1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Na czym polega kryzys wieku średniego? Czy każdy musi go przejść?

Na czym polega kryzys wieku średniego? Czy każdy musi go przejść?

Kryzys wieku średniego to czas, kiedy do głosu dochodzą marginalizowane części naszej osobowości. (fot. iStock)
Kryzys wieku średniego to czas, kiedy do głosu dochodzą marginalizowane części naszej osobowości. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jeszcze nie tak dawno „kryzys wieku średniego” ujawniał się po przekroczeniu czterdziestki. Dziś podobne objawy widać u ludzi o dekadę młodszych. Na czym polega to zjawisko i jak wykorzystać je do zmiany na lepsze?

Pojęcie „kryzys wieku średniego” zostało wprowadzone w 1965 roku przez Elliotta Jaquesa na opisanie zjawiska dotykającego ludzi na półmetku ich życia. Często jest też kojarzone lub równoznaczne z „kryzysem czterdziestki”, chociaż w ostatnich latach zaczęto zauważać podobne symptomy już u trzydziestolatków. Niezależnie jednak od dokładnego wieku metrykalnego, „kryzys wieku średniego” to zawsze czas, kiedy do głosu dochodzą marginalizowane części naszej osobowości. Mocno zaniedbane, mogą stać się źródłem różnych kłopotów, wypadków a nawet chorób, czyli poważnej destabilizacji w życiu. Uświadomione, przyjęte i świadomie przekształcone mogą być natomiast wartościową zmianą dającą poczucie sensu i pełni.

Kto jest w grupie ryzyka?

Kryzys wieku średniego może dotknąć praktycznie każdego z nas. Często mają go osoby posiadające już spory dorobek w różnych obszarach (kariera zawodowa, relacje, rodzina, rozwój osobisty), ale na znacząco różnych poziomach satysfakcji. Problem dotyczy również tych, których życiowa energia była mocno skoncentrowana tylko na jednym zadaniu i mimo, że wynik jest wysoko satysfakcjonujący, to nie rekompensuje poważnych zaniedbań innych obszarów i potrzeb. W tej grupie znajdują się też osoby, u których „linia życia” składa się z wydarzeń, które w większości oceniają oni na poziomie przeciętnej satysfakcji.

Sygnały i symptomy

Brak poczucia satysfakcji lub jej niski poziom odczuwany nawet mimo „twardych dowodów” sukcesu (kariera, rodzina, dziecko, dom) jest sygnałem nadchodzącego kryzysu. A co jest dalej? Zmęczenie, samotność, rozczarowanie, wypalenie. Często depresja, próby rekompensaty lub odreagowania za pomocą różnych gadżetów adekwatnych do płci, statusu, środowiska, indywidualnych upodobań. To czasem działa na chwilę albo nawet na dłużej, ale procesowi świadomej zmiany, związanej z poczuciem pełnej satysfakcji, spełnienia, nie służy. A czemu tak naprawdę służy?

Co zagłuszamy?

Zagłuszamy w ten sposób ważne pytania – czy to, co robię jest tym, czego naprawdę pragnę? Czy to jest to miejsce, w którym chcę żyć? Czy to jest ten człowiek, przy którym chcę być? Czy to jest ta praca?

Pytania, których nie lubimy. Dlaczego? Bo szczera odpowiedź na nie może naruszyć naszą strefę komfortu. Może wywołać smutek, a nawet ból, jeśli zbyt długo ich unikaliśmy i nie jesteśmy na bieżąco w kontakcie z potrzebami i jakościami, które za nimi się kryją. Ale to są dobre pytania, skłaniające do twórczej refleksji na temat miejsca, w którym jesteśmy. Kim jestem, a kim chcę być? Kto we mnie chce zmiany? Często są one pierwszym krokiem do wyjścia z kryzysu, do świadomej zmiany w zgodzie ze sobą.

Czy jesteśmy skazani na kryzys?

Zmianie podlegamy nieświadomie i nieustannie od chwili narodzin, a kryzys towarzyszy każdej zmianie w naszym życiu. Jest normalnym stanem, twórczym i rozwojowym. W łagodnej formie manifestuje się w nastroju (smutek, tęsknota), snach, marzeniach, fantazjach, drobnych symptomach fizycznych (choroba), sygnalizując w ten sposób wewnętrzny konflikt wynikły z zaniedbania dotychczasowych kryzysów.

Jeżeli będziemy w dobrym i szczerym kontakcie ze sobą, uważni na sygnały i otwarci na podążanie za nimi, to te sygnały doprowadzą do satysfakcjonującej zmiany.

Kiedy kryzys jest rewolucją?

Kiedy nie jesteśmy wystarczająco świadomi i uważni na wysyłane subtelne sygnały, naszym życiem zaczynają coraz bardziej rządzić marginalizowane przez nas potrzeby, wcześniej bagatelizowane czy uważane za niepoważne, wstydliwe, fanaberyjne itp. W ten sposób część osobowości, dotąd niewysłuchana, nieuwzględniana, próbuje coraz bardziej przykuć naszą uwagę, nie przebierając w środkach. A im bardziej ta potrzeba jest ważna, a nasza ignorancja większa, tym częściej sięgamy po metodę „cel uświęca środki”. Ale nawet jeśli go osiągamy, to jakże często nasz stan jest bliższy rozczarowaniu niż satysfakcji, a „mosty spalone"!

Jak przekształcić kryzys w twórczy proces zmiany?

1. Nie ignoruj sygnałów. Jeżeli jakiś aspekt twojego życia cię niepokoi, sprawia kłopot, nie satysfakcjonuje, a ty to marginalizujesz, ignorujesz lub w najlepszym wypadku tolerujesz i czekasz aż przeminie, to właśnie zapala się dla ciebie „żółte światło” dla nadchodzącego kryzysu.

Zastanów się: Jakie jakości i potrzeby cię prowadzą? A jakie próbują prowadzić? O co dbasz, a co marginalizujesz?

2. Posłuchaj uważnie tej części siebie, której zwykle nie słuchasz. Zwróć uwagę na to: Co mówi? Jak mówi? Jakie są jej potrzeby? Jakie są jej wartości? Jak się zachowuje? Jaki wnosi nastrój? Kim jest? Może to jest Kobieta Romantyczna? A może Podróżnik? Artystka lub Artysta? Może Zbuntowany Nastolatek? A może Alicja w Krainie Czarów? Czy James Bond?                                                                                                                

Zastanów się: Co wartościowego już wniosła ta postać do twojego życia? Na co ważnego chce ci zwrócić uwagę?

3. Odbierz informację i przekształć ją. Odbierz ważne dla ciebie informacje, żeby je wykorzystać do świadomego przejścia przez proces zmiany w życiu.

Zastanów się: Gdzie i jak możesz je świadomie wykorzystać?

Samemu czy z pomocą?

Jeżeli masz szczery kontakt ze sobą, potrafisz wyznaczać sobie cele z uwzględnieniem informacji sygnalizowanych przez twoje potrzeby – idź tak dalej. Ale jeżeli masz z tym jakąkolwiek trudność lub twój cel, zadanie do wykonania wymaga transformujących zmian osobowości – warto skorzystać ze wsparcia coacha lub terapeuty.

W podjęciu decyzji niech ci pomoże metafora – teraz lecisz jak samolot na jednym silniku, a z dwoma będziesz mógł lecieć albo wyżej, albo szybciej, albo dalej, albo bezpieczniej – w zależności od twoich potrzeb, też tych zaniedbanych.

Agata Gebhardt: coach i mentor relacji osobistych i biznesowych; prowadzi własną praktykę; pracowała w Instytucie Psychologii Procesu i w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Gdy rozpada się męski świat – o samobójstwach mężczyzn mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko

Ludzie decydujący się na samobójstwo  zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. (fot. iStock)
Ludzie decydujący się na samobójstwo zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. (fot. iStock)
Są mężczyźni, którzy poświęcają się tylko pracy. Albo tylko rodzinie. Gdy tracą to, co jest dla nich wszystkim, tracą wszystko. Załamują się. Dochodzą do wniosku, że nie mają już po co żyć. Wtedy samobójstwo może wydawać się furtką, wyzwoleniem – mówi Benedykt Peczko.

35-letni mężczyzna z kręgu moich znajomych kilka miesięcy temu popełnił samobójstwo. Pozostajemy w szoku: wspaniała żona, trójka zdrowych dzieci, najmłodsze półtoraroczne, warunki do życia całkiem znośne, a on po prostu rezygnuje.
Z pewnością łatwiej zrozumieć kogoś, kto doznał dojmującej straty, na przykład porzucenia przez bliską osobę, zdrady, popadł w pętlę kredytową, zbankrutował. Chociaż i w takich przypadkach trudno mówić o braku perspektyw życiowych. Perspektywy zawsze są, tylko czasami tracimy dostęp do własnej energii, siły, woli życia, pasji, kreatywności. Zapominamy o bogatym zapleczu, które posiadamy w postaci życzliwych ludzi, współpracowników, organizacji, które mogłyby pomóc przejść przez kryzysowy okres.

Porozmawiajmy o tych niepojętych dla obserwatorów z zewnątrz decyzjach osób, które teoretycznie mają wszystko.
Wielu mężczyzn identyfikuje się głównie ze swoją pracą, z osiągnięciami. Gdy po okresie burzliwej kariery przestają awansować, a co gorsze, spadają w dół w hierarchii korporacyjnej, ciężko to znoszą. Załamują się: „mam dość”, „niech to się wreszcie skończy”, „nie będę się dłużej męczył, to i tak nie ma sensu”. Ale znałem też mężczyzn, którzy poświęcili się rodzinie. Gdy przyszedł kryzys, żona odeszła albo umarła, ci mężczyźni załamywali się, niektórzy popełnili samobójstwo. Ponieważ rodzina była dla nich wszystkim, stracili wszystko. Gdy tracą pracę, która jest wszystkim, także tracą wszystko.

Role, które pełnimy, to nie „wszystko”?
Różnorodność, inwestowanie energii i uwagi w różne obszary życia w jakimś sensie nas chroni. Dobrze, by tych obszarów było jak najwięcej: dom, rodzina, praca, przyjaźnie, realizacja pasji, zainteresowań, aktywność społeczna, charytatywna. Gdy kruszy się czy zapada jeden filar, pozostałe podtrzymują sklepienie życia. Gorzej, gdy sklepienie spoczywa na jednym filarze, który właśnie się załamuje. Wtedy można pomyśleć, że zmarnowaliśmy mnóstwo czasu na to, by inwestować w coś, co teraz tracimy bezpowrotnie. Zapomnieliśmy o sobie, zaniedbaliśmy siebie w sensie rozległych relacji ze światem. Wielu mężczyzn nie zadaje sobie ważnego pytania: „po co ja to robię?”. Gdy pytam ich o to, mówią: „bo tak się robi”, „bo trzeba”, „bo mężczyzna powinien”. Boją się pytania, po co żyją, niezależnie od swojej rodziny czy pracy. Dla wielu tego typu refleksja stanowi gigantyczne wyzwanie. Budują poczucie wartości siebie i swojego życia poprzez różne zewnętrzne czynniki. Gdy odkrywają ich nietrwałość, załamują się, dochodzą do wniosku, że nie ma tu co robić, nie ma po co żyć. Skoro nie ma po co żyć, najlepiej zakończyć tę farsę. Wtedy samobójstwo może wydawać się furtką, wyzwoleniem.

Myśli samobójcze – to częsty temat na sesjach psychoterapeutycznych?
Coraz częściej na psychoterapię przychodzą mężczyźni, którzy bardzo wiele osiągnęli i nagle przed czterdziestką ni stąd, ni zowąd, czują się wyczerpani, osamotnieni i zaczynają przebąkiwać o samobójstwie. Jeśli są w stanie zwrócić się o pomoc, mają szansę odkryć, że to, co robili do tej pory, nie jest jeszcze tym, o co chodzi w ich życiu. Mogą na przykład odkryć, że przez 20 lat realizowali nie swoją ścieżkę zawodową, ale tę, którą wybrali dla nich rodzice. Pojawia się myśl o zmarnowanych latach młodości na kształcenie się w kierunku, którego od początku nie lubili, a potem zmarnowanych latach realizowania nie swoich wartości. Jeśli podporządkowujemy się oczekiwaniom i celom narzucanym z zewnątrz, wtedy sprzeniewierzamy się własnej unikalności, żyjemy w wewnętrznym konflikcie. Wewnętrzny konflikt osłabia, prowadzi do głębokiego smutku, niechęci i przygnębienia.

Jest taka wspaniała metafora trawy przebijającej przez asfalt. Siły życia są potężne.
Możemy wyobrazić sobie trawę, która w pewnym momencie natrafia na gruby beton i nie może się przebić, zaczyna umierać, siły życia odpływają. Betonem są tu silnie zablokowane głębokie potrzeby realizacji własnej unikalności. Zalewamy kolejne warstwy betonu, mówiąc sobie: muszę, powinienem, trzeba, należy, nie mam wyjścia, nie mam wyboru, takie jest życie, trzeba zacisnąć zęby, trzeba ciągnąć ten kierat. Inna sprawa to dziecięce traumy.

Zrozpaczeni chłopcy w ciałach dorosłych mężczyzn.
Zdarza się – wcale nierzadko – że mężczyźni 40-, 50-letni wciąż borykają się z dziecięcymi traumami, zranieniami i frustracjami, nawet gdy są prezesami w korporacjach czy bankach. W gabinecie psychoterapeuty na kolejnych sesjach płaczą, mierząc się z dziecięcym bólem. Przeszłe traumy dotyczące relacji z mamą czy ojcem zapadły głęboko i ciągle istnieją na nieświadomym poziomie. Mężczyzna nie jest w stanie ucieszyć się tym, co osiągnął, nie widzi tego, co ma. Nie jest w stanie odnaleźć poczucia satysfakcji, celu i sensu. Nosi stary bagaż, który wysysa z niego energię. Czuje smutek i rozpacz. Jednak najczęściej nie rozumie dlaczego. Aby uciec od tego bólu, może zacząć myśleć o zakończeniu życia. Okazuje się, że przed rozpaczą wewnętrznego dziecka nie chroni żaden sukces, uznanie czy zadowolenie innych. Ono potrzebuje czegoś innego, domknięcia dawnej sytuacji, zaspokojenia potrzeb innego rodzaju – poczucia bezpieczeństwa, akceptacji. Mężczyzna myśli: skoro osiągnięcia nie mają dla mnie aż takiej wartości, nie czuję ich smaku, w dalszym ciągu jestem w rozpaczy, to co mogłoby mi pomóc? Jeśli życiowe powodzenie nie jest w stanie ukoić mojego smutku, to co go ukoi? Chyba już nic. Więc po co żyć? Po co się męczyć? Jaki to ma sens?

Deficyty z dzieciństwa odcinają od wewnętrznych zasobów. Dziecko poszukuje tego, czego nie dostało. Dorosły tkwi w dziecięcej roli. Co to może znaczyć w realnym życiu mężczyzny?
Na przykład tkwi w roli opiekuna swojej mamy. Nie może dać mamie tego, czego ona oczekuje, ponieważ dziecko nie jest w stanie tego zrobić, nie może zastąpić ojca ani rodziców mamy. To jest ponad siły dziecka. Ale to powoduje dodatkową rozpacz; mama taka biedna, cierpiąca, a ja bezradny. To samo może dotyczyć relacji z ojcem. Jeśli mężczyzna nie dostał wsparcia od ojca w najtrudniejszych chwilach dzieciństwa czy młodości, czuł się opuszczony, w dorosłym życiu wewnętrzne dziecko nie czuje się pewnie. Przewodniczący rady nadzorczej w wielkiej korporacji może mieć poczucie, że jest nie na swoim miejscu. Siły życia, wzrostu, rozwoju są krępowane przez stare więzy i łańcuchy.

Jon Kabat-Zinn w książce „Świadomą drogą przez depresję” pisze, że istnieje taka część nas – świadomość – która jest w stanie objąć każde cierpienie.
Ludzie decydujący się na samobójstwo nie mają dostępu do tej części i nie wierzą w nią. Zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. Chodzi tu o świadomość, że coś we mnie pozwoliło mi przeżyć do dzisiaj. Siły życia sprawiły, że z zapłodnionego jaja przeszliśmy wszystkie fazy rozwojowe i doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy. Po drodze wykonaliśmy niezliczoną ilość zadań, opanowaliśmy nieprawdopodobnie wiele umiejętności, zdobyliśmy mnóstwo doświadczeń, rozwinęliśmy wiedzę, mądrość, poznaliśmy różne sposoby radzenia sobie. Ileż problemów musieliśmy rozwiązać, żeby znaleźć się tutaj! To jest bogactwo, o którym zapominamy; skarb, z którego możemy czerpać. Wielu mężczyznom wydaje się, że prawdziwy sukces to ten lansowany w mediach, a nie doświadczenie, mądrość, wewnętrzne zasoby.

Jak je docenić?
Poprzez trenowanie się w radości z drobiazgów. Delektowanie się prostymi rzeczami. Niekoniecznie tym, że po raz kolejny awansowałem. To oczywiście powód do radości i satysfakcji, ale nie jedyny. Im więcej źródeł radości życia, tym mniejsze prawdopodobieństwo myśli samobójczych, nawet w stanach ostrego kryzysu. Odkrywanie pasji, czegoś, co nas cieszyło, gdy byliśmy dziećmi, młodymi ludźmi, pozwala odzyskać bawiącego się chłopca. Mam wrażenie, że my, mężczyźni, Kyzjesteśmy zbyt poważni.

Jak wygląda interwencja psychoterapeutyczna? Gdy mężczyzna mówi, że chciałby zakończyć życie…
Taki komunikat jest dla mnie sygnałem, że nie chce dłużej żyć tak, jak do tej pory. Pytam wtedy o to, jak chciałbyś żyć? To daje możliwość spojrzenia na takie aspekty istnienia, o których do tej pory nie myślał. Gdy mówi: „nie chce mi się żyć”, dokonuje gigantycznej generalizacji. Pytam: co potrzebowałbyś zmienić, żeby ci się chciało? Jakie warunki muszą być spełnione? Co możesz zrobić ze swojej strony, żeby je spełnić? Kto mógłby w tym pomóc? Jakich środków potrzebujesz? To są pytania na ścieżce zmiany. Przekierowujemy uwagę z dylematu „być albo nie być” na „jeśli nie chcę czegoś, czego chcę w zamian i jak to osiągnąć?”. Trudno natychmiast przejść od tendencji samobójczych do radości życia. Dużo łatwiej zmienić zachowanie, zaplanować małe kroki, ale wykonalne. Proszę też, aby mężczyzna wyobraził sobie wystarczająco dobre życie, nie idealne, ale wystarczająco dobre. Nie bierzemy od razu rozmachu na wielkie rzeczy: szczęście, radość, spełnienie. Skupiamy się na drobiazgach. Jakie minimalne zmiany musiałyby się dokonać, żeby zaczęło mi się chcieć?

Próby samobójcze bliskich generują mnóstwo poczucia winy w systemach, w których żyjemy. Jak słyszałam, trudno się z tego wydostać.
Jeśli ktoś postanawia się zabić, nic i nikt go nie powstrzyma. Możemy brać odpowiedzialność tylko za nasze zachowanie. To nieprawda, że „on zabił się przez nią”, że „to ona wpędziła go do grobu”. Oczywiście określone zachowania mogą tworzyć warunki do tego, żeby ktoś zaczął myśleć o samobójstwie, jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co zrobi druga osoba.

„Nie mogę tego zrobić bliskim”. Wydaje się, że to dobra motywacja, aby dać życiu kolejną szansę. Gdy więc pojawiają się myśli o zakończeniu życia…
…pozwolić sobie ochłonąć. A potem przynajmniej raz spotkać się z kimś, z kim moglibyśmy porozmawiać. To może być psychoterapeuta, ale też przyjaciel, ktoś bliski, do kogo mamy zaufanie i o kim wiemy, że wysłucha, nie dając od razu dobrych rad. Często jedna rozmowa powoduje, że zaczynamy dostrzegać w swojej sytuacji takie aspekty, które wcześniej umykały uwadze.

Przeszkodą może być przekonanie wielu mężczyzn, że powinni poradzić sobie sami.
„Mężczyzna nie dyskutuje o swoich problemach”. Nieprawda, zawsze dyskutuje, tylko ze sobą. Najczęściej robi to nieświadomie i w taki sposób, który go nie wzmacnia. „Jeżeli sam sobie nie pomogę, nikt mi nie pomoże.” U mężczyzn to powszechne. Mają rację: tylko oni są w stanie sobie pomóc. Jeśli sięgają po pomoc, stwarzają odpowiednie środowisko do tego, by mogli pomóc sobie sami. To najlepsza decyzja.

  1. Psychologia

„Zacznę wszystko od nowa!” - Gdy chęć zmiany jest tylko ucieczką...

Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić (fot. iStock)
Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić (fot. iStock)
Kiedy tęsknota za nowym jest ucieczką od problemów, starych błędów i siebie? Wtedy właśnie, gdy czujemy, że chcemy zmienić wszystko. Bo to znaczy, że nie chcemy zmienić niczego. Zobacz, jak nie wpaść w pułapkę wiecznego zaczynania od nowa.

Kiedy słyszę: „Nigdy nie jest za późno, by zacząć wszystko od nowa”, przypomina mi się mój mały wnuk, który, jak każde dziecko, nie umie przegrywać. Gdy kolejny raz ma w ręku Czarnego Piotrusia, rzuca karty i woła: „To się nie liczy, gramy od początku”.

„To się nie liczy”, „Nieważne, co było”, „Wymazujemy przeszłość” – każdy z nas czasami odczuwa taką pokusę. Chcemy wierzyć, że w dorosłym życiu także uda nam się wymazać stare błędy, wytrzeć gumką myszką porażki, zapomnieć o niepowodzeniach. Zacząć od nowa, z czystą kartą. Ja to pragnienie rozumiem, przestrzegam tylko przed wpadnięciem w pułapkę kompulsywnego resetowania starej wersji życia.

Życie na próbę

Przeciętny ośmiolatek co tydzień ma nową pasję: najpierw pływanie, potem konie, tenis, rower… Do dziś psychologowie rozwojowi nie są zgodni w kwestii, czy pozwalać na to, czy zabraniać. Zwolennicy uważają, że próbując, dziecko ma szansę lepiej poznać siebie, swoje talenty, predyspozycje. Obawiam się, że to próbowanie życia to jakaś epidemia. Ostatnio do mojego gabinetu trafia coraz więcej 30-, 40-latków, którzy ciągle są na etapie prób i błędów, i to w bardzo istotnych obszarach swojego życia. Jak Iza, 33 lata i 7 prac na koncie. – Będę zmieniać pracę dotąd, aż trafię na zajęcie mojego życia – mówi podczas pierwszej wizyty. Cel szczytny, ale… Iza wcale nie szuka pracy szytej na miarę, tylko dobrego szefa – ojca, bo swojego biologicznego nie zna, a żaden dotychczasowy szef nie był wystarczająco wspierający, motywujący i dbający.

Co roku w styczniu, w lutym, a nawet jeszcze w marcu pojawiają się u mnie pacjenci chcący pracować nad swoimi noworocznymi postanowieniami, które z roku na rok są coraz bardziej globalne: „Chcę zmienić wszystko w moim życiu”, a to „wszystko” to m.in. schudnięcie 30 kg, rzucenie palenia, zmiana pracy i partnera, zerwanie relacji z rodzicami… i to najlepiej wszystko naraz. Trafiają też do mnie tacy, którzy od progu mówią: „Słyszałam, że pani nie grzebie się w przeszłości. To mi pasuje. Poprzedni terapeuci ciągle wypytywali mnie o mamusię i tatusia, a je zerwałam z przeszłością i chcę zacząć wszystko od nowa. Dziś jestem zupełnie kimś innym”. Świetnie – mówię wtedy. Jeśli masz pełną świadomość tego, kim jesteś, jaki jest twój mit życiowy, masz rozliczoną i zamkniętą przeszłość i wiesz, co chcesz zrobić ze swoim życiem – będziemy pracować nad tym, co tu i teraz. Jeśli trafnie oceniasz swoje możliwości i czujesz, że jesteś gotowa do zmiany – to doskonale. Ale by zmiana była naprawdę zaczęciem wszystkiego od nowa, a nie jedynie ucieczką od starego, musisz wiedzieć, kto chce się zmienić, kto chce zacząć jeszcze raz. Nawet jednak wtedy nowe nie kasuje starego, nie wymazuje twoich genów, nie zmienia temperamentu, nie zwalnia cię z konsekwencji popełnionych błędów. Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić. Nowe bez bilansu starego bardzo szybko zacznie przypominać stare.

Pokolenie fast

„Czy jesteś gotowa do zmiany całego swojego życia?” – to jedno z ważniejszych pytań podczas rozmów kwalifikacyjnych. Chcesz być na topie, nie wypaść z obiegu – odetnij swoje korzenie, bądź jak wirtualna roślina, która wszędzie się przyjmie, na chwilę, a potem zobaczymy co dalej. Konsekwencje? Powszechnie panujący lęk przed bliskością, nieumiejętność budowania i podtrzymywania więzi. I przede wszystkim potworny stres, bo zaczynanie wszystkiego od nowa to dla organizmu konieczność ogromnej mobilizacji i wydatkowania energii, którą trudno rozładować, będąc w ciągłym biegu i czujności, czy za chwilę znowu nie trzeba będzie powtórzyć tego od początku.

Ilona ma wspaniałą pracę, nowoczesne mieszkanie i cudowną rodzinę. Pół roku temu jej mąż stracił zatrudnienie. Choć ma bardzo wysokie kwalifikacje, od miesięcy nie może znaleźć pracy na porównywalnym poziomie. Tydzień temu poinformował rodzinę, że wyjeżdżają z Polski, bo nie ma zamiaru tyrać za grosze. „Zaczniemy wszystko od początku gdzieś, gdzie ludzi nie traktuje się jak wyrobników” – powiedział Ilonie. – A co z twoją pracą, szkołami dzieci, przyjaciółmi, no i starzejącymi się rodzicami? – zapytałam. – Nie będę się teraz nad tym zastanawiać – odpowiedziała. – Takie jest życie, zmiany są jego nieodłącznym elementem. Cały świat emigruje za pracą.

Nowa praca, nowy związek, nowi przyjaciele, kolejna przeprowadzka do nowego mieszkania – proszę bardzo. A wszystko w zawrotnym tempie, żeby zdążyć, nie przegapić szansy życia. To nic, że bez namysłu, bez refleksji, czasami na wariackich papierach, byle do przodu, byle nie wypaść z rynku, nie dać się wyprzedzić.

Wszystko dookoła zmienia się jak w kalejdoskopie, a wewnętrzna odporność na zmiany została okrzyknięta największym gwarantem sukcesu.

Progres czy regres?

Niektórzy twierdzą, że jeśli w naszym życiu pojawia się propozycja nowego, to oznacza postęp, no i naszą gotowość do zmian. Jednak całkiem często zdarza się, że diabeł kusi nas w chwilach słabości, utknięcia w martwym punkcie. Pojawia się oferta nowej pracy, a ty… No cóż, nie myślałaś o zmianie miejsca zatrudnienia, ale ostatnio nie jesteś w najlepszej formie, brakuje ci energii, wszystko cię nudzi, czujesz się ogólnie zniechęcona – jednym słowem drobny kryzys. A tu taka propozycja – grzech nie skorzystać. Myślisz: a może tego mi właśnie potrzeba? Po co naprawiać stare, skoro pojawia się nowe?

Poczucie braku spełnienia i sensu życia rodzi pokusę, by zacząć wszystko od nowa. Łudzisz się, że trzeba koniecznie zmienić otoczenie, żeby życie zmieniło się na bardziej ekscytujące, rozwijające, odkrywcze. Czujesz, że zmiana zawsze oznacza jakiś progres, powiew świeżości, daje nową energię. Zgoda, to działa, dopóki nie straci statusu nowości. Ale zaczynanie od nowa, bez refleksji nad tym, co masz tu i teraz, oraz domknięcia przeszłości jest jak kupno nowych butów w starym (za małym) rozmiarze. Stare cię cisnęły, ale ty wierzysz, że nowe, przez sam fakt nowości, na pewno będą w sam raz.

Życie według scenariusza fast nakłania nas do szybkich zmian, ale te zmiany mają drugie, niezbyt chlubne dno. Młodych odciążają z poczucia odpowiedzialności: „Pobierzmy się, a jak nam się nie uda, to się najwyżej rozwiedziemy”. Starszym dają iluzję pozbycia się lęku przed śmiercią: „Dopóki mogę zacząć wszystko od początku, starość i śmierć mnie nie dotyczy”. Pokusa zaczynania wszystkiego od nowa w dowolnym momencie życia to często ucieczka od problemów, popełnianych błędów (stale tych samych) i od uczuć, czyli od samego siebie.

Zacznij od zmiany nawyków

Przyjrzyj się niemowlęciu, które leży na podłodze i próbuje sięgnąć po grzechotkę. Jest maksymalnie skupione, ale nie usztywnione w ruchach, konsekwentne, cierpliwe, gotowe do wielu prób. Gdy przyjrzysz się uważnie, odkryjesz dzięki niemu, że po grzechotkę można sięgnąć na bardzo wiele sposobów. To właśnie ten moment rozwojowy, kiedy spontanicznie, kierowani ciekawością, próbujemy życia. Obserwacja niemowlęcia jest bazą do metody Feldenkraisa, czyli poszerzania świadomości własnego ciała. Główną tezą metody jest: „Rób to samo inaczej i w konsekwencji odkryj najlepszą wersję siebie”.

Na początku może to brzmieć skomplikowanie. Chodzi o to, by wyjść ze swoich nawyków. Zamiast zaczynać stale od nowa całe swoje życie, prościej i bardziej bezpiecznie jest zacząć od zmiany drobiazgów: przez tydzień myć zęby inną ręką niż zwykle albo wracać z pracy do domu każdego dnia nową drogą, a po tygodniu wybrać tę, która najbardziej ci pasuje. To prawda, że mamy nieograniczoną ilość możliwości i to nie tylko w świecie zewnętrznym, ale przede wszystkim we własnych ciałach, a dokładnie w możliwościach ruchowych. Analizowanie sposobu, w jaki zwykle wstajesz z krzesła, i próba wykonania tej czynności powoli, tak by wydatkować jak najmniej energii – to w efekcie ogromna zmiana, na dodatek o wiele bardziej efektywna niż nagłe rzucenie wszystkiego i wyjechanie na drugi koniec świata.

Jesteśmy nawykowcami w ruchach, myślach i czuciu. To są właśnie te stare, niewygodne buty, które powodują, że tu strzyka, tam łamie, w pracy nudy, w relacji obojętność, a diabeł kusiciel tylko na to czeka.

Nie musisz zmieniać wszystkiego, zrób to samo tylko inaczej, a efekty będą niewyobrażalne. Nie satysfakcjonuje cię związek, w jakim jesteś? Zamiast oczekiwać, że partner się zmieni, albo zmienić partnera – zmień swoje zachowanie w relacji, a wcześniej przeanalizuj wasz skrypt relacyjny, który, choć nie działa, ty stale powtarzasz.

Moshe Feldenkrais, twórca metody, powiedział: „Jeśli wiesz (masz świadomość), co robisz, wszystko, co robisz, jest dobre”.

Ewa Klepacka-Gryz: psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Styl Życia

Nie bój się zmian

Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zmiany pojawiają się zwykle w najmniej spodziewanym momencie. Są jak znajomi, którzy zaskakują cię wizytą, kiedy chcesz iść spać. Dlatego spokojnie nastaw wodę na herbatę, a zanim się zagotuje, będziesz wiedziała, co robić.

Wiosna, koniec studiów, 18. czy 40. urodziny – to momenty, które jednoznacznie kojarzymy ze zmianą, z końcem czegoś starego i początkiem nowego i, jak chcemy wierzyć, lepszego. Nieuchronne, ale konieczne zamknięcie jednego etapu, po to, by móc rozpocząć drugi. Często nie rozumiemy jednak zmian, jakich doświadczamy.

Nie widzimy sensu w tym, że zwalniają nas z pracy albo że partner decyduje się na rozstanie. Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. Być może obecna sytuacja życiowa przestała służyć naszemu rozwojowi. I właśnie dlatego los stawia przed nami nowe wyzwanie. Oczywiście, boimy się utraty tego wszystkiego, do czego się przyzwyczailiśmy: np. miejsca pracy czy długoletniej relacji. Aby zminimalizować poziom strachu, warto krok po kroku i z uważnością rozszerzać perspektywę widzenia całej sytuacji. Zwłaszcza, że zwykle to, co na początku wydaje się trudne, przestaje takie być, kiedy poziom adrenaliny się obniży i zaczniemy patrzeć na nową sytuację bez silnych emocji.

Zmiany to oznaka postępu. Jeśli właśnie ich doświadczasz, to znaczy, że przechodzisz teraz przyspieszony kurs rozwoju osobistego. Sęk w tym, że zwykle wolimy święty spokój od karuzeli zdarzeń, która zmusza do działania. Opieramy się zmianom, a czasami nawet udajemy, że ich nie widzimy. Dotyczy to szczególnie takich sytuacji, kiedy nie chcemy się przyznać, że np. praca od lat odbiera nam radość życia, a w związku od dawna nie doświadczamy miłości i zrozumienia. Zmiana odbywa się zatem pod powierzchnią codziennego życia, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu…

Przyzwyczajenie do życia w tym samym miejscu, w tej samej pracy i z tym samym partnerem zawęża perspektywę widzenia. Czasami z lęku przed wzięciem życia we własne ręce wolimy trwać w iluzji, że możemy być szczęśliwi tylko w takim układzie, w jakim jesteśmy. Zużywamy więc mnóstwo energii na podtrzymywanie status quo. Ale jeśli jakaś część ciebie bardzo pragnie zmiany, będzie ci za wszelką cenę dawała o tym znać. Możesz odczuwać apatię, a niekiedy frustrację i złość. Możesz zazdrościć znajomym, że powodzi im się w życiu lepiej niż tobie. Możesz zaczytywać się w książkach z wartką akcją i marzyć o wielkich podróżach. Pytanie tylko, czy robisz coś, aby przekuć marzenia w rzeczywistość.

Otwarcie na zmiany

Warto wysłuchać głosu tej części siebie, która potrzebuje zmian. Zamiast na siłę ratować tonący statek i tkwić w starym schemacie, dobrze jest zapytać samej siebie: „Czego tak naprawdę pragnę i co mogę zrobić, aby zacząć realizować swoje marzenia?”. Statek musi zatonąć, aby na horyzoncie mogło pojawić się coś innego. Albo abyśmy mogli w ogóle to zobaczyć. Dlatego zamiast zużywać energię życiową na wtłaczanie życia w stare koleiny, sprawdź, co się stanie, jeśli po prosu pozwolisz zmianie się dopełnić. Życie nie przebiega jak długa, pozioma linia. Jest jak ocean, czasem spokojny, a czasami burzliwy. Fale to wyzwania, które dają ci możliwość dalszego rozwoju. Pomyśl o tym, jak twoje życie może się przeobrazić, jeśli każdą zmianę będziesz witać z uważnością, bez oceniania, czy jest dobra, czy zła. Zarówno tę, której doświadczasz niespodziewanie, jak i tę, która zachodzi niepostrzeżenie, pod osłoną codziennego życia. Każda zmiana to ruch energii, a ruch to impuls życia. Płyń więc z nurtem rzeki, a nie pod prąd. Kiedy płyniesz z nurtem, zmiany nie muszą być trudne do przeprowadzenia. Wręcz przeciwnie, otworzą cię na ocean nowych możliwości.

Ćwiczenie

Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie kroki, jakie powinnaś podjąć, aby jak najlepiej przygotować się do przeprowadzenia zmiany. Podkreśl pięć najważniejszych, od których powinnaś zacząć. Wypisz również wszystkie znajome osoby, które przechodziły podobną zmianę i mogą pomóc ci się z nią oswoić. Skontaktuj się z trzema z nich i zaproponuj spotkanie. Rozmowa może ci pomóc w lepszym oswojeniu się z życiową zmianą.

Twórcza wizualizacja

Wyobraź sobie, że przenosisz się teraz na piękną plażę. To szczególne miejsce – tu spotkasz się z tym aspektem siebie, który jest bardzo kreatywny i posiada narzędzia do harmonijnego przeprowadzania zmian. Wyobraź sobie, że możesz teraz zadać mu wszystkie potrzebne pytania i poprosić o wskazówki. Możesz też zapytać, czy mógłby przekazać ci jakiś symbol, który pomoże ci aktywizować własną moc (może to być np. kamień lub pióro). Po wykonaniu ćwiczenia zapisz wszystkie wskazówki i postaraj się znaleźć realny kamień, pióro lub cokolwiek innego, co możesz utożsamić z tym aspektem siebie, by przypominał ci o tym, że moc i odwaga są w tobie.

Powiedz sobie, że…

Jeśli doświadczasz zmiany, spróbuj uwierzyć, że masz w sobie wszystkie narzędzia potrzebne do tego, by znaleźć się w nowej sytuacji i dać sobie ze wszystkim radę. Wewnętrzna moc aktywizuje się w sytuacjach, które określamy jako wyzwania. Zmiana może zatem zmotywować do obudzenia uśpionych dotąd potencjałów. Każdy koniec jest zapowiedzią początku. Kiedy coś się kończy, co innego się rozpoczyna. Jest jeszcze moment „pomiędzy”, w którym asymilujemy zmianę i zbieramy potrzebną energię. Ten czas nie musi być tylko trudny i stresujący, jest również ciekawy i rozwojowy. Pamiętaj o tym!

  1. Psychologia

Moja miłość go zmieni

Układ, w którym jedna osoba próbuje ocalić drugą, bez aktywnego współdziałania z jej strony, kończy się niepowodzeniem i uczuciem rozczarowania. (Fot. iStock)
Układ, w którym jedna osoba próbuje ocalić drugą, bez aktywnego współdziałania z jej strony, kończy się niepowodzeniem i uczuciem rozczarowania. (Fot. iStock)
Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się myśleć: "Cóż, z pewnością jego charakter nie należy do łatwych, ale ma w sobie zadatki na świetnego faceta. Gdybym się trochę postarała, dała mu więcej niż inne kobiety, on z pewnością udowodni, że stać go na więcej. Moja miłość go zmieni." Jeżeli tak, ten tekst jest właśnie dla ciebie.

Używam żeńskiej formy, ponieważ taka postawa jest raczej domeną kobiet. Jeśli jednak jesteś mężczyzną i myślisz podobnie, także zapraszam do lektury!

Beczka z prochem

- Doskonale wiem, jak to jest być artystą. Na początku też wpadałam w różne dołki – przyznaje Marlena, 38-letnia projektantka. - Dlatego, kiedy spotkałam Marka, od razu zrozumiałam jego problemy. To naprawdę inteligentny, błyskotliwy facet. Ale napisanie dobrego scenariusza, to nie lada wyzwanie. Nie dziwiłam się, że odrzucał mało ambitne chałtury, nawet, gdy z jego finansami było krucho. Jeśli człowiek chce coś osiągnąć, musi się na tym skoncentrować. Szybko złapaliśmy prawdziwe porozumienie, a potem cóż... zakochałam się.

Po kilku tygodniach Marek wprowadził się do Marleny. - Postanowiłam, że pomogę mu stanąć na nogi - wspomina. - Mój biznes naprawdę dobrze się rozkręcił, więc stać mnie było na to, aby zafundować Markowi warunki do twórczej pracy. Na początku było wspaniale. Czułam, że znalazłam prawdziwy diament, który wymaga tylko podszlifowania. Marek zachowywał się wspaniale, był taki czuły i mówił o swojej pracy z ogromną pasją. Niestety, po kilku miesiącach coś zaczęło się psuć. Miewał długie chandry i napady złego humoru, pisanie mu nie szło. Chodziłam na palcach, bo wierzyłam, że impas minie, a on złapie wenę.

Marlena zaczęła żyć marzeniami. Nieustannie wyobrażała sobie, że Marek odbiera jakąś ważną nagrodę za swoje twórcze osiągnięcia, a ona jest tuż obok i czuje na sobie jego wzrok, pełen miłości. Niestety, myliła się. Teraz zdała sobie sprawę z tego, że jej wizje nigdy nie znajdą odzwierciedlenia w rzeczywistości.

- Marek, mimo mojej miłości, wsparcia i zachęt, przez dwa lata nie dokończył swojego scenariusza. Ciągle coś w nim zmienia, poprawia albo wścieka się i wykreśla całe partie - przyznaje 38-latka. - Żyje wygodnie na mój koszt, a w dodatku staje się coraz bardziej opryskliwy. Ostatnio temat scenariusza stał się beczką z prochem. Wystarczy, że spytam, jak mu się pracowało, a on zaraz wybucha. Nie wiem co robić. Czuję, że nawet nie docenia tego, co dla niego robię. Czy powinnam odejść?

Historia, którą opowiedziała Marlena, miewa także inne odsłony. Ileż razy słyszymy: on jest wspaniały, ale...

• nie umie okazywać uczuć, bo został kiedyś zraniony, • nie skończył szkoły, studiów, bo nauczyciele rzucali mu kłody pod nogi, • za dużo pije, bo jest bardzo wrażliwy, a świat taki okrutny, • nie może znaleźć pracy, bo jest zbyt skromny żeby rozpychać się łokciami itp.

Jak działa schemat?

Nie jest ważne co dokładnie jest z nim nie tak. W tym schemacie liczy się sposób myślenia: "Ja pomogę mu stanąć na nogi, przy mnie nauczy się tego, czym jest miłość".

Niestety, układ, w którym jedna osoba próbuje ocalić drugą, bez aktywnego współdziałania z jej strony, kończy się niepowodzeniem i uczuciem rozczarowania.

Przyczyna

Być może to ty sama czujesz się niewiele warta, dlatego uważasz, że dopiero gdy wykażesz się determinacją, cierpliwością, wielkim uczuciem, wspaniałomyślnością, tolerancją, hojnością i innymi zaletami, udowodnisz, że zasługujesz na to, by cię pokochano.

Aby móc się wykazać, potrzebujesz kogoś, kto stworzy ci odpowiednią szansę. Mężczyzna, który sobie radzi w życiu, nie da ci jej. Dlatego szukasz takiego, który cię potrzebuje, a nie pragnie. Przy nim zaprezentujesz cały arsenał pozytywnych cech. Szukasz więc kogoś, kogo ocalisz, kto będzie miał wystarczający powód by z tobą być.

Dlaczego tak masz?

Prawdopodobnie wychowywano cię w taki sposób, że utożsamiłaś swoje poczucie własnej wartości z byciem "dobrą". Nauczyłaś się, że twoje samopoczucie zależy od tego, czy jesteś akceptowana, a więc dostatecznie miła, pomocna i kochająca.

Sygnały ostrzegawcze

• Na początku najbardziej wzruszające i urocze wydaje ci się to, co jest, obiektywnie patrząc, jego najmniej zachęcającą cechą (np. emocjonalne zamknięcie, nieporadność życiowa, milczkowatość). • Szybko tłumaczysz jego zachowanie tym, że nie otrzymał w życiu wystarczającego wsparcia i miłości. • Masz wrażenie, że jesteś jedyną osobą, która może go zrozumieć i mu pomóc. • Czujesz, że nie możesz go zostawić. • Usprawiedliwiasz jego zachowanie przed sobą i innymi, nawet jeśli w głębi serca jesteś nieszczęśliwa.

Te sygnały są wystarczającym powodem, abyś zastanowiła się nad tym, co robisz ze swoim życiem.

Skutki tego postępowania

Angażujesz całą swoją energię w pomaganie, ulepszanie, ratowanie kogoś innego, podczas gdy to ty potrzebujesz wsparcia i poprawy samooceny.

Gdybyś zainwestowała te wszystkie działania w siebie, byłabyś, no właśnie… śmiem twierdzić, że kim tylko chcesz! Zwykle jednak marnujesz mnóstwo możliwości dotyczących własnej osoby.

Jak to zmienić?

1. Na początek "obejrzyj" swoje dotychczasowe związki, wykorzystując technikę dysocjacji.

Usiądź wygodnie, weź kilka oddechów i wyobraź sobie, że oglądasz na dużym telebimie film ze swoim udziałem. Oczywiście mam na myśli film o historii twojego związku. Postaraj się patrzeć oczyma widza, a nie zakochanej kobiety – to ważne. Skomentuj obiektywnie to, co widzisz.

2. Sporządź listę raniących zachowań, upokarzających sytuacji i strat, które poniosłaś działając według schematu "moja miłość go zmieni".

3. Zrób listę działań i wszystkich twoich inicjatyw, które podjęłaś dla swojego mężczyzny bez rezultatu. Następnie napisz, co mogłabyś w tym czasie, korzystając ze wszystkich środków, zrobić dla siebie.

4. Ucz się doceniać ludzi, którzy sobie radzą i biorą odpowiedzialność za swoje życie. Oczywiście, nie ma niczego złego w byciu wsparciem i w pomaganiu. Miłość przecież wytwarza taką potrzebę. Jednak ważne jest to, że jest to działanie wzajemne i oboje powinniście wykazywać inicjatywę i troszczyć się o siebie nawzajem.

  1. Psychologia

Etapy życia kobiety - co wnosi każdy z nich?

Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. (fot. iStock)
Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. (fot. iStock)
Etapy życia kobiety niekoniecznie zależą od wieku. Odchodzą i powracają, uczą. Nie ma faz lepszych lub gorszych. Na każdym etapie rozwoju odkrywamy inny kawałek siebie.

