1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Zmiana jest podstawą naszego życia – tłumaczy buddyjska mniszka Pema Chödrön

Zmiana jest podstawą naszego życia – tłumaczy buddyjska mniszka Pema Chödrön

</a> Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Budda nauczał, że istnieją trzy główne cechy ludzkiej egzystencji: nietrwałość, bezinteresowność oraz cierpienie lub niezadowolenie. Według Buddy życie wszystkich istot jest naznaczone przez te trzy cechy. Uznanie ich za prawdziwe poprzez własne doświadczenia pomaga nam odnaleźć spokój w tym, co jest – pisze Pema Chödrön w najnowszej książce „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

Kiedy po raz pierwszy wysłuchałam tego nauczania, wydało mi się akademickie i odległe. Gdy jednak zachęcono mnie do skupienia uwagi – do zaciekawienia się tym, co dzieje się z  moim ciałem i  moim umysłem – coś się zmieniło. Na podstawie własnego doświadczenia mogłam zaobserwować, że nic nie jest statyczne. Moje nastroje zmieniają się nieustannie jak pogoda. Zdecydowanie nie mam kontroli nad tym, jakie myśli lub emocje pojawiają się, ani nie mogę powstrzymać ich przepływu. Po bezruchu następuje ruch, a  ruch wraca do bezruchu. Nawet najbardziej uporczywy ból fizyczny zmienia się, jak przypływy i odpływy, gdy skupiam na nim uwagę.

Nowe nastawienie pojawia się wtedy, gdy zaczynamy dostrzegać, że wczoraj było wczoraj, a teraz już go nie ma; dziś jest dziś i teraz jest nowe. Tak jest – każda godzina, każda minuta się zmienia. Jeśli przestajemy obserwować zmiany, to przestajemy postrzegać wszystko jak nowe. Dzigar Kongtrul Rinpocze
Czuję wdzięczność dla Buddy za wskazanie, że to, z czym zmagamy się przez całe życie, można traktować jako zwykłe doświadczenie. Życie nieustannie przynosi wzloty i upadki. Ludzie są nieprzewidywalni, podobnie jak sytuacje i jak wszystko inne. Święci, grzesznicy, zwycięzcy, przegrani – wszyscy znamy ten ból, gdy przytrafia nam się to, czego nie chcemy. Czuję wdzięczność za to, że ktoś zobaczył prawdę i wykazał, że nie odczuwamy bólu z powodu naszej osobistej niemożności naprawienia sytuacji.

Pierwszą oznaką istnienia jest to, że nic nie jest statyczne i  niezmienne, że wszystko jest ulotne i  nietrwałe. Wszystko jest w toku. Wszystko – każde drzewo, każde źdźbło trawy, wszystkie zwierzęta, owady, ludzie, budynki, to, co żywe i nieożywione, cały czas się zmienia, z minuty na minutę. Nie musimy być ani mistykami, ani fizykami, żeby to wiedzieć. Jednak na poziomie osobistego doświadczenia nie przyjmujemy do wiadomości tego podstawowego faktu. Oznacza to, że życie nie zawsze toczy się po naszej myśli. Oznacza to, że jest strata, ale jest i zysk. Ale nam się to nie podoba.

Kiedyś zmieniałam pracę i dom w tym samym czasie. Odczuwałam niepewność, niepokój, bezzasadność. Pożaliłam się Trungpie Rinpocze, że mam problem ze zmianami, w  nadziei, że powie coś, co pomoże mi w  pracy nad tym. Popatrzył na mnie jakby pustym wzrokiem i powiedział: „Zawsze jesteśmy w procesie zmiany”. A potem dodał: „Jeśli możesz się z tym zwyczajnie pogodzić, nie będziesz miała żadnych problemów”.

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe) Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)

Wiemy, że wszystko jest nietrwałe, wiemy, że wszystko się kończy. Chociaż tę prawdę jesteśmy w  stanie zaakceptować na poziomie intelektualnym, to jednak w sferze emocjonalnej odczuwamy głęboko zakorzenioną niechęć. Chcemy stabilności, oczekujemy jej. W  naturalny sposób poszukujemy bezpieczeństwa. Wierzymy, że możemy je znaleźć. Doświadczanie nietrwałości w życiu codziennym jest źródłem frustracji.

Każdego dnia wykorzystujemy naszą aktywność jak tarczę chroniącą nas przed fundamentalną niejednoznacznością sytuacji, w  jakiej się znajdujemy. Zużywamy ogromną ilość energii, próbując uchronić się przed nietrwałością i śmiercią. Nie podoba nam się, że nasze ciała zmieniają się z  upływem czasu. Nie podoba nam się, że się starzejemy. Boimy się zmarszczek i zwiotczałej skóry. Używamy kosmetyków pielęgnacyjnych tak, jakbyśmy naprawdę wierzyli, że nasza skóra, włosy, oczy i zęby mogą w jakiś cudowny sposób uciec od prawdy o nietrwałości.

Nauki buddyjskie mają na celu uwolnienie nas od tego ograniczonego sposobu odnoszenia się do rzeczywistości. Zachęcają nas, żeby stopniowo i w pełni zanurzyć się w zwyczajną i oczywistą prawdę o zmianie. Uznanie tej prawdy nie oznacza, że widzimy tylko to, co ponure. Oznacza, że zaczynamy rozumieć, że nie tylko my przestajemy się z tym wszystkim wyrabiać. Już nie wierzymy, że są ludzie, którym udało się uniknąć niepewności.

Inną oznaką istnienia jest brak niezmiennego ja. Jako istoty ludzkie przemijamy tak samo jak wszystko inne. Każda komórka naszego ciała podlega ciągłym zmianom. Myśli i  emocje nieustannie pojawiają się i znikają. Na czym opieramy przekonanie, że jesteśmy kompetentni lub że jesteśmy beznadziejni? Na tej ulotnej chwili? Na wczorajszym sukcesie czy porażce? Trzymamy się utrwalonego przekonania o tym, kim jesteśmy, i to nas paraliżuje. Tymczasem nic i nikt nie jest niezmienne. To, czy zmiany są dla nas źródłem wolności, czy też źródłem straszliwego niepokoju, robi istotną różnicę. Czy mijające dni przynoszą coraz więcej cierpienia, czy też zwiększają naszą zdolność do odczuwania radości? To jest ważne pytanie.

Czasami brak niezmiennego ja nazywany jest brakiem duszy. Te słowa mogą wprowadzać w błąd. Budda nie sugerował, że znikamy albo że możemy wymazać naszą osobowość. Pewien uczeń zapytał kiedyś: „Czy doświadczanie braku niezmiennego ja nie sprawia, że życie traci blask?”. To nie jest tak. Budda zwracał uwagę na to, że twarde przekonania, jakie mamy na swój temat, mianowicie, że jesteśmy niezmienni i oddzieleni od innych, są boleśnie ograniczające. Możemy przez to występować na scenie naszego życia, nie wierząc aż tak gorliwie w  postać, którą gramy.

Kłopot polega na tym, że traktujemy siebie tak poważnie, że nadajemy sobie aż tak absurdalne poczucie ważności. Uważamy, że mamy prawo irytować się na wszystko, poniżać siebie lub myśleć, że jesteśmy mądrzejsi od innych. Poczucie własnej ważności wyrządza nam krzywdę, zamyka w ciasnym świecie naszych upodobań i niechęci. W końcu znudzimy się na śmierć sobą i naszym światem. W końcu nigdy nie znajdziemy zadowolenia.

Mamy dwie możliwości do wyboru: albo zakwestionujemy nasze przekonania, albo nie. Albo zaakceptujemy nasze dotychczasowe wersje rzeczywistości, albo zaczniemy je odrzucać. W  opinii Buddy ćwiczenie się w otwartości i ciekawości, a także w rezygnacji z założeń i przekonań to najlepszy sposób, w jaki możemy przeżyć nasze życie.

Mówiąc wprost, brak niezmiennego ja oznacza elastyczną tożsamość, która przejawia się w dociekliwości, zdolności do adaptacji, poczuciu humoru, chęci do zabawy. To nasza umiejętność odnalezienia spokoju bez wiedzy o wszystkim, bez rozgrywania wszystkiego, bez żadnej pewności co do tego, kim jesteśmy ani kim są inni. (…)

Jak mamy zamiar przeżyć to krótkie życie? Czy będziemy doprowadzać do perfekcji umiejętność walki z niepewnością, czy też będziemy doskonalić się w odpuszczaniu? Czy będziemy uparcie trzymać się przekonania „Ja jestem taki, a ty taki”? Czy też mamy zamiar wyjść poza ten ograniczony sposób myślenia? Czy możemy rozpocząć trening wojownika, aspirując do ponownego połączenia się z  naturalną elastycznością naszego bytu i pomagając innym robić to samo? Jeśli zaczniemy iść w tym kierunku, otworzą się przed nami nieograniczone możliwości.

Nauczanie o  braku niezmiennego ja podkreśla znaczenie naszej dynamicznej, zmieniającej się natury. To ciało nigdy nie czuło się dokładnie tak samo jak teraz. Ten umysł kreuje myśl, która, chociaż może wydawać się powtarzalna, nigdy więcej się nie pojawi. Mogę powiedzieć: „Czyż to nie wspaniałe?”. Ale zazwyczaj nie doświadczamy tego jako czegoś wspaniałego, lecz raczej jako coś denerwującego, co sprawia, że walczymy o swoje. Budda w swej szczodrości pokazał nam alternatywę. Nie jesteśmy uwięzieni w tożsamości sukcesu lub porażki ani w żadnej innej tożsamości, ani w tym, jak widzą nas inni, ani w tym, jak widzimy siebie sami. Każda chwila jest wyjątkowa, nieznana, zupełnie nowa. Dla praktykującego wojownika brak niezmiennego ja jest powodem do radości, a nie strachu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jaka piękna katastrofa. Każda zmiana może być zmianą na lepsze

„Gdy wszystko się zmienia, najlepiej jest wszystko zmienić” - pisze 
Neale Donald Walsch. (Fot. iStock)
„Gdy wszystko się zmienia, najlepiej jest wszystko zmienić” - pisze Neale Donald Walsch. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nagle zostajesz bez pracy, ukochany odchodzi, chorujesz… Czujesz, że wszystko stracone. Nieprawda! Wszystko dopiero się zmieni. I to na lepsze.

"Jeśli w tej chwili zachodzą w twoim życiu ważne zmiany, to bardzo mi przykro” – tymi słowami zaczyna się książka Neale’a Donalda Walscha. Nosi tytuł „Gdy wszystko się zmienia, zmień wszystko. Droga spokoju przez czas zamętu” i jest naprawdę wyjątkowa. To nie poradnik o tym, że raz-dwa weźmiesz się w garść i będzie dobrze. Walsch mówi wprost przeciwnie – że nic już nie będzie takie jak było, bo życie to jedna wielka zmiana, ciągły rozwój, nieustanna ewolucja, zaskakująca metamorfoza. Tłumaczy też, że tylko zmiana nie ulega zmianie i wyjaśnia, jak się z nią obchodzić.

Nie koniec, a początek

Wiadomo – lubimy, żeby żyło nam się komfortowo, żeby wszystko dookoła było znane i bezpieczne. I co jakiś czas utykamy w takim „ciepełku”. Praca nie daje nam satysfakcji, związek miłości, zamiecione pod dywan sprawy ledwo się już tam mieszczą, a my nic. I właśnie w takich okolicznościach dusza, niezmordowanie dążąca do rozwoju, zaczyna domagać się zmiany. Jak się ona materializuje? Otóż wydarza się katastrofa. Zwykle dotyczy ona Wielkiej Trójki, czyli Relacji, Pieniędzy i Zdrowia. Jeśli zmiana ma miejsce w jednym z tych aspektów, mamy do czynienia z poważnym kłopotem. Kiedy w dwóch – staje się niewiarygodnie trudno. A gdy jednocześnie w trzech – robi się dramatycznie.

W środku życiowej zawieruchy nasze poczucie bezpieczeństwa znika, ziemia usuwa się spod nóg, upadamy. Zdajemy sobie sprawę, że powrót do tego, co było, jest już niemożliwy. Nie wiemy, co robić, bo nikt nam tego nie pokazał, nikt nie posłał do szkoły, która uczy podstaw radzenia sobie z nieszczęściami. I potwornie się boimy. Tymczasem to, co się dzieje, to widoczne skutki jednej przyczyny – zmiany. Walsch jest pewien, że każda zmiana jest zmianą na lepsze. Wymaga tylko całościowego potraktowania. „Gdy wszystko się zmienia, najlepiej jest wszystko zmienić” – pisze. Nie tylko w sensie materialnym. Chodzi tu o wyrzucenie negatywnych emocji, toksycznych myśli czy wyświechtanych prawd. Żeby nastąpiło kompletne uzdrowienie – od dołu do góry, od początku do końca. „Skoro wszystko się w życiu przewróciło, dlaczego nie dokończyć pracy?” – prowokuje.

„Tym razem jednak z takim uczuciami i przekonaniami, jakie ty wybierzesz, a nie z takimi, które zostajesz zmuszony zaakceptować”.

Walsch wie, co mówi. Jego prywatna katastrofa nastąpiła, gdy doznał ciężkiego wypadku, firma ubezpieczeniowa ograniczyła mu rentę, a życiowa partnerka porzuciła go wraz z dziećmi i całym dobytkiem. Jakiś czas mieszkał na ulicy, a pieniądze ze znalezionych butelek nie zawsze starczały mu na jedzenie. Dzisiaj, patrząc na to z perspektywy, twierdzi, że gdyby nie tamten czas, nie napisałby swojej bestsellerowej książki „Rozmowy z Bogiem”, nie podróżowałby po świecie i nie mógł nieść ludziom swojego przesłania. Z myślą o tych, którzy doświadczają w życiu trudnych zmian, założył nawet stronę internetową, za której pośrednictwem można porozmawiać z indywidualnym doradcą życiowym, wziąć udział w telekonferencjach czy zapisać się na warsztaty. Wszystko po to, by w obliczu kryzysu mogła dokonać się potrzebna zmiana. I to w miarę bezboleśnie.

Zmiana jest w naszych rękach

Koncepcja Walscha opiera się na starożytnej mądrości, nowoczesnej nauce, praktycznej psychologii, pragmatycznej metafizyce i współczesnej duchowości. Wychodzi z założenia, że istnieje Istota Boska, że życie ma cel, że człowiek ma duszę, że ciało jest czymś, co posiadamy, a nie czym jesteśmy oraz że umysł cały czas znajduje się pod naszą kontrolą. Dlatego możemy zmienić:
  • Strach w Podekscytowanie,
  • Obawy w Zaciekawienie,
  • Oczekiwania w Przewidywania,
  • Opór w Akceptację,
  • Rozczarowanie w Zdystansowanie,
  • Gniew w Zaangażowanie,
  • Uzależnienia w Preferencje,
  • Roszczenia w Zadowolenie,
  • Osądy w Spostrzeżenia,
  • Smutek w Radość,
  • Zamyślenie w Obecność,
  • Odruchy w Świadome reakcje,
  • Czas Zamętu w Czas Spokoju.
Jeśli przyjmiemy powyższe założenia Walscha, będziemy mogli przystąpić do zastosowania w życiu sześciu zmian, które mogą zmienić wszystko.

Pierwsza: Zmień postanowienie, że „sam przez to przejdziesz”.

Zmiana to podróż, w którą lepiej nie wybierać się samemu. Nikt nie da nam gwarancji, że będzie łatwo, bo trzeba zostawić Pewne i ruszyć w Nieznane. Ale na końcu tego tunelu jest światełko. Jak szybko je zobaczysz, zależy od tego, jakie otrzymasz wsparcie.
 
Walsch udzielił pomocy duchowej ponad dziesięciu tysiącom osób i wyciągnął wniosek, że mówią oni głównie o emocjonalnym osamotnieniu. Bo kiedy życie domaga się transformacji i jest nam z nią trudno, zamykamy się w sobie, izolujemy, cichniemy. Wydaje nam się, że inni nic o nas nie wiedzą, nie widzą, że nasza normalność to tylko fasada, za którą się kryjemy. Wstydzimy się. Zmiana decyzji „sam przez to przejdę” na: „sam nie dam rady” wymaga otwartości. Trzeba odrzucić przekonanie, że przecież „jak sobie pościeliłeś, tak się wyśpisz” i że to twoja wina – bo te twierdzenia są funta kłaków warte. Poza tym należy rozstać się z pragnieniem bycia idealnym i strachem, że św. Mikołaj zawsze widzi, jacy jesteśmy niegrzeczni. W samotności dokonujemy samopotępienia i obwiniania, skrywamy swoje prawdziwe emocje.

Walsch gorąco zachęca, żeby zwrócić się do kogoś i opowiedzieć o uczuciach związanych ze zmianą. Może to być ktoś z rodziny, przyjaciel, psychoterapeuta… Sam kontakt wytrąci nas z wewnętrznego dialogu, a druga osoba wniesie nową energię i świeże spojrzenie. Co więcej, gdy zwracasz się do kogoś, tak naprawdę zwracasz się do siebie, docierasz do pokładów, które wykraczają poza twoje myśli i poza twój umysł. Czasem trzeba wydostać się z siebie, żeby siebie poznać – przekonuje Walsch.

Druga: Zmień emocje

Zmiana wrzuca nas na nieznany teren, po którym błąkamy się spłoszeni. Boimy się, że dojdziemy tam, dokąd nie chcemy dojść. Że życie ciągle będzie rozwiewać nasze nadzieje, zabijać ducha, ograbiać z sensu istnienia. To wszystko normalne. Pewna doza strachu towarzyszy każdej życiowej metamorfozie. Jednak jeśli inaczej zaczniesz dobierać emocje, tym samym zmienisz to, co przeżywasz. Walsch zapewnia, że jesteś w stanie zmienić emocje dotyczące dosłownie wszystkiego.

Weźmy np. strach. To emocja, którą funduje nam myśl powstała w wyniku jakiegoś przeżycia. Większość ludzi sądzi, że strach pojawia się bezpośrednio pod wpływem zdarzenia. Tak jednak nie jest, bo przecież jeden człowiek boi się lwa, a drugi nie (choćby treser). Strach wywołuje coś, co znajduje się w nas. Czyli: koncepcje, wspomnienia, projekcje, rozumowanie, uprzedzenia, pragnienia. Słowem – myśli. To one napędzają emocje. Co zrobić? Zmienić czarną myśl na jasną albo stworzyć ją od samego początku. Lękasz się tego, co czai się za zakrętem? Pomyśl, że jest tam dokładnie to, czego pragniesz. Od razu pojawi się przyjemna emocja, poprawi się samopoczucie, uwierzysz, że tak się stanie. Dasz sobie szansę.

Trzecia: Zmień myśli

Myśl to pewna koncepcja, którą tworzysz. Nie masz wpływu na zmiany, które dzieją się w życiu, ale możesz tworzyć myśli na ich temat – twierdzi Walsch. Myśli, według niego, dotyczą potrójnej rzeczywistości. To trzy wersje, które istnieją równocześnie. I tak rzeczywistość ostateczna oznacza to, co naprawdę się dzieje i naprawdę ma związek z tobą. Rzeczywistość obserwowana jest dostępna tylko dla ciebie, to twoja percepcja świata. Rzeczywistość wypaczona to twoje wyobrażenia o tym, co się dzieje. To ty decydujesz, z którą masz do czynienia. Rzeczywistość jest płynna, nie statyczna. W czasie zamętu i życiowych zmian odejdź od rzeczywistości wypaczonej i podążaj przez rzeczywistość obserwowaną do rzeczywistości ostatecznej – radzi Walsch.

Czwarta: Zmień prawdy

Oto trzy rodzaje prawd: prawda widziana, prawda wyobrażona, prawda faktyczna. Wchodząc do supermarketu życia, widzisz prawdę w trzech opakowaniach. Ty wybierasz. Prawda widziana dotyczy naszych obserwacji z przeszłości, które przywołujemy, gdy przed oczami rozgrywa się coś podobnego. Odszedł od ciebie mężczyzna. To boli tak mocno, bo kiedyś doświadczyłaś już odrzucenia. Większość ludzi, gdy jest im trudno, nieświadomie odwołuje się do przeszłości. Pod jej wpływem powstają myśli, z nich wyrastają emocje, które wywołują doświadczenia. Te powodują inne doświadczenia, które z kolei sprawiają wrażenie rzeczywistości. Jak się okazuje, jest to rzeczywistość wypaczona. Gdyby nie to, można by spojrzeć na każde wydarzenie inaczej, zgodnie z rzeczywistością obserwowaną, tą, którą tworzysz. Mężczyzna odszedł, bo ma pojawić się coś lepszego, nowego. Tymczasem prawda wyobrażona sugeruje, że „jest źle”, „będziesz nieszczęśliwa”, „z nikim już się nie zwiążesz”. Nie ma co się wstydzić, że w obliczu zmian czujesz strach. Pojawiają się również: złość, smutek, frustracja, rozczarowanie, niezadowolenie. A to dlatego, że się boisz. A boisz się, bo kochasz. I siebie, i życie. Więc, jak twierdzi Walsch, miłość i strach to ta sama emocja. Wybierasz tylko stronę medalu. Tymczasem ty boisz się zamieniać znajomą przeszłość na nieznajomą przyszłość. Boisz się, co nastąpi. Boisz się, że nie wróci już taka praca, taka osoba, taki dom. Cóż, może tak być. Ale możesz liczyć, że wróci to samo doświadczenie. Miłości, ekscytacji, bezpieczeństwa.

 
Doświadczanie szczęścia nie ma nic wspólnego z istniejącą sytuacją. Relacje między wydarzeniami na zewnątrz a twoimi wewnętrznymi doświadczeniami znajdują się w twojej głowie. Dar przeżywania radości nie ma nic wspólnego z jakąś osobą lub miejscem zatrudnienia. Tak ci się tylko wydaje. Zdarzenia jako takie nie mają żadnego znaczenia. One po prostu są, a znaczenie nadają im tylko myśli. Nadawanie znaczenia to proces całkowicie wewnętrzny. To prawda faktyczna. Ją wybierz. Jej się nie odkrywa, ją się tworzy. Od ciebie zależy, którą prawdę kupisz.

Piąta: Zmień pojmowanie samej zmiany

Walsch daje nam odpowiedź na wszystko. Brzmi ona: „Każda zmiana jest na lepsze. Nie istnieje coś takiego, jak zmiana na gorsze”.

Taka jest prawda faktyczna o samej zmianie. Gdy tak ją pojmiemy, będziemy przeżywać bez lęku. Dostrzeżemy w niej nie załamanie, lecz eksplozję pełniejszego życia. Nie zwrot, lecz kierunek, w którym podąża życie. Odbierzemy ją nie jako przerwanie ciągłości, lecz jako ciągłość samą w sobie. Zrozumiemy, że nie jest przeobrażeniem naszej sytuacji życiowej, lecz ją tworzy. Nie pytajmy więc, czy życie składa się ze zmian, lecz jakie zmiany składają się na życie. A nasze istnienie to samonapędzający się system. Nigdy się nie kończy, trwa wiecznie. W jaki sposób? Przez adaptację. Po co? Żeby zawsze było funkcjonalne. Dzięki adaptacji życie osiąga samoregulację, bo adaptacja zachodzi w każdym momencie. Życie zawsze się zmienia. A zatem każda zmiana jest zmianą na lepsze. Czyli wszystkie zmiany zachodzą dla twojego dobra – tłumaczy Walsch. Większość z nas przekonuje się o tym… po fakcie.

Szósta: Zmień koncepcję o przyczynach zmian

Zmiana to demonstracja, że coś nie działa. Przeobrażenie, które nastąpiło w twoim życiu, pojawiło się z powodu istnienia dysharmonii, bo życie nie spełniało swoich funkcji. Nie od razu rozumiemy, dlaczego te nowe warunki, okoliczności są lepsze. Nie pojmujemy, na czym polega poprawa. Nie dostrzegamy, że często dotyczy nie tego, co na zewnątrz, tylko tego, co w nas.

Kolejna prawda faktyczna brzmi: „Zmiana zachodzi dlatego, że ty tego chcesz. Wszystko zmienia się pod twoje dyktando”. To dziwne i trudne do przyjęcia. Bo to nie umysł podejmuje decyzje o zmianie, lecz dusza. Zmiana to efekt planu jej działania. Czasem się przeciwko niemu buntujemy. Umysł kombinuje po swojemu. Po prostu nie wie, co jest dla nas lepsze.

Jeżeli więc dzieje się coś nie tak, jak chcesz, przyjmij, że to twoja dusza tego pragnie. Już niedługo poczujesz, że tak jest lepiej – zapewnia Walsch. Plan duszy zawsze pozostaje w zgodzie z energią całego życia, która dąży do współdziałania, harmonii, rozwoju i wspaniałych przejawów. Dąży do przeżywania siebie w całej swojej pełni.

Warto przeczytać: Neale Donald Walsch, „Gdy wszystko się zmienia, zmień wszystko. Droga spokoju przez czas zamętu”, wyd. Laurum 2010. 

  1. Psychologia

„Zacznę wszystko od nowa!” - Gdy chęć zmiany jest tylko ucieczką...

Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić (fot. iStock)
Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Kiedy tęsknota za nowym jest ucieczką od problemów, starych błędów i siebie? Wtedy właśnie, gdy czujemy, że chcemy zmienić wszystko. Bo to znaczy, że nie chcemy zmienić niczego. Zobacz, jak nie wpaść w pułapkę wiecznego zaczynania od nowa.

Kiedy słyszę: „Nigdy nie jest za późno, by zacząć wszystko od nowa”, przypomina mi się mój mały wnuk, który, jak każde dziecko, nie umie przegrywać. Gdy kolejny raz ma w ręku Czarnego Piotrusia, rzuca karty i woła: „To się nie liczy, gramy od początku”.

„To się nie liczy”, „Nieważne, co było”, „Wymazujemy przeszłość” – każdy z nas czasami odczuwa taką pokusę. Chcemy wierzyć, że w dorosłym życiu także uda nam się wymazać stare błędy, wytrzeć gumką myszką porażki, zapomnieć o niepowodzeniach. Zacząć od nowa, z czystą kartą. Ja to pragnienie rozumiem, przestrzegam tylko przed wpadnięciem w pułapkę kompulsywnego resetowania starej wersji życia.

Życie na próbę

Przeciętny ośmiolatek co tydzień ma nową pasję: najpierw pływanie, potem konie, tenis, rower… Do dziś psychologowie rozwojowi nie są zgodni w kwestii, czy pozwalać na to, czy zabraniać. Zwolennicy uważają, że próbując, dziecko ma szansę lepiej poznać siebie, swoje talenty, predyspozycje. Obawiam się, że to próbowanie życia to jakaś epidemia. Ostatnio do mojego gabinetu trafia coraz więcej 30-, 40-latków, którzy ciągle są na etapie prób i błędów, i to w bardzo istotnych obszarach swojego życia. Jak Iza, 33 lata i 7 prac na koncie. – Będę zmieniać pracę dotąd, aż trafię na zajęcie mojego życia – mówi podczas pierwszej wizyty. Cel szczytny, ale… Iza wcale nie szuka pracy szytej na miarę, tylko dobrego szefa – ojca, bo swojego biologicznego nie zna, a żaden dotychczasowy szef nie był wystarczająco wspierający, motywujący i dbający.

Co roku w styczniu, w lutym, a nawet jeszcze w marcu pojawiają się u mnie pacjenci chcący pracować nad swoimi noworocznymi postanowieniami, które z roku na rok są coraz bardziej globalne: „Chcę zmienić wszystko w moim życiu”, a to „wszystko” to m.in. schudnięcie 30 kg, rzucenie palenia, zmiana pracy i partnera, zerwanie relacji z rodzicami… i to najlepiej wszystko naraz. Trafiają też do mnie tacy, którzy od progu mówią: „Słyszałam, że pani nie grzebie się w przeszłości. To mi pasuje. Poprzedni terapeuci ciągle wypytywali mnie o mamusię i tatusia, a je zerwałam z przeszłością i chcę zacząć wszystko od nowa. Dziś jestem zupełnie kimś innym”. Świetnie – mówię wtedy. Jeśli masz pełną świadomość tego, kim jesteś, jaki jest twój mit życiowy, masz rozliczoną i zamkniętą przeszłość i wiesz, co chcesz zrobić ze swoim życiem – będziemy pracować nad tym, co tu i teraz. Jeśli trafnie oceniasz swoje możliwości i czujesz, że jesteś gotowa do zmiany – to doskonale. Ale by zmiana była naprawdę zaczęciem wszystkiego od nowa, a nie jedynie ucieczką od starego, musisz wiedzieć, kto chce się zmienić, kto chce zacząć jeszcze raz. Nawet jednak wtedy nowe nie kasuje starego, nie wymazuje twoich genów, nie zmienia temperamentu, nie zwalnia cię z konsekwencji popełnionych błędów. Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić. Nowe bez bilansu starego bardzo szybko zacznie przypominać stare.

Pokolenie fast

„Czy jesteś gotowa do zmiany całego swojego życia?” – to jedno z ważniejszych pytań podczas rozmów kwalifikacyjnych. Chcesz być na topie, nie wypaść z obiegu – odetnij swoje korzenie, bądź jak wirtualna roślina, która wszędzie się przyjmie, na chwilę, a potem zobaczymy co dalej. Konsekwencje? Powszechnie panujący lęk przed bliskością, nieumiejętność budowania i podtrzymywania więzi. I przede wszystkim potworny stres, bo zaczynanie wszystkiego od nowa to dla organizmu konieczność ogromnej mobilizacji i wydatkowania energii, którą trudno rozładować, będąc w ciągłym biegu i czujności, czy za chwilę znowu nie trzeba będzie powtórzyć tego od początku.

Ilona ma wspaniałą pracę, nowoczesne mieszkanie i cudowną rodzinę. Pół roku temu jej mąż stracił zatrudnienie. Choć ma bardzo wysokie kwalifikacje, od miesięcy nie może znaleźć pracy na porównywalnym poziomie. Tydzień temu poinformował rodzinę, że wyjeżdżają z Polski, bo nie ma zamiaru tyrać za grosze. „Zaczniemy wszystko od początku gdzieś, gdzie ludzi nie traktuje się jak wyrobników” – powiedział Ilonie. – A co z twoją pracą, szkołami dzieci, przyjaciółmi, no i starzejącymi się rodzicami? – zapytałam. – Nie będę się teraz nad tym zastanawiać – odpowiedziała. – Takie jest życie, zmiany są jego nieodłącznym elementem. Cały świat emigruje za pracą.

Nowa praca, nowy związek, nowi przyjaciele, kolejna przeprowadzka do nowego mieszkania – proszę bardzo. A wszystko w zawrotnym tempie, żeby zdążyć, nie przegapić szansy życia. To nic, że bez namysłu, bez refleksji, czasami na wariackich papierach, byle do przodu, byle nie wypaść z rynku, nie dać się wyprzedzić.

Wszystko dookoła zmienia się jak w kalejdoskopie, a wewnętrzna odporność na zmiany została okrzyknięta największym gwarantem sukcesu.

Progres czy regres?

Niektórzy twierdzą, że jeśli w naszym życiu pojawia się propozycja nowego, to oznacza postęp, no i naszą gotowość do zmian. Jednak całkiem często zdarza się, że diabeł kusi nas w chwilach słabości, utknięcia w martwym punkcie. Pojawia się oferta nowej pracy, a ty… No cóż, nie myślałaś o zmianie miejsca zatrudnienia, ale ostatnio nie jesteś w najlepszej formie, brakuje ci energii, wszystko cię nudzi, czujesz się ogólnie zniechęcona – jednym słowem drobny kryzys. A tu taka propozycja – grzech nie skorzystać. Myślisz: a może tego mi właśnie potrzeba? Po co naprawiać stare, skoro pojawia się nowe?

Poczucie braku spełnienia i sensu życia rodzi pokusę, by zacząć wszystko od nowa. Łudzisz się, że trzeba koniecznie zmienić otoczenie, żeby życie zmieniło się na bardziej ekscytujące, rozwijające, odkrywcze. Czujesz, że zmiana zawsze oznacza jakiś progres, powiew świeżości, daje nową energię. Zgoda, to działa, dopóki nie straci statusu nowości. Ale zaczynanie od nowa, bez refleksji nad tym, co masz tu i teraz, oraz domknięcia przeszłości jest jak kupno nowych butów w starym (za małym) rozmiarze. Stare cię cisnęły, ale ty wierzysz, że nowe, przez sam fakt nowości, na pewno będą w sam raz.

Życie według scenariusza fast nakłania nas do szybkich zmian, ale te zmiany mają drugie, niezbyt chlubne dno. Młodych odciążają z poczucia odpowiedzialności: „Pobierzmy się, a jak nam się nie uda, to się najwyżej rozwiedziemy”. Starszym dają iluzję pozbycia się lęku przed śmiercią: „Dopóki mogę zacząć wszystko od początku, starość i śmierć mnie nie dotyczy”. Pokusa zaczynania wszystkiego od nowa w dowolnym momencie życia to często ucieczka od problemów, popełnianych błędów (stale tych samych) i od uczuć, czyli od samego siebie.

Zacznij od zmiany nawyków

Przyjrzyj się niemowlęciu, które leży na podłodze i próbuje sięgnąć po grzechotkę. Jest maksymalnie skupione, ale nie usztywnione w ruchach, konsekwentne, cierpliwe, gotowe do wielu prób. Gdy przyjrzysz się uważnie, odkryjesz dzięki niemu, że po grzechotkę można sięgnąć na bardzo wiele sposobów. To właśnie ten moment rozwojowy, kiedy spontanicznie, kierowani ciekawością, próbujemy życia. Obserwacja niemowlęcia jest bazą do metody Feldenkraisa, czyli poszerzania świadomości własnego ciała. Główną tezą metody jest: „Rób to samo inaczej i w konsekwencji odkryj najlepszą wersję siebie”.

Na początku może to brzmieć skomplikowanie. Chodzi o to, by wyjść ze swoich nawyków. Zamiast zaczynać stale od nowa całe swoje życie, prościej i bardziej bezpiecznie jest zacząć od zmiany drobiazgów: przez tydzień myć zęby inną ręką niż zwykle albo wracać z pracy do domu każdego dnia nową drogą, a po tygodniu wybrać tę, która najbardziej ci pasuje. To prawda, że mamy nieograniczoną ilość możliwości i to nie tylko w świecie zewnętrznym, ale przede wszystkim we własnych ciałach, a dokładnie w możliwościach ruchowych. Analizowanie sposobu, w jaki zwykle wstajesz z krzesła, i próba wykonania tej czynności powoli, tak by wydatkować jak najmniej energii – to w efekcie ogromna zmiana, na dodatek o wiele bardziej efektywna niż nagłe rzucenie wszystkiego i wyjechanie na drugi koniec świata.

Jesteśmy nawykowcami w ruchach, myślach i czuciu. To są właśnie te stare, niewygodne buty, które powodują, że tu strzyka, tam łamie, w pracy nudy, w relacji obojętność, a diabeł kusiciel tylko na to czeka.

Nie musisz zmieniać wszystkiego, zrób to samo tylko inaczej, a efekty będą niewyobrażalne. Nie satysfakcjonuje cię związek, w jakim jesteś? Zamiast oczekiwać, że partner się zmieni, albo zmienić partnera – zmień swoje zachowanie w relacji, a wcześniej przeanalizuj wasz skrypt relacyjny, który, choć nie działa, ty stale powtarzasz.

Moshe Feldenkrais, twórca metody, powiedział: „Jeśli wiesz (masz świadomość), co robisz, wszystko, co robisz, jest dobre”.

Ewa Klepacka-Gryz: psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Styl Życia

„Wychodź poza schematy myślowe” – radzi buddyjska mniszka Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Za każdym razem, gdy ktoś pytał pewnego mistrza zen, jak się ma, ten zawsze odpowiadał: „Dobrze”. W końcu jeden z jego uczniów powiedział: „Roshi, jak to możliwe, że zawsze dobrze się czujesz? Czy ty nigdy nie masz złego dnia?”. Mistrz zen odpowiedział: „Pewnie, że mam. W złe dni czuję się dobrze. W dobre dni też czuję się dobrze”. Na tym polega równowaga.

Praktykując maitri (miłującą życzliwość), współczucie i radość, szkolimy się w wychodzeniu poza schematy myślowe, w otwieraniu się całym sercem na siebie, na naszych przyjaciół, a nawet na ludzi, których nie lubimy. Rozwijamy obiektywny stan równowagi. Bez tej czwartej niezmierzoności pozostałe trzy są ograniczone przez nawykowe lubienie i nielubienie, akceptowanie i odrzucanie.

Praktykuj bez uprzedzeń we wszystkich obszarach. Ważne jest, aby zawsze robić to dogłębnie i z oddaniem. - Wskazanie treningu umysłu Atiszy
Tradycyjnym wyobrażeniem równowagi jest bankiet, na który zaproszeni są wszyscy. To znaczy, że wszyscy i wszystko bez wyjątku jest na liście gości. Pomyśl o twoim najgorszym wrogu. Pomyśl o kimś, kto mógłby cię skrzywdzić. Pomyśl o Pol Pocie i Hitlerze oraz dilerach narkotykowych zaczepiających młodych ludzi. Wyobraź sobie, że zapraszasz ich na tę ucztę.

Trening równowagi to nauka otwierania drzwi wszystkim, przyjmowania z radością wszystkich istot, zapraszania życia w odwiedziny. Oczywiście będziemy odczuwać strach i niechęć w stosunku do niektórych gości. Na początek pozwalamy sobie tylko na uchylenie drzwi, jeśli to wszystko, co możemy obecnie zrobić, i pozwalamy sobie na zamykanie drzwi, gdy jest to konieczne. Rozwijanie równowagi jest pracą w toku. Dążymy do tego, aby spędzić nasze życie, ćwicząc się w miłości i odwadze, które są potrzebne, żeby przyjąć wszystko, co przychodzi – chorobę, zdrowie, ubóstwo, bogactwo, smutek i radość. Z radością przyjmujemy i poznajemy wszystko.

Równowaga obejmuje coś więcej niż naszą zwykłą ograniczoną perspektywę. Mamy nadzieję, że dostaniemy to, co chcemy, i boimy się stracić to, co mamy – to opisuje nasze trudne jak zawsze położenie. Nauki buddyjskie wskazują na osiem odmian skłonności do odczuwania nadziei i strachu jednocześnie: przyjemność i ból, pochwała i potępienie, zysk i strata, sława i hańba. Dopóki dajemy się wkręcać w którekolwiek z tych skrajnych uczuć, dopóty potencjał drugiego zawsze istnieje. Te skrajności cały czas podążają jedna za drugą. Żaden rodzaj trwałego szczęścia nie jest możliwy do osiągnięcia, gdy tkwimy w  tym cyklu pragnienia i niechęci. Życia nam nie starczy, żeby po ­ zbyć się wszystkiego, co wywołuje w nas lęk, i na koniec zostać tylko z tym, co dobre. Dlatego bodhisattwa pielęgnuje równowagę, szeroki umysł, który nie zawęża rzeczywistości do za i przeciw, lubienia i nie ­ lubienia.

W celu rozwijania równowagi uczymy się, jak uchwycić moment, w  którym zaczynamy czuć pragnienie lub niechęć, zanim zamienią się odpowiednio w zaborczość lub negację. Uczymy się pozostawać w miękkim miejscu i wykorzystujemy nasze uprzedzenia jako pomosty łączące nas z  zamętem, którego doświadczają inni. Silne emocje są pod tym względem bardzo przydatne. Cokolwiek się pojawi – bez względu na to, jak przykre jest to uczucie – może być wykorzystane do zwiększenia poczucia pokrewieństwa łączącego nas z innymi, którzy cierpią z powodu tego samego rodzaju agresji lub pragnienia, którzy tak jak my wpadają w sidła nadziei i strachu. Właśnie w ten sposób dociera do nas, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Wszyscy mamy dramatyczną potrzebę rozpoznania, co prowadzi do szczęścia, a co do cierpienia.

Ostatnio odwiedziłam przyjaciółkę w ośrodku medytacyjnym. Każdego dnia wiele osób narzekało, że moja przyjaciółka ciągle się spóźnia. Byli z tego powodu niezadowoleni i poirytowani. Za każdym razem używała argumentów, które jej zdaniem usprawiedliwiały spóźnienie. Jej egoizm dawał się wszystkim we znaki. Pewnego dnia podeszłam do niej, kiedy siedziała na ławce. Miała czerwoną twarz i trzęsła się z wściekłości. Była z kimś umówiona i czekała już piętnaście minut, a ta osoba się nie pojawiła. Z trudem powstrzymałam się od komentarza, że jej reakcja jest co najmniej zabawna. Czekałam jednak, by sprawdzić, czy potrafi dostrzec, że role właśnie się odwróciły, że przez wiele lat to ona stawiała innych w takiej sytuacji. Ale nie było żadnej refleksji. Jeszcze nie potrafiła postawić się na ich miejscu. Zamiast tego trwała w gniewie i potęgowała swoją złość, robiąc przesycone wściekłością notatki. Nie była jeszcze gotowa, by poczuć więź z tymi wszystkimi ludźmi, którym kazała na siebie czekać. Tak jak większość z nas nieświadomie zintensyfikowała własne cierpienie. Zamiast pozwolić, by to doświadczenie ją zmiękczyło, wykorzystała je do wzmocnienia swojej zatwardziałości i obojętności.

Trwanie w gniewie i oburzeniu przychodzi z łatwością nawet po latach praktyki. Jeśli jednak uda nam się skontaktować z bezbronnością i bezradnością żalu czy wściekłości lub jeszcze innego uczucia, może pojawić się szersza perspektywa. W momencie, gdy zdecydujemy trzymać się tej energii, zamiast ją odrzucić lub stłumić, ćwiczymy się w równowadze, w myśleniu wykraczającym poza dobro i zło. W ten sposób wszystkie cztery niezmierzoności ewoluują z ograniczonych do bezgranicznych: ćwiczymy się w wychwytywaniu momentów, kiedy nasze myśli zmieniają się w twarde przekonania, i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby je zmiękczyć. Bariery znikają dzięki zmiękczaniu.

Praktykowanie równowagi

Praktykowanie równowagi na miejscu polega na chodzeniu ulicami z intencją pozostania jak najbardziej świadomym wobec każdego, kogo spotykamy. Jest to szkolenie się w emocjonalnej uczciwości wobec siebie i stawaniu się bardziej przystępnym dla innych. Kiedy mijamy ludzi, skupiamy uwagę na tym, czy się otwieramy, czy zamykamy. Zauważamy, czy czujemy zainteresowanie, niechęć, czy obojętność, bez dodawania niczego więcej, bez oceniania.

Możemy współczuć komuś, kto wygląda na przygnębionego, lub radować się z kimś, kto uśmiecha się do siebie. Możemy odczuwać strach i niechęć do drugiej osoby, nawet nie wiedząc dlaczego. Zauważanie, gdzie się otwieramy i gdzie zamykamy – bez pochwał i obwiniania – jest podstawą naszej praktyki. Ten sposób praktykowania, choćby w czasie krótkiego spaceru, otworzy nam oczy na wiele spraw. Możemy w  tej praktyce pójść jeszcze dalej, wykorzystując to, co się pojawia, jako podstawę do odczuwania empatii i zrozumienia. Zamknięte uczucia, takie jak strach czy wstręt, pozwalają zrozumieć, że inni również dają się w ten sposób złapać. Otwarte stany, takie jak życzliwość i radość, również pozwalają na bardzo osobisty kontakt z ludźmi, których mijamy na ulicach. Tak czy inaczej, rozszerzamy nasze serca.

Podobnie jak w przypadku pozostałych niezmierzoności, formalna praktyka równowagi składa się z siedmiu etapów. Równowaga pojawia się wtedy, kiedy mamy poczucie przestronności i swobody, które nie tkwi w pułapce preferencji lub uprzedzeń. Możemy życzyć sobie i tym, których kochamy, abyśmy przebywali w tym poczuciu wolności. Następnie rozszerzamy tę aspirację na naszego przyjaciela, na osoby neutralne i na naszego wroga. Wtedy naszą aspiracją jest, abyśmy my i pozostali mogli żyć w równowadze. W końcu możemy rozszerzyć tę aspirację na wszystkie istoty w czasie i  przestrzeni. „Oby wszystkie istoty żyły w wielkiej równowadze, wolne od namiętności, agresji i uprzedzeń”.

Możemy również praktykować równowagę przed rozpoczęciem praktyki miłującej życzliwości czy współczucia. Po prostu zastanawiamy się, ile cierpienia wynika z pragnień i z niechęci, ile jest wynikiem strachu przed utratą szczęścia, a ile jest wyrazem przekonania, że niektórzy ludzie nie są godni naszego współczucia czy miłości. Potem możemy wyrazić życzenie, aby mieć siłę i odwagę, żeby odczuwać nieograniczone maitri i nieograniczone współczucie dla wszystkich istot bez wyjątku – łącznie z tymi, których nie lubimy i których się boimy. Z taką intencją rozpoczynamy siedmioetapową praktykę.

Jak mówi Sutra maitri: „Nieograniczony umysł pozwala otoczyć opieką wszystkie żywe istoty, promieniując życzliwością na cały świat, powyżej, poniżej i dookoła, bez żadnych ograniczeń”. Praktykując równowagę, ćwiczymy się w poszerzaniu naszego kręgu zrozumienia i współczucia na tyle, żeby objąć dobro i zło, piękno i brzydotę. Jednakże bezgraniczna równowaga, wolna od jakichkolwiek uprzedzeń, nie jest tym samym, co ostateczna harmonia, gdzie wszystko w końcu się zrówna. Jest to bardziej kwestia bycia w pełni zaangażowanym we wszystko, co nas spotyka. Możemy nazwać to życiem w pełni.

Ćwiczenie się w równowadze wymaga zostawienia za sobą pewnego bagażu: na przykład komfortu odrzucania jakiejś części naszego doświadczenia oraz negowania bezpieczeństwa wynikającego z przyjmowania tylko tego, co przyjemne. Odwaga niezbędna do kontynuowania tego rozwijającego się procesu wynika ze współczucia dla siebie i z dania sobie tyle czasu, ile potrzeba. Jeśli będziemy praktykować w ten sposób przez kolejne miesiące i lata, poczujemy, że nasze serca i umysły się powiększają. Kiedy ludzie pytają mnie, jak długo to trwa, mówię: „Co najmniej tak długo, jak długo będziesz żył”.

  1. Styl Życia

Nie bój sie zmian

Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zmiany pojawiają się zwykle w najmniej spodziewanym momencie. Są jak znajomi, którzy zaskakują cię wizytą, kiedy chcesz iść spać. Dlatego spokojnie nastaw wodę na herbatę, a zanim się zagotuje, będziesz wiedziała, co robić.

Wiosna, koniec studiów, 18. czy 40. urodziny – to momenty, które jednoznacznie kojarzymy ze zmianą, z końcem czegoś starego i początkiem nowego i, jak chcemy wierzyć, lepszego. Nieuchronne, ale konieczne zamknięcie jednego etapu, po to, by móc rozpocząć drugi. Często nie rozumiemy jednak zmian, jakich doświadczamy.

Nie widzimy sensu w tym, że zwalniają nas z pracy albo że partner decyduje się na rozstanie. Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. Być może obecna sytuacja życiowa przestała służyć naszemu rozwojowi. I właśnie dlatego los stawia przed nami nowe wyzwanie. Oczywiście, boimy się utraty tego wszystkiego, do czego się przyzwyczailiśmy: np. miejsca pracy czy długoletniej relacji. Aby zminimalizować poziom strachu, warto krok po kroku i z uważnością rozszerzać perspektywę widzenia całej sytuacji. Zwłaszcza, że zwykle to, co na początku wydaje się trudne, przestaje takie być, kiedy poziom adrenaliny się obniży i zaczniemy patrzeć na nową sytuację bez silnych emocji.

Zmiany to oznaka postępu. Jeśli właśnie ich doświadczasz, to znaczy, że przechodzisz teraz przyspieszony kurs rozwoju osobistego. Sęk w tym, że zwykle wolimy święty spokój od karuzeli zdarzeń, która zmusza do działania. Opieramy się zmianom, a czasami nawet udajemy, że ich nie widzimy. Dotyczy to szczególnie takich sytuacji, kiedy nie chcemy się przyznać, że np. praca od lat odbiera nam radość życia, a w związku od dawna nie doświadczamy miłości i zrozumienia. Zmiana odbywa się zatem pod powierzchnią codziennego życia, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu…

Przyzwyczajenie do życia w tym samym miejscu, w tej samej pracy i z tym samym partnerem zawęża perspektywę widzenia. Czasami z lęku przed wzięciem życia we własne ręce wolimy trwać w iluzji, że możemy być szczęśliwi tylko w takim układzie, w jakim jesteśmy. Zużywamy więc mnóstwo energii na podtrzymywanie status quo. Ale jeśli jakaś część ciebie bardzo pragnie zmiany, będzie ci za wszelką cenę dawała o tym znać. Możesz odczuwać apatię, a niekiedy frustrację i złość. Możesz zazdrościć znajomym, że powodzi im się w życiu lepiej niż tobie. Możesz zaczytywać się w książkach z wartką akcją i marzyć o wielkich podróżach. Pytanie tylko, czy robisz coś, aby przekuć marzenia w rzeczywistość.

Otwarcie na zmiany

Warto wysłuchać głosu tej części siebie, która potrzebuje zmian. Zamiast na siłę ratować tonący statek i tkwić w starym schemacie, dobrze jest zapytać samej siebie: „Czego tak naprawdę pragnę i co mogę zrobić, aby zacząć realizować swoje marzenia?”. Statek musi zatonąć, aby na horyzoncie mogło pojawić się coś innego. Albo abyśmy mogli w ogóle to zobaczyć. Dlatego zamiast zużywać energię życiową na wtłaczanie życia w stare koleiny, sprawdź, co się stanie, jeśli po prosu pozwolisz zmianie się dopełnić. Życie nie przebiega jak długa, pozioma linia. Jest jak ocean, czasem spokojny, a czasami burzliwy. Fale to wyzwania, które dają ci możliwość dalszego rozwoju. Pomyśl o tym, jak twoje życie może się przeobrazić, jeśli każdą zmianę będziesz witać z uważnością, bez oceniania, czy jest dobra, czy zła. Zarówno tę, której doświadczasz niespodziewanie, jak i tę, która zachodzi niepostrzeżenie, pod osłoną codziennego życia. Każda zmiana to ruch energii, a ruch to impuls życia. Płyń więc z nurtem rzeki, a nie pod prąd. Kiedy płyniesz z nurtem, zmiany nie muszą być trudne do przeprowadzenia. Wręcz przeciwnie, otworzą cię na ocean nowych możliwości.

Pomogą ci w tym poniższe ćwiczenia.

Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie kroki, jakie powinnaś podjąć, aby jak najlepiej przygotować się do przeprowadzenia zmiany. Podkreśl pięć najważniejszych, od których powinnaś zacząć. Wypisz również wszystkie znajome osoby, które przechodziły podobną zmianę i mogą pomóc ci się z nią oswoić. Skontaktuj się z trzema z nich i zaproponuj spotkanie. Rozmowa może ci pomóc w lepszym oswojeniu się z życiową zmianą.

Twórcza wizualizacja

Wyobraź sobie, że przenosisz się teraz na piękną plażę. To szczególne miejsce – tu spotkasz się z tym aspektem siebie, który jest bardzo kreatywny i posiada narzędzia do harmonijnego przeprowadzania zmian. Wyobraź sobie, że możesz teraz zadać mu wszystkie potrzebne pytania i poprosić o wskazówki. Możesz też zapytać, czy mógłby przekazać ci jakiś symbol, który pomoże ci aktywizować własną moc (może to być np. kamień lub pióro). Po wykonaniu ćwiczenia zapisz wszystkie wskazówki i postaraj się znaleźć realny kamień, pióro lub cokolwiek innego, co możesz utożsamić z tym aspektem siebie, by przypominał ci o tym, że moc i odwaga są w tobie.

Powiedz sobie, że…

Jeśli doświadczasz zmiany, spróbuj uwierzyć, że masz w sobie wszystkie narzędzia potrzebne do tego, by znaleźć się w nowej sytuacji i dać sobie ze wszystkim radę. Wewnętrzna moc aktywizuje się w sytuacjach, które określamy jako wyzwania. Zmiana może zatem zmotywować do obudzenia uśpionych dotąd potencjałów. Każdy koniec jest zapowiedzią początku. Kiedy coś się kończy, co innego się rozpoczyna. Jest jeszcze moment „pomiędzy”, w którym asymilujemy zmianę i zbieramy potrzebną energię. Ten czas nie musi być tylko trudny i stresujący, jest również ciekawy i rozwojowy. Pamiętaj o tym!

  1. Psychologia

Nigdy nie jest za późno...

Zmiana jest chyba jedyną składową rzeczywistości, której możemy być absolutnie pewni. (Fot. iStock)
Zmiana jest chyba jedyną składową rzeczywistości, której możemy być absolutnie pewni. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
...by rzucić pracę, nauczyć się języka, odbić się od dna, pojechać w podróż życia. Jedną z najpowszechniejszych wymówek, którą odżegnujemy się od jakiejkolwiek próby zmiany, jest czas. Jesteśmy za starzy, by się zakochać; za starzy, by podróżować, uprawiać sporty, odkrywać nowe pasje. Nie zdobędziemy już przecież mistrzostwa w danej dyscyplinie, a tylko wygłupimy się, ośmieszymy. Prawda? Nieprawda! 

Artykuł archiwalny.

Zmiana jest chyba jedyną składową rzeczywistości, której możemy być absolutnie pewni. A jednak wielu z nas unika zmian jak ognia. Wolimy zamknąć się w trybach codziennej rutyny, choćby znienawidzonej, bo jest stała, okiełznana, oswojona. Boimy się tego, co nowe, bo każdy początek zmusza nas do zadawania pytań i ponownego szukania odpowiedzi. Do wysiłku, który wiele kosztuje, ale jest przecież kluczem do rozwoju. Sama myśl, że ktoś mógłby próbować przekonać nas do nowych wyzwań, przeraża, paraliżuje. Jednak zmiana nie musi być czymś narzuconym z zewnątrz: zamiast tego, może wypływać z nas samych, wynikać z naszej decyzji, z naszego postanowienia. Jest wówczas dużo łatwiejsza do przyjęcia, wzbudza mniejszy lęk i niepokój.

Rzadko kiedy pamięta się fejsbukowe posty sprzed wielu miesięcy, a ten inspiruje mnie do dzisiaj, choć przeczytałam go niemal przed rokiem. Miguel jest z zawodu notariuszem. Jakiś czas temu skończył 80 lat, ma sześcioro wnuków i wielką pasję życia. Przeszedł atak serca, wszczepiono mu poczwórne bypassy, a po tym wszystkim zapisał się na uniwersytet w Walencji, by studiować ukochaną historię. W minionym roku akademickim Hiszpan udał się też na Erasmusa do malowniczej włoskiej Werony. Bo przecież każdy moment jest dobry, by zacząć spełniać marzenia. Czego powinniśmy bać się ty czy ja, skoro Miguel, mimo problemów zdrowotnych i mocno zaawansowanego wieku, zdecydował się na studencką przygodę?

Szczelina na zmianę

Moja teściowa skończy lada dzień 72 lata. Kiedy odwiedzam na dłużej dom rodzinny męża i akurat uda mi się ją tam zastać, rankami przeklinam ją serdecznie. Wstaje przed piątą i zaczyna dzień od energicznej gimnastyki, sprawiając, że czuję się jak truteń wylegujący się do południa, choć przecież rzadko wstaję później niż o ósmej. Kiedy półprzytomna gramolę się na śniadanie, ona zwykle przerzuca już przewodniki albo szuka informacji w Internecie. W skupieniu notuje ciekawostki, sprawdza godziny otwarcia, przegląda fotografie. Od kilku lat pracuje jako przewodniczka i pilotka wycieczek, a portfolio krajów, do których zabiera turystów, rozszerza się z dnia na dzień. W ostatnich miesiącach odwiedziła m.in. Gwatemalę, Rosję, Tunezję, Uzbekistan, Grecję i Ukrainę. – Nie byłam jeszcze wszędzie, ale jest to na mojej liście – cytuje słynne zdanie Susan Sontag, a ja stwierdzam, że brakuje jej chyba niewiele, bo większą część roku spędza w podróży. Nie zawsze tak było – z wykształcenia jest mikrobiologiem, przez lata pracowała w przyszpitalnym laboratorium. Pomysł na zmianę trybu życia i zawodu przyszedł po sześćdziesiątce. – Pomyślałam, że skoro zmianą, której oczekuje ode mnie otoczenie, jest emerytura i siedzenie w domu, a ja sama mogę wprowadzić zupełnie inną, wybierając aktywność i poznawanie świata, to zdecydowanie wolę tę drugą opcję – esemesuje do mnie z lotniska. W ramach odpoczynku od pilotowania wybiera się właśnie z moim teściem do Etiopii.

Z lotniska pędzi do mnie natomiast Łucja, lat 50, nieustannie kursująca między Warszawą a Malagą. W Andaluzji mieszka Steven, jej wielka miłość, poznana przed laty. – Naszą historię opowiadam chętnie ku pokrzepieniu serc – uśmiecha się Łucja, dolewając mi mrożonej herbaty z dodatkiem kwiatu hiszpańskiej pomarańczy. – Jesteśmy żywym dowodem na to, że wszystko, co piękne, może wydarzyć się w dowolnym momencie, niespodziewanie. Co więcej, jedno piękne zdarzenie rodzi kolejne, które z niego pączkują. Trzeba tylko uwierzyć w dobro, piękno, w drugiego człowieka.

Ze Stevenem poznali się w Londynie na początku lat 90. Mieli po 20 lat, strzała Amora trafiła ich na pierwszej randce, planowali wspólne życie w Wielkiej Brytanii. Na skutek niefortunnego zbiegu okoliczności, który zaistniał, gdy Łucja wróciła na chwilę do Polski, by przedłużyć wizę – stracili kontakt na ponad 20 lat. W międzyczasie on wyjechał do Hiszpanii; oboje założyli rodziny, pojawiły się dzieci, ale też kłopoty, poczucie niedopasowania, niespełnienia. Usłyszeli się ponownie pięć lat temu. Decyzję podjęli w tym samym czasie – kończą niesatysfakcjonujące związki, wracają do siebie, zaczynają od nowa, bo ich historia domaga się, by pisać ją dalej.

– Po czterdziestce często pojawia się w człowieku szczelina, przez którą może prześlizgnąć się zmiana – tłumaczy Łucja. – Od nas zależy, czy zdecydujemy się na szczerą rozmowę ze swoim wnętrzem, przestaniemy oszukiwać się, że jest nam dobrze, chociaż nie jest, i otworzymy się na to, co szykuje dla nas świat. Kiedy raz powiemy zmianie „tak” – rusza lawina. Decyzja jest oczywiście trudna, towarzyszy jej wiele lęku, ale gdy już ją podejmiemy, ogarnie nas wielki spokój. Zresztą, jak powiedział Wojciech Eichelberger, lęk to coś, za czym warto podążać – podkreśla. – Wszystko, czego naprawdę chcemy, jest po drugiej stronie lęku. To stały element życia, który pokazuje, co jest dla nas ważne; nie powinien nas paraliżować, a służyć za drogowskaz.

Tak też zrobiła Łucja. Weszła w nowy związek, sprzedała dom, jest w trakcie przeprowadzki do Hiszpanii. Promieniuje szczęściem.

Status quo rzadko cieszy

Podobne wrażenie robi na mnie Marcin. Czterdzieste urodziny ma już dawno za sobą. Obchodził je na południu Polski, gdzie mieszka wraz z żoną Anią i dziećmi. Przez wiele lat pracował jako policjant. – Wtedy chyba nie promieniałem – śmieje się – a już na pewno nie w ostatnim okresie służby. W mundurze spędziłem 18 lat, ale ostatnie osiem rozmyślałem o zmianie. Ostateczną decyzję podjął za mnie ktoś inny. Głupota ludzka kosztowała mnie kalectwo w lewej dłoni i nadmiar lęku w sercu. Przestałem być policjantem.

Wypadek z bronią, której nie zabezpieczył kolega po fachu, wymusił na nim nowy początek. Marcin otworzył slowfoodową cukiernię, w której realizował swoje kulinarne pasje, a z żoną nauczycielką założyli pogotowie rodzinne. Jednak i ta droga okazała się niewłaściwa – cukierniczego interesu nie udało się wystarczająco rozkręcić, zaś prowadzenie rodziny zastępczej zetknęło ich z niewyobrażalną ilością cierpienia i ludzkiego okrucieństwa, malwersacji i nadużyć, których nie chcieli tolerować. Zdecydowali, że zaczną raz jeszcze, daleko od wszystkiego, co znają. Za kilka tygodni wyjeżdżają na stałe na Sardynię, gdzie planują pracować w małej lokalnej kawiarni.

– Przekroczyliśmy smugę cienia – tłumaczy Marcin. – W pewnym momencie nastąpiło jakieś przebudzenie z marazmu, uświadomienie sobie, co dla nas ważne. Nie jest to złudne bezpieczeństwo finansowe, etat Ani w szkole czy przymykanie oczu na zło tego świata. Wybieramy piękno przyrody, wiejską społeczność, życie skromne, ale szczere, oparte na wolności. Oczywiście, że się boimy. Prawdopodobnie łatwiej byłoby odłożyć wyjazd „na potem”. Ale kiedy to wypadnie? Kiedy będzie „lepszy czas”? Życia nie da się cofnąć, a właściwy moment jest wtedy, kiedy my go takim wybierzemy.

Marcinowi i Łucji przytakuje Ania Chmura, właścicielka warszawskiego studia Kameralnyfitness.pl. Jej klientkami są zarówno młode dziewczyny, zabiegane mamy, jak i osoby po sześćdziesiątce. Te ostatnie okazują się często szalenie inspirujące. Wiele z nich rozpoczyna przygodę ze sportem dopiero teraz; z różnych powodów właśnie ten moment, już na bardzo dojrzałym etapie życia, uznają za przełomowy, za właściwy, by zaopiekować się sobą. Zgodnie ze słowami Łucji, postanawiają podążać za lękiem, choć czują się onieśmielone, niedoświadczone, nieporadne.

– Lęk przed zmianą odczuwamy wszyscy; warto jednak zadać sobie pytanie, co daje mi stan obecny, czym ten lęk karmi, jak go zasila – zauważa trenerka. – Przecież status quo rzadko kiedy jest idealne. Jeśli na przykład prowadzę siedzący tryb życia, mam nadwagę, cierpię na bóle kręgosłupa, a mimo to wzbraniam się przed podjęciem aktywności fizycznej – oznacza to, że ten ból, ta nadwaga, to cierpienie są mi do czegoś potrzebne. Do moich klientek dociera jednak, że aby dbać o innych, jak robiły przez lata, pielęgnując dzieci, wspierając męża – muszą zająć się także sobą. Nie chodzi tu o katorgę diet, wyczynowy sport i wyrzeczenia, ale o poświęcenie sobie uwagi, wsłuchanie się w siebie. I o zrozumienie, że każda porażka, każda przegrana może zostać przekuta w sukces, jeśli wykorzystamy ją jako przyczynek do szukania nowych rozwiązań. Jeśli zdecydujemy, że to my, dzięki naszym decyzjom, będziemy mieć moc sprawczą i będziemy mogli czerpać z życia pełnymi garściami.

Nie ma chwili do stracenia

Tak właśnie robi pani Ela (dobrze po sześćdziesiątce), z którą umawiam się w żoliborskiej kawiarni. Kiedy wchodzę, czeka już przy stoliku. Na głowie ma jak zwykle wielki słomkowy kapelusz, który sprawia, że zawsze wygląda elegancko i wyrafinowanie, a zarazem tak, jakby właśnie wróciła z egzotycznej podróży – lub się do niej szykowała. Zamawiamy same pyszności, nie bacząc na kalorie i indeksy glikemiczne. Pytając, co słychać, szykuję się na listę niezwykłości. Pani Ela robi rzeczy niesamowite, a do wszystkiego, nawet do najprostszych życiowych czynności, podchodzi z zaraźliwym entuzjazmem, i opowiada o nich, jakby stanowiły nie lada przygodę. – Właśnie zasadziłam nowe róże w ogrodzie – oznajmia triumfująco, bo choć z zawodu jest prawniczką, to ogrodnictwo pochłonęło ją do tego stopnia, że już na emeryturze pokończyła liczne kursy i dziś jest wspólniczką w firmie oferującej szkolenia dla aspirujących ogrodników. – Poza tym wróciłam z Chile – dodaje – a już nie mogę doczekać się Argentyny. Przede mną jeszcze kilka miesięcy przygotowań do wyjazdu. Lubię przyszykować się do podróży, poczytać, posłuchać innych podróżników. Dla takich jak ja napisałam książkę o Nepalu, którą udało mi się wydać kilka miesięcy temu – mam więc sporo spotkań autorskich, gdzie poznaję osoby równie aktywne jak ja. Do tego dochodzi czwarta wystawa moich akwarel. Malarstwo ogromnie dużo mnie nauczyło – inaczej widzę teraz kolory, światło, wszystko to, czego doświadczam w podróży i na co dzień, a czego wcześniej prawie nie zauważałam – wylicza.

Kiedy pytam o zdrowie, wspomina, że pobolewa ją kolano; lekarz orzekł, że swoje zrobiły lata intensywnego trekkingu. Na jej twarz szybko wraca jednak uśmiech. – Co ciekawe, kolano boli mnie najmniej, gdy wkładam buty na obcasach. I całe szczęście, bo dzięki temu mogę dalej w każdy piątek biegać na zajęcia z tanga argentyńskiego. Życie ucieka, nie mam ani chwili do stracenia. Chcę pić pyszną kawę w najładniejszych filiżankach, poznawać świat i smakować każdą chwilę. Na nic innego nie mam przecież czasu.