1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ekomisja Julii Fiedorczuk

Ekomisja Julii Fiedorczuk

Julia Fiedroczuk (Fot. Albert Zawada/WL)
Julia Fiedroczuk (Fot. Albert Zawada/WL)
Aktywizm musi być przekonujący, radosny, piękny. Inaczej jest to tylko bezproduktywne czarnowidztwo − mówi Julia Fiedorczuk, i przekonuje, żeby potrzebny do działania zachwyt czerpać z poezji.

Pięć lat temu wspólnie z meksykańskim poetą i tłumaczem mieszkającym w Warszawie, Gerardem Beltránem napisaliśmy trójjęzyczny (po polsku, hiszpańsku i angielsku) esej pt. „Ekopoetyka. Ekologiczna obrona poezji”, w którym staraliśmy się przyjrzeć temu pojęciu od strony etymologicznej. Ma ono źródłosłów grecki, gdzie eko, czyli oikos oznacza dom, gospodarstwo domowe, społeczność, a poiesis − tworzenie, tak jak robi to rzemieślnik: z elementów. Zatem chodzi o głęboki namysł, ale i pewien rodzaj życiowych praktyk nakierowanych na budowanie świata jako wspólnego domu wszystkich istot, nie tylko ludzi, na Ziemi.

Zawsze ciekawiło mnie, jak życie ludzkie splecione jest z życiem innych istot i procesów, które zachodzą na Ziemi, i moje pisanie od początku jest zanurzone w tych tematach. Im bardziej się nimi interesowałam, tym bardziej docierała do mnie świadomość straty, jakiej dziś doświadczamy w związku z wielkim wymieraniem gatunków. Ta strata jest faktem, więc musimy przeżyć żałobę, żeby móc odzyskać pewien rodzaj sprawczości. A poezja jest przestrzenią, która pomaga przejść przez proces żałoby ekologicznej. Nie tylko jako źródło narzędzi, ale też miejsce do zbudowania pewnego rodzaju zachwytu, który da nam energię do działania. Poezja daje także silniejsze odczuwanie życia i świata, a to jest ważne, bo aktywizm musi być przekonujący, radosny, piękny. Inaczej jest to tylko bezproduktywne czarnowidztwo.

Niezbyt interesują mnie tzw. wiersze o przyrodzie, bo uważam, że są nieprzekonujące i nieadekwatne do współczesnego świata. Interesuje mnie za to poezja, która za pomocą swojej formy, metafory i głębokiej pracy z wyobraźnią, z dźwiękiem, głosem i oddechem – reaguje na to, jak nasza planeta zmieniła się w ciągu ostatnich 20 lat. Jako amerykanistka uważnie obserwuję, co dzieje się w poezji w tamtejszym obszarze językowym, i zauważam, że jest to coś w rodzaju laboratorium metafory, sposobów mówienia. Z moich zainteresowań literaturoznawszych wyrosła właśnie ekopoetyka.

Szkoła rzemiosła

Razem z Filipem Springerem otworzyliśmy Szkołę Ekopoetyki, w której chcemy przekuć koncepcję w praktykę. Rozszerzyliśmy ją do przestrzeni namysłu także nad tym, w jaki sposób nasze praktyki językowe wpływają na kształtowanie relacji z więcej niż ludzkimi istotami i w jaki sposób odnieść się do faktu, że kryzys planetarny jest w pierwszym rzędzie kryzysem wyobraźni. Zaprosiliśmy osoby, które pracują z wyobraźnią – pisarzy, dziennikarzy, artystów – i które są zainteresowane budowaniem tego domu w sposób adekwatny do tego, jak działa przyroda, i wyzwaniami, które stawia przed nami epoka antropocenu. Przez rok podczas dziewięciu zjazdów będziemy czytać teksty i wspólnie je analizować, ale będziemy też wędrować po Polsce, spotykać się z różnymi ludźmi, począwszy od artystów, kulturoznawców, poprzez specjalistów od klimatu, po przyrodników. Pojedziemy na przykład zobaczyć krajobraz zniszczony przez kopalnię odkrywkową, ale też zobaczymy piękne miejsca, niektknięte przez ludzką działalność; będziemy słuchać i milczeć.

Zależy nam na zbudowaniu wrażliwości i języka, który nie będzie powtarzał szkodliwych klisz, używanych czasami także przez ludzi szczerze zaangażowanych w przyrodę. Często używamy na przykład słowa „natura”, a co ono właściwie dla nas znaczy? Bardzo liczymy na to, że nasi słuchacze będą zaszczepiać ten rodzaj wrażliwości tam, gdzie funkcjonują.

Julia Fiedorczuk, pisarka, poetka, tłumaczka i krytyczka literacka, adiunkt w Zakładzie Literatury Amerykańskiej Instytutu Anglistyki UW, współtwórczyni pierwszej w Polsce rocznej Szkoły Ekopoetyki, której pierwsza edycja właśnie się rozpoczęła. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

O czym szumią zioła

Ruta Kowalska:
Ruta Kowalska: "Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu."(Fot. archiwum prywatne)
Ruta Kowalska, dyplomowana zielarka, autorka podręcznika „O czym szumią zioła” i kajetu wielkiej urody „Receptariusz ziołowy” zaprasza do magicznego świata roślin i odkrywania ich niezwykłych właściwości. Na swoim blogu oraz Instagramie „Zioła w pełni” dzieli się zielarską wiedzą, pokazuje innym jak zaprzyjaźnić się z roślinami i korzystać z ich dobrodziejstwa.

W jeszcze nie tak odległych czasach nieomal każda roślina była otoczona nimbem boskości i darzona szacunkiem. Wraz z rozwojem nauki i technologii zaczęłyśmy tracić przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę, a dziś dla wielu osób zioła to po prostu popularne przyprawy jak oregano czy tymianek. Czym dla ciebie są zioła i czy były obecne w twoim życiu już wcześniej?
Od dziecka jestem zafascynowana roślinami. Trudno zliczyć ile czasu spędziłam w towarzystwie tych milczących, zielonych istot. Poznawanie ich wszystkimi zmysłami, dzielenie z nimi czasu ma w sobie coś z wtajemniczenia, inicjacji. Spotkanie twarzą w kwiat. Twarzą w liść. Twarzą w owoc.

Zioła są dla mnie czymś doskonałym samym w sobie. To dużo więcej niż potencjalne lekarstwo, chociaż to, że nas leczą jest dla mnie czymś niesamowitym. Nie chcę patrzeć na nie jedynie w sposób użytkowy. Tak jak w Twoim przykładzie o torebce z przyprawami. Nie wystarczy mi dodać suszu do potrawy, aby polepszyć jej smak. Chcę zobaczyć daną roślinę na żywo, poczuć fakturę jej liści, dowiedzieć się jakie ma wymagania glebowe – co mogę zrobić, aby było jej dobrze np. w moim ogrodzie. Sięgam też głębiej, dociekam jak rośliny troszczą się o siebie nawzajem i komunikują między sobą. Dlatego kiedy nauka, która w naszej zachodniej kulturze jest bogiem, potwierdza to, co czułam intuicyjnie od dziecka odczuwam wielką radość. I mimo, że burzy to skrupulatnie budowaną od wieków hierarchię świata, to czuję, że nadejdzie czas, kiedy rośliny będą miały własne prawa. Podobnie jak zwierzęta, o czym przecież naszym przodkom nawet się nie śniło.

Codziennie jestem w bliskim kontakcie z roślinami. Czuję ogromną wdzięczność za to, że mieszkam na odludziu i wystarczy wyjść z domu, aby zanurzyć się w zielonym świecie. Rośliny są dla mnie jak bliscy przyjaciele. Bo jeśli od kilkunastu lat codziennie głaszczę korę rosnących wokół mojego domu drzew, obserwuję ich zmagania się z mrozami czy wiatrem, patrzę jak zmieniają się w rytmie pór roku, to czuję więź. Tak samo w ogrodzie, gdzie doglądam rosnących ziół, czy na łąkach wokół domu, gdzie znam każdy spłachetek ziemi. Mam tylko wątpliwości czy ta więź jest obopólna. Rośliny znakomicie mogą się bez nas obyć. Dzięki fotosyntezie są autonomicznymi, samowystarczalnymi istotami. To my ich potrzebujemy, a nasze życie nie mogłoby bez nich istnieć.

Zioła wykorzystywano nie tylko w obrzędach religijnych i magicznych rytuałach, pełniły one bardzo ważną funkcję w codziennym życiu. Znajomość ich właściwości mogła ratować albo odbierać życie, dlatego wiedza na ich temat była tak cenna. Gdzie ty zaczęłaś swoje poszukiwania na temat ziół oraz ich magicznych i leczniczych właściwości? I kiedy poczułaś, że chcesz dzielić się swoją wiedzą z innymi?
Jako dziecko mogłam godzinami obserwować przyrodę zachwycając się całym tym bogactwem. Dopiero potem poczułam potrzebę nazywania, porządkowania, przypisywania roślinom określonych właściwości. Chciałam wiedzieć jakim zielonym bandażem można opatrzyć ranę podczas leśnych wędrówek, co można zjeść, a czego lepiej unikać, jak wspomóc się przy niestrawności czy w przeziębieniu. Na moim regale pojawiało się coraz więcej książek o ziołach. Nieustannemu czytaniu towarzyszyły częste wyprawy w teren, bo odczuwam jakąś pierwotną, ciągłą potrzebę bycia na świeżym powietrzu, w ruchu, chodzenia po chaszczach.

Zawsze byłam mocno ukierunkowana i zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób może to być zaskakujące, ale już jako 6-letnie dziecko wiedziałam, że chcę mieszkać na wsi i żyć blisko ziemi.

Cała moja formalna edukacja związana jest z przyrodą. Ukończyłam studia magisterskie na kierunku biologia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W ostatnich latach, bo wcześniej niestety nie było takich możliwości, ukończyłam roczny kurs zawodowy „Zielarz-Fitoterapeuta”, studia podyplomowe „Zioła w profilaktyce i terapii” na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu oraz „Zioła i nutraceutyki – ich znaczenie dla gospodarki i zdrowia” na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Obecnie uczestniczę w rocznym kursie „Fitoterapia szczegółowa” prowadzonym przez dr. H. Różańskiego.

Ziołolecznictwo to nauka ścisła i takie podwaliny, szeroka wiedza biologiczna i chemiczna są bardzo istotne. Równolegle wciąż uczę się sztuki zielarskiej na najlepszym uniwersytecie. Stworzonym ręką Natury. Na łąkach, polach, w lasach.

Pierwsze warsztaty przyrodnicze zaczęłam robić jeszcze podczas studiów, potem skupiłam się na ziołowych. Bardzo wierzę w moc edukacji. W to, że kropla drąży skałę.

Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu.

„Zioła w pełni” to nazwa nieprzypadkowa, oprócz istotnych w twoim życiu roślin pojawia się też element lunarny. Jaka jest rola księżyca w tym, czym zajmujesz się na co dzień?
„Zioła w Pełni” to nie tylko nazwa mojej firmy i bloga na którym snuję ziołowe opowieści, ale również odzwierciedlenie tego, co jest dla mnie ważne. Pełnia to dla mnie stan, w którym niczego nie brakuje. Całkowitej harmonii i poczucia obfitości na każdym poziomie życia.

Księżyc odgrywa w moim życiu dużą rolę. Zarówno ja, jak i uprawiane przeze mnie rośliny żyjemy w jego rytmie. Bardzo bliska jest mi idea rolnictwa biodynamicznego, a kalendarz księżycowy autorstwa Marie Thun to mój zaufany doradca. Zawsze mam go na podorędziu. Podpowiada mi jak pielęgnować rośliny, kiedy najlepiej siać, przycinać je, zbierać plon.

Księżyc kiedyś nazywany był miesiącem, a stąd już tylko krok do miesiączki. Od kilkunastu lat przyglądam się temu jak pięknie mój cykl menstruacyjny współgra się z rytmem Księżyca. Opowiadam o tym na warsztatach na temat zdrowia kobiet, kiedy pierwszego dnia zasiadamy w Ziołowym Kręgu Kobiet. Okazuje się, że większość kobiet odkrywa wtedy tę niesamowitą synchroniczność.

Z fascynacją obserwuję jak wpływają na mnie poszczególne fazy Księżyca. Jeżeli Księżyc ma tak potężny wpływ na oceany, to musi mieć też wpływ na nasze ciała, które w większości są zbudowane z wody. Nów to czas skupienia się na sobie, wejścia w ciemność, zasiewania ziaren. Pełnia to moment spełnienia, celebrowania życia i dziękczynienia. Zdaję sobie sprawę, że część ludzi, szczególnie w miastach, zamkniętych w blokach zapomina o spoglądaniu w niebo, dlatego mój ziołowy newsletter wysyłam w nów i pełnię. Czasem czytelniczki piszą mi, że przypominam im przy okazji o tym, co dzieje się na niebie.

Kolejnym księżycowym motywem jest to, że dawniej niektóre zioła zbierano przy pełni ufając, że w tym czasie ich lecznicza moc jest najpotężniejsza. Idea ta mocno mnie porywa, dlatego wzorem naszych przodkiń zdarza mi się wykopywać korzenie ziół w srebrnym blasku Księżyca. Ogarnia mnie wtedy poczucie wspólnoty, zielarskiego siostrzeństwa z tymi, które były przede mną, a z którymi łączy mnie zielona nić porozumienia.

Zioła od początku pełniły ważną funkcję w różnego rodzaju rytuałach. Które rośliny i jakie rytuały są dla ciebie szczególnie ważne?
Nie mogłoby w moim życiu obyć się bez rytuałów związanych z Księżycem. Każdego miesiąca celebruję pełnię sporządzając eliksir księżycowy. Ruszam na łąki, do lasu i zbieram sezonowe zioła. Zimą są to szyszki, kawałki kory, jakieś zapomniane przez ptaki owoce np. berberysu, dzikiej róży. Kryształową karafkę, schedę do mojej babci wypełniam ziołami, zalewam zimną wodą i zostawiam na całą noc. Rano wypijam chłodny, delikatny macerat czemu zawsze towarzyszy jakaś intencja, ale i wdzięczność za wszystko co w życiu otrzymuję. To ostatnie jest bardzo ważne, bo w wirze codziennych zajęć często zapominam o docenianiu tego, co się wydarza, o celebracji każdego dnia, tak jakby był ostatnim. Marzy mi się, aby sporządzanie eliksirów księżycowych stało się powszechne. Wyobraź sobie, że przed pełnią na okiennych parapetach, jak kraj długi i szeroki królują buteleczki, flakoniki i fiolki z ziołami.

Podczas nowiu palę ognisko, aby rozświetlić ciemność nocy, ale również tę w sobie. Spotykają się wtedy wszystkie żywioły – woda, bo miejsce na ognisko jest nad stawem, powietrze bez którego ogień nie mógłby zapłonąć, ziemia.

Bardzo ważny jest też dla mnie rytuał wdzięczności wobec roślin. Proszenia o możliwość skorzystania z ich leczniczych mocy. Zauważyłaś, że w większości przypadków, aby zebrać jakąś roślinę, trzeba przed nią przyklęknąć, pokłonić się? Czuję, że nie bez powodu. Mam taką zasadę i tego uczę na moich warsztatach: Najpierw zaprzyjaźnij się z rośliną, a dopiero potem poproś o coś dla siebie. Weź jedynie tyle, ile potrzebujesz i nie zapomnij podziękować ziołom, że możesz czerpać z ich dobrodziejstw.

Głęboki szacunek do roślin to dla mnie podstawa. Musi istnieć równowaga między braniem a dawaniem. Korzystam z ziół, ścinam je, ale w ramach zadośćuczynienia co roku sadzę drzewa, pielęgnuję łąkę kwietną, nie stosuję żadnych pestycydów w ogrodzie, dbam o bioróżnorodność w moim najbliższym sąsiedztwie.

Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)

Ziołolecznictwem od zarania wieków zajmowały się kobiety, matki przekazywały córkom wiedzę, którą otrzymały od swoich przodkiń. Dzisiaj ty pełnisz rolę takiej przewodniczki po świecie roślin i zapraszasz kobiety na prowadzone przez siebie warsztaty. Czy możesz opowiedzieć jak wyglądają takie spotkania, czego uczysz i jak na czym polega poznawanie ziół od podstaw?
Wierzę, że ziołolecznictwo to nasza kobieca spuścizna, że w naszych sercach, krwi i kościach zapisana jest wiedza przodkiń. Nasza herstoria mocno splata się z pędami roślin. Dawniej większość kobiet, szczególnie tych mieszkających daleko od miast posiadała jakąś podstawową wiedzę na temat roślin leczniczych.

Moje warsztaty robię w duchu głębokiego poszanowania i wrażliwości na to, co daje nam natura. Na warsztatach „O czym szumią zioła” przekazuję wiedzę na temat podstaw ziołolecznictwa, prawidłowego sporządzania preparatów galenowych: naparów, wywarów, odwarów, nalewek, intraktów, maści, wyciągów na winie, wyciągów glicerynowych czy olejowych. Użycie prawidłowego rozpuszczalnika ma kolosalne znaczenie, tylko mając odpowiednia wiedzę fitochemiczną może przygotować skuteczny preparat ziołowy. Mówię o etyce zbioru, uczę jak prawidłowo zbierać i suszyć zioła, opowiadam dużo o substancjach czynnych w roślinach, bezpieczeństwie stosowania ziół, lokalności i sezonowości. Nie może się oczywiście obyć bez zajęć terenowych. Spotkania z roślinami na żywo są niezmiernie ważne. Po zajęciach często uczestniczki opowiadają mi, że przypomniały sobie, że przecież w dzieciństwie babcia pokazywała im kwitnące podbiały czy świetliki, albo jak sporządzić syrop ziołowy.

Warsztaty „Po zioła. Po moc” dedykowane są zdrowiu kobiet. Podoba mi się to określenie „po moc” - tylko jeśli jesteś w swojej mocy możesz sobie pomóc. Te warsztaty zaczynamy Ziołowym Kręgiem Kobiet. To otwiera uczestniczkom serca i buduje poczucie wspólnoty, które będzie nam już towarzyszyło do końca warsztatów. Rozmawiamy o trzech etapach życia kobiety – Białej Bogini (dojrzewanie), Czerwonej Bogini (kobieta płodna, matka) oraz Czarnej Bogini (kobieta po menopauzie, mądra). Oczywiście wszystko w kontekście ziół.

Dzielę się naukową wiedzą m.in. o tym jak możemy wesprzeć się ziołami w zespole napięcia przedmiesiączkowego, przy bolesnych, obfitych lub skąpych miesiączkach, stanach zapalnych narządów płciowych, przy mięśniakach, torbielach, podczas połogi i laktacji, czy w okresie klimakterium. Te spotkania są bardzo intensywne, chcę przekazać jak najwięcej wiedzy, ale teorii towarzyszy też praktyka – każda z uczestniczek przygotowuje dla siebie po kilkanaście różnych ziołowych remediów. Ich sporządzaniu zawsze towarzyszy dużo radości i poczucia wspólnoty.

Wiosna to czas nowego początku, nowego cyklu życia. To na pewno również bardzo ważny moment w życiu zielarki. Na jakie zioła warto zwrócić szczególną uwagę w tym czasie?
Uwielbiam wczesną wiosnę, kiedy przyroda, ale i moje ciało budzą się do życia. To doskonały czas na zbiór ziołowych korzeni i kłączy, które najlepiej wykopać jeszcze przed rozpoczęciem wegetacji. W tym czasie ilość nagromadzonych w nich substancji leczniczych jest największa.

O tej porze możemy też zbierać korę i gałązki z drzew. Najlepiej zrobić to, wraz z ruszeniem wegetacji. Kiedy rozpoczyna się intensywny wzrost roślin między korą a drewnem tworzy się warstwa młodych komórek twórczych, luźno z nimi złączona, co ułatwia oderwanie kory. Najlepiej zbierać ją podczas przecinek z młodych, gładkich, kilkuletnich gałązek o grubości około 3-4 cm, a nie z żywego drzewa.

Wiosna to też doskonały czas na zbieranie pączków drzew i krzewów. W fitoterapii wyodrębniono nawet specjalny dział im poświęcony - gemmoterapię. Pączki pozyskuje się w różnych fazach wzrostu: od całkowicie zamkniętych po częściowo otwarte z widocznymi rozchylającymi się listkami, ale wciąż jeszcze u dołu otulonymi brązowymi łuskami. Wczesną wiosną możemy też zbierać pierwsze kwiatostany np. olchy, leszczyny czy żółto kwitnącego podbiału.

Bardzo popularny jest też zbiór soku z brzozy zwanego oskołą. Ja osobiście go nie pozyskuję. Czuję, że ten cenny w substancje odżywcze płyn należy do drzewa, jest niczym życiodajna krew, której dopływ zapewnia mu dobry start na wiosnę, witalność i doskonałą kondycję. Nierozważnie i rabunkowo prowadzony zbiór soku naraża zdrowie drzew, może prowadzić do infekcji grzybowych, osłabienia, a nawet obumarcia drzewa.

Wczesne zapisy o zastosowaniu ziół pojawiły się już na babilońskich glinianych tabliczkach pochodzących z 3000 r. p.n.e. Ty również postanowiłaś usystematyzować i skatalogować posiadaną wiedzę o ziołach i tak powstały twoje dwie książki „O czym szumią zioła” i „Receptariusz ziołowy”. Od której warto zacząć i co w nich znajdziemy?
W pierwszej kolejności mocno zachęcam do przeczytania liczącej 416-stronic książki „O czym szumią zioła”. Ta książka pęczniała we mnie jak nasiono na długo zanim ujrzała światło dziennie. Na jej pisanie i wydanie w modelu selfpublishingu poświęciłam dwa lata. Nazwałam ją podręcznikiem, bo wierzę, że jest to książka, którą zawsze warto mieć pod ręką. To esencja mojej wiedzy i kilkudziesięcioletniego doświadczenia w zakresie ziołolecznictwa. Książka, którą sama chciałabym przeczytać wiele lat temu, bo zaoszczędziłaby mi wielu poszukiwań i sporo czasu.

„O czym szumią zioła” to szczodra dawka naukowej wiedzy na temat roślin leczniczych doprawiona szczyptą historii ziół, etnobotaniki i moich własnych doświadczeń w pracy z roślinami. Zawiera niemal 300 pozycji bibliograficznych, a konsultację naukową wykonała prof. dr hab. n. farm. Irena Matławska, z Katedry i Zakładu Farmakognozji Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Oprócz rzetelności merytorycznej zależało mi, aby książka była napisana z poziomu serca, głębokiego szacunku do roślin. Przyjaznym, przystępnym językiem. To taki mój miłosny hołd dla Zielonego Świata Roślin. Niektóre czytelniczki piszą mi, że stworzyłam nowy styl – ziołowa proza poetycka.

W książce przeprowadzam przez najważniejsze tajniki ziołolecznictwa. Dużo miejsca poświęcam temu jak prawidłowo przygotowywać ziołowe remedia. Wyjaśniam na jakiej zasadzie zioła działają na nasz organizm, piszę o prawidłowym zbiorze, suszeniu ziół, o zielarskiej etyce, idei lokalności i sezonowości w pracy z roślinami, o tym dlaczego zioła świeże są bardziej skuteczne od suszonych, o bezpieczeństwie stosowania ziół. Opisuję też 25 gatunków roślin leczniczych, każdej z nich poświęcam kilkanaście stron. O kolejnych roślinach napiszę w następnych tomach, bo planuję stworzyć ziołową trylogię.

Liczący 216 stronic „Receptariusz ziołowy” to kajet wielkiej urody nie tylko do czytania, ale i samodzielnego zapisywania. Zrodzony z miłości do starych przepisów. Czułości, jaką budzą we mnie ręcznie zapisywane zeszyty z przepisami pochowane w szafkach naszych babek i mam. Można znaleźć w nim receptury na ziołowe remedia pochodzące z XIX i początków XX wieku, dowiedzieć się czym były m.in. morsele, cukrosmażki, krążki, kołaczki, zachowki. Zależało mi, aby „Receptariusz” przypominał stary kajet i aby trzymając go w dłoniach mocno czuło się ducha dawnych czasów. Czasem sobie myślę, że powinnam sprzedawać go w zestawie z gęsim piórem.

Od jakiegoś czasu zaczynamy poznawać zioła na nowo. Obserwujemy wielkie zainteresowanie naturalnymi kosmetykami, ludową medycyną, uprawiamy rośliny w przydomowych ogródkach i na balkonach. Chcemy też wiedzieć o nich coraz więcej. Jak zacząć swoją przygodę z ziołami?

Przygodę z ziołami proponuję zacząć z poziomu serca – wybrać się do lasu, na łąki, nad rzekę i po prostu pobyć z roślinami, nawiązać z nimi emocjonalną relację. Dzięki temu nie będziesz traktować ich jedynie w sposób użytkowy. Zawsze powtarzam jak mantrę, że zioła są darem, a nie towarem, a przyroda to sanktuarium a nie darmowy supermarket, gdzie można iść i zrywać bez opamiętania. Mamy teraz wiosnę i słyszę z każdej strony jak ludzie ściągają sok z drzew, często bez jakiejkolwiek refleksji nad tym, że mogą zaszkodzić drzewu, osłabić je. Przyświeca im jedynie myśl – oskoła jest zdrowa, więc wyduszę jej z drzewa dla siebie jak najwięcej.

Bardzo nie chciałabym aby powrót zainteresowania ziołami poszedł w tym kierunku - kolejnej mody, gadżetów, konsumpcji i rabunkowego podejścia do przyrody.

Następnym krokiem jest zapoznanie się z rzetelnymi opracowaniami na temat ziół, fitoterapia to nauka ścisła i ważne, aby dobrze poznać jej podstawy. Nauka rozpoznawania gatunków roślin również będzie bardzo przydatna, aby podczas zbioru nie dochodziło do pomyłek.

Ważna jest również praktyka w sporządzaniu ziołowych remediów, w dobieraniu ziół do mieszanek leczniczych itd., bo od suchej teorii jeszcze nikt zielarzem nie został.

  1. Styl Życia

Ekomisja Bartka Jędrzejaka

Bartek Jędrzejak, dziennikarz, prezenter. Autor reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Laureat plebiscytu Telekamery 2021 w kategorii: prognoza pogody. Współautor serii książek edukacyjnych dla dzieci „Pogoda dla puchaczy”. (Fot. materiały prasowe)
Bartek Jędrzejak, dziennikarz, prezenter. Autor reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Laureat plebiscytu Telekamery 2021 w kategorii: prognoza pogody. Współautor serii książek edukacyjnych dla dzieci „Pogoda dla puchaczy”. (Fot. materiały prasowe)
Zanim pojawiły się zdjęcia satelitarne, którymi dziś posługują się synoptycy, aurę prognozowano na podstawie obserwacji przyrody – wyjaśnia prezenter pogody Bartek Jędrzejak. To stąd wzięły się ludowe powiedzenia: „w marcu jak w garncu” czy „kwiecień plecień”.

Zauważyłem, że dzieci w mojej rodzinie wraz z wiekiem zadają coraz bardziej skomplikowane pytania o pogodę i nie zadowalają ich informacje typu, że słońce jest żołte i mocno świeci... Chcą raczej wiedzieć, czy naprawdę może kiedyś zgasnąć. Pomyślałem więc o napisaniu książki edukacyjnej i kiedy opowiedziałem o tym Marcinowi Koziołowi, który od dawna pisze dla dzieci i ma na koncie lekturę dla szkół podstawowych, postanowiliśmy napisać ją razem. Zależało nam na wyborze zwierzęcia, które jest w Polsce aktywne przez cały rok. A że mam w domu abstrakcyjny obraz ptaka, którego nazywam puchaczem, wybór padł na niego.

Polecamy książkę: Marcin Kozioł, Bartek Jędrzejak, 'Pogoda dla puchaczy'. (Fot. materiały prasowe)Polecamy książkę: Marcin Kozioł, Bartek Jędrzejak, "Pogoda dla puchaczy". (Fot. materiały prasowe)

W rytm natury

Zwracając uwagę na przyrodę, zawsze można ocenić stan pór roku, wystarczy rozejrzeć się wokół. Kiedy na przykład zobaczymy bociany, pierwsze kwiaty, budzące się ze snu pszczoły – to znaczy, że nadeszła wiosna. Regularne obserwacje pogody prowadzi się od początku XVIII wieku i kiedy nie było sputników oblatujących ziemię ani zdjęć satelitarnych, z których dziś korzystają synoptycy, pogodę prognozowano właśnie na podstawie zachowania przyrody.

Ciepło, coraz cieplej

Polska leży w strefie klimatu umiarkowanego przejściowego, dość blisko zimnej Skandynawii, ale i niedaleko basenu Morza Środziemnego, a nawet (bo dzieli nas tylko Gibraltar) – północnej Afryki. Fronty powietrza z obu stron często ścierają się nad Europą Środkową, dlatego trudniej u nas prognozować pogodę. Jednak w skali globalnej klimat się ociepla. Tegoroczny luty przejdzie do historii klimatologii, bo pod koniec miesiąca w Makowie Podhalańskim zanotowano 21,7 °C !

Inteligencja natury

Około 70 proc. miejsca na kuli ziemskiej zajmują morza i oceany, które wydzielają ogromną ilość dwutlenku węgla, podobnie wulkany. W porównaniu z tym to, co produkuje organizm ludzki, jest minimalne. To zanieczyszczenie naturalne, z którym przyroda nauczyła się sobie radzić, wystarczy zostawić ją w spokoju. Nawet po tak poważnym skażeniu promieniotwórczym, do jakiego doszło 35 lat temu po wybuchu elektrowni w Czarnobylu, w okolicy wyrosły drzewa, powróciły zwierzęta. Problem leży w tym, że jako ludzie dodajemy niebezpieczne zanieczyszczenie w postaci materiałów, które bardzo długo się rozkładają. Dlatego bardzo zwracam uwagę na segregowanie śmieci i na recykling. Nie wyobrażam sobie, że można zostawić śmieci w lesie czy na plaży i kiedy idę na spacer, zwykle noszę ze sobą torbę, do której zbieram wyrzucone butelki, puszki, papiery... To nie wymaga wielkiego wysiłku, a w dobie pandemii, gdy często nosimy jednorazowe rękawiczki, tym bardziej warto to robić. Narzekamy na maseczki, lockdown, ale być może powinniśmy się przyzwyczajać do tego. Co kilka milionów lat Ziemia się oczyszcza przez zlodowacenie, a dziś wraz z topnieniem lodowców nie tylko podwyższa się poziom wód, ale jak – przestrzagają naukowcy – rośnie również ryzyko rozprzestrzenienia się tego, co zostało kiedyś w lodzie zamrożone: bakterii, wirusów, organizmów czy związków, których nie znamy i nie wiemy, jak mogą na nas wpłynąć.

Bartek Jędrzejak, dziennikarz, prezenter. Autor reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Laureat plebiscytu Telekamery 2021 w kategorii: prognoza pogody. Współautor serii książek edukacyjnych dla dzieci „Pogoda dla puchaczy”.

  1. Styl Życia

Pachnące porządki – naturalne środki do czyszczenia

Naturalne środki czyszczące są skuteczne i bezpieczne dla zdrowia. (Fot. iStock)
Naturalne środki czyszczące są skuteczne i bezpieczne dla zdrowia. (Fot. iStock)
Jedną buteleczką olejku aromatycznego posprzątać dom? Chociaż nie, cała buteleczka to za wiele, bo olejki – oczywiście te czyste, naturalne – są niezwykle wydajne.

Używanie naturalnych olejków eterycznych w domowych porządkach to fajna rzecz, zaraziłam się tym w Stanach – mówi Edyta Tecław, założycielka marki ViaAroma. – Dodaję olejku do płynu do podłóg, żeby pachniało. Ale nie tylko o zapach chodzi. Latem przylatują komary, meszki, przychodzą mrówki. Olejek goździkowy świetnie je odstrasza.

Inne pomysły na naturalne środki czyszczące

  • do dezynfekcji blatu kuchennego: zwilżyć wodą ściereczkę, dodać dwie, trzy krople ulubionego olejku (np. z cytryny), i wytrzeć półki i blaty. Pięknie pachnie i skutecznie dezynfekuje. Olejek jest naturalny, więc nawet jeśli wniknie w nacięcia deski i wejdzie w kontakt z jedzeniem, nic się nie stanie.
  • do czyszczenia umywalek czy kranów też używam olejków: soda, ocet, kwasek cytrynowy plus olejek i wszystko schodzi idealnie.
  • do mycia szyb: ocet, woda, olejek eteryczny. Efekt jest świetny – dodaje Edyta Tecław.
  • do prania (olejek lawendowy lub herbaciany) – to dodatkowa dezynfekcja.

A jeśli masz nawilżacz powietrza, dolej do wody kilka kropli olejku – usunie nieprzyjemne zapachy gotowania i oczyści atmosferę.

  1. Kultura

„Uważam się za poetę, dopiero potem za muzyka”. Bob Dylan kończy 80 lat

Bob Dylan w 1966 roku. (Fot. Bjorn Larsson/TT Newsagency/Forum)
Bob Dylan w 1966 roku. (Fot. Bjorn Larsson/TT Newsagency/Forum)
W 1978 roku powiedział: „Uważam się przede wszystkim za poetę, dopiero potem za muzyka. Żyję jak poeta i umrę jak poeta”. Obchodzący dziś 80. urodziny Bob Dylan jest nie tylko największym śpiewającym poetą naszych czasów, ale przede wszystkim wielkim innowatorem, który zrewolucjonizował formę i treść piosenki.

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 11/2016).

Kiedy Jean Paule Sartre odmówił odebrania literackiej nagrody Nobla w 1964 roku, był to manifest „artystycznej niezależności”. W roku 2016, Bob Dylan, ignorując przez dwa tygodnie sam fakt otrzymania Nobla, osiągnął więcej – sprawił, że cały świat mówił o nagrodzie i kwestionował jej znaczenie.

W 1978 roku Robert Zimmerman (tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko Dylana) powiedział: „Uważam się przede wszystkim za poetę, dopiero potem za muzyka. Żyję jak poeta i umrę jak poeta”. Kiedy ten 80-letni artysta odejdzie ze świata, za którym zresztą nie przepada, dołączy do szacownego grona poetów z nagrodą Nobla, takich jak Yeats, Eliot czy Miłosz. Mimo to Nobel dla Dylana to nie tylko nagroda dla współczesnego literackiego geniusza, lecz również dla uprawianej przez niego formy. Piosenka czy pieśń zajęła należne jej miejsce w panteonie obok wiersza, dramatu i powieści.

A właśnie: piosenka czy pieśń? W języku angielskim nie ma tego rozróżnienia. Jest „song” i tyle – przy ognisku i w filharmonii. W tym drugim wypadku anglojęzyczni melomani używają czasem niemieckiego słowa lied/lieder, chociaż to jawny snobizm. Najważniejsze jednak, że określenie „song” nie jest w żadnym wypadku wartościujące. Pieśń Schuberta nie jest lepsza od piosenki Dylana – określamy wyłączne formę, nie przynależność. Polski język prowokuje do lekceważenia piosenki, co smuci, zważywszy na wspaniałą tradycję tego gatunku w naszym języku: Osiecka, Przybora, Kofta. Skamandryci. I cała polska tradycja „śpiewania poezji” – Demarczyk, Grechuta, Turnau.

Ciągła zmiana twarzy

Bob Dylan jest nie tylko największym śpiewającym poetą naszych czasów, jest przede wszystkim wielkim innowatorem, który zrewolucjonizował formę i treść piosenki. W historii sztuki pojawiają się artyści, którzy sprawiają, że nic nie będzie takie, jak wcześniej. Takimi artystami byli Picasso czy Miles. Dylan też jest takim artystą. Mówiło się, że Elvis dał muzyce ciało, Beatlesi serce, a Dylan mózg. To tylko zgrabne uproszczenie. Dylan sprawił, że piosenka popularna nagle mogła być o wszystkim. I każdy, kto przyszedł po nim, zastawał otwarte drzwi. Co więcej, Dylan sprawił, że język piosenki odrzucił wszelkie granice – słownictwo i wizja stały się nieograniczone, surrealistyczne, nowe.

Jeden z dziennikarzy radiowej Trójki powiedział na antenie, że to jest nagroda dla całego rock’n’rolla. Nie zgadzam się z tym. Nie ma bardziej samotnej działalności, niż praca literata. A przecież ten Nobel jest za słowa – nie za głos i nie za gitarę. I jeszcze jedno: Dylan nikogo nie reprezentuje. Rzecz jasna poza samym sobą, a często wbrew samemu sobie. Kiedy tylko zaliczano go do jakiegoś ruchu, od razu się oddalał. Tak było z pieśniami protestu, kiedy okrzyczano go „prorokiem” protest-songu. Tak było z całą muzyką akustyczną, od której zaczynał – zaczynał bowiem od wspaniałej amerykańskiej tradycji pieśni ludowej. Bez początku i bez końca. Pieśni starej jak świat i wreszcie „nobilitowanej Noblem”.

Dylan jeszcze wiele razy uciekał, właściwie do tej pory nie przestał tego robić. Z gitary akustycznej przesiadł się na elektryczną, czemu towarzyszyło niesłabnące wycie zawiedzionej publiczności. Z życia gwiazdy rock’n’rolla uciekł do wiejskiej sielanki Woodstock. Później z rocka uciekł do country. Nikt nie nadążał za jego nieustającymi zmianami. Gdy wydał album zatytułowany „Autoportret” (1970), krytyk magazynu Rolling Stone napisał: Co to za gówno? Gdy przeszedł z judaizmu na chrześcijaństwo było jeszcze gorzej – odwróciło się od niego wielu fanów. Zawsze wolny od poddawania się wpływom czy ocenom, kontynuował swą misję i „nauczał” ze sceny, opowiadając o zbawieniu niczym nawiedzony kaznodzieja. Nagrywał płyty o Jezusie, chociaż nikt nie chciał ich kupować. Gdy wrócił do judaizmu, związał się z radykalną sektą chasydzką… Zawsze pod prąd, zawsze zamknięty, nieosiągalny, bez kontaktu z otaczającym światem. Nie spotyka się ze słuchaczami, nie podpisuje płyt. Najnowsza ucieczka Dylana to piosenki z Wielkiego Amerykańskiego Śpiewnika. Największy autor piosenek wykonuje utwory z repertuaru Franka Sinatry, chociaż nikt nie brzmiał w nich gorzej od niego. Wielokrotnie mówiło się, że „Dylan zmienia maski”. A może on po prostu zmienia twarze?

Co z tym Noblem

Ten Nobel zaskoczył cały świat. A przede wszystkim literaturoznawców, ponieważ po raz pierwszy przyznano nagrodę twórcy, którego dzieł nie znają. Podobnie jest zresztą ze światem muzyki. Byłoby naiwnością mniemać, że słuchacze Dylana czytają Adonisa. Ale Murakamiego już tak. A przynajmniej Philipa Rotha. To jest nagroda za tradycję homerycką, ponieważ pieśń pojawiła się przed wierszem i przed dramatem. Była pierwszą formą przekazu. Ewoluowała z mowy, potem wzbogaciła ją muzyka. Komitet Noblowski przyznał nagrodę literacką za „tworzenie nowych form poetyckiej ekspresji w ramach wielkiej tradycji amerykańskiej pieśni". Tradycji – dodajmy – starej jak sam człowiek.

Niejasne było zachowanie Dylana po ogłoszeniu decyzji Komitetu. Jest nieprzewidywalny, to prawda, ale do tej pory odbierał grzecznie wszystkie zaszczyty. A warto pamiętać, że ma na koncie najwyższe trofea, jakie może zdobyć współczesny artysta. Ma je wszystkie. Jest wśród nich Oscar – za piosenkę „Things Have Changed”, najbardziej pesymistyczny utwór uhonorowany nagrodą Akademii (film „Wonder Boys”, 2000). Jest Złoty Glob – za tę samą piosenkę. Ma Dylan w dorobku aż trzynaście nagród Grammy, ma także dwa doktoraty honoris causa za muzykę (w tym Uniwersytetu Princeton). Jest laureatem Polar Music Prize (2000), nazywanej czasem „muzycznym Noblem”. Ma też Pulitzera – za „głęboki wpływ na muzykę popularną i amerykańską kulturę, ze szczególnym uwzględnieniem kompozycji o wyjątkowej sile poetyckiej”. Otrzymał prestiżową hiszpańską Nagrodę Księcia Asturii (2007), oraz dwa najwyższe odznaczenia francuskie: Ordre des Arts et des Lettres (Order Sztuki i Literatury, 1990) i Legię Honorową (2013). Prezydent Barack Obama odznaczył Boba Dylana najwyższym odznaczeniem cywilnym w Stanach Zjednoczonych, Medalem Wolności (2012).

Jest w amerykańskim show-businessie elitarny klub, określany skrótem EGOT. Liczy tylko kilkunastu członków, a są to laureaci nagrody Emmy, Grammy, Oscara i Tony (nagroda teatralna). Znajdziemy wśród nich takich artystów, jak Audrey Hepburn, Richard Rodgers i Mel Brooks. Dylan – jak zwykle – nie przystaje. Nie ma szans na Tony’ego, jego twórczość omijała Broadway (nie licząc nieudanego epizodu z musicalem „The Times They Are a-Changin’”, z którym on sam nie miał nic wspólnego).

Jest jeszcze ciekawostka, przeoczona przez komentatorów. Bob Dylan to drugi autor w historii, który otrzymał zarówno literackiego Nobla, jak i Oscara. Pierwszym był… George Bernard Shaw. Wybitny dramaturg i prozaik irlandzki został laureatem literackiego Nobla już w 1925 roku, natomiast w roku 1938 zdobył Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany ekranizacji swojego dramatu „Pigmalion” (i powiedział, że Nagroda Akademii to obelga, bo w Hollywood najpewniej nikt o nim nie słyszał). To zupełnie nowy „klub”, ciekawe, kto zostanie jego trzecim członkiem. I kiedy, bo raczej nieprędko.

Jego Bobość

Bob Dylan nie ma życiorysu. Nuda. Przynajmniej na tle innych gwiazd jego pokolenia. Pił? Pił. Bił? Bił. Ale co to jest jeden brzydki rozwód dla gwiazdy rocka? Co to znaczy „nieślubne dzieci”, skoro nikt nie wie dokładnie, ile ich jest. Ich matki to bezimienne Afroamerykanki, podobno artysta płaci alimenty i kupuje w ten sposób ich dyskrecję. Zważywszy na skalę jego talentu światu nie grozi raczej wysyp „młodych Dylanów”. Syn artysty, Jacob, ma własną karierę muzyczną. Podobnie jak syn Leonarda Cohena, Adam. John Lennon też miał muzykalnych synów. To przekleństwo być synem giganta.

Robert Zimmerman z Minnesoty pojawił się znikąd i przewrócił wszystko do góry nogami. Najpierw w klubach Greenwich Village, potem na scenach całego świata. Wystąpił nawet przed polskim papieżem, zaśpiewał m.in. „Blowin’ in the Wind” (Bolonia, 1997). Papież podchwycił słowa ballady. Dawno temu śpiewała ją Maryla Rodowicz: „Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat, odpowie ci, bracie, tylko wiatr”. Smutne, że nasza percepcja Dylana zaczęła się pół wieku temu przy ognisku i razem z nim wygasła.

Polscy literaturoznawcy okazali bezradni. Większość z nich skorzystała z przywileju nie opowiadania głupstw. Bo co właściwie mieli powiedzieć o utworach nieznanego i w zasadzie nietłumaczonego na polski autora, którego poetycka wyobraźnia karmi się – tworzoną od nowa – mitologią delty Missisipi, w której ożywają nie duchy dawnych bluesmanów nawet, ale cienie ich duchów, echa ich słów. Słów, które Dylan nieustannie przywołuje. Cytuje i przetwarza. Słów, które stały się tematem nieznanego w kulturze popularnej wysypu uczonych analiz. Liczba prac poświęconych twórczości Boba Dylana nie ma równych. Piszą o nim profesorowie z Cambridge, piszą fanatycy. Jeden z krytyków nazwał go „Joycem rocka”, inny „Picassem piosenki”. Wielbiciele mówią o nim z czułością „Jego Bobość” (His Bobness).

Jest Bob Dylan człowiekiem wielu talentów. Jego autobiografia „Kroniki cz. 1” (2004) to świetna proza, autor operuje dynamiczną narracją, wciąga czytelnika w świat obrazów i dźwięków, łamie chronologię, zaprasza ciekawych do swojego życia, by po chwili zgubić ich w labiryncie wspomnień, by obudzili się w zupełnie innym miejscu, jak w krainie czarów. Dylan to chaos. Powiedział kiedyś: „Akceptuję chaos, ciekawe czy chaos akceptuje mnie”. Ale jego życie to nie tylko nieustanna zmienność i nowe maski, są w nim także elementy stałe, ale stałe niepokojąco, niezmienne depresyjnie. Od kiedy ruszył na trasę koncertową pod koniec lat 80. praktycznie nie zrobił przerwy do dziś. To tournée doczekało się miana „Never Ending Tour”, być może jeszcze w tym roku przypadnie trzytysięczny koncert. Bob Dylan jest bogaty, jego majątek ocenia się na 200 milionów dolarów, ale nie potrafi inaczej żyć. Nie potrafi nie występować, zostać na dłużej w domu. A skoro nie gra żeby żyć, może po prostu żyje, żeby grać?

Człowiek wielu talentów, od wczesnych lat artysta ilustrował swoje książki. Zaczynało się niewinnie, chociaż już pierwsze wydania jego tekstów zawierały rysunki świadczące o talencie i oryginalności. Nic jednak nie wskazywało na eksplozję talentu, jaka nastąpiła w późniejszych latach. Bob Dylan jest dziś uznanym artystą malarzem, a jego prace – głównie w technice akrylu na płótnie – osiągają bajońskie ceny. Gdzieś pomiędzy Matissem a Chagallem jest Dylan kolorystą, ekspresjonistą i… „rewizjonistą” (jedna z ostatnich wystaw artysty nosi nazwę „Revisionist Art”). Bardziej jednak od techniki porusza tematyka jego prac. Obrazy Dylana to studium samotności. Świat oglądany przez okna autobusów i moteli. Wydrążeni ludzie. Bardzo martwa natura. I nagie Murzynki – najczęściej od tyłu i najczęściej bez głowy, która nie mieści się w ramach obrazu. Brązowe pupy. Obsesja mężczyzny, który pisał o miłości. I chyba doszedł do wniosku, że za bardzo się odsłonił. Jego najnowsze prace to rzeźby w metalu, furtki i drzwiczki, które artysta samodzielnie spawa z łańcuchów i części samochodowych.

Ale przecież nie za to ten Nobel. Najmniej wątpliwości co do zasadności nagrody mieli konkurenci, koledzy i akolici. Inni śpiewający autorzy. W opublikowanej na tydzień przed przyznaniem nagrody autobiografii „Born to Run” Bruce Springsteen przywołuje rozmowę z Bobem Dylanem, dla którego śpiewał podczas honorowej gali w Centrum Kennedy’ego. Kiedy artyści spotkali się przypadkowo na schodach Dylan podziękował Springsteenowi za udział i dodał: „Gdybym mógł coś dla ciebie zrobić…” Springsteen pomyślał: Żartujesz? I powiedział: „Wszystko już zrobiłeś”. Ale artysta zwany „Szefem” nie jest w Polsce autorytetem. Podobnie jak Dylan bardzo amerykański i szerzej nieznany, pozostaje poza zasięgiem naszych zainteresowań literaturą współczesną. Już prędzej Tom Waits – tłumaczony, rozpoznawany i szanowany. Tom powiedział: „Nie ma ważniejszego głosu”. Natomiast ulubiony bard Polaków, drugi w kolejce do Nobla (teraz już bez szans) Leonard Cohen, pokusił się o następującą metaforę: „Przyznane literackiej nagrody Nobla Bobowi Dylanowi, jest jak udekorowanie Mount Everest medalem za to, że jest najwyższą górą”. Innymi słowy zaszczyt dla medalu.

Bob Dylan, pieśniarz (słowa, muzyka, wykonanie). Urodzony w 1941 roku w Minenesocie jako Robert Zimmerman. Na początku lat 60. zrewolucjonizował nowojorską scenę folkową jako czołowy autor i wykonawca protest songów, sięgnął po rock and roll i spopularyzował folk-rock. Czerpał z bluesa. Wydał ponad 40 płyt, od lat udostępnia także serię archiwaliów. Zagrał w kilkunastu filmach, m.in. „Pat Garrett & Billy the Kid”. Laureat Literackiej Nagrody Nobla w 2016 roku.

  1. Moda i uroda

 „Nie ma planety B. Czytała Krystyna Czubówna.” 

(Fot. materiały prasowe Levi's)
(Fot. materiały prasowe Levi's)
Nie uratujemy planety kupując tę czy inną - bardziej ekologiczną - parę dżinsów, ale wybierając świadomie, możemy szkodzić mniej. Marka Levi’s zachęca: kupuj lepiej, noś dłużej, przekazuj, naprawiaj. A w ramach swoich proekologicznych działań zaprasza do współpracy głos, którego nie można pomylić z żadnym innym.

Nie ma planety B - hasło, które na dobre weszło do słownika osób, którym nie jest obojętny los Ziemi, stało się punktem wyjścia do scenariusza dwuminutowego filmu utrzymanego w konwencji dokumentu przyrodniczego, którego narratorką jest Krystyna Czubówna - polska dziennikarka, prezenterka programów informacyjnych oraz kultowa lektorka filmów przyrodniczych i audycji radiowych.

Fot. Roman Kotowicz/ForumFot. Roman Kotowicz/Forum

Wideo „Nie ma planety B. Czytała Krystyna Czubówna” pokazuje jakie działania podejmuje marka Levi’s w ramach tzw. zrównoważonej produkcji. Marka nieustannie wprowadza nieszablonowe rozwiązania dotyczące zmniejszenia negatywnego wpływu branży na klimat, inwestuje w materiały i technologie takie jak Cottonized Hemp i Organic Cotton, korzysta z technologii, w których zużywa się mniej wody, pracuje nad tym, aby zredukować zużycie zasobów naturalnych i sprawić, aby przemysł odzieżowy stał się bardziej przyjazny dla naszej planety.

Czy wiesz, że… średni cykl życia ubrania to jedynie 3 lata.

Czy wiesz, że… pranie ubrań, odpowiada za 23 proc. śladu wodnego w całym cyklu życia produktu?

Czy wiesz, że… globalnie, ⅓ mikroplastiku w środowisku naturalnym pochodzi z prania materiałów syntetycznych.

Czy wiesz, że… globalnie, mniej niż 1proc. ubrań jest poddawanych recyklingowi.

Czy wiesz, że... jeśli założysz ubranie tylko 5 razy zamiast 50, jego ślad węglowy związany z produkcją wzrośnie o 400%?

12 maja, w największych polskich miastach - Warszawie, Krakowie, Katowicach i Trójmieście ruszyła kampania plakatowa mająca na celu zwrócenie uwagi na problem nieświadomej konsumpcji odzieży oraz naszych przyzwyczajeń, jak również uświadomienie i zaciekawienie tematem wpływu branży odzieżowej na środowisko naturalne. Plakaty zostały wydrukowane na ekologicznym papierze pochodzącym w 100% z makulatury, zaś klej użyty do ich naklejenia, nie zawiera szkodliwych dla zdrowia i środowiska naturalnego związków chemicznych. 10 plakatów zawierających hasła i infografiki dedykowanych całej akcji zaprojektowała Martyna Wędzicka-Obuchowicz, jedna z czołowych polskich graficzek.