fbpx

Cztery pory roku w Południowym Tyrolu

Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Południowotyrolska kuchnia to osobny temat, bo – poza zamiłowaniem do prostoty i lokalnością – nie ma wiele wspólnego z tą, którą kojarzymy jako włoska. (Fot. Roter Hahn)
Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
Cztery pory roku w Południowym Tyrolu

Południowy Tyrol należy do miejsc hojnie wyposażonych przez naturę: uprawy ekologiczne, winnice po horyzont i panorama gór za oknem. Najcenniejsze zasoby regionu to turystyka i rolnictwo.

Polacy zwykle przejeżdżają tędy w drodze na narty. Jednak warto tu się zatrzymać na dłużej, bo atrakcji nie brakuje niezależnie od pory roku: piesze wycieczki, jazda na rowerze, winny szlak, urokliwe miasteczka… A w ramach klasycznej turystyki: zwiedzanie Bolzano i jednego z najsłynniejszych muzeów architektonicznych na świecie, w którym mieszka człowiek z Epoki Brązu, Ötzi.

Każdy wyjazd do północnych Włoch przyprawia mnie o poczucie zazdrości… Bo jak to możliwe, żeby w zasięgu niedługiej podróży były i wysokie góry, i jeziora, a nawet morze, bo lotnisko Bergamo dzieli od Genui jedynie dwugodzinna jazda samochodem?! Stęskniona włoskiej radości życia gioia di vivere, wyczekiwałam na „okienko pandemiczne”, które pozwoli mi na wyjazd. I na przełomie lata i jesieni moje marzenie stało się faktem!

Wylądowałam na lotnisku w Bergamo, skąd wypożyczonym samochodem dojechałam do miejscowości Caldaro (ceny za wynajem auta są we Włoszech przystępne, warto jedynie nie oszczędzać na pełnym ubezpieczeniu i dokładnie obejrzeć samochód przed wyruszeniem w trasę). Caldaro przywitało mnie sięgającymi po horyzont owocującym jabłoniami i winnicami. I taki widok rozciągał się też z okien agroturystki BIO Gutshof Sinn, w której zamieszkałam.

Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
(Fot. Roter Hahn)

Gospodarstwo należy do sieci Roter Hahn, która skupia ponad 1500 lokalnych miejsc agroturystycznych, oznaczonych charakterystycznym roter hahn czyli tabliczką z czerwonym kogutem. O klasie gospodarstw świadczy liczba kwiatów – co odpowiada rodzaju hotelowym gwiazdkom – przyznawanym przede wszystkim dzięki ofercie domowych produktów przygotowywanych z własnych lub miejscowych składników. Dodatkowo oceniane są pokoje dla gości, i np. w najwyższej 5-kwiatowej kategorii muszą w nich być drewniane podłogi. Bardzo doceniam ten wymóg, bo chodzenie boso po drewnianej podłodze (a „moje” gospodarstwo należało właśnie do tych 5-kwiatowych) jest wielką frajdą!

O kwiatowej kwalifikacji usłyszałam po raz pierwszy od naszej przewodniczki Sonji, gdy zwiedzaliśmy rodzinną farmę Rielinger. – Oni mają trzy kwiaty – powiedziała, a ja zaczęłam liczyć zwisające z okien surfinie w różnych kolorach. Było ich o wiele więcej…

Rielinger Hoff leży na wysokości 750 m. n.p.m., czyli mniej więcej jak nasze Zakopane, jednak nie w kotlinie a na zboczu góry, co nie tylko stwarza doskonałe warunki do uprawy winorośli, ale i gwarantuje czyste powietrze. Problem smogu tu zresztą w ogóle nie istnieje, choćby dlatego, że gospodarstwa spod znaku czerwonego koguta prowadzą w pełni tradycyjną hodowlę. W Rielinger nawet świnie mają swój wybieg, a bydło całymi tygodniami przebywa na górskich pastwiskach. Czerwony Kogut dba o wszystkich swoich zwierzęcych kuzynów!

Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
(Fot. Roter Hahn)

Farma leży na trasie trekkingowej, wędrowcy praktycznie przechodzą przez podwórko, a że gospodarze prowadzą również restaurację, wielu z nich właśnie tutaj planuje przystanek na obiad. Południowotyrolska kuchnia to osobny temat, bo – poza zamiłowaniem do prostoty i lokalnością – nie ma wiele wspólnego z tą, którą kojarzymy jako włoska. I nie tyle wynika to z akcentowania odmienności (region ma autonomię), ale raczej ze zdrowego rozsądku: próżno tu szukać ryb, pizzę jedzą przede wszystkim turyści, a królują potrawy mączne, ziemniaki, ser, mięso. I nic dziwnego: w górach jest dużo chłodniej niż na Lido, więc zimna sałatka jeszcze obniży wewnętrzną temperaturę – to raz, a dwa, że doglądając upraw położonych na stromych zboczach, spala się więcej kalorii niż podczas trekkingu.

Także śniadanie w położnym ok. 300 m. poniżej moim macierzystym Gutshof Sinn nie miało nic wspólnego z tym tradycyjnym środziemnomorskim, na które zwykle składają się kawa i brioszka lub kilka biszkoptów. Co rano na mój stół trafiał pieczony w domu chleb, jajka od szczęśliwych kur, dżemy z uprawianych w gospodarstwie owoców, wyciskany sok z jabłek… Imponująca porcja; przeznaczona dla dwóch osób, z powodzeniem mogłaby wystarczyć na piknik dla całej rodziny! Cóż, nie ma szans, żeby poranną biesiadę na tarasie z widokiem gór na horyzoncie (widać stąd m.in. Latemar, który wielu Polaków zna jako ośrodek narciarski) skończyć szybciej niż w dwie godziny…

Południowy Tyrol zaskoczył mnie także skalą uprawy jabłek. Owszem, wiem, że jabłko nie jest naszym owocem narodowym, a sady w okolicach Warki nie są jedynymi w Europie, jednak te w Caldaro i okolicach zrobiły na mnie wrażenie. Także swoim wyglądem – nie chodzi o same owoce, rzecz jasna, ale porozpinane na drutach drzewa.

I wreszcie, winnice! Na amerykańskich filmach zbiegowie ukrywają się na polach kukurydzy. Wśród winorośli raczej trudno byłoby się schować, ale – jak sprawdziłam na własnej skórze – zgubić całkiem łatwo, zwłaszcza po zmroku. Plantacje nie są bowiem oddzielone płotem czy murem, płynnie przechodzą jedna w drugą przez całe kilometry. U schyłku lata i wczesną jesienią nikomu nie grozi jednak śmierć z głodu, bo rzędy słodkich owoców aż proszą się, by je zerwać.

Cztery pory roku w Południowym Tyrolu
(Fot. Roter Hahn)

„Senza vino non c’è festa” (bez wina nie ma zabawy) – słowa papieża Franciszka trafiły na fartuchy dla winiarzy. Podczas plenerowej degustacji wina z własnych winnic taki fartuch nosiła Ivana z Gusthoff Sinn, która prowadzi gospodarstwo wraz z mężem Christianem; wcześniej uprawami zajmowali się jego rodzice. W tzw. normalnym czasie (czyli jeszcze całkiem niedawno, zanim pandemia zmusiła nas do zmiany wielu nawyków) testowanie wina odbywało się w piwnicy. Dziś to niemożliwe, bo przepisy wymagają odpowiedniej wentylacji, a z kolei wino potrzebuje bardzo stabilnej temperatury. Ale degustowanie poszczególnych gatunków win bezpośrednio przy szczepach jest wspaniałą zabawą. Na wieczór w piwnicy przyjdzie jeszcze czas!

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze