1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Filmoterapia: Życie jak „Hotell”

Filmoterapia: Życie jak „Hotell”

materiały prasowe
materiały prasowe
Jak podnieść się po ciężkim przeżyciu i odzyskać wiarę w sens istnienia? A gdyby tak zacząć wszystko od nowa, z czystą kartą, zmienić życie niczym hotelowy pokój? Film „HOTELL” komentuje IZABELA WOŻYŃSKA-WIĘCH, psycholog z Poradni Centrum-Ja.

Erika jest młodą, spełnioną w życiu zawodowym i prywatnym kobietą. Ma kochającego męża, właśnie spodziewają się dziecka. Nagle jednak na tym pozbawionym rys obrazku pojawia się pęknięcie – w wyniku porodu z komplikacjami Erika rodzi chore dziecko. Jej życie rozpada się na małe kawałeczki, których nie jest w stanie złożyć w całość.

– Erika jest osobą wrażliwą, delikatną, przywiązującą wagę do szczegółów, estetką, z zawodu projektantką wnętrz. Lubi mieć każdy detal pod kontrolą – zauważa Izabela Wożyńska-Więch z Poradni Centrum-Ja. – Ciąża, poród w jej przypadku mają taki przebieg, że traci wszelką kontrolę, staje się bezradna i zagubiona. Dziewczyna nie akceptuje tej sytuacji, zapada się w sobie, nie jest w stanie wejść na salę, gdzie jej synek leży podłączony do urządzeń medycznych.

Stopniowo jej zły stan psychiczny coraz bardziej się pogłębia, kobieta zdaje się negować cały świat, przekłada się to również na relację z mężem. – Powrót ze szpitala do domu bez dziecka konfrontuje ze stratą marzeń o pełnym radości macierzyństwie – dodaje Izabela Wożyńska-Więch. – Erika potrzebuje szybko zdefiniować się na nowo w sytuacji, która jest dla niej szokiem. Odnaleźć kontakt z samą sobą.

Zmień pokój

Szukając pomocy, Erika trafia na zajęcia grupy terapeutycznej. Spotyka tu inne osoby głęboko niepogodzone z życiem – dziewczynę prześladowaną w dzieciństwie przez rówieśników, kobietę, która nie potrafi sobie poradzić z przemijaniem i własną seksualnością, milczącego, acz skrywającego pewną tajemnicę Petera i masochistę mającego obsesję na punkcie tortur i swojej matki. Pewnego dnia postanawiają na własną rękę wybrać się do miasta i w dosłowny sposób wcielić w życie koncepcję, która wydaje im się jedynym lekarstwem na trapiący ból: „Życie jest jak hotel – jeśli ci się w nim coś nie podoba, po prostu zmień pokój”. Grupa życiowych rozbitków przemieszcza się więc od hotelu do hotelu – w każdym kolejnym miejscu próbują zbudować oni swoją osobowość na nowo, jakby traumy, które ich spotkały w życiu, nigdy się nie wydarzyły.

– Fizyczne i psychiczne oderwanie się, nietypowa aktywność pomagają im w pewnym sensie uwolnić się od sytuacji, w której nie chcą być, dają złudzenie, że są kimś innym – stwierdza Izabela Wożyńska-Więch. – Jednocześnie poprzez różne wydarzenia konfrontują się ze skrywanymi pragnieniami i przeżyciami, odreagowują destrukcyjne emocje.

Erika czuje szczególne porozumienie z równie mocno jak ona zagubionym Rikardem. Pomimo że trapią ich różne bolączki, zaczynają pomagać sobie nawzajem. – Rikard ma chorą, perwersyjną osobowość – mówi psycholog. – Jednocześnie odważnie próbuje stawiać czoła cierpieniu psychicznemu poprzez sprawianie sobie bólu fizycznego. Zaraża Erikę myślą, że trzeba w życiu mierzyć się z rzeczywistością. Erika, opiekując się Rikardem, spod depresji wydobywa powoli swój instynkt macierzyński, zaczyna odczuwać nie tyle przyjemność, co dojrzałą satysfakcję wynikającą z zajmowania się kimś bezradnym i potrzebującym, właśnie takim jak porzucony przez nią synek.

Film uświadamia, że nawet jeżeli przeżywamy wyjątkowo trudny okres w życiu, zawsze mamy wybór – możemy odciąć się od świata i obsesyjnie przerabiać w myślach własne problemy lub spróbować spojrzeć w przyszłość. Obserwując Erikę, widzimy, że nawet po bardzo dramatycznych przeżyciach można się odnaleźć na nowo i odzyskać spokój ducha.

SCENARIUSZ I REŻYSERIA: Lisa Langseth

WYSTĘPUJĄ: Alicia Vikander, David Dencik, Anna Bjelkerud, Mira Eklund

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Świąteczne kino. Co nam daje wspólne oglądanie filmów?

Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
W Święta mamy swoje tradycje, swoje rytuały. W ostatnich latach zaliczyć można do nich rodzinne seanse filmowe. – Wspólne oglądanie filmów, podobnie jak dawniej kolędowanie, zyskało status stałego punktu świątecznego programu – mówi dr Małgorzata Bulaszewska, kulturoznawca, filmoznawca i medioznawca z Uniwersytetu SWPS. I wyjaśnia, dlaczego taki wspólny relaks zbliża nie tylko rodzinę, ale działa też korzystnie na związki partnerskie.

Czy rodzinne oglądanie filmów to dobry pomysł na spędzanie czasu razem? Filmy są takim bezpiecznym sposobem spędzania razem czasu. Co ciekawe, dwa lata temu były zresztą zrealizowane badania przez Uniwersytet w Rochester, gdzie badano pary/ małżeństwa, które oglądały wspólnie filmy (co najmniej 3 filmy w tygodniu). Zwykle, gdy oglądamy wspólnie filmy to mamy jakiś swój komentarz, dyskutujemy, coś nam się podoba lub nie. I okazało się, że te małżeństwa, które przynajmniej trzy razy w tygodniu oglądają wspólnie filmy i później rozmawiają o nich, mają znacznie niższe prawdopodobieństwo rozwodu niż pary, które tego nie robią.

Dlaczego wciąż mamy ochotę oglądać te same świąteczne filmy? Każde święta, a zwłaszcza Święta Bożego Narodzenia, są takim innym, niecodziennym czasem. Wszyscy staramy się być milsi, lepsi dla członków rodziny i wtedy realizujemy te rzeczy, które są sprawdzone. Dotyczy to także oglądania filmów… czyli oglądamy te filmy, które już żeśmy oglądali, które znamy, które są (w pewnym sensie) bezpieczne, które obejrzą i dziadkowie, i dzieci, i wnuki, które są filmami dostępnymi, rozumianymi przez wszystkich - tylko dlatego, aby ten czas był przyjemny i żebyśmy nie popsuli tej radości, która wiąże się z czasem Świąt Bożego Narodzenia.

Czy dziś, w dobie wielu ekranów, kiedy każdy może oglądać sam dokładnie to, co go interesuje, telewizja w jakiś sposób może nas jednoczyć? Oglądanie wspólnie programu telewizyjnego, zwłaszcza o charakterze familijnym, jest taką próbą zjednoczenia rodziny, choćby dlatego, że spotykają się różne światopoglądy. Żyjemy w różnym trybie, a przychodzi taki czas, kiedy siadamy przed tym telewizorem i oglądamy wspólnie ten sam program. Oglądamy go jednak trochę inaczej. Każdy widzi trochę inne wartości, czy też odbiera to, co się dzieje na ekranie w nieco inny sposób. Dzięki temu możemy zaobserwować, jakie emocje mają członkowie naszej rodziny. Możemy zrozumieć w jakim są momencie swojego życia i co przeżywają, właśnie dzięki tym emocjom i dzięki komentarzom, które pojawiają się w trakcie oglądania. Ponadto, w trakcie oglądania filmu, zwłaszcza familijnego, zdarzają się momenty śmiechu, smutku, płaczu i to powoduje, że my wspólnie przeżywamy te emocje, a wspólne przeżywanie emocji zawsze zbliża. Niewątpliwie więc zasiadanie przed telewizorem w święta, by razem obejrzeć ten sam program czy ten sam film, jest takim elementem zbliżającym, konsolidującym rodzinę, tak bardzo współcześnie zabieganą.

Pamiętajmy też o czymś, co się nazywa filmoterapią. Przepracowujemy wtedy nasze emocje, emocje naszych bliskich, szczególnie dzieci, które nie zawsze potrafią powiedzieć co czują i jak czują, czy też jak się do danej emocji odnoszą. Oglądając coś razem, widzimy jak reagują na to, co się pojawia na ekranie. Możemy to zaobserwować. Możemy później o tym porozmawiać. Niewątpliwie zbliża to nas. A poza tym, jest to jednak wspólne spędzanie czasu. To nie jest tak, że każdy ogląda film na osobnym ekranie komputera, tabletu, czy smartfona…

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Kultura

„Zabij to i wyjedź z tego miasta” – każdy z nas nosi w sobie jakieś "to"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Zabij to i wyjedź z tego miasta". (Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)
Animacja "Zabij to i wyjedź z tego miasta" została nagrodzona Orłem 2021 w głównej kategorii. Jej twórca, Mariusz Wilczyński, pracował nad nią przed kilkanaście lat. Czym jest tytułowe „to” dla reżysera i czy każdy z nas nosi w sobie jakieś „to”, z którym trzeba się rozprawić? Odpowiedzi szukają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: W filmoterapii traktuję film jako narzędzie, ważne są dla mnie emocje, o których warto porozmawiać. Intencje reżysera czy sama opowieść schodzą na plan dalszy, nie skupiam się na nich. Wobec animacji „Zabij to i wyjedź z tego miasta” Mariusza Wilczyńskiego to założenie upada, bo nie dostrzegłam w nim żadnej artystycznej kreacji, a jedynie prawdę. Z punktu widzenia psycholożki uważam poznanie prawdy o sobie i akceptację jej za najważniejsze i jednocześnie najtrudniejsze wyzwanie. Grażyna Torbicka:
To na pewno specyficzny film, bo ekstremalnie osobisty. Mariusz Wilczyński pokazuje się nam tu bez żadnej zasłony. Zawsze rozmawiamy o filmach pod kątem terapeutycznym i myślę, że „Zabij to” jest dla reżysera terapią pozwalającą wyzwolić się ze wszystkich rzeczy, które były dla niego ważne, które były radością, ale też smutkiem i ciężarem. Mam wrażenie, że artystycznie zmierzył się z tym wszystkim, co kłębiło mu się w głowie i być może nawiedzało go podczas koszmarów nocnych.

Z kolei w szerszym kontekście widzimy tu Polskę z okresu dorastania twórcy. Jestem bardzo ciekawa tego, czy Mariusz Wilczyński po skończeniu dzieła czuje się jakoś inaczej. Skoro tworzył ten film prawie 14 lat, czym były dla niego te lata? Te spotkania z dzieciństwem i różnymi wspomnieniami. Czy kiedy już przetworzył te doznania w obraz w połączeniu z muzyką i nadał swoim wspomnieniom konkretny kształt – to jakoś inaczej na nie spojrzał? Chciałabym go o to zapytać.

Reżyser domyka tu różne sytuacje ze swojego życia, na przykład spotyka rodziców.
Ten film wydaje mi się swego rodzaju marzeniem sennym, które realizuje się na naszych oczach. Również dobór postaci, które twórca zaprosił do dubbingu, jest, moim zdaniem, formą dedykacji, oddania hołdu. Krystyna Janda, Andrzej Wajda, Marek Kondrat, Anja Rubik, Małgorzata Kożuchowska, Daniel Olbrychski, Irena Kwiatkowska, Magda Cielecka, Anna Dymna, Barbara Krafftówna – to taki osobisty album Mariusza Wilczyńskiego, wypełniony postaciami z polskiej kultury, które dla niego dużo znaczą.

Postać matki bohatera w starszym wieku mówi głosem Barbary Krafftówny. Podobno gdy Mariusz Wilczyński był mały, mama włączała mu bajki w interpretacji Barbary Krafftówny i właśnie dlatego zaproponował jej tę rolę. Bardzo poruszyło mnie, gdy się dowiedziałam, że scenę ze słowami: „pa, pa, syneczku”, która tak mocno wybrzmiała na ekranie, aktorka nagrywała dzień po tym, jak dostarczono jej urnę z prochami syna...
Mariusz Wilczyński przywiązuje duże znaczenie do takich symbolicznych, niemalże metafizycznych zdarzeń. I może właśnie dlatego to krótkie „pa, pa, syneczku” nabiera dla nas takiego znaczenia. Reżyser jest człowiekiem niezwykle wrażliwym, wiem, że wiele go kosztowało poddanie ocenie widzów każdego z wcześniejszych filmów, i tym bardziej podziwiam, że zdecydował się na wypowiedź tak osobistą. Są artyści dla których sam proces tworzenia jest w pewien sposób autoterapeutyczny. Michael Haneke powiedział kiedyś, że robienie filmów jest dla niego lepsze niż kozetka u psychoanalityka. Reżyserowanie tak zawiłych psychologicznie i mrocznych obrazów pozwala mu się od tej ciemności uwolnić.

A gdybyś miała wejść w ten film osobiście, tak jak zawsze to robimy, jako Grażyna Torbicka, to który z wątków poruszył cię tu najmocniej?
Trudno powiedzieć, bo najpierw próbowałam oswoić świat bohaterów żyjących obok siebie i kompletnie sobie obcych, pozbawionych empatii. Obraz smutnego, nieprzyjaznego miasta, w którym wszyscy są zmęczeni życiem. Potem rytm tej opowieści zaczął działać i wciągać mnie coraz głębiej, i wtedy pojawiła się para Kizi-Mizi i podróż pociągiem, czyli ucieczka z tego miasta. Świetna scena, ona i on – para z długim stażem, a ile między nimi miłości! Dodatkowym smaczkiem jest głos Andrzeja Wajdy, a potem Marka Kondrata podrabiającego Wajdę. Takie przełamanie nastroju w idealnym momencie jest mistrzowskie.

Wszystko zaczyna się od doświadczenia bólu dziecka, potem jest cierpienie i śmierć bliskich, a później jest już tylko lepiej. Myślisz, że z perspektywy reżysera idziemy w stronę światła?
Sceny „w stronę światła”, o których teraz mówisz, postrzegam raczej jako marzenia senne. Na przykład w pewnym momencie wydaje nam się, że widzimy koło ratunkowe, które płynie na wodzie, a później dostrzegamy szarfy z pożegnaniem. Odebrałam to jak sen, bo myślę, że w którymś momencie życia, gdy robimy podsumowanie – zaciera się nam, co było naprawdę, a co jest tylko wytworem naszej wyobraźni. Być może wolimy, żeby było tak, jak nam się wydaje, że było. Zresztą jako psycholożka najlepiej wiesz, jak wrażliwa na zakłamania jest nasza pamięć...

Dla mnie takim czułym punktem była bliskość z drugim człowiekiem. Mocno utożsamiam się z bohaterem, który mówi w biegu swojej matce: „pa, pa, mamusiu” i wychodzi zajęty swoimi sprawami.
Być może teraz jako dojrzały człowiek widzi i rozumie, że wtedy poświęcał matce za mało uwagi i nie potrafił zrozumieć jej troski. Była dla niego czymś tak oczywistym, że nawet troszkę go to mierziło. To naturalne, że dopiero w pewnym momencie życia rozumiemy, że troska jest ważna. Tak już jest, że młodzi ludzie nie zawsze dostrzegają potrzebę kontaktu z rodzicami. Mają przecież tyle spraw przed sobą, a świat tak mocno wiruje; refleksje przychodzą trochę później. I byłoby fatalnie, gdyby ludzie byli starzy już za młodu!

Mnie to mocno uderzyło, miałam poczucie, jakby matka chciała jeszcze z nim pobyć. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego on nie dostrzega tej jej potrzeby bliskości. Pomyślałam, że może zamknął się na relacje z matką w dzieciństwie. Moim zdaniem przytłaczała syna własnymi emocjami i on przed tym uciekał.
A może młodego Mariusza, który ma w głowie milion pomysłów i mimo że jest teraz z matką w pokoju, już coś goni, chciałby już robić coś innego? Ale jednocześnie zachowuje przy tym niezbędną etykietę: „pa,, pa, mamusiu, buziaczki”...