Przez pierwszych trzydzieści parę lat my, kobiety, jesteśmy w rolach, które często zbytnio nas „zagarniają”. Jesteś przed trzydziestką, a czujesz, jakby twoje życie nie należało do ciebie: zapracowana, nadmiernie oddana mężowi, dzieciom albo korporacji, gubisz po drodze sens tego wszystkiego i uwiera cię własna dusza. Około 35. urodzin wchodzisz w etap matkowania… własnej tożsamości. Kierowana potężną energią od środka, nabierasz dystansu do swojej fizyczności, ról, które odgrywasz. W twoim życiu krystalizuje się perspektywa ,,ja”, zadajesz sobie pytania: „kim jestem poza tymi rolami?”, „czego chcę?”, „dokąd zmierzam?”. Jeśli w naturalny sposób zaakceptujesz ten etap, perspektywa ,,ja” zacznie ustępować miejsca ,,byciu dla świata”, czyli służeniu ludziom swoją mądrością i życiowym doświadczeniem.

29-letnia Iwona została szefową zespołu w dużej agencji reklamowej. Kilka dni później zachorowała na grypę. – Nie pamiętam już, kiedy byłam tak poważnie chora – mówi. – Gorączka około 40 stopni nie spadała mi prawie przez tydzień. W malignie miałam wizję siebie jako małej dziewczynki, która zgubiła się w supermarkecie. To było przerażające doświadczenie.

Po chorobie Iwona długo nie mogła dojść do siebie. Minął miesiąc, a praca, która do tej pory tak ją cieszyła, przestała dawać dobrą energię. – Nie pomagały przepisane przez lekarza witaminy ani ziołowe preparaty na wzmocnienie. Po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się, czy moje życie ma sens. Najpierw prestiżowa szkoła średnia, potem elitarne studia, praca w korporacji, czasami po 12 godzin na dobę. Nie miałam czasu na poważny związek, na przyjaciół. Nie wiedziałam nawet, czy kiedykolwiek chcę mieć rodzinę, dzieci. Przyjaciółka namówiła ją na wzięcie bezpłatnego urlopu i samotny wyjazd w góry. Iwona wiedziała, że potrzebuje czasu, by zrobić bilans swojego życia i zastanowić się, co dalej.

Zatrzymaj się w biegu

Jolanta Włoch, psycholożka, terapeutka: Choroba pojawia się często na pewnym etapie rozwoju kobiety jako eskalacja wewnętrznego kryzysu. Jakby ciało było ostatnim głosem zmuszającym do zatrzymania się w biegu, wsłuchania w wewnętrzne potrzeby.

Współczesny świat zerwał z naturalnym przechodzeniem ludzkiego życia przez jego kolejne fazy: od długiego dzieciństwa, przez dojrzewanie połączone z oczekiwaniem na przywileje dorosłości, poprzez dojrzałość, aż do starości przygotowującej do śmierci. Teraz od dzieci szybko oczekuje się samodzielności, realizacji zadań, a równocześnie, dużo wcześniej niż kiedyś, dopuszcza się je do obszarów dawniej zarezerwowanych dla dorosłych (moda, zarabianie i posiadanie pieniędzy, kontakt z „dorosłymi” tematami w telewizji, internecie). Wcześniej też zaczyna się faza młodości, w której niemal wszystko już wolno (dochodzi do inicjacji seksualnej i alkoholowej). Zaczyna i zdaje się nie mieć końca, jakby broniła się przed przejściem w dojrzałość. Na randki bez zobowiązań, shopping i imprezki z zarywaniem nocy chodzą zarówno gimnazjaliści, jak i 40-latkowie.

Teresa Raczkowska, psycholożka, psychoterapeutka: Rozwój to scalanie wszystkich aspektów naszej osobowości. Żeby być w dobrej relacji ze światem, nie trzeba wyrzekać się samej siebie. Najczęstsze przeszkody stojące na drodze rozwoju wynikają z: braku akceptacji kobiecości przez matkę, oczekiwania szybkich rezultatów, przekonania o braku wpływu czy znaczenia naszych działań z powodu doznanych porażek oraz niezrozumienia, a przez to niechęci do samych siebie i ucieczki od tego, co w nas prawdziwe.

A tymczasem na każdym etapie życia, bez względu na wiek, warto raz na jakiś czas się zatrzymać, odsunąć wszystko, co zagłusza, i odkryć swoje miejsce błogości – czyli z czym lub kim i kiedy jest ci naprawdę dobrze, szczęśliwie, autentycznie.

38-letnia Agnieszka przyszła do gabinetu z powodu alkoholizmu męża, ale szybko okazało się, że nie to jest jej największym problemem. – Przez 15 lat małżeństwa byłam praczką, kucharką, pielęgniarką, terapeutką, ale mam tego dość – powiedziała. – Chcę wreszcie zacząć żyć swoim życiem, dbać o siebie, realizować marzenia, wyleczyć zęby, kupić sobie modny ciuch. Coraz mniej mnie obchodzi, czy on przestanie pić. Czy jestem wstrętną egoistką?

Kobieta w kryzysie

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka: Doskonale rozumiem obawy Agnieszki. Dla wielu z nas, od dzieciństwa wtłaczanych w rolę altruistek (uległych, podporządkowanych, zależnych), wewnętrzna potrzeba zadbania o siebie to proces, który trudno zaakceptować. Każdego tygodnia przychodzą do mnie kobiety około czterdziestki, które z przerażeniem odkrywają, że coś się w nich zmieniło, że przestały być takie jak dawniej, że stary scenariusz na życie przestał się sprawdzać, a nowego jeszcze nie mają...

Męskie kryzysy zwykle przychodzą ze świata: strata pracy, bankructwo firmy, konflikty w małżeństwie. W takich chwilach mężczyzna rzuca się w wir działania, analizuje sytuację, opracowuje strategię, zawsze ma plan B. Nasze kobiece kryzysy czają się w duszach, wywodzą się z wnętrza i w końcu, jeśli je bagatelizujemy, materializują się w zewnętrznym świecie. Mężczyźni po czterdziestce, po czasie pogoni za młodością (szalonym romansie z młodą sekretarką, kupnie sportowego samochodu) w końcu godzą się z upływającym czasem, zaczynają czerpać satysfakcję z tego, co udało im się osiągnąć, a od życia oczekują stabilizacji i spokoju. Kobiety mają odwrotnie. Budzą się nagle jak księżniczki ze stuletniego snu, mniej lub bardziej zbuntowane.

Maria jest znaną aktorką. Wkrótce skończy 55 lat. Wygląda na osobę znacznie młodszą. – Wie pani, w tym zawodzie wygląd to podstawa – tłumaczy. – Mówią, że masz tyle lat, na ile się czujesz. A ja niczego nie czuję, jestem w środku pusta. Kiedy gram na scenie, podziw fanów odejmuje mi lat. Gdy wieczorem wracam do wielkiego, pustego mieszkania, dopadają mnie demony realnego życia. Mąż, starszy o 20 lat. Jedyne, czego pragnie od życia, to spokojnie doczekać śmierci. Córka, niby dorosła kobieta, nie zasypia bez kilku drinków i ciągle jest na moim utrzymaniu. Na drugim końcu Polski mam kochanka, młodszego od mojej córki, który oczekuje ode mnie seksu, a ja nie wiem, czy tego chcę.

Kilka miesięcy temu odezwał się do mnie dawny narzeczony. Trzydzieści lat temu planowaliśmy wspólne życie. Tydzień przed ślubem zniknął. Dlaczego pojawił się właśnie teraz?

W pogoni za młodością

Ewa Klepacka-Gryz: Maria kompletnie pogubiła się w życiu. Nie wie, kim jest, czego potrzebuje, dokąd zmierza. Nieustanna walka z upływającym czasem przysłania jej prawdziwe pragnienia. Pod maską scenicznego makijażu ukryła prawdziwą twarz. Dramat tej sytuacji polega na tym, że ukrywa ją także przed sobą. Dopóki nie będzie gotowa skonfrontować się ze swoimi demonami, zatrzymać się w gonitwie za umykającą młodością, pomieścić w sobie swój ból, rozczarowania i cierpienie, żaden terapeuta jej nie pomoże.

Jolanta Włoch: Zgodnie z fazami życia kobiety, według Joan Borysenko, autorki książki ,,Księga życia kobiety”, rozwój nigdy się nie kończy i każda faza życia ma swój sens i urok. Nie warto trzymać się kurczowo i w nieskończoność młodości, bo kiedy będzie czas na smaki dojrzałości i starości? Gdy dziś patrzę na swoją twarz, na której jest milion zmarszczek, cieszę się z każdej z nich i nie zamieniłabym dojrzałej fazy życia na żadną wcześniejszą. Każda z moich zmarszczek na twarzy i duszy przyczynia się do bycia szczęśliwą kobietą. Mojej rocznej wnuczce życzę właśnie takiego harmonijnego, niespiesznego przechodzenia przez wszystkie fazy kobiecego rozwoju.

Recepta na zmiany

Kiedy pewnego dnia dysonans pomiędzy wyglądem, samopoczuciem i powinnościami obudzi cię o czwartej nad ranem – ogarnie cię paniczny lęk. Coś ci podpowie, że zabrnęłaś w ślepą uliczkę i dalej tak być nie może. Wewnętrzny głos szepcze: „stój, zatrzymaj się, posłuchaj, co ci w duszy gra”. Role, jakie narzuciło ci życie: bycie matką, perfekcyjnym pracownikiem, gospodarną żoną – sprawiają, że nie wiesz, kim naprawdę jesteś. Na dodatek dobija się do ciebie twoja przeszłość; pojawia się dawny narzeczony, wracają niezrealizowane marzenia, wątpliwości, czy twoje małżeństwo albo praca, ta sama od lat, to na pewno to, o co ci w życiu chodzi. Nagle ożywa w tobie bunt nastolatki; chcesz tańczyć, myślisz o zmianie zawodu, partnera, miejsca zamieszkania. Właśnie owa potrzeba zmian najbardziej cię przeraża. Co się dzieje? Tkwisz w teraźniejszości i pragniesz zmian, jednocześnie bardzo się ich bojąc.

– Tymczasem rozpoznanie, kim jesteś, i akceptacja własnych potrzeb są warunkiem rozwoju – mówi Jolanta Włoch. – Odpowiedz sobie choćby na proste pytania, np. „Czy jesteś introwertyczką czy ekstrawertyczką?”. Czyli: czy lepiej czujesz się sama ze sobą lub w kameralnym gronie, czy wśród bardzo hałaśliwego tłumu? Czy potrzebujesz wciąż nowych bodźców, bo inaczej się nudzisz, czy też możesz spędzać kolejne wakacje w tym samym odludnym miejscu, z książką? Jeśli jesteś – jak ja – introwertyczką z małą potrzebą stymulacji, nie powinnaś żyć w stylu ciągle głodnej wrażeń ekstrawertyczki, bo się unieszczęśliwisz.

Jeśli rozpoznasz, który etap, bez względu na metrykę, właśnie przechodzisz, znajdziesz się bliżej siebie. Twoi przyjaciele jadą całą bandą w Himalaje? Jeśli jesteś „z innej bajki”, miej odwagę z tego zrezygnować.

Dla świata czy dla siebie?

Mężczyzna określa swoją wartość poprzez sprawczość, działanie w świecie zewnętrznym, natomiast kobieta – poprzez relacje.

Kiedy jesteś małą dziewczynką, to matka (przekonaniami czy zachowaniami) pokazuje ci, jak to jest być kobietą. Przez pierwszych 20 lat życia szukasz autonomii, a podstawowe pytanie, jakie sobie zadajesz, to: „Czy chcę być miła, grzeczna i uległa (tak jak chciała matka) czy raczej autentyczna?”. Przez kolejnych 10 lat szukasz partnera na życie, który nauczy cię, jaką masz być kobietą dla niego (bo matka właśnie tego nauczyła cię oczekiwać od mężczyzny). Dodatkowo próbujesz odnaleźć swoją tożsamość zawodową – dobry pracownik, czyli jaki? Spełniający bez sprzeciwu polecenia szefa czy kreatywny, twórczy, niezależny? W imię dbania o relacje twój wewnętrzny system wartości często zostaje wystawiony na bolesne próby, no bo czy masz być wierna sobie czy innym? Dopóki nie znajdziesz kompromisu w tej sprawie, wewnętrzny głód domagać się będzie zaspokojenia, a lęk przed nieznanym zakłóci twój spokój. Zaczniesz sama siebie sabotować, pojawią się wątpliwości: ,,Czy ja nie zwariowałam?” i rozdźwięk pomiędzy tym, kim jesteś, a kim chciałabyś być.

Rozwój kobiety nie jest wyznaczany metryką urodzenia, wyglądem, stanem posiadania, stażem w związku czy ilością ról do spełnienia. Czasy, kiedy dokładnie było określone, co wypada 20-latce, a czego nie powinna robić 40-latka, na szczęście powoli odchodzą do lamusa. Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. Jak pisze Joan Borysenko w „Księdze życia kobiety”, rozwój zmierza do ostatecznego końca, czyli do odkrycia własnej tożsamości.

Od nigredo do coniunctio

Rozwój kobiety to – według Moniki Gajdzińskiej, autorki książki ,,Jestem kobietą. Prawdziwe historie. O związkach, nadziejach, marzeniach, odwadze i przyjaźni” – alchemiczny proces przemiany. Na początku drogi jesteś prima materią – pierwotną materią, która wymaga obróbki, uszlachetnienia. Nie wiesz jeszcze, jaka jest twoja osobista droga, rola w większym planie.

Kiedy jesteś na to gotowa – pojawia się ZMIANA. Wydarza się coś, co wywraca życie do góry nogami (choroba, śmierć kogoś bliskiego, bolesny rozwód, utrata pracy). To (zgodnie z alchemicznym nazewnictwem) faza podgrzewania materii, czernienia – faza nigredo. Nie masz pojęcia, co ze sobą zrobić. Płaczesz, dopada cię depresja, czujesz, że jesteś w sytuacji bez wyjścia. Wtedy najlepiej nie robić nic, cierpliwie poczekać.

To kryzys – moment, kiedy stare przestaje działać, a nowe jeszcze się nie pojawiło. Ważne, byś powstrzymała się od działania na oślep, nie wybierała pierwszego lepszego rozwiązania. Jeśli wsłuchasz się w siebie, pozwolisz sobie na przeżycie wszystkich emocji, nawet tych najtrudniejszych, pojawi się kolejna faza – faza albedo (wybielenie, srebrzenie).

Z pustki zacznie wyłaniać się nowy porządek. Jeśli całą sobą poczujesz, że nadeszła odpowiednia pora, że jakaś propozycja czy nawet najbardziej zaskakujący pomysł jest tym, czego potrzebujesz, by odbić się od dna – działaj. Wkroczysz wtedy w fazę rubedo – czerwienienia.

Zaczniesz wprowadzać w życie wielką zmianę. Podejmiesz nową pracę, otworzysz się na nową miłość, zaczniesz malować, wyjdziesz do ludzi. Jeśli wytrwasz na tej drodze pomimo chwil zwątpienia, może uda ci się osiągnąć ostatnią fazę alchemicznego procesu – fazę coniunctio, czyli najczystszego złota.

Umów się na darcie pierza

Kiedy świat przestaje cię rozumieć, ba, ty sama siebie nie rozumiesz, szukaj… innych kobiet!

„Kobiety zawsze spotykały się i dzieliły doświadczeniem” – pisze Monika Gajdzińska – „Ta potrzeba jest częścią naszej natury. W wielu z nas do dzisiaj pozostała tęsknota za bliskością płynącą z godzin spędzanych wspólnie przy darciu pierza, opiece nad dziećmi, codziennych obowiązkach i pracy”.