Tajlandia: Miasto Świątyń

fot. iStock

Północ Tajlandii to zieleń. Niemal wszystkie jej odcienie. Bujna przez cały rok dżungla i obfite plantacje herbaty. Mniejszości etniczne w barwnych strojach i dziesiątki buddyjskich świątyń. Pomyśleć, że jeszcze niedawno było to serce Złotego Trójkąta, obszaru słynącego z produkcji opium.

Na początek trafiam na nocny bazar. Choć nie ten, który miałam w planach. Zamiast stoisk z jedzeniem, rozgrzanych woków i obładowanych rusztów, na których skwierczałyby sai ua, czyli tutejsze pikantne kiełbaski, wokół piętrzą się „louis vuittony”, portfele „od Prady” i diamentowe broszki à la Chanel. Nawet mimo jet lagu dość szybko orientuję się, że nocny market w Chiang Mai niejedno ma imię. Targów z jedzeniem jest kilka, mnie najbardziej spodobał się Warorot, ale do wyboru są jeszcze Thanin, Somphet, Chang Phuak Gate… Bo Chiang Mai, nazywane stolicą północnej Tajlandii, słynie z kuchni. Jest tu ona nieco inna niż ta na południu, bo do morza daleko, w potrawach jest mniej mleczka kokosowego czy cytrynowych nut, za to więcej pasty krewetkowej, ziół, korzeni i wszelkich darów okolicznej dżungli. Wystarczy rzut oka na mapę, by sprawę wyjaśnić. Wokół Chiang Mai rozciągają się pokryte dżunglą wzgórza, niedaleko stąd do Birmy czy Laosu (do Chin również) i na talerzu (a częściej w misce) mieszają się wpływy tych krajów, bogactwo podobne do różnorodności typów ludzkich i etnicznych na lokalnym bazarze.

Samo Chiang Mai założyli Tajowie przegnani z północy przez Mongołów. Ich władca stworzył tu w 1296 roku Nowe Miasto (to właśnie znaczy nazwa Chiang Mai), stolicę Królestwa Miliona Pól Ryżowych, czyli Królestwa Lanna. Od współczesnego Chiang Mai oddziela ją kwadrat grubych murów obronnych i fosa. Za nimi uliczki są tak wąskie, że nie mieszczą się w nich samochody, a stare domy przerobiono na klimatyczne kawiarnie serwujące mocną kawę i szybkie Wi-Fi (bo Chiang Mai to mekka cyfrowych nomadów), są tu też galerie pełne sztuki lokalnych artystów i butiki z rękodziełem, ale także
aż 40 buddyjskich świątyń.

Najważniejsza Wat Phra That Doi Suthep mieści się jednak na wzgórzu za miastem. Prowadzi do niej 309 stopni schodów. Ich poręcze wiją się cielskami świętych węży naga. W świątyni znajdują się relikwie Buddy – jego kość i miska na jałmużnę. Kryjąca je złota stupa, zwana w Tajlandii chedi, powstała w 1383 roku i od tej pory wokół obrastała kolejnymi. Trafiam tu o zachodzie słońca, gdy świątynia wypełniona jest monotonnym śpiewem mnichów, którzy z białymi pąkami lotosu w złożonych do modlitwy dłoniach okrążają chedi zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Gdy kończą modły, Chiang Mai położone w dolinie nad rzeką Ping chowa się powoli w mroku.

Nazajutrz kolejne stopnie prowadzą mnie do świątyń ukrytych tym razem w zboczu trzeciej pod względem wysokości góry Tajlandii – Doi Chiang Dao – liczącej 2100 m n.p.m. i znajdującej się 70 km na północ od Chiang Mai. Chiang Dao to sto grot połączonych systemem niemal 12 km korytarzy (tylko pięć komnat jest dostępnych dla turystów). Już w pierwszej z nich oszałamiają posągi Buddy ustawione pośród wyglądających jak zastygłe wodospady formacji stalaktytów i stalagmitów. Dalej jest tylko lepiej, tym bardziej że jaskinie zwiedza się przy blasku lamp gazowych niesionych przez przewodniczki. Płomienie oświetlają fragmenty skał, raz wyławiając z mroku śpiące pod sklepieniem nietoperze, raz nadzwyczajnie piękną, naturalną rzeźbę stalaktytów. Wyjątkowe miejsce.

Jadę dalej na północ do świata słoni i etnicznych mniejszości. Droga wije się przez splątaną dżunglę, z której dziś już nie można wycinać drzew. Rząd zabronił karczowania w 1989 roku i wtedy właśnie setki słoni wykorzystywanych do wycinki i transportu pni straciły pracę i wylądowały w parkach rozrywki dla turystów. Dziś więcej olbrzymów żyje w niewoli niż na wolności.

Zbocza wzgórz w dolinie Doi Mae Salong są pokryte równymi rzędami herbacianych krzewów. Produkuje się tu herbatę ulung, tak samo jak w niedalekim Yunnanie, bo jej sadzonki i sposób produkcji – to herbata półfermentowana – przywędrowały tu z Chin wraz z mniejszościami etnicznymi. Mieszka ich w tej okolicy sporo. Są Padaungowie znani dzięki kobietom o długich szyjach zakutych w metalowe obręcze, Lisu noszący srebrne zdobienia opasujące tors niczym zbroja czy Akha słynący z pokaźnych nakryć głowy ze srebrnymi monetami. Większość z tych ludów spotkamy również w Chinach, Laosie, Birmie czy, tak jak Hmongów, w Wietnamie. Od lat biednie egzystują na uboczu, stopniowo się asymilując, a za cenę odchodzenia od własnej kultury zyskują dostęp do edukacji i opieki medycznej.

Trafiam do wioski mniejszości Akha, w której drewniane domy przykryte są czapami dachów krytych strzechą, a świnie i kury chowają się w przydomowych chlewikach. Budynki mają parter gospodarczy i piętro mieszkalne, a w nim dwie osobne izby: dla mężczyzn i ta dla kobiet. Z jednej z nich dobiegają śmiechy dziewcząt (w dżinsach i T-shirtach) szykujących się do wyjścia. Poznana na ulicy babcia Pon jest odziana w tradycyjny haftowany katan, czarną spódnicę, kolorowe onuce i czapę ozdobioną m.in. okrągłymi dzwoneczkami ożywającymi przy każdym ruchu głowy. Pon dogląda sklepiku z rękodziełem. Jej dzieci i wnuki pracują w Bangkoku, więc Pon ma okazały dom, przed którym stoją pikap i dwa skutery. Do zarobków latorośli dokłada swoje trzy grosze z butiku, w którym sprzedaje to, co jej wioskowe kumy uszyją i uplotą. Jeszcze do niedawna trudniły się głównie pracą na plantacjach maku wykorzystywanego do produkcji opium. Dziś – przynajmniej oficjalnie – osławiony Złoty Trójkąt pomiędzy Birmą, Tajlandią a Laosem już nie istnieje. Po stronie tajlandzkiej maku jest niewątpliwie najmniej, bo rząd od lat stara się wspierać alternatywne uprawy, jak chociażby herbatę. Opium za to dorobiło się muzeum w Sop Ruak, dość ponurej miejscowości reklamującej się jako serce Złotego Trójkąta. Stojąc nad potężnym Mekongiem, patrzę na kipiącą na przeciw-
ległym brzegu zieleń Laosu oraz Birmę wbijającą się klinem pomiędzy potężny główny nurt a jeden z dopływów, rzekę Ruak. Komu mało wrażeń, może się wyprawić do nowo wybudowanych kasyn Win Win i Kings Romans, choć to rozrywka głównie dla spragnionych hazardu Chińczyków. Zdecydowanie lepiej wrócić do Chiang Mai, gdzie pomiędzy 21 a 23 listopada w ramach festiwalu świateł Yee Peng w niebo pofruną tysiące świetlistych lampionów. Wedle miejscowych wierzeń, jeżeli lampion zniknie z zasięgu wzroku, zanim zgaśnie w nim ogień, właściciela czeka szczęście.

 

Do Chiang Mai najwygodniej dolecimy liniami Qatar Airways, z szybką przesiadką na nowoczesnym lotnisku w Ad-Dausze (www.qatarairways.com).