A co twoim zdaniem właściwie mamy w sobie „zabić” albo co próbuje zabić w sobie reżyser? Ego? Ból z dzieciństwa? Lęk?
Nie ma jednej odpowiedzi, dlatego to tak fascynujące. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” może znaczyć: rozpraw się ze wszystkim, z czym kojarzy ci się dzieciństwo. Spójrz na to, co cię ukształtowało, do kogo masz pretensje, czego nie chciałbyś przeżyć, a do czego chciałbyś wrócić. Zrób podsumowanie i zostaw to. Może wtedy będzie inaczej...

Zastanawiam się, w jaki sposób ten film może być dla nas terapeutyczny. Bo we mnie wywołał wielką wdzięczność za życie. Poczułam, że w dniu urodzin dostajemy w prezencie cały świat.
Tylko że jest tyle różnych światów... A mówiąc szerzej, uważam, że film nie pozostawia złudzeń co do tego, jak wygląda życie człowieka. Ja zobaczyłam w nim głównie ból i cierpienie. Czyli może jest terapeutyczny w tym sensie, że mówi nam: „nie łudź się, że jest inaczej”?

Czy tak osobiste kino jest trochę ciaśniejsze dla widza, jeśli chodzi o filmoterapię i wypełnianie go swoimi emocjami, bo kieruje uwagę w stronę reżysera? Miałam podobną refleksję po filmie „Ból i blask” Pedra Almodovara.
Bo „Ból i blask” również pokazuje życie jako ciąg spotkań z sytuacjami, które są piękne, ale tylko przez chwilę. Bo im są piękniejsze, tym większy czujemy ból, gdy się kończą. Oczywiście wszystko zależy od tego, jakie masz oczekiwania wobec życia. Dlatego warto zadać sobie pytanie: na jakie oczekiwania wobec życia mnie stać?

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  1. Psychologia

Trudniej, czyli łatwiej. O pożytkach z przeciwności

Bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.(Fot. iStock)
Bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.(Fot. iStock)
Czy rzeczywiście potrzebujemy nieustannego podnoszenia poprzeczki, trudnych wyzwań, przeszkód, a nawet traum, żeby się uczyć, rozwijać, osiągać siłę i dojrzałość? Czy miał rację Nietzsche, pisząc: co mnie nie zabija, czyni mnie silniejszym? Tak, ale…

Kiedy trener tenisa każe mi stawiać kroczki odstawno-dostawne, zżymam się: „Czy nie prościej po prostu podbiec do piłki normalnym krokiem?”. A on na to: „Najpierw musi być trudniej, żeby potem było łatwiej”. To prawda. W nauce tenisa – i nie tylko – nie ma innej drogi. A w pozostałych przypadkach? Duchowi mędrcy przekonują, że tak naprawdę rozwija nas tylko to, co trudne. Potwierdza to wiele badań psychologicznych. Bezsprzecznie nasze osiągnięcia, postawy, hart ducha zależą od zmagań z tym, co niełatwe. Ale słowa Nietzschego nie są prawdziwe w każdej sytuacji. Na pewno nie sprawdzają się w momentach bezpośredniego zagrożenia życia, gdy jesteśmy świadkami ciężkich wypadków, ofiarami gwałtów, przemocy. U ludzi doświadczających takich przeżyć rozwija się często zaburzenie zwane zespołem stresu pourazowego (PTSD). Ostatnie badania nie pozostawiają cienia wątpliwości – nadmierny stres wywołuje depresje, zaburzenia lękowe, choroby układu krążenia. Z drugiej jednak strony – nie da się uniknąć nieszczęść. Trzeba więc nie tylko nauczyć się radzić sobie z życiowymi trudnościami, ale także umieć dostrzec w nich szansę.

Małgorzata Skoneczna, lat 45, kiedyś nauczycielka matematyki, teraz bizneswoman, matka trzech synów: – Cztery lata temu nagle mój świat zawalił się jak domek z kart. Dosłownie i w przenośni. Tamtej nocy, gdy mąż poczuł swąd palonego drewna, zdążyliśmy tylko wyskoczyć z łóżek. Ogień w mgnieniu oka objął cały dom. Kiedy dzieci były już na zewnątrz, przez moment zawahałam się: a może spróbować zabrać coś ważnego i cennego, dokumenty, biżuterię, parę ważnych książek, jakieś ubrania? Stanęłam jak wryta, nie umiałam podjąć decyzji, odwróciłam się na pięcie i wybiegłam. Mąż wrócił, niestety. Zanim strażacy go wydostali, poparzył się tak dotkliwie, że do dzisiaj ma niedowład lewej ręki. Nic nie udało się uratować, a dom nie był ubezpieczony. Zostaliśmy nie tylko bez dachu nad głową, ale także bez poczucia bezpieczeństwa i nadziei, że zdołamy się podnieść. Rozpaczałam, byłam zdołowana, przerażona. Ale trzeba było zająć się dziećmi, na nowo organizować sobie życie. W pierwszym okresie bardzo pomogli nam przyjaciele i rodzina. Mąż przez pół roku dochodził do zdrowia, więc musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Po wakacjach nie wróciłam do pracy w szkole, zatrudniłam się w biurze rachunkowym. Rok później otworzyłam swoje. Szło mi na tyle dobrze, że mogłam wziąć kredyt i rozpocząć budowę domu. Po dwóch następnych latach – już w nim zamieszkaliśmy. Firma, którą prowadzimy teraz razem z mężem, mimo kryzysu bardzo dobrze prosperuje. Gdyby nie piekło, przez które przeszliśmy, nigdy nie odważylibyśmy się zmienić pracy (mąż był urzędnikiem), założyć swojego biznesu. To potworne doświadczenie bardzo scementowało naszą rodzinę, pokazało, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Od tamtej pory nic nie jest dla mnie straszne, wiem, że zawsze dam sobie radę.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

Doświadczenie Małgorzaty dowodzi, że ciężkie przeżycia mogą mieć także pozytywne skutki, psychologia nazywa je „rozwojem pourazowym”. Badania osób, które zostały dotknięte przez nieszczęścia, pokazały, że choć tragedie wyniszczają, to w rezultacie mogą wyjść ludziom na dobre.

Jonathan Haidt, profesor psychologii na Uniwersytecie w Wirginii, w książce „Szczęście” pisze o trzech rodzajach korzyści płynących z trudnych doświadczeń, tych samych, o których mówi Małgorzata. Pierwsza korzyść jest dla wszystkich zaskakująca. Bo oto sobie poradziłam! Stać mnie na to! Choć wcześniej myślałam, że nie przeżyłabym spalenia domu, choroby męża, zwolnienia z pracy, okazuje się, że gdy przyjdzie mi mierzyć się z tymi przeżyciami, daję radę. Jedną z najważniejszych lekcji, jaką ludzie wynoszą z takich doświadczeń, jest wiedza, że są dużo silniejsi, niż się spodziewali. Ta świadomość własnej siły dodaje im pewności siebie, dzięki czemu lepiej radzą sobie z następnymi wyzwaniami i dużo szybciej odzyskują równowagę niż inni. Przede wszystkim dlatego, że już to przetrenowali.

Drugi rodzaj korzyści płynących z trudnych przeżyć to spektakularny sprawdzian jakości naszych relacji. Trudności działają bowiem niczym filtr naszych związków z ludźmi. Jedni w takich sytuacjach się sprawdzają, inni nie. Małgorzacie pomogli przyjaciele, rodzina, ale część znajomych nagle przestała się do niej przyznawać. I niekoniecznie dlatego, że są nieczuli, źli. Czasem ludzie nie wiedzą, jak się zachować, albo nie potrafią poradzić sobie z własnym dyskomfortem.

Trzeci pożytek z przeżycia trudnych chwil to zmiana, czasem diametralna, naszego systemu wartości, filozofii życia. Przestajemy wtedy zabiegać aż tak bardzo o materialną stronę życia, martwić się na zapas, a zaczynamy cieszyć się każdym dniem, doceniać innych, a nawet stajemy się hojni i łagodni. Wszyscy słyszeliśmy o ludziach, którzy przeżyli nawrócenie moralne po tym, jak otarli się o śmierć. Ci, którzy wygrali walkę z rakiem, określają chorobę jako sygnał alarmowy, punkt zwrotny, dzięki któremu uświadamiają sobie, że są śmiertelni, że życie jest darem. Gdyby nie owo „zło”, nie byłoby zmiany na lepsze. Zauważył to już sam Szekspir w „Jak wam się podoba”: „Miłe pożytki ma w sobie przeciwność: jest jak ropucha szpetna, jadowita, a jednak klejnot świeci nad jej czołem”.

Jaka powinna być owa przeciwność, żeby efekty świeciły potem jak klejnot? Słaba czy mocna? Dyskomfortowa tylko czy aż traumatyczna? Ile wziąć na plecy, żeby się nie złamać?

Wśród psychologów długo nie było co do tego zgodności. Jedni twierdzili, że tylko umiarkowana trudność, czyli mały stres, może działać stymulująco. Inni uważali, że ludzie muszą doświadczać mocnych wyzwań, żeby się rozwijać, a pewien stopień rozwoju osobistego jest osiągalny wyłącznie dla tych, którzy doznali wielkiego nieszczęścia i sobie z nim poradzili.

Jeśli prawdziwa byłaby druga wersja, oznaczałoby to, że powinniśmy częściej podejmować ryzyko i doznawać porażek. A także – że musimy wyzbyć się nadopiekuńczości wobec dzieci, bo w ten sposób nie tylko je rozleniwiamy, ale przede wszystkim pozbawiamy owych „zdarzeń krytycznych”, które pomagają im wyrosnąć na silne osoby. Okazuje się, że to jednak nie takie proste. Jak wykazał psycholog Dan McAdams, wszystko zależy od człowieka, jego cech osobowości, takich jak: neurotyczność, ekstrawertyczność (introwertyczność), otwartość na doświadczenia, ugodowość. Od tego, jak adaptuje się w nowych sytuacjach, jakie włącza wtedy mechanizmy obronne, jakimi kieruje się wartościami, przekonaniami. I po trzecie – od swojej historii życia, którą tworzymy, świadomie lub nieświadomie, interpretując własne zachowania, wysłuchując opinii innych na swój temat.

Wszystkie te trzy poziomy wzajemnie się przenikają, tworząc miks odpowiedzialny za reakcję na trudność czy cierpienie. Inaczej na przykład zareaguje ekstrawertyk (szybciej zaadaptuje się do trudności) niż introwertyk. Inaczej optymista, który skupia się na jasnych stronach życia i szuka dobrego we wszystkim, co go spotyka. Optymiści zakładają, że ich wysiłki przyniosą pożądane skutki, więc natychmiast zakasują rękawy i biorą się do pracy. Jeśli nawet im się nie powiedzie, to i tak są przekonani, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Z kolei osoby dorastające we wspierającej rodzinie częściej niż te z rodzin toksycznych przekuwają osobiste kryzysy w zdarzenia pozytywne, na przykład niesienie pomocy innym.

Wyrzucić z siebie to, co boli

Traumatyczne przeżycia rozbijają nasz system wartości, odbierają poczucie sensu życia. Ale zaraz potem zmuszają do prób złożenia rozsypanych części w całość. I wtedy zastanawiamy się nad sobą i swoim życiem, szukamy pomocy w psychoterapii, odwołujemy się do Boga. Dlatego, gdy już się podniesiemy, mamy poczucie, że zmieniliśmy się na lepsze.

Amerykański psycholog James Pennebaker wykazał, że psychologiczne skutki nieszczęść zależą nie od tego, jak owe zdarzenia były ciężkie, ale od naszej postawy po ich zaistnieniu. Przeprowadził badanie polegające na tym, że ludzie z jednej grupy mieli za zadanie opisywać (po 15 minut przez cztery dni) najbardziej traumatyczne doświadczenie swojego życia, a w drugiej opisywali w tym samym czasie obojętne wydarzenia, na przykład typowy dzień. Przez rok Pennebaker śledził ich zdrowie. I co się okazało? Że ludzie z grupy opisującej swoje traumy zdecydowanie rzadziej odwiedzali gabinety lekarskie i trafiali do szpitala. Co więcej, u tych, którzy wnikliwie opisywali swoje przeżycia, próbując zrozumieć to, co się stało, zaobserwowano nawet poprawę stanu zdrowia!

W późniejszych badaniach Pennebaker poprosił ludzi, aby wyrażali swoje uczucia poprzez taniec lub śpiew. Te formy ekspresji nie przynosiły jednak korzystnych skutków. Dlatego wniosek z jego badań jest jeden: Jeżeli chcemy uwolnić się od traumy, zamknąć bolesny rozdział życia – musimy to z siebie wyrzucić za pomocą słów. Możemy rozmawiać o tym z kimś nam przyjaