pozostawać w stanie niedookreślenia. Matrymonialnego.

A współczesne czasy mu sprzyjają. I to dlatego my jesteśmy tak na was wkurzone?
Może… Ale kobiety zawsze narzekały na mężczyzn. I co gorsza, miały i mają w tym narzekaniu sto procent racji. Tak było 500 lat temu i dwa tysiące, i w wiosce afrykańskiej, i w Nowym Jorku. W polskich wioskach jest dokładnie jak w afrykańskich: kobiety trzęsą domem, a mężczyźni siedzą z piwem pod sklepem – u nas, lub w kucki paląc różne zioła – tam. No i one tak pomstują cały dzień na tych wałkoni, na których nie da się patrzeć, albo na tych obsesyjnych, którzy poszli gdzieś tam za czymś i ich nie ma. To jest odwieczne, niestety.

To jaki jest współczesny mężczyzna?
Znajduje się teraz w wewnętrznym konflikcie. Z jednej strony cały czas ma te same tendencje w sobie, te same marzenia i pragnienia, ale realizuje je nie na wojnie, a oglądając filmy sensacyjne czy grając w gry komputerowe – jednocześnie ma świadomość, że czasy, kiedy można było się wprost do swojej wojowniczości odnosić, bezpowrotnie minęły. I to też sprawia, że on się wycofuje w fantazje. Albo za kierownicę.

Z relacji z kobietą też się wycofuje.
To częsty przypadek w dynamice par. Mężczyzna, czasem od początku wycofany, spotyka dodatkowe wymagania oraz irytację, i cofa się do swojego świata. Znika. Im więcej wymagań i irytacji, tym znika jeszcze bardziej. Błędne koło.

Więc zgadzasz się z poglądem, że mężczyźni są niedojrzali?
Oczywiście – nie są i nigdy nie byli. Bo co to znaczy „dojrzały”? Mężczyzna dojrzały to całkowicie przystosowany do funkcji społecznych: jest dobrym ojcem, wierny jednej partnerce, konstruktywny w sprawach domowych, dba o przyszłość…

Ironizujesz?
Trochę. Nie pije nadmiernie, odgaduje myśli partnerki, pamięta o urodzinach, cechuje go odpowiedzialność, jest przewidywalny, ma poważne zamiary… Oczywiście, mężczyźni spełniają pewne wymagania z tej listy, ale jeśli traktować je jako całość, to mówimy chyba o jakiejś postaci mitologicznej. Taki mężczyzna, który nie miałby w sobie odrobiny pewnego nieprzystosowania do tego, czego kobieta się od niego domaga, i nie poszedłby od czasu do czasu do lasu, nie wypłynął w rejs albo choćby nie poszedł upić się do baru…

…czy nie zamknął się z samochodem w garażu…
…no taki mężczyzna byłby pozbawiony elementu, który pcha świat do przodu, czyli pewnego rodzaju wariactwa. To mężczyźni wsiedli na drewniany statek szukać nowych lądów, nie mając kompletnie wiedzy, dokąd naprawdę płyną i co się kryje za horyzontem.

I odkryli Amerykę.
Płynęli na konstrukcji z desek, nie mając GPS-a ani pojęcia, jak długo będzie ta podróż trwała. Przeszli granicę, za którą nie starczyłoby prowiantu na powrót, ale płynęli dalej. Z perspektywy dorosłego zrobili coś całkowicie nieodpowiedzialnego. Czy dojrzały mężczyzna dopuściłby się czegoś takiego? To może zrobić tylko kompletny wariat, z którym nie da się żyć! Ale kobieta i tak będzie na niego czekała, narzekając na to, że go nie ma.

I że ze wszystkim jest sama. Niewiele się zmieniło…
Zobacz, co Budda zrobił swojej kobiecie. Wyszedł w nocy, tuż po urodzeniu się własnego syna! Swojemu dziecku dał na imię Przeszkoda (Rahula)! Co ona musiała wtedy czuć? A czy jakaś kobieta chciałaby mieć dzieci z Jezusem? Przychodzi taki pewnego dnia i mówi: „Wiesz, fajnie, że jesteś w ciąży, ale właśnie miałem wizję i jutro tu przyjdą, zabiorą mnie i do krzyża przybiją. A później będziecie musieli chyba gdzieś wyjechać, bo tu nie będziecie mile widziani. Rozumiem, że jesteś zła, ale to dla mnie ważne. Mam misję”. No przecież ona by go chyba na miejscu zabiła. Dojrzały mężczyzna nie tworzy religii, bo jest odpowiedzialny za rodzinę. Jednak w świecie bez religii nie ma gdzie wziąć ślubu, bo nie ma na co przysięgać.

Czyli z jednej strony mężczyzna się zamracza, ale z drugiej odkrywa nowe lądy?
Albo w ogóle nic nie robi. To najbardziej współczesny model. Siedzi w pokoju i klika. W Japonii mają na to już nawet nazwę – hikikomori. Facet, który odmówił wszystkiego w ogóle.

Paweł Droździak psycholog, psychoterapeuta, współautor książki „Blisko nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach”.

  1. Psychologia

Mężczyzna w kryzysie. Gdzie jesteś Adamie?

Mężczyźni uważają życiową katastrofę za dyskwalifikującą porażkę na męskim rykowisku. (Fot. iStock)
Mężczyźni uważają życiową katastrofę za dyskwalifikującą porażkę na męskim rykowisku. (Fot. iStock)
Obrażają się, kiedy coś sknocą. Znikają, kiedy pojawiają się poważne problemy rodzinne. Wpadają w marazm, a nawet popełniają samobójstwo, kiedy tracą stanowisko, firmę czy majątek. Jak takie zachowanie mężczyzny należy rozumieć, wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Znajome kobiety pytają mnie ostatnio, dlaczego od wieków jest tak, że gdy tylko pojawi się kryzys, mężczyźni znikają. Niczym Adam w rajskim ogrodzie. Nie mają męskiego schematu działania w kryzysie?
Aby zrozumieć, skąd się bierze i na czym polega ten uporczywy kulturowy stereotyp, który sprawia, że kiedy pojawiają się problemy, to Adam znika, i na domiar złego jest obrażony – trzeba odnieść się właśnie do mitu rajskiego. Sięgnijmy do tej najpopularniejszej wersji mitu, w której Adam wypada na głupka, bezwolnie dając się Ewie namówić na wspólne skonsumowanie rajskiego jabłka – a potem zwala na nią całą winę. Ten patriarchalny, niesprawiedliwy i uporczywy przekaz nadal – choć w coraz mniejszym stopniu – oddziałuje na nas wszystkich. Krótko mówiąc, mężczyźni obwiniają kobiety o to, że pozbawiły ich rajskiego szczęścia. W konsekwencji zostały więc skazane na wieczne poczucie winy, posłuszeństwo i cierpienie, a także na wieczne zadośćuczynienie poprzez dostarczanie skrzywdzonym mężczyznom komfortu i przyjemności.

Wspaniałe alibi! Ale zdaje się, że gospodarz raju, czyli Bóg, tego nie kupuje, skoro zwraca się do ukrytego w krzakach Adama: „gdzie jesteś?”. Czy Adam rozumie, jak głupio się zachowuje?
Na szczęście młodzi mężczyźni w Polsce, a szczególnie ci, którzy chodzą teraz na protesty i solidaryzują się z walczącymi o swoje ludzkie prawa kobietami, nie chowają się już po krzakach. Nie szukają w urojonej kobiecej winie usprawiedliwienia własnej nielojalności, bierności i tchórzostwa. Wymazują z katalogu męskich skryptów arcyszkodliwe przekonanie o rzekomej winie Ewy, które przez tysiące lat dawało mężczyznom moralne prawo do upokarzania i dręczenia kobiet. Ale jednocześnie to, co dzieje się obecnie w Polsce, pokazuje, że ten odwieczny przekręt odżywa i staje się szczególnie groźny w czasie spowodowanego przez patriarchat kryzysu, gdyż rządzącym światem mężczyznom nie spieszy się brać odpowiedzialności za cywilizacyjną katastrofę. W dobie kryzysu odruchowo zabierają się do dręczenia kobiet, bo wiadomo, że to one od zawsze są wszystkiemu winne.

Ilustracja: Paweł Jońca Ilustracja: Paweł Jońca

Można zrozumieć mężczyznę, który ucieka, gdy na przykład przychodzi na świat jego niepełnosprawne dziecko?
Dotykamy tu sprawy głęboko ukrytej w ciemnościach pozaświadomej, zwierzęcej części męskiej psychiki. Mężczyźni mogą mieć biologiczną skłonność do odrzucania dzieci zdradzających poważne wady i niesprawności, ponieważ w ich poczuciu w złym świetle stawia to prokreacyjną wartość ojca. Wiele gatunków zwierzęcych, na przykład lwy, zabija niezdolne do samodzielnego przeżycia potomstwo. Oczywiście takie postępowanie urąga człowieczeństwu i rodzicielstwu, ale nie powinniśmy zamykać oczu na odziedziczone po zwierzęcych przodkach instynkty. Tylko to, co w nas uświadomione, poddaje się zmianie.

Mężczyźni nie są lwami, czy więc mają poczucie winy, kiedy na przykład zmuszają kobietę do przerwania ciąży?
Pamiętajmy, że mężczyźni są różni i z pewnością nie wszyscy zachowują się wobec niedoskonałego potomstwa jak lwy. Można nawet przypuszczać, że większość mężczyzn wychodzi z założenia, że ich rolą jest wesprzeć kobietę w jej decyzji. Niezależnie od tego, czy kobieta chce ciążę utrzymać, czy też decyduje się ją przerwać. Bo to nie jest ich ciało ani ich brzuch. Decyzja nie dotyczy też ich życia w takim stopniu, w jakim dotyczy życia kobiety. Co oczywiście nie znaczy, że nie ma już mężczyzn stosujących szantaż emocjonalny lub ekonomiczny, aby wymusić na kobiecie decyzję przerwania ciąży. Postępują tak szczególnie ci obciążeni silnym rysem psychopatycznym, odcinającym ich od wyższych uczuć.

Czyli to, jak się mężczyzna zachowa, mówi o tym, kim jest?
Oczywiście. Ale nawet mężczyzna będący w tak zwanej psychicznej normie, jeśli nie chce mieć dziecka z daną kobietą – bo jej nie kocha lub z innych powodów nie widzi szans na to, aby stworzyć z nią trwały związek – w najlepszym przypadku będzie regularnie płacić alimenty. Tylko część mężczyzn – myślę, że margines – decyduje się ponosić konsekwencje ciążowej wpadki i pod presją środowiska lub własnego rygorystycznego systemu wartości podejmuje się roli partnera i ojca. Z reguły nie są to jednak ani udane związki, ani wysokiej jakości rodzicielstwo. Serce nie sługa i nikt nie jest w stanie obiecać, że pokocha niechciane dziecko i jego niewybraną matkę. Oczywiście zdarzają się szczęśliwe wyjątki, kiedy to narodziny dziecka łączą rodziców we wspólnym zachwycie, dumie i miłości do niego. W każdym razie wzięcie odpowiedzialności finansowej za niechciane dziecko jest nie tylko sprawą honoru i przyzwoitości, lecz także wyrazem emocjonalnej dojrzałości biologicznego ojca.

A gdy sytuacja jest odwrotna, mężczyzna chce dziecko z tą kobietą, a ona mówi: „nie” – co wtedy dzieje się w męskim sercu?
Kobieta ma oczywiście prawo powiedzieć: „nie”, ale gdy jej decyzja o przerwaniu ciąży zostanie podjęta wbrew woli i uczuciom stałego partnera, to wpłynie negatywnie na ich związek. Dawno temu, gdy sam znalazłem się w takiej sytuacji, poczułem ogromną stratę i żal do swojej ówczesnej partnerki, co przyczyniło się do naszego późniejszego rozstania. Poczułem to, co pewnie czuje kobieta, na której ukochany partner wymusił przerwanie ciąży: odrzucenie, nieważność, a nawet bycie niekochanym.

Adam często też nie chce brać się za bary z życiem. Chowa się, gdy straci firmę, pieniądze, stanowisko. Czy partnerka może mu wtedy pomóc pozbierać się?
Jej zaklęcia i przysięgi, że nie jest nim zawiedziona i że nadal go kocha, na niewiele się zdadzą. Mężczyźni uważają życiową katastrofę za dyskwalifikującą porażkę na męskim rykowisku, a tam kobiety nie mają dostępu. Zresztą w takiej sytuacji kobiety zazwyczaj tylko pogarszają sytuację, bo nie potrafią ukryć rozczarowania albo próbują motywować nieszczęśnika mantrą typu: „Weź się w garść, rusz tyłek i zabierz się do jakiejś roboty”. Nie zdając sobie sprawy z tego, że w ten sposób definitywnie kastrują swego mężczyznę. A to znaczy, że traci on resztki poczucia własnej wartości i wiarę, że się kiedykolwiek podniesie.

Przecież to, że firma plajtuje, źle zainwestuje się pieniądze albo straci się stanowisko, to nie koniec świata!
Może nie koniec świata, ale jednak dla wielu mężczyzn jest to urzeczywistnienie rodzicielskiej klątwy – na ogół ojcowskiej – rzuconej na nich w dzieciństwie: „Do niczego w życiu nie dojdziesz! Masz dwie lewe ręce” itp. Na ogół dzieci poczęstowane taką klątwą przez resztę życia starają się ją przezwyciężyć: pracą ponad siły, wyrzeczeniami i zabójczym perfekcjonizmem we wszystkich obszarach życia! A więc gdy nadchodzi katastrofa, to wali się im wszystko. A do poczucia bycia niekochanym i niewspieranym przez ojca dochodzi przekonanie, że także los, a nawet Bóg ich nie wspiera i nie lubi. Zostają im wówczas tylko wstyd, rozpacz i poczucie całkowitego osamotnienia. Mężczyzna w tym stanie łatwo może targnąć się na swoje życie, bo myśli, że tak przyniesie ulgę nie tylko sobie, lecz także najbliższym i całemu światu. Drugim, na ogół nieświadomie wybieranym, wyjściem jest choroba dostarczająca moralnej legitymacji dla klęski, rezygnacji, potrzeby wsparcia, a także życiowej impotencji.

Sięgnijmy zatem do bajek – tytułowy bohater „Kota w Butach” to wzór dla tych, którzy myślą, że los im nie sprzyja. Dzięki sprytowi zrobi z młynarczyka bogatego markiza. Dlaczego mężczyźni rzadko bywają Kotami w Butach, a tak często Adamem w krzakach?
Ten Kot to współczesny spin doctor, sprytny specjalista od kreowania wizerunku i gry pozorów. Ale zauważmy, że wiejski chłopak, którego Kot wykreował na markiza, decyduje się przyjąć majątek i pozycję, jakie mu „skołował”, dopiero gdy królewna wyznaje mu miłość. Dlaczego? No bo w całej naszej grze z życiem, z losem chodzi przede wszystkim o to, żeby ktoś dostrzegł naszą prawdziwą wartość. O to, żebyśmy my sami dzięki temu mogli uwierzyć w siebie. Cała reszta to mniej lub bardziej skuteczne środki do tego celu. Młynarczyk miał szczęście, że potrafił uwierzyć w to, iż serce królewny dostrzegło jego prawdziwą wartość.
„Kot w Butach” to też opowieść o tym, że możemy wszystko zdobyć, nic nie mając. I dziś dzięki współczesnej technologii medialnej młodzi mężczyźni mogą w kilka dni odnieść wielki finansowy i wizerunkowy sukces. Często wystarczy odrobina talentu, kreatywności i sprytu. Wygląda więc na to, że Internet jest dla wielu Kotem w Butach, co sprawia, że przestroga płynąca z baśni staje się jeszcze ważniejsza. Bo jeśli nie znamy – a przynajmniej nie przeczuwamy – naszej prawdziwej wartości, to dary Kota w Butach nam nie pomogą. Towarzyszące nam dzień i noc nieznośne poczucie uzurpacji będzie sabotować każdy nasz sukces. Przekonani o naszej małej wartości będziemy uznawać każdy sukces za niezasłużony.

Lepiej być sprytnym niż odebrać sobie życie, jak dawno temu czyniło wielu mężczyzn, którzy stracili majątek?
I nadal to robią. W Polsce sześć razy więcej mężczyzn niż kobiet popełnia samobójstwo. Decyduje o tym to, co w męskim świecie jest katastrofą absolutną, a mianowicie – dojmujące poczucie zawodu, jakie mężczyzna sprawił ważnym dla siebie ludziom, wobec których miał zobowiązania. Honor to zawsze była ważna męska wartość i dlatego poczucie, że „obciążyłem rodzinę długami, których nie jestem w stanie spłacić, zawiodłem wszystkich, a teraz wyląduję na marginesie” – może zabić. To chyba dobrze, że mężczyźni czują odpowiedzialność...

Ale czy to odpowiedzialność – zabić się i zostawić bliskich w kłopotach?
Zgoda. Zamach samobójczy jest często powodowany powszechnym męskim narcyzmem. A dla narcyza utrata zewnętrznych atrybutów znaczenia i prestiżu jest nie do zniesienia, bo oznacza poczucie całkowitej bezwartościowości.

Jak można pomóc mężczyźnie, który przegrywa z klątwą czy z losem?
Mogą mu pomóc tylko inni mężczyźni, tacy, którzy wiedzą, o co chodzi, bo sami coś podobnego przeżyli. No i których stać na choćby taki wyraz empatii i współczucia: „Rozumiem, co przeżywasz, rozumiem, że ci ciężko. Wiem, że wydaje ci się, że nie ma z tego żadnego wyjścia i że jesteś w czarnej dupie… Wiem, bo coś podobnego przeżyłem”. Wtedy dopiero ten załamany przez los może się przyznać do swoich uczuć, bo będzie wiedział, że nie zostanie wyśmiany ani odrzucony, że nie usłyszy: „Weź się w garść, przestań się mazać i nie zawracaj innym głowy swoim melodramatem!”. Takie spotkania zdarzają się też w terapii, a także w męskich kręgach. Tam mężczyźni spotykają się nie na rykowisku, ale w miejscu, gdzie mają rozmawiać o wspólnych im wszystkim problemach i wspierać się nawzajem.

Mężczyźni popełniają samobójstwa, bo takich rozmów nie doświadczyli?
Niekoniecznie od razu samobójstwa. Samobójstwa zdarzają się rzadko i są ostatecznością. Częściej mogą to być depresje, uzależnienia lub autoagresywne choroby somatyczne – takie jak na przykład rak czy choroby reumatyczne. Z pewnością jednak gdyby mężczyźni częściej znajdowali okazję do takich rozmów, to rzadziej cierpieliby na depresję, uzależnienia i rzadziej popełnialiby samobójstwa. Niestety, są od dziecka uczeni rywalizacji, więc przyznanie się przed innymi mężczyznami do porażki jest dla nich bardzo trudne.

Rozwód, podział majątku… Czy to nadal dla mężczyzn wina jakiejś Ewy? Czy powód do szukania pomocy u psychoterapeuty?
Coraz częściej, choć nadal nieczęsto, mężczyźni przyznają, że czegoś jednak nie wiedzą i nie rozumieją. Taką postawę częściej spotykamy u młodych mężczyzn, wychowanych w erze Internetu, którzy do swoich deficytów podchodzą w profesjonalny sposób. Jak bohaterowie online’owych gier fantasy, którzy zdobywają jak najszybciej ekwipunek i umiejętności niezbędne im do skutecznego wykonania misji. Dla mężczyzn z poprzednich pokoleń to ciągle trudne. Obawiają się, że sama wizyta u psychoterapeuty kwalifikuje ich do grona psychicznie chorych. Pogląd, że mężczyzna nie może czegoś nie wiedzieć, a jak nie wie, to nie powinien się do tego przyznawać – umiera długo, choć na szczęście powoli już opada z sił.

Winy za kryzys związany z seksem Adam zazwyczaj też upatruje w Ewie. Dlatego ma prostą receptę – przenosi się do młodszej Heleny…
Oczywiście są mężczyźni, którzy o wszystkie swoje ograniczenia, niemożności i niepowodzenia obwiniają kobiety. Kobieta nadal jest kozłem ofiarnym tej patriarchalnej cywilizacji. Choć – i to częściej, niż jesteśmy skłonni przypuszczać – zdarzają się związki, w których to mężczyzna jest poniżaną i kastrowaną ofiarą. Ale z pewnością dla mężczyzn utrata libido i erekcji jest zwykle egzystencjalną i tożsamościową katastrofą. Bycie zdolnym do zapłodnienia to biologiczne zadanie. Libido napędza męską siłę, odwagę, dzielność, motywację do życia i kreatywność. Niewielu wystarcza zdrowia, motywacji i siły ducha, by w czasie kryzysu andropauzy przekształcić się w fajnego dziadka lub mądrego starca.

Mówisz o męskiej dojrzałości?
Albo o męskiej końcówce, czyli o czasie, kiedy reproduktor i wojownik ma szansę przekształcić się w mędrca i mentora, który, żegnając się z libido, odczuwa ulgę. Cieszy się z odzyskanego oceanu czasoprzestrzeni, który może przeznaczyć na uporządkowanie się wewnętrzne, załatwienie zaniechanych spraw i na pokochanie tych, których wcześniej nie miał czasu nawet poznać.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).