fbpx

Jak inni spełniają marzenia

Jak inni spełniają marzenia
fot.123rf

Jeśli myślisz, że na spełnianie marzeń jest za późno, przeczytaj historie naszych bohaterów. Jedni kompletnie zmienili swoje życie, inni po prostu spełnili pragnienie z dzieciństwa. Mówią, że było warto.

Najwspanialsza przygoda mojego życia

Piotr Niedzieski, aktor

Kino kochałem chyba od zawsze. Śmieję się, że gwiazdorstwo miałem we krwi. Gdy na początku lat 90. tata z jakiejś delegacji przywiózł kamerę wideo, wpadłem w amok. Zacząłem pisać, reżyserować i oczywiście obsadzać siebie samego w głównych rolach. Po szkole średniej postanowiłem jednak wykazać się (wreszcie!) życiowym rozsądkiem i poszedłem na ekonomię. Po studiach i dwóch latach pracy wiedziałem, że korporacja to nie jest moja przyszłość. Zostałem wolnym strzelcem i zająłem się tłumaczeniami. Dawały komfort, życiowy luz i pieniądze, ale to wciąż nie było TO. Aż wreszcie, po paru latach tułania się po swoim życiu bez celu i pomysłu, trafiłem na zajęcia teatralne po francusku. Poczułem się jak właściwy człowiek na właściwym miejscu. Zrozumiałem, że moim życiowym powołaniem jest zostać aktorem.

Dobiegałem jednak trzydziestki i pojawiła się masa wątpliwości. Czy w tym zawodzie można tak późno zacząć? Co zrobić bez dyplomu szkoły państwowej? Mimo to uparłem się, że zrobię wszystko po swojemu, mając gdzieś dyplomy i „oficjalną ścieżkę”. Zacząłem brać udział w warsztatach aktorskich, teatralnych, przeczytałem masę książek, wyjechałem do szkoły Lee Strasberga w Los Angeles. To była najwspanialsza przygoda mojego życia, choć chwilami było trudno.

Od powrotu ze Stanów pomału buduję swoją karierę aktorską. Zagrałem już parę epizodów, miałem też szczęście poznać grupę pasjonatów filmowych, mamy już na swoim koncie dwa wspólne teledyski. Cały czas się czegoś uczę, mam parę pomysłów, które chciałbym zrealizować.

Wiem jedno: to uczucie, gdy człowiek wchodzi na SWOJĄ ścieżkę, jest nieporównywalne z niczym, i wtedy na nic nie jest za późno!

Traktuję to jako proces

Dominika Kotowicz, yoga practitioner

Mam za sobą ponad 10 lat doświadczenia zawodowego, w tym ostatnie 6 lat w dużej korporacji. Teraz wiem, że to wystarczająco dużo czasu, aby się przyzwyczaić i niemal niezauważalnie stać się trybikiem w korpomachinie. Jednak dla mnie nie mniej istotne od zaspokojenia podstawowych potrzeb jest bycie uczciwym i szczerym wobec siebie. Po dwóch latach zbierania w sobie odwagi postanowiłam zostawić pewny etat. Chciałam spróbować żyć inaczej: uważniej, wolniej, poza klimatyzowanym open space, możliwie niezależnie od sztucznych tworów cywilizacji oraz w zgodzie z tym, co naturalne i rzeczywiście niezbędne do dobrego życia. Moje priorytety zmieniły się pod wpływem wielu czynników, ale sporą rolę odegrała kilkuletnia praktyka jogi i medytacji. Pomogła mi zatrzymać się i podjąć kroki w kierunku zmiany. Postanowiłam wyjechać do Indii. Po poprzednich doświadczeniach z różnymi nauczycielami i szkołami ponad rok zajęło mi znalezienie sensownego miejsca do zrobienia kolejnego kroku na jogowej ścieżce: kursu nauczycielskiego.

Z powrotem przywiozłam dużo nowej wiedzy, którą chętnie się dzielę: o jodze, mindfullness, czyli uważnej obecności, o zdrowym odżywianiu oraz ajurwedzie. Nie żałuję swojej decyzji, potrzebowałam zmiany. Staram się znaleźć równowagę między życiem prywatnym i zawodowym. Traktuję to jako proces, część mojej jogowej ścieżki. Mimo że takie przejściowe okresy nigdy nie są łatwe, to jednocześnie stanowią początek czegoś, co na pewno będzie lepsze niż bierne tkwienie w sytuacji, w której coś uwiera. Przede mną ciekawe, nowe wyzwania.

Znajomi mieli spory ubaw

Adam Robiński, dziennikarz

Jestem mieszczuchem, urodziłem się i wychowałem w Warszawie, ale zawsze ciągnęło mnie nad wodę. Marzyłem o surfowaniu. Nawet nie żeby robić to weekend w weekend. Po prostu mieć taką możliwość, potrafić to robić. Sęk w tym, że moje ciągoty do surfingu nie miały nic wspólnego z popularnym w Polsce windsurfingiem czy kitesurfingiem, dostępnym na wyciągnięcie ręki na Helu czy nad Zalewem Zegrzyńskim. Pewnie przez te tłumy nigdy nie miałem okazji połknąć bakcyla. Zależało mi za to na oceanicznych falach i desce bez żagla, bez latawca.

Po dwudziestce zacząłem jeździć z plecakiem po świecie, głównie na bliższy i dalszy Wschód. Na realizację odwiecznego pragnienia wciąż brakowało czasu. Wreszcie kilka lat temu usiedliśmy z kumplem i omówiliśmy sprawę. Postanowiliśmy podporządkować surfingowi wakacje. Wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do angielskiego Devonu.

Znajomi mieli spory ubaw. Bo po co jechać do Devonu, skoro można do Chałup? My jednak przeszliśmy kurs, połapaliśmy fale i świetnie się bawiliśmy. Zrealizowałem swój cel. Niedawno poznałem nową mutację surfingu – paddleboarding. To deska z wiosłem, na której można pływać już wszędzie, począwszy od Wisły za oknem mojego domu, a skończywszy na wyludnionych jeziorach Warmii, gdzie regularnie bywam. I choć nie zostałem pełnoetatowym surferem z plaż Hawajów, to z ogromną satysfakcją realizuję się w tym hobby.

Po prostu chwyciłam szansę

Kamila Kraus, artysta plastyk, fotograf, wokalistka

Śpiewać zawodowo i wydać solową płytę – to zawsze było moje marzenie. I choć na studiach skoncentrowałam się na malarstwie i fotografii, cały czas myślałam o tym, by zaryzykować i postawić na śpiew. Szansa pojawiła się, kiedy rozpoczęłam współpracę z Teatrem Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Miałam mnóstwo szczęścia, bo do teatru trafiłam poprzez casting do spektaklu „Scat” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, do którego muzykę skomponował Leszek Możdżer. Zrozumiałam, że moje marzenie właśnie staje się rzeczywistością.

Na scenie teatru występowałam jako solistka i aktorka. Wiele się nauczyłam, ale po trzech latach postanowiłam zaryzykować jeszcze raz – wydać solową płytę z własną muzyką. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Udało się, choć wiele mnie to kosztowało: musiałam godzić pracę zawodową z czasem poświęconym na produkcję płyty, pisanie i dobór tekstów oraz śpiewanie. Efekt tych starań to płyta „Brajlem”, z tekstami w zapisie dla osób niedowidzących i niewidomych. Do współpracy przy tym projekcie udało mi się namówić wiele wspaniałych osób, takich jak kompozytor Igor Przebinowski, producent Robert Amirian oraz aktor Wiktor Zborowski, który gościnnie użyczył swojego głosu do utworu „Zasypiamy na słowach”. Praca nad „Brajlem” trwała aż trzy lata, ale wydanie jego uświadomiło mi, że to, co robię, ma sens.

Teraz pracuję nad drugą autorską płytą. W tym roku minie 10 lat, odkąd zaczęłam śpiewać. I wciąż odnajduję w tym głęboką radość.

Teraz jest dobrze

Gabriela Buczek, dziennikarka telewizyjna

Gdy byłam mała, rodzice zdecydowali wyemigrować do Toronto. Dla mnie to była zmiana na gorsze. W kanadyjskiej podstawówce już nie miałam najlepszych stopni, dzieciaki nabijały się z moich ubrań. Gdy kończyłam liceum, rodzice postanowili wrócić do Polski. Zabrali ze sobą moją młodszą siostrę, Magdę. Miałam 19 lat, decydowałam sama za siebie, więc postanowiłam zostać. Po studiach dziennikarskich na uniwersytecie w Toronto zaczęłam pracować w kanale BookTelevision. Żyło mi się dobrze. Ale coś mnie uwierało, jakbym mieszkała tylko w jednym pokoju mojego ogromnego wewnętrznego domu. Budziłam się w nocy i czułam dziwną pustkę. Tęskniłam za Polską. Postanowiłam wrócić na rok. Pomyślałam, że choć na chwilę nacieszę się rodziną, popracuję w polskich mediach, a następnie wrócę i zbuduję życie w Kanadzie. I choć Polska przyjęła mnie bez fajerwerków i musiałam uczyć się jej od nowa, to pół roku później wiedziałam, że zostaję. W Kanadzie zostawiłam pracę, przyjaciół i chłopaka. Ale nie żałuję.

Nie przeszkadza mi, że ulice są poplątane w supły, że jest mnóstwo wyzwań i paradoksów, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Mimo to jest dobrze, prawdziwie, czuję smak chwil. Szorstka pani w okienku jest w moim odczuciu normalniejsza niż uśmiechnięta urzędniczka w Toronto, którą szkolono na cyborga. Teraz już wiem, że Polska to moje miejsce na Ziemi. Zostaję.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>