fbpx

Uroki życia nad Atlantykiem – portugalskie wybrzeże

Uroki życia nad Atlantykiem - portugalskie wybrzeże
Please Add Photos <br> to your Gallery
Zobacz galerię Zdjęć
Fot. Jakub Kubacki


Portugalczycy mają szczęście do wody. Kiedy chcą poleniuchować, jadą na południowe wybrzeże, by w regionie Algarve smażyć się w słońcu. Gdy poszukują wrażeń, wybierają fale Atlantyku na zachodzie kraju.

Jest jeszcze wiosna, i my kierujemy się więc na północ, by w tydzień objechać plaże wyścielające 300-kilometrowy odcinek wybrzeża między Porto a Lizboną. Zaczynamy na północy. Pierwszy przystanek – wypoczynkowe miasteczko Ovar, kilkadziesiąt kilometrów na południe od Porto. Choć nie leży na samym oceanem, to jednak do pobliskich plaż jest stąd bardzo blisko. Choć fani sportów wodnych kojarzą raczej pobliskie Espinho, Ovar też ma wiele do zaoferowania. Tutejsze wąskie brukowane uliczki są przed sezonem jeszcze puste. W przewodniku czytamy, że tradycyjny ludowy strój kobiet z Ovar wieńczą bose stopy. Śladu bosych tubylców jednak brak. Cóż, pewnie panie zostały w domach. Szybka kawa z pasteis de nata (babeczką ze śmietaną, specjałem Portugalii) w pobliskiej piekarni i jedziemy dalej.

O ile Ovar jest na mapie Portugalii zawodnikiem wagi lekkiej, o tyle Figueira da Foz to już umięśniony bokser pełną gębą. W lecie miasteczko dudni silnikami samochodów turystów, w restauracjach trudno o wolne miejsce, a tutejsza marina pęka w szwach. Jest też kasyno, szczególnie popularne wśród turystów z Wielkiej Brytanii. Na szerokiej, długiej plaży o miękkim piasku nie ma jeszcze surferów – ci wolą pewniejsze o tej porze roku spoty, o których za chwilę. Co ciekawe, w 1602 roku to nadmorskie miasteczko złupili i zniszczyli angielscy piraci.

Mając w pamięci korsarzy sprzed wieków, lądujemy w rybackiej wiosce Nazare. Miłośnicy wszystkiego co „naj” na YouTube, powinni znać już tę nazwę. To tu w ubiegłym roku Amerykanin Garett McNamara popłynął na desce surfingowej na największej zmierzonej fali świata. Efektowne wideo wciąż można oglądać w sieci. Plaża Praia de Norte (jedna z dwóch w Nazare) została zresztą za to nagrodzona „surferskim Oskarem” wręczanym przez jednego z producentów sprzętu surfingowego. Ogromne fale na tutejszym brzegu to zasługa unikatowej budowy dna Atlantyku. Ubytek w płycie tektonicznej, który ciągnie się przez 140 km i ma 5 km głębokości, tworzy coś w rodzaju kanionu. Pływy Atlantyku rozbijające się o dno tworzą fale o rozmiarze przypominającym sztormowe bałwany na Hawajach.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Tym, którzy wolą podziwiać świat z perspektywy brzegu, Nazare oferuje przede wszystkim wyborną kuchnię. Zamawiając ryby z złapane w tutejszych wodach, nie spodziewamy się, że będzie to najlepszy posiłek, jaki zjedliśmy w Portugalii. Świeże sardynki rozpływają się na podniebieniu, a miecznik – według zapewnień przemiłego kelnera – dopiero co został wyłowiony z Atlantyku przez tutejszych rybaków. Do tego schłodzone vinho verde podane na stoliku w jednej z wąskich alejek równolegle schodzących w kierunku plaży. – Stolik z widokiem na basen – żartuje siwy Portugalczyk. Po uczcie bierzemy wizytówkę jego przybytku – tutejszy kucharz wykradł chyba wszystkie tajemnice z kuchni Posejdona.

Pora na Peniche. Położone na półwyspie o takiej samej nazwie miasteczko to całoroczna stolica europejskiego surfingu. W tutejszych szkółkach przekonują, że to najlepsze miejsce do uprawiania tej dyscypliny na kontynencie, a doskonałe warunki panują przez cały rok. Ogromnym atutem Peniche jest wielość plaż, które ułożone są w różnych kierunkach – co możliwe jest tylko na półwyspie. Wszystkie oddalone są od siebie o dwa, trzy kilometry, nie więcej. Dzięki temu z samego rana pozostaje tylko sprawdzić warunki pogodowe w poszczególnych miejscówkach, wsiąść w auto i pojechać tam, gdzie będzie najsympatyczniej. Woda w oceanie jest zimna, owszem, ale przecież po coś wymyślono pianki.

Peniche zachwyca jednak nie tylko doskonałymi warunkami dla surferów, ale też architekturą. Osada powstała wewnątrz zabytkowej cytadeli. Do jej murów przylega marina. Latem stawiana jest też scena koncertowa – po zejściu z deski przemoczeni sportowcy lubią się przecież pobawić.

Przed Lizboną czeka nas jeszcze jeden przystanek – Cascais, a właściwie trójmiejski ośrodek z Estoril i Oeiras na doczepkę. Wszystkie trzy są nadmorskimi kurortami na bogato. Estoril to adres korespondencyjny wielu zdetronizowanych władców Portugalii z ogromnym kasynem i zameczkiem w centralnym punkcie miasteczka. Cascais jest bardziej nowoczesne, z mnóstwem drogich hoteli i restauracji dla lizbończyków. Nieopodal znajdują się też strome klify, o które rozbijają się wielometrowe fale. Portugalczycy nazwali to miejsce Wrotami Piekieł. Z kolei Oeiras może być naszym wyborem noclegowym w przypadku mniejszego budżetu. Wszystkie trzy miasteczka połączone są linią jadącej wzdłuż oceanu podmiejskiej kolejki, która dojeżdża aż do stolicy Portugalii. Dystans nie jest duży – to w końcu tylko 20, 30 kilometrów. To prawdziwy weekendowy raj dla Lizbończyków.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>