1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. 7 głównych powodów, dla których pracownicy odchodzą z pracy

7 głównych powodów, dla których pracownicy odchodzą z pracy

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Co najczęściej sprawia, że się nam odechciewa?

  •  Niespełnione oczekiwania
  •  Niedopasowanie cech i umiejętności pracownika do stanowiska
  •  Słaby coaching i informacja zwrotna
  •  Zbyt małe szanse rozwoju zawodowego i awansu
  •  Poczucie niedocenienia
  •  Stres wywołany nadmiarem pracy i brakiem równowagi
  •  Utrata zaufania do kadry zarządzającej
Sprawdź, co napędza cię w pracy

Często sami dobrze nie wiemy, co nas motywuje do tego, by codziennie wstawać i robić to samo. Większość z nas zakłada, że wynagrodzenie, ale badania wskazują, że pieniądze są motywatorem na krótko. Przy poniższych obszarach przyporządkuj punkty w skali od 1 do 10, a następnie wybierz 6 obszarów, w których tych punktów masz najwięcej. Prawdopodobnie właśnie to naprawdę w pracy jest ważne dla ciebie:

  • Elastyczny czas pracy
  • Rozwój osobisty
  • Bezpieczeństwo i stabilizacja
  • Wysokie wynagrodzenie
  • Uznanie, popularność, sława
  • Wyzwania i dokonania
  • Bycie pomocnym
  • Niezależność, decydowanie o sobie
  • Prestiż (wysokie stanowisko, praca dla uznanej marki)
  • Przyjacielska lub rodzinna atmosfera
  • Blisko domu
  • Work-life balance (równowaga między praca zawodową a życiem osobistym, czas dla siebie)
Pamiętaj, że potrzeby i motywacje zmieniają się w czasie lub zależą od miejsca w życiu, w którym akurat jesteś.

Źródło: Leigh Branham „7 prawdziwych powodów odchodzenia z pracy”, Studio Emka 2010

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Praca w życiu człowieka - czym jest i jaką pełni dziś rolę?

Zmieniaj to, co możesz zmienić, akceptuj to, czego zmienić nie możesz. Nie pozwól, by o twoim życiu decydował lek. (Fot. iStock)
Zmieniaj to, co możesz zmienić, akceptuj to, czego zmienić nie możesz. Nie pozwól, by o twoim życiu decydował lek. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Obecny kryzys zmusił nas do restartu kariery. Musieliśmy obniżyć poprzeczkę zarobków, ale i oczekiwań. Stanąć w obliczu nowych wyzwań, a także zadać sobie niewygodne pytania. Czy da nam to inne spojrzenie na rolę pracy w naszym życiu – pytamy coach Kamilę Rowińską. 

Wszyscy znaleźliśmy się dziś w nowej sytuacji zawodowej. Jeśli udało nam się utrzymać pracę, którą mieliśmy przed pandemią, to bardzo rzadko na takich samych warunkach. Mamy obniżone pensje albo dołożone obowiązki. Może musieliśmy zacząć świadczyć usługi, których wcześniej nie świadczyliśmy, może byliśmy na przymusowym i bezpłatnym urlopie. A może tę pracę straciliśmy – i to właściwie bez naszej winy. Wielu z nas czuje się przez ten kryzys oszukanych. Ale przecież nic nam nie zostało dane na zawsze. Wszyscy jesteśmy częścią jednego ekosystemu i jeśli zmienia się w nim jedna, choćby niewielka rzecz – ma ona wpływ na pozostałe elementy. Także to, co mamy dziś, tylko w założeniu jest na zawsze. I tak jak nauczyliśmy się akceptować wszystkie zmiany na lepsze, a często wręcz ich nie zauważać – mam na myśli rozmaite profity typu karty Multisport, wycieczki zagraniczne czy owocowe środy w pracy – tak samo powinniśmy pogodzić się z tym, że zmiany bywają też na gorsze.

Poza tym nie tylko pracownicy są obecnie w momencie wielkich zmian, ale i pracodawcy. Oni też zostali zaskoczeni. Celowo unikam tu sformułowania, którego pani użyła: „oszukani”. Oczywiście możemy się czuć oszukani, ale pytanie: przez kogo? Najwłaściwszą odpowiedzią byłoby: przez samych siebie. Bo zakładaliśmy, może jednak błędnie, że pewne rzeczy mamy zagwarantowane.

Tymczasem to zmiana jest jedyną pewną rzeczą w naszym życiu. Lubię powtarzać, że życie jest treningiem, ale jest też testem. Trenujemy i trenujemy, pracując albo prowadząc przedsiębiorstwo, odrabiamy zadania domowe z innowacyjności, umiejętności inwestycji, prowadzenia zespołu czy bycia zaangażowanym i proaktywnym. Aż nagle przychodzi egzaminator i robi nam test – może być nim choroba, kryzys gospodarczy lub taka zmiana, na jaką nikt z nas nie był chyba gotowy, czyli pandemia. W ten sposób egzaminator sprawdza, jacy tak naprawdę jesteśmy i jak sobie radzimy w trudnych sytuacjach. I to jest dla nas ogromna szansa na rozwój. Wymagająca wysiłku, ale proces rozwoju z reguły jest niewygodny.

Moja firma również musiała poszerzyć swoją strefę komfortu. Ja i moi pracownicy przez ostatnie trzy miesiące – u nas akurat nie zmieniły się wynagrodzenia – musieliśmy dać z siebie więcej, żeby zarobić tyle samo. I godzę się z tym – uznałam, że mieliśmy czas dobrobytu, teraz nadszedł czas sprawdzianu i nie jest wcale powiedziane, że ten dobrobyt nie wróci – a u niektórych nadal trwa. Dlatego proponowałabym, by spojrzeć na aktualną zmianę jako na ciekawe doświadczenie – jeśli pracodawca sprawiedliwie nas traktuje, a pandemia nie jest tylko pretekstem, żeby nam obciąć jakieś przywileje, to wszyscy musimy się teraz trochę powstrzymać z oczekiwaniami. I to moim zdaniem jest OK.

Sądzę, że obecna sytuacja w wielu branżach doprowadzi do urealnienia zarobków – choćby w sektorze IT. Już wcześniej były głosy, że doszło tu do zbyt dużego rozpasania. Aż przykro było patrzeć na to, jak wyśrubowane pensje mają programiści w porównaniu z tym, ile zarabiał na przykład profesor na uczelni.

Poruszyła pani temat pracodawców. Dla wielu młodych przedsiębiorców jest to pierwszy większy kryzys w ich karierze, muszą sobie poradzić z koniecznością zwalniania pracowników. Co jest dla nich najtrudniejsze? Niepewność. Niektórzy zostali zmuszeni do tego, by planować swój biznes z tygodnia na tydzień, a dla przedsiębiorcy funkcjonowanie bez długoterminowej strategii jest bardzo trudne – nie wie, na ilu pracowników będzie go stać i jak długo uda mu się utrzymać zespół. Powiem tak: zgrane i kreatywne zespoły, które razem wzięły odpowiedzialność za zmianę; gdzie każdy pracownik wyszedł poza to, co zwykle robi, i dołożył swoją cegiełkę do wspólnego wysiłku – poradzą sobie w kryzysie najlepiej. I mam tu na myśli także firmy gastronomiczne, najbardziej dotknięte przez pandemię. Powtórzę to znowu: dla mnie ten, ale i każdy inny kryzys jest ogromną szansą.

Ja upatruję w nim szansę na to, by zmienić folwarczny sposób zarządzania ludźmi, w którym pracownik nie ma nic do gadania, bo szef mu każe. Kończyłam zarządzanie w 2004 roku i już wtedy uczono mnie, że ludzie nie bez powodu stanowią zespół i że każdy odpowiada za to, jaki jest sukces firmy. Żeby ludzie czuli się zaangażowani, muszą mieć jednak większy obraz: znać nie tylko wizję, misję i cel działania firmy, ale też wiedzieć na co dzień, jak to wszystko, co robią, przekłada się na ten cel.

W obliczu nagłych zmian to odzyskanie poczucia sprawstwa, o którym pani mówi, jest szczególnie ważne. Jeśli jako pracownik mam poczucie, że ode mnie też zależy los przedsiębiorstwa czy istnienie mojego stanowiska – mam większą motywację do pracy. Gdyby tylko udało się nam to zachować na stałe. Na przykład mój zespół jest budowany właśnie w ten sposób. Ja pracuję z Gdyni, część zespołu jest w Warszawie, a część w Gliwicach. Kiedy wybuchła pandemia, każdy z tych zespołów miał sam ustalić, w jaki sposób może ciąć koszty oraz być bardziej produktywny. Czyli każdy pracownik dostał zadanie: „pomyśl, jak możesz na siebie zarobić w tym trudnym okresie”. Sądzę, że ważne jest, by raz na jakiś czas zadać sobie pytanie: po co ja to robię? Nawet jeśli pracuję na tzw. początkowym czy podstawowym stanowisku i nie mam za sobą awansu. Przypomnieć sobie, czy i jak istotna jest moja praca.

Dobrze byłoby, gdybyśmy częściej zadawali sobie to pytanie, zamiast wciąż tylko biec po więcej. Mam wrażenie, że przez ostatnie 10 lat przesyciliśmy się wszystkim: ilością bodźców, doświadczeń, podróży, relacji, informacji... Może teraz znajdziemy czas na to, by zastanowić się, co tak naprawdę jest ważne. Wiele osób, które miało przydomowe ogrody, dopiero podczas lockdownu mogło zaobserwować, jak ten ogród rośnie, jak zmienia się każdego dnia. Mieliśmy okazję zobaczyć, czego naprawdę uczą się nasze dzieci, gdzie się uczą i czy nam taka szkoła odpowiada. Albo podróże – ciągle dokądś jechaliśmy lub lecieliśmy, bo było to względnie tanie. Ale nie wszystko, co jest tanie, jest nam potrzebne.

Mam wrażenie, że robiliśmy i doświadczaliśmy więcej, ale na płytszym poziomie. Oglądaliśmy jakiś film, ale już się nie zastanawialiśmy, kto go nagrał i dlaczego, jaka historia za tym stoi – bo włączaliśmy kolejny. Dlatego nawet jeśli będziemy mieć teraz mniej pieniędzy, bardziej nas to ubogaci. Zwrócimy wreszcie uwagę na to, na co je wydajemy. Może przestaniemy marnować jedzenie? A zamiast wizyty w galerii handlowej pójdziemy do lasu? Może na wakacje pojedziemy do małego pensjonatu, a nie do hotelu z opcją all inclusive?

I może też ustalimy wreszcie, jakie miejsce w naszym życiu zajmuje praca. Bo mam wrażenie, że oczekiwaliśmy od niej zbyt wiele. Na przykład, że będzie stanowić o naszej wartości. Żyjemy w kapitalistycznym świecie, gdzie sukces dla wielu osób ma jedno imię – ja mam trochę odmienną wizję sukcesu, ale dla większości osób oznacza on zamożność i spełnienie zawodowe. Teraz dowiedzieliśmy się, że wystarczy, że jedna rzecz się zmienia i już nie jesteś potrzebny czy potrzebna. Nie wiem, czy przykład, który podam, jest fortunny, ale okazało się, że w kryzysie nie bardzo potrzebni są nam celebryci, do tej pory zarabiający niestworzone pieniądze. Zaczęliśmy doceniać ludzi, na których naprawdę możemy liczyć, a nie wirtualnych znajomych. Zobaczyliśmy coś więcej poza pracą, bo zostaliśmy wydarci z delegacji, wyjazdów integracyjnych, bankietów, kawek, biznesowych lunchów czy wielogodzinnych bezsensownych narad, które można odbyć teraz o wiele szybciej na Zoomie czy Teamsie. Przekonaliśmy się, że wiele ruchów, które wykonujemy w naszym życiu, jest zupełnie bezcelowych. To takie bieganie z pustymi taczkami.

Wielu musiało się też pożegnać z marzeniem o zmianie pracy i cieszyć się, że utrzymało starą. Podam tu przykład mojego męża, który był właśnie na takim etapie. Miał doskonałą posadę w Komisji Europejskiej, ale wziął bezpłatny urlop, by zrealizować swoje marzenie o byciu pilotem linii lotniczych. W kwietniu rozpoczynał już swoje pierwsze loty jako stażysta – miał mundur, czapkę i grafik. I nagle po sześciu latach katorżniczej pracy i wydaniu masy pieniędzy, a nawet całkowitym przeorganizowaniu naszego życia – LOT poinformował, że na razie zawiesza rejsy i dopiero za kilka miesięcy dowiemy się, co dalej. Być może mój mąż będzie musiał pogodzić się z tym, że już tym pilotem nie zostanie. Kiedy patrzę na niego, to widzę, jak bardzo jest tym rozczarowany, ale też jak bardzo ważny jest to moment w jego wewnętrznym rozwoju.

Kamila Rowińska, trenerka i coach. Prezeska i założycielka Fundacji Kobieta Niezależna. 

Kiedy rzeczywistość się zmienia

Życie brytyjskiego dziennikarza George‘a Monbiota z dnia na dzień przekręciło się o 180 stopni. Wszystko za sprawą diagnozy raka prostaty. A jednak, jak twierdzi, mimo że to był dla niego ogromny cios, twórczo sobie z nim poradził. Stosował się bowiem do trzech zasad dobrego życia, które odkrył w tym trudnym dla siebie czasie:

  • Myśl raczej o tym, o ile mogłoby być gorzej, niż o tym, o ile mogłoby być lepiej.
  • Zmieniaj to, co możesz zmienić, akceptuj to, czego zmienić nie możesz.
  • Nie pozwól, by o twoim życiu decydował lęk.
Źródło: Ulrich Schnabel „Siła wewnętrznej wolności” (wyd. Muza)

Strategia wspaniałej piątki

Jak utrzymać wewnętrzną kontrolę, kiedy czujesz, że wszystko się wali? Coach Jens Corssen poleca pewną strategię:

  • Wyrzuć z siebie emocje.
  • Powiedz: „Tak bywa”.
  • Postanów sobie, że ta sytuacja cię czegoś nauczy.
  • Wymyśl osiem możliwości poradzenia sobie z tą sytuacją.
  • Rozważ wszystkie osiem opcji i świadomie wybierz jedną z nich.
Źródło: Ulrich Schnabel „Siła wewnętrznej wolności” (wyd. Muza)

  1. Styl Życia

Nie wiesz jak osiągnąć sukces? Sprawdź, co cię blokuje

Największe blokady naszych sukcesów to przekonania tkwiące w naszych głowach. (Fot. iStock)
Największe blokady naszych sukcesów to przekonania tkwiące w naszych głowach. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Mówi się, że niektórzy ludzie przyciągają powodzenie. To prawda, podobnie jak to, że niektórzy je odpychają. Pora zdemaskować największe blokady sukcesu.

Wiele się dziś mówi o tym, jak pochodzenie, wykształcenie, a nawet płeć blokują możliwości rozwoju zawodowego. Największe blokady naszych sukcesów to jednak nie żaden szklany sufit, czyli zewnętrzne okoliczności, ale przekonania tkwiące w naszych głowach. Chcesz się przekonać, jakie są twoje? Zacznijmy od paru pytań. Zastanów się, czy zgadasz się z którymś z tych stwierdzeń:

  • W Polsce dostać pracę bez znajomości? Niemożliwe!
  • Talent to podstawa sukcesu.
  • Człowiek jest kowalem własnego losu? Bzdura! Pewnych rzeczy nie przeskoczysz.
  • Mało kto osiąga dziś sukces, a nawet jeśli, to kosztem zdrowia lub rodziny.
Jeśli choć raz kiwnęłaś głową, należysz do osób, które uważają, że w życiu o wszystkim decyduje zespół czynników zewnętrznych, a nie my sami. Tylko jak w takim razie zamierzasz odnosić sukcesy? Przekonania decydują o naszym życiu bardziej niż czyny. Dlatego zacznij od solidnych porządków swojej głowie. Doceń siłę twoich myśli.

Moc wyobraźni

O czym lubisz fantazjować? Wyobrażasz sobie, że wygrywasz w lotto czy raczej, że kończysz drugie studia i rynek pracy o ciebie zabiega? Między tymi dwoma marzeniami jest ogromna różnica. Taka jak pomiędzy byciem biernym obserwatorem swojego życia, a jego kreatorem. Możesz marzyć, że jesteś już na emeryturze i masz święty spokój lub że rozkręcasz nowy biznes. Pragnienia napędzają naszą podświadomość, sterują nią i ustalają azymut działań. Jeśli śnisz o emeryturze, nie dziw się, że sukces w twoim życiu się nie zjawia. Marzenia to magnes wydarzeń, ale też ich skuteczna blokada. Kiedy snujesz swoje wizje przyszłości, uważaj, w jakiej roli się w nich stawiasz.

Cień przeszłości

Rozbita rodzina, wymagający ojciec, nadopiekuńcza matka… Dość wyliczania, czego nie dali ci rodzice, o ile miałaś gorszy start. To tylko usprawiedliwienie niechęci do wysiłku. Co było, się nie odstanie. Teraz ty i tylko ty decydujesz o swoich życiowych wyborach. Nawet brak miłości w dzieciństwie czy toksyczni rodzice nie mają już nic wspólnego z tym, że zamiast poświęcać choć godzinę dziennie na własny rozwój (naukę języka, kurs czy warsztat), oglądasz na kanapie seriale, jedząc czipsy.

Strefa komfortu

Chcesz być lepsza – musisz odrzucić strategie, które stosowałaś do tej pory, zejść z utartej ścieżki. Pragniesz założyć własną szkołę jogi? Będziesz musiała zrezygnować z etatu, uciąć to, co dawało ci poczucie bezpieczeństwa. Porzucenie strefy komfortu jest absolutnie konieczne, aby w twoim życiu nastąpiły zmiany. Jeśli jesteś mniej więcej zadowolona ze swojego związku, mniej więcej starcza ci pieniędzy od wypłaty do wypłaty, masz miej więcej satysfakcjonujące życie – to jesteś w strefie komfortu. Żeby stać się człowiekiem sukcesu, trzeba ryzykować. Bez tego drepcze się w miejscu.

Lęk przed samotnością

Ludzie sukcesu zawsze są samotni, narażeni na surowe oceny, plotki, zawiść i wielką ludzką niechęć. Owszem, jest w tym dużo racji. Osoby, które spełniają swoje marzenia, skupiają na sobie wiele negatywnych emocji, ponieważ są uosobieniem wysiłku, którego innym nie chciało się podjąć. Boisz się, że jeśli odniesiesz sukces, przyjaciele się odwrócą? Pomyśl, co ci po relacji z kimś, kto jest dla ciebie serdeczny tylko dlatego, że w niczym go nie przewyższasz?

Rachunek zysków i strat

Żeby dostać – trzeba dać, żeby zarobić, trzeba zainwestować. W przyrodzie panuje harmonia, tylko czasem nie chcemy jej dostrzec, bo obnaża nasz strach przed błędnym inwestowaniem: czasu, sił, pieniędzy. „Nie wiem, czy jest sens robić te uprawnienia, komu to dziś potrzebne?” – taki styl myślenia sprawia, że nawet gdy sukces zapuka do twoich drzwi, nie wpuścisz go do środka. Pomyśl, sportowcy ćwiczą całymi dniami, bez żadnej pewności, że ich trud się opłaci.

Niechęć do nauki

To nie tak, że jak już skończyłaś studia: jedne, drugie czy trzecie, to masz już spokój do końca życia. Bez względu na dziedzinę, w jakiej chcesz osiągnąć sukces, powinnaś cały czas uczyć się czegoś nowego. Ludzie sukcesu gromadzą jak najwięcej wiedzy i umiejętności. Poza tym, jeśli wykształcisz w sobie nawyk stałej nauki, cokolwiek się stanie, będziesz spokojna. Bo skoro wszystkiego można się nauczyć w krótszym lub dłuższym czasie, nie ma co obawiać się zmian, reorganizacji, nowych wyzwań. Dlatego tylko pozornie nauka salsy nie ma nic wspólnego z awansem w banku. Ma! Ci, którzy lubią się uczyć, inaczej pracują i mają inne podejście do zadań, a świat to wyczuwa.

Ludzie w twoim otoczeniu

To niezwykle ważne, z kim się codziennie kontaktujesz. Styl myślenia innych, tematy rozmów, widzenie świata, obszary zainteresowań – są zaraźliwe i sprawiają, że jesteś (lub nie) gotowa na sukces. Warto zwrócić uwagę, że są takie środowiska, szkoły czy kluby, gdzie wychowuje się zwycięzców. Dlatego uważnie dobieraj znajomych. Stroń od ludzi, którzy ciągną cię w dół. Przebywanie wśród osób, które są otwarte na sukces, zmieni twoje podejście do zwycięstwa.

Pozycjonowanie

Ten termin, zaczerpnięty z psychologii sukcesu, oznacza ustawianie samego siebie w konkretnej roli. Pozycjonowanie dotyczy wszystkich obszarów życia. Swoje działania, stopień zaangażowania, ilość poświęconego im czasu i uwagi, dobieramy do tego, jak sami się postrzegamy. Wszystko jedno, czym się zajmujesz, w każdym zawodzie możesz być „taka sobie” albo „znakomita”. Określają cię nie tyle same okoliczności, sytuacja na rynku pracy, predyspozycje czy inni ludzie, co ty sama.

  1. Styl Życia

Inteligentne światło, które nada życiu barw

Zobacz galerię 1 Zdjęć
Chociaż pogoda potrafi być wiosną kapryśna, nie ma wątpliwości, że budząca się do życia natura zachęca do działania. Skoro nie zawsze możemy liczyć na słoneczną aurę na zewnątrz, warto poszukać rozwiązania, które pomoże ją stworzyć w naszych domach. Kolory zamknięte w inteligentnej lampie Philips Hue Iris są na wyciągnięcie ręki – kiedy tylko potrzebujesz pomogą imitować światło słoneczne. Co więcej – oferują całą serię barw i odcieni.

Odkryj swoją przestrzeń na nowo

Szeroka paleta białego światła pozwoli uzyskać właściwy nastrój zarówno do pracy, zabawy jak i relaksu, niezależnie od pory dnia. Decydując się na inteligentne oświetlenie Philips Hue każdy dzień możesz rozpocząć przy chłodnych, rześkich barwach. Imitujące wschód słońca coraz jaśniejsze światło pomoże naładować baterie niczym poranna, mocna kawa i zapewni energię nawet w pochmurne dni. A po pracy? Jednym kliknięciem przemienisz swój salon z domowego biura w prawdziwą oazę relaksu – ulubiona książka, aromatyczna chai tea latte i dopełniająca doznania bursztynowa barwa światła brzmią magicznie, czyż nie? Natomiast przed snem łagodne dla oczu złote odcienie pomogą Ci odprężyć się przed ucieczką w krainę nocnych marzeń. Możesz też z łatwością sprawić by światło samo podążało drogą słońca w trakcie dnia i zmieniało barwę od chłodnego do ciepłego – imitując wędrówkę słońca po niebie.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Jednak dobranie oświetlenia do codziennych zadań to nie wszystkie możliwości stylowej lampy Iris i całego inteligentnego oświetlenia Philips Hue. 16 milionów kolorowego światła pozwoli na stworzenie nastroju niezależnie od okazji. Energetyczna czerwień dodająca sił do porannego treningu? Relaksujące pudrowo różowe tony idealne do medytacji? Czy mieniące się blaskiem świec miodowo-szafranowe barwy, rozgrzewające atmosferę podczas romantycznej kolacji? Wybór należy do Ciebie – w dekorowaniu domu światłem jedyną granicą jest już tylko wyobraźnia. Decydując się na więcej niż jedno źródło światła możesz stworzyć wyjątkowe aranżacje świetlne, zmieniając swój dom w prawdziwą, magiczną krainę.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione. Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione.

Piękna i inteligentna

Philips Hue to coś więcej niż oświetlenie, to część wystroju domu. Najnowsza lampa Philips Hue Iris o unikalnym designie delikatnie obmywa ściany kolorem, subtelnie podświetlając otoczenie. Miękkie światło wydobywające się z tyłu lampy nadaje jej jeszcze bardziej wyjątkowego wyglądu, a nowoczesny projekt sprawia, że zachwyca nawet, gdy jest wyłączona. Teraz ten kultowy model oferowany jest w czterech metalicznych odcieniach: miedzianym, różowym, srebrnym oraz złotym. Ekskluzywna odsłona lampy stanowi idealne uzupełnienie niemal wszystkich wnętrz, a bogactwo barw pozwoli na nowo zdefiniować nastrój każdego pomieszczenia nawet najbardziej wybrednemu amatorowi aranżacji wnętrz.

Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa. Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa.

  1. Styl Życia

Seks w wielkim lesie. Wywiad z botanikiem Łukaszem Łuczajem

- Uważam, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks. To może być przesiadywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. Kim Walker)
- Uważam, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks. To może być przesiadywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. Kim Walker)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Pokolenia licealistów wytężają wyobraźnię, by odgadnąć, co właściwie zaszło między Tadeuszem a Telimeną podczas słynnego grzybobrania... Łukasz Łuczaj, botanik i autor książki „Seks w wielkim lesie”, radzi jednak, by na leśne umizgi wybierać miesiące poza sezonem grzybowym. Zatem kiedy i gdzie najlepiej kochać się w plenerze?

Mamy wiosnę. Zdjęliśmy kurtki, odsłaniamy skórę, zrobiło się bardziej zmysłowo? Widzę po sobie, jak bardzo żyję cyklami przyrody. W zimie jestem wyciszony, gdzieś schowany i piszący, a moje potrzeby seksualne redukują się czterokrotnie. Ale to jest fajny moment, żeby gromadzić tę energię. A na wiosnę już włącza mi się taki stan submaniakalny, kiedy zaczynam czuć przyrodę, jak zwierzę, które się budzi, chce żyć.

I zachęcasz, żeby iść do lasu. Tak, uważam po prostu, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks; to może być zwykłe przebywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra.

Nie ma jeszcze tylu owadów. Poza kleszczami właściwie nic nas wtedy nie gryzie. Wiele osób ma cielesny kontakt z naturą dopiero latem, głównie na wakacjach. U nas nie ma tradycji dłuższych wakacji wiosennych i przez to nie mamy kultury cieszenia się wiosną, kiedy robi się naprawdę pięknie, a przyroda jest zupełnie inna niż później. Już w lutym czy w marcu zdarzają się czasem dni, gdy temperatura osiąga 15–17 stopni. A w lasach liściastych, o tej porze jeszcze pozbawionych liści, jest słonecznie, pnie się nagrzewają, ściółka się nagrzewa, wychodzą kwiaty. Można się kochać w lesie wśród zawilców, fiołków, i jest to naprawdę cudowne uczucie.

Mam wrażenie, że dla wielu osób twoja propozycja jest jednak zaskakująca. Nie biorą pod uwagę, że mogłyby iść do lasu i się kochać. Dla wielu jest zaskakująca, ale dla wielu nie jest, bo, uwierz mi, ludzie naprawdę to robią. Rozmawiałem z wieloma osobami, które mają wspomnienia, że podczas ogniska latem ktoś się oddalił albo coś się działo na obozie nad mazurskim jeziorem czy na wycieczce w górach. Czasem jest to wspomnienie utraty dziewictwa właśnie na łonie przyrody.

Może fantazjujemy o seksie na łonie natury, bo dużo filmów erotycznych czy pornograficznych jest kręconych w naturalnej scenerii? No właśnie, przyznam się, że pisząc tę książkę, przejrzałem badawczo wiele takich filmików. Nie jestem fanem pornografii, natomiast bardzo mnie ciekawił schemat, jaki się w nich wykorzystuje. Kręci się je w lasach sosnowych, gdzieś w Rosji albo Skandynawii, pojawiają się jakieś blondyny oparte o drzewo albo kładące się na podłożu boru. Czasami jest to wybrzeże morskie w Chorwacji czy Grecji.

Muszą być piasek i woda. Taki jest już schemat: dziewczyna oparta o drzewo ewentualnie para leżąca na piasku. Ten las jest właściwie niepotrzebny, jest tylko miejscem, gdzie można się schować. Ale zdarzyło mi się obejrzeć ciekawsze filmy, gdzie kochankowie kryli się w lesie tropikalnym, wisieli na lianach albo przyjmowali różne ciekawe pozycje, których nie widziałem w Europie. Przy okazji muszę przyznać, skoro zapytałaś o pornografię, że w książce przeoczyłem ciekawy fenomen, jakim jest ruch Fuck For Forest. To grupa ekologicznych zapaleńców, którzy nagrywają filmy pornograficzne czy bardziej erotyczne. I pieniądze z ich sprzedaży przeznaczają na wykupywanie lasów, ochronę przed wycinką. Nie wiem, czy umiałbym być tak bezkompromisowy, nie wiem, czy chciałbym pokazywać swoje ciało publicznie w takim filmie. Natomiast jakoś mi oni imponują. Widać w ich działaniach radość życia, wibrację wynikającą ze związku z ziemią.

Gdy mówisz o seksie w lesie czy przebywaniu nago w lesie, to we mnie pojawia się obawa. W lesie czuję się bardziej wystawiona na widok publiczny niż na ulicy.  I kiedy słyszę o kobiecie zgwałconej w Lesie Kabackim, to odechciewa mi się igraszek w naturze. Tak, ale masz perspektywę lasu podmiejskiego. Gwałty w lesie w Bieszczadach są rzadkością. Choć na pewno jest to trudny temat dla kobiet. Jeszcze przed publikacją tej książki w wydawnictwie pojawiły się obawy, czy przyjęta w niej perspektywa nie jest mocno heretycko-samcza. Ale ja chciałem po prostu pisać o sobie; może ktoś napisze kiedyś taką książkę z perspektywy kobiecej lub homoseksualnej. Natomiast piszę dużo o dotyku, o odczuciu przyrody, na które jesteśmy wrażliwi niezależne od tego, jakie mamy narządy czy orientację.

Ale powiem tak: do lasu trzeba iść z kimś, to dobre miejsce na randkę. Zwłaszcza że – i to potwierdził sam rzecznik Komendy Głównej Policji – uprawianie seksu w lesie nie jest nielegalne, o ile nie naraża się innych na oglądanie nas.

Kiedy dobrze, a kiedy źle kochać się w lesie? Z perspektywy osoby mieszkającej na Pogórzu Dynowskim, która wchodzi do lasu i ma kilka kilometrów leśnej przestrzeni dla siebie, na pewno unikałbym seksu w okolicach sezonu grzybowego. Dlatego właśnie kwiecień jest super na seks, bo wtedy nie ma grzybów i ludzie nie chodzą po lesie.

Kiedyś próbowałem znaleźć miejsce na schadzkę w okolicach Tarnowa, naprawdę długo to trwało. Te lasy były fatalne, wszędzie jakieś sośniny z podszytem jeżyn i trzeba było przejechać z 50 km, żeby w ogóle wejść w fajne otoczenie. No i rzeczywiście trudno jest znaleźć dobre miejsce wokół aglomeracji miejskich, choć kochałem się  na łonie natury i w Warszawie, i w Krakowie, ale to już wymaga sporego doświadczenia w wyszukiwaniu odosobnionych okolic. Natomiast łatwiej o dobre miejsce na seks w regionach turystycznych, takich jak góry, pojezierza, także parki narodowe.

Parki narodowe? Tak, gdy się zejdzie ze szlaku, co jest oczywiście czasem nielegalne, to ma się park dla siebie. Poza tym w parkach są wykroty – nie prowadzi się wycinki, więc po prostu co rusz leżą zwalone drzewa. I one są jak meble. Tak naprawdę dla mnie las, który nie ma tych wykrotów, jest lasem nieumeblowanym, jest jak wielka hala sportowa. A las pozostawiony sam sobie po kilkudziesięciu latach wygląda trochę jak graciarnia, gdzie można się schować, ukryć pod drzewem, oprzeć o jego pień. Drzewa mają korę chropowatą albo gładką, to budzi różne doznania, są też kłody omszałe. I dlatego takie kłody są dobre na wiosnę, bo, że tak powiem, w dupę nie zmarzniemy. A nawet można się kochać w zimie, dlatego że kłoda nagrzeje się od słońca. Nie mamy kontaktu z ziemią i wilgocią.

Spotkałeś się z zarzutem, że trochę wykorzystujesz przyrodę? Że traktujesz las jak umeblowane miejsce, jak scenerię do uprawiania seksu? Pojawiły się takie głosy, ale uważam to za mocno histeryczno-hipsterskie. Bez przesady, myślę, że drzewa znoszą gorsze rzeczy, ludzie je ścinają, kaleczą. Poza tym myślę, że one chcą tego.

A skąd taka myśl? Żeby to wiedzieć, to trzeba rozmawiać z duchami drzew.

Myślałam o tym chodzeniu nago, przecież w Polsce mamy plaże naturystów. Ale dlaczego nie mamy lasów naturystów? Może dlatego, że ludzie się lubią opalać, że mamy naturalny zwyczaj rozbierania się na plaży. To fajny pomysł. Poza tym wydaje mi się, że ludzie mają coraz większy problem z byciem na plaży naturystów. W latach 70. w Chorwacji wszędzie spotykało się plaże naturystów, to było królestwo naturyzmu europejskiego. A w tej chwili jest tego bardzo mało, na takich plażach leżą głównie emeryci. Myślę, że ludzie też mają dużo nagości i seksu w Internecie albo w sytuacjach prywatnych. No i przez tę wszechobecność smartfonów nikt nie chce być sfilmowany, żeby potem go pokazywano w pracy na przykład.

Trudno się dziwić. Za to jestem za tym, żeby bycie nago było absolutnie legalne właśnie w lasach czy jakichś takich bardziej odsuniętych miejscach. Przecież to jest chore, że myśmy się tak przyzwyczaili do ubrania. Ono służy tak naprawdę tylko do tego, żeby zabezpieczyć się przed chłodem, a kiedyś też zabezpieczało przed atakiem seksualnym, bo trudniej dobrać się do kogoś okutanego w ileś warstw.

Przypomina mi się książka o Australii – „Ja, Aborygen” Douglasa Lockwooda. To jest zapis wspomnień australijskiego przedstawiciela rdzennej ludności, który napisał coś w stylu: „Moja matka urodziła się naga i umarła naga i nigdy nie miała na sobie ubrania, przez całe życie”. Bardzo mnie to zaciekawiło.

A ty chodzisz nago po lesie? Udało mi się kiedyś przez kilka dni i nocy przebywać nago i to było niesamowite uczucie. To oczywiście szybko przestaje być seksualne, ale jest podniecające na zupełnie innym poziomie. Na poziomie skóry, na poziomie tego, że nasze ciało jest wolne. Po pewnym czasie to trochę mija. No i powtarzam, rozdzielmy bycie nago od seksu.

W czym właściwie seks w naturze jest lepszy od seksu w łóżku? Dla mnie ważny jest kontakt ze słońcem, z energią, więc taki seks jest lepszy właśnie w tej łączności z naturą. W tym, że słońce na nas świeci. Ale generalnie nie wiem, czy jest lepszy, jest po prostu inny. Kiedyś zresztą ludzie żyli w wielopokoleniowych domach, w małych izbach i nadal tak żyją na świecie. Czasem też ktoś nie ma kasy, żeby pójść do kawiarni na randkę, albo w okolicy nie ma kawiarni. A w domu są rodzice, dziadkowie, rodzeństwo. Więc zostaje las i jest wtedy miejscem intymnym.

Czyli las był i jest naturalnym miejscem schadzek? Tak. Po lekturze mojej książki wiele osób, pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio- czy siedemdziesięcioletnich powiedziało mi, że ma wspomnienia seksu w lesie czy na łonie natury. A teraz młode pokolenie boi się kleszczy, boi się, że ktoś ich zobaczy, sfilmuje… To jest dziwne, że młodzi ludzie w tej chwili są bardzo seksualnie rozbestwieni, a z drugiej strony boją się przyrody.

I wtedy wkraczasz ty ze swoją książką. „Seks w wielkim lesie” jest pierwszą książką tego typu na świecie. Czegoś takiego, co jest połączeniem poradnika i eseju wybiegającego do różnych kultur, z własnymi wątkami autobiograficznymi i wspomnieniami, po prostu nie ma. Ale myślę, że będzie więcej. Ostatnio w Stanach powstał podcast właśnie o uprawianiu seksu na zewnątrz. I prognozując trendy, uważam, że kultura europejska znów zwróci się ku starożytnej Grecji, z jej mitologią, bliskością natury i seksem.

Tak sądzisz? Myślę, że rozwiązaniem dla ludzi, którzy uprawiają seks trochę mechanicznie, jest wsłuchanie się w rytm natury. Ja mam taką refleksję, że gdy widzę nasienie wylane na ciało czy na kłodę drzewa w lecie, a nad nim muchy, które je zjadają, to dla mnie to jest dalej życie, te muchy się najedzą. Gdy myślimy o seksie, to jego najważniejszą funkcją jest dawanie życia, i dla mnie to jest ważne, podniosłe. Choć może nie wszyscy tak mają. Ale przyznam się, że miałem duże wątpliwości przed publikacją tej książki.

Dlaczego? Staram się w niej operować na różnych poziomach: biologicznym, takim przeciętnie erotycznym oraz metafizycznym. Ale samo uprawianie seksu zwykle przyciąga energię z niższych czakramów, a ja jestem bardziej skomplikowany i o seksie aż tak często nie myślę, i traktuję go dosyć poważnie. Dlatego bardzo się obawiałem, że będę przyciągał takie energie bardziej ziemskie. Ale w końcu się zdecydowałem, bo myślę, że naprawdę świat potrzebuje takiej książki.

To na koniec – od czego zacząć przygodę z seksem w lesie? Po pierwsze, od chodzenia boso po lesie. Po drugie, od ocierania się plecami o pień drzewa na przykład. I może od wizyty w jakimś parku narodowym. Polecam jeszcze kochanie się pod kwitnącą czereśnią albo jabłonią.

Łukasz Łuczaj, botanik, doktor habilitowany nauk biologicznych, wykładowca akademicki, autor książek popularnonaukowych i esejów o przyrodzie dziko rosnącej.

Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art. Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art.

  1. Styl Życia

Co można wyczytać z chmur? Pytamy fizyka atmosfery prof. Szymona Malinowskiego

Ekscytujemy się zjawiskami na niebie, szukamy nowych chmur, a ignorujemy to, co naprawdę istotne. Fakt, że coraz częściej widzimy coś, czego dotychczas u nas nie było, jest sygnałem, że zmienia się świat. (Fot. iStock)
Ekscytujemy się zjawiskami na niebie, szukamy nowych chmur, a ignorujemy to, co naprawdę istotne. Fakt, że coraz częściej widzimy coś, czego dotychczas u nas nie było, jest sygnałem, że zmienia się świat. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zatrzymaj się na chwilę i spójrz w górę. Co widzisz? Zapamiętaj ten widok dobrze, będziesz mieć co opowiadać wnukom. Każdego dnia nasza działalność na ziemi stopniowo zmienia wygląd nieba. O tym, jak wkraczamy w sfery niebieskie i jaki może być tego finał, mówi fizyk atmosfery, prof. Szymon Malinowski.

W filmie dokumentalnym o zmianach klimatu „Można panikować” mówi pan, że nasi przodkowie mieli nad sobą inne chmury, niż my mamy obecnie. Doskonale pamiętam tę scenę. To brzmi wręcz niewiarygodnie. Zmieniliśmy chmury? To prawda, choć te najważniejsze zmiany są tak subtelne, że trudno je dostrzec gołym okiem. Współczesne obłoki są nieco bielsze. Ta drobna różnica odcienia jest wynikiem istotnych zmian w budowie chmur. Wiadomo, że większość z nich składa się z malutkich kropelek wody, które powstały w wyniku kondensacji pary wodnej. Zmieniliśmy rozmiar tych kropelek. Obrazowo mówiąc, nasi przodkowie mieli nad sobą chmury wypełnione piłkami tenisowymi. W obecnych coraz częściej znajdują się piłeczki do ping-ponga. Większa liczba małych kropelek nieco inaczej odbija światło niż mniejsza większych kropel. W efekcie obłoki wydają się bielsze.

Jakim cudem tego dokonaliśmy? Zmieniając ziemię, uprawiając na masową skalę rolnictwo i tworząc przemysł emitujący mnóstwo aerozoli atmosferycznych, na których właśnie powstają owe maleńkie kropelki.

W praktyce oznacza to, że... Ze współczesnych chmur trochę trudniej pada deszcz. Dawniej, żeby spadła kropla deszczu, musiało się zderzyć ze sobą kilkadziesiąt tysięcy „piłek tenisowych”. Teraz potrzebny jest aż milion „piłeczek pingpongowych”. To ważna różnica, bo czas wyprodukowania kropli deszczu się wydłużył. Zmieniając budowę chmur na dużych obszarach globu, wpłynęliśmy więc także na proces powstawania opadów. To nie wszystko.

Przez wzrost zawartości gazów cieplarnianych w atmosferze, m.in. dwutlenku węgla, zmieniają się cyrkulacje atmosferyczne, czyli system prądów powietrznych nad powierzchnią kuli ziemskiej, a razem z nimi przesuwają się miejsca, w których dochodzi do powstawania chmur. Odbija się to na cyklu hydrologicznym, czyli naturalnym obiegu wody na ziemi i wpływa na dalsze zmiany klimatyczne. Właśnie tak subtelne różnice, których nawet nie dostrzegamy, determinują cały cykl zdarzeń wokół nas.

Ale coraz częściej słyszymy też o nowych sensacyjnych odkryciach na niebie. Kilka lat temu głośno było o tzw. chmurach sądu ostatecznego, które pojawiły się nad Warszawą. Gęste, ciężkie, mroczne, przerażające, wyglądem przypominają wzburzone morze. Nazwano je undulatus asperatus, od łacińskiego słowa „wzburzony”. Ale rozczaruję panią. Widziałem je nad Warszawą już 30 lat temu, wtedy jednak nie było ani wszechobecnych aparatów cyfrowych, ani Internetu, prawdopodobnie dlatego ich obecność przeszła bez echa. Teraz dużo mówi się o nocnych obłokach świecących, które w Polsce coraz częściej widać latem. Nieco jaśniejsze i podświetlone słońcem, które jest tuż pod horyzontem, tworzą widowiskowe zjawisko atmosferyczne, wywołują poruszenie. Nie są jednak odkryciem, po prostu do niedawna nie były tak jasne i powszechne. Rzadko je widzieliśmy, bo powstają daleko, nad górami Skandynawii.

Ekscytujemy się spektakularnymi zjawiskami na niebie, szukamy nowych chmur, a ignorujemy to, co naprawdę istotne. Nie dziwny wygląd obłoków, ale fakt, że coraz częściej widzimy coś, czego dotychczas u nas nie było, jest sygnałem, że zmienia się świat.

W poszukiwaniu nieznanych mi chmur i odcieni nieba z przeszłości przeanalizowałam malarstwo religijne, dzieła polskiego realizmu i francuskich impresjonistów. Na moje oko uwiecznione na nich niebo przypomina to współczesne. Może jednak przegapiłam coś ważnego? Sztuka to dobry trop! Wielu badaczy chmur zwraca uwagę na niezwykłe żółte i rdzawe odcienie nieba oraz krwiste zachody słońca na obrazach Williama Turnera uważanego za prekursora impresjonizmu. Nie jest ono jedynie artystyczną wizją. Kilka lat temu czytałem ciekawą pracę, której autorzy na podstawie dzieł Turnera oceniali wpływ aerozoli wulkanicznych na wygląd nieba w tamtym czasie. To właśnie im zawdzięczamy te żółtordzawe widowiska, które aktualnie nie pojawiają się nad Europą. Ale być może w przyszłości niebo z obrazów Turnera będziemy mieć na co dzień za oknem. Jednym z pomysłów geoinżynierii przeciwdziałającym nagłym zmianom klimatu jest rozpylenie aerozolu siarkowego w górnych warstwach atmosfery. Po co? By odbijał promieniowanie słoneczne i chronił nas przed dalszym wzrostem temperatury na ziemi. Efektem ubocznym będzie zmiana wyglądu nieba. Ale to tylko jeden ze scenariuszy.

Czyli jesteśmy w stanie przewidzieć, jak będzie wyglądało niebo przyszłości! Niezupełnie, bo to zależy tylko od nas i od ilości emitowanych przez nas gazów cieplarnianych do atmosfery. Od dawna wiemy, że człowiek jest najsilniejszym czynnikiem wpływającym na zmiany klimatu w skali globu. Ale wiadomo też, że ludzie bywają nieprzewidywalni. Bierzemy więc pod uwagę wiele scenariuszy.

Najbardziej nieprzyjemną wizją jest zanik nad sporą częścią odległych oceanów chmur, które można zobaczyć również nad Bałtykiem, czyli morskiego stratocumulusa. Obecnie jego płaty pokrywają niemal ćwierć globu, co skutecznie chłodzi klimat. Z najnowszych badań wynika, że jeśli temperatura wzrośnie, może on na dużych obszarach zniknąć, a wtedy na Ziemi szybko zrobi się cieplej o kolejne trzy, cztery stopnie. Zmiany będą nieodwracalne i wywołają lawinę następstw. Przykład? W epoce lodowcowej, 20 tys. lat temu, nie było Bałtyku i plaż. Dokładnie tam, gdzie teraz tak chętnie spędzamy wakacje, znajdowała się gruba, sięgająca aż do Skandynawii, trzykilometrowa warstwa lodu. Wtedy średnia temperatura Ziemi była o pięć stopni niższa niż teraz. Tymczasem według złych scenariuszy, do końca stulecia grozi nam zmiana temperatury nawet o pięć stopni. Można sobie wyobrazić, jak bardzo odmieni to świat, który znamy. Optymizmem nie napawa także fakt, że wszystkie wielkie wymierania były spowodowane nagłą zmianą klimatu.

Co możemy zrobić, by ta prognoza się nie sprawdziła? Przede wszystkim musimy jak najszybciej ograniczyć emisję dwutlenku węgla do atmosfery. Możemy wyliczyć, przy jakiej koncentracji gazów cieplarnianych morski stratocumulus zacznie zanikać, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy nasze emisje doprowadzą do takiego stanu. Na razie zamiast szukać rozwiązań, próbujemy raczej zaczarować rzeczywistość, używając różnego rodzaju zaklęć. Jednym z nich są odnawialne źródła energii, do których zaliczamy na przykład odrastające setki lat lasy. To paradoks! Zielona energia brzmi dobrze, gorzej, jeśli uświadomimy sobie, że dzięki niej pozbywamy się zieleni. Tymczasem wielu ludziom wciąż się wydaje, że palenie drewnem jest ekologiczne i zdrowe. Nie jest. Zapach ogniska, który tak lubimy, to, mówiąc wprost, trucizna.

Może gdyby te wszystkie zanieczyszczenia, które emitujemy, zgromadziły się w wiszące nad naszymi głowami czarne chmury, ludzie szybciej uświadomiliby sobie, że za moment mogą być w prawdziwych tarapatach? Bez wątpienia. Przyroda jednak działa inaczej, daje subtelniejsze sygnały ostrzegawcze. Ale przecież sami stworzyliśmy zaawansowane technologie, które szczegółowo pokazują, co znajduje się w powietrzu, którym oddychamy.

W Warszawie, świecąc w niebo laserem, jesteśmy w stanie zmierzyć cząsteczki sadzy, która pochodzi z pożarów leśnych w Kanadzie albo wypalania łąk na Ukrainie. Mamy dostęp do wielu informacji, w Internecie codziennie aktualizowane są dane z pomiarów prowadzonych na świecie. Mamy dane o gazach cieplarnianych, aerozolach i o stanie jakości powietrza. Ale o tym, że nie jest ona najlepsza, informują nas często zmysły wzroku i zapachu. Bardziej skomplikowanych obserwacji i pomiarów trzeba się jednak nauczyć.

W książce „Przewodnik wędrowca” Tristana Gooleya przeczytałam, że wystarczy przysłonić dłonią słońce i porównać kolory otaczającego je nieba z odcieniami błękitu w innych częściach sklepienia. Im bardziej niebieskie jest niebo bliżej słońca, tym czystsze jest powietrze. Faktycznie jasny odcień nieba to sygnał, że światło rozpraszane jest na przykład przez aerozole atmosferyczne, potocznie mówiąc: zanieczyszczenia. Ale taki sam efekt mogą dawać także kryształki lodu, z których składają się rzadkie wysoko położone chmury. Ta metoda nie zawsze więc się sprawdza.

Lepszym rozwiązaniem jest patrzenie na linię horyzontu i obserwowanie, jak zmienia się kolor nieba wraz z wysokością. Piękny, błękitny odcień na nieboskłonie może dawać poczucie, że powietrze jest przejrzyste i czyste. Kiedy jednak spojrzymy poziomo na linię horyzontu, często zobaczymy tam szarą kreskę. To znaczy, że blisko ziemi znajduje się dużo cząsteczek aerozolu atmosferycznego, najczęściej smogu.

Sztuka obserwacji, której teraz musimy się uczyć od nowa, dawniej była czymś oczywistym. Z wieczornego nieba odczytywano aurę na następny dzień. Jasnoróżowe świadczy o suchym powietrzu, a więc prawdopodobieństwo deszczu jest niewielkie. Czerwony kolor zapowiada pogodny dzień, ale już ciemnoczerwony to sygnał, że może popadać. Ludzie wierzą w to do dziś. „Gdy czerwono o zachodzie, wie marynarz o pogodzie” – tak się mówi, ale nie musi to być prawda. Kolor nieba to kwestia zróżnicowanego rozpraszania przez aerozole atmosferyczne i załamania światła białego, które jest mieszaniną barw, a każda odpowiada innej długości fali. Gdy słońce jest nisko położone nad horyzontem, oświetla chmury od spodu, a warstwa atmosfery, przez którą świeci, jest grubsza, dominuje więc światło czerwone, które ma najdłuższą falę. Dlatego te niezwykłe, barwne spektakle na niebie można obserwować najczęściej o świcie lub zmierzchu. Nie zawsze mają one jednak bezpośredni związek z pogodą. Następnego dnia będzie padać albo nie będzie.

Czyli: „Gdy na świętego Prota jest pogoda albo słota, to na świętego Hieronima jest deszcz albo go ni ma”. Okazuje się, że dużo prawdy w tej ironicznej prognozie. Prognozowanie pogody to złożony proces. Nie każda ciemna chmura zapowiada nachodzącą ulewę lub burzę. Za to niewinna biała chmura może być związana z bardzo groźnym zjawiskiem atmosferycznym, tylko jest tak oświetlona przez słońce, że skutecznie usypia naszą czujność.

Dlatego co roku zdarzają się groźne wypadki spowodowane nagłym załamaniem pogody. Jak więc właściwie odczytywać sygnały ostrzegawcze na niebie? Problem w tym, że one są nie tylko na niebie. Powinniśmy zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół nas. Z której strony dzisiaj wieje wiatr? Kto rejestruje taki szczegół, idąc do pracy czy spacerując z psem? Nieliczni. A tymczasem to pierwsza istotna informacja, która pozwala nam przewidzieć najbliższe zmiany pogody. Z której strony świeci słońce? Ile widzisz warstw chmur? Dopiero łącząc wszystkie te dane, jesteśmy w stanie ustalić, czy zjawisko atmosferyczne w zasięgu wzroku jest groźne, czy też nie. Chodźmy z głową w chmurach i patrzmy na świat jak najczęściej, a wtedy łatwiej będzie nam go zrozumieć.

Prof. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery, specjalista z zakresu fizyki chmur i opadów, dyrektor Instytutu Geofizyki Uniwersytetu Warszawskiego, współzałożyciel portalu Nauka o klimacie, główny bohater i narrator filmu dokumentalnego „Można panikować” w reżyserii Jonathana L. Ramseya.