1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Nie tylko fryzjerka, lecz także architektka i chirurżka. Projekt #wspieramyfeminatywy

Język ma wielką moc. Służy nie tylko do nazywania rzeczy, lecz także zmienia nasze postrzeganie świata. (Fot. iStock)
Nauczycielkę, pielęgniarkę, a nawet badaczkę łykamy bez mrugnięcia powieką. Dlaczego zatem psycholożka, prezeska czy chirurżka budzą kontrowersję? Odpowiedź można znaleźć w badaniach przeprowadzonych na zlecenie Banku BNP Paribas w ramach projektu #wspieramyfeminatywy.

Feminatywy budzą żywe emocje w wielu środowiskach. Widzimy to również na naszym redakcyjnym poletku, podpisując ekspertki i rozmówczynie żeńskimi końcówkami ich profesji. Wielu osobom nadal trudno zaakceptować użycie słów psycholożka, seksuolożka czy dietetyczka. Co ciekawe, z negatywnymi komentarzami na profilu naszych mediów społecznościowych spotykamy się częściej ze strony czytelników. Czyżby panowie byli mniej otwarci na naturalny proces ewolucji języka? Warto przypomnieć, że feminatywy przed II wojną światową były bardzo rozpowszechnione, natomiast w trakcie wojny ich rola jeszcze bardziej się umocniła. Walczył z nimi dopiero propagandowy język PRL-u.

Dyskusje na temat używania żeńskich końcówek zawodów i piastowanych funkcji trwają nie tylko na forach internetowych. Debatują nad nim od dłuższego czasu również językoznawcy i językoznawczynie oraz socjologowie i socjolożki – wiadomo bowiem, że język nie tylko odzwierciedla, ale również kształtuje rzeczywistość.

W 2019 roku Rada Języka Polskiego potwierdziła, że naszemu językowi jest potrzebna większa symetria nazw osobowych męskich i żeńskich.

Stosowanie feminatywów sprawia bowiem, że kobiety stają się bardziej widoczne w języku i tekstach. Jest to również sposób na codzienne przełamywanie stereotypów dotyczących płci. A jak się okazuje – i widać to nadal w wielu środowiskach – siła stereotypowego myślenia dotyka kobiet, które pragną realizować się na wielu płaszczyznach, również w zawodach postrzeganych powszechnie jako typowo męskie.

Język ma wielką moc. Służy nie tylko do nazywania rzeczy, ale zmienia nasze postrzeganie świata.

Moc sprawczą języka potwierdzają badania przeprowadzone ostatnio przez firmę badawczą Diffference na zlecenie Banku BNP Paribas we współpracy z portalem pracuj.pl i pismem „Kosmos”, które realizują projekt #wspieramyfeminatywy. Zajrzyjcie na stronę bnpparibas.pl/wystarczyslowo#!feminatywy – znajdziecie tam wiele informacji i danych, które dają do myślenia. Kluczowy wniosek, który płynie z badań pokazuje, że niemal 40 proc. dorosłych Polaków uczestniczących w badaniu ilościowym przejawia przynajmniej umiarkowany entuzjazm wobec feminatywów. Częściej widać go wśród kobiet i osób młodszych.
Niezwykle ciekawe wnioski płyną z badań przeprowadzonych wśród dzieci – warto się z nimi zapoznać. Okazuje się, że im młodsze dzieci, mniej nasiąknięte stereotypowym widzeniem kwestii podziału ról, tym otwartość na feminatywy większa.

Interesujące są również dane, które pokazują, że – zwłaszcza wśród mężczyzn – otwartość ta dotyczy głównie zawodów i funkcji niższego szczebla. Czyżby nadal pokutowało przekonanie, że są profesje zarezerwowane tylko dla mężczyzn? Z wywiadów przeprowadzonych w grupach kontrolnych dowiadujemy się na przykład, że o ile wyraz „prezes” nikogo nie zaskakuje i dla każdego jest to neutralne słowo, to już „prezeska” uważana jest za formę dziwną i nienaturalną. Podobnie jest ze słowem „chirurżka”. Kobieta chirurg to w Polsce nadal rzadkość. Kobiety wykonujące ten zawód często muszą mierzyć się ze stereotypami, według których zajmować się tym powinni jedynie mężczyźni. Dlatego nawet tak pozornie błaha rzecz jak używanie słowa „chirurżka”, pozwoli – według badaczy – zauważyć, że w tym zawodzie pracują także kobiety.

Z tego względu projekt #wpieramyfeminatywy, wspierający inkluzywny język na rynku pracy, wydaje się bardzo potrzebny. Podobno fakty są takie, że stosowanie w ogłoszeniach o pracy tylko męskich form zawodów powoduje, że kobiety rezygnują z aplikowania na stanowisko. Uznają bowiem, że ta oferta nie jest skierowana do nich. Na szczęście sytuacja i tu powoli się zmienia. Jak podaje Anna Hołdyńska z pracuj.pl:

– Od dłuższego czasu przyglądamy się zmianom, jakie pojawiają się w języku ofert pracy. Szczególnie asymetrii języka związanej z przeważającym użyciem męskich form nazw stanowisk. Sytuacja ta jednak się zmienia. Już nie tylko w ofertach największych firm, takich jak Bank BNP Paribas czy Grupa Pracuj S.A., żeńskie nazwy stanowisk występują na równi z męskimi. Pojawiają się także w instytucjach publicznych. Miasto Stołeczne Warszawa czy Miasto Sopot pozwalają swoim pracowniczkom samodzielnie decydować o formie nazwy stanowiska, która bardziej im odpowiada. Rewolucję widać też na uczelniach wyższych, chociażby: Uniwersytet Wrocławski, Uniwersytet Adama Mickiewicza, gdzie słowo prorektora, dziekana czy doktorka są uznawane za obowiązujące.

A więc, drogie panie: psycholożki, dietetyczki i architektki, posłanki i prezeski! Wszystko wskazuje na to, że nie tylko język, ale również rynek pracy staje się nieco bardziej otwarty na nasze zawodowe ambicje. Pozostaje nam tylko zmieniać wizytówki, niech pojawią się w końcu na nich feminatywy.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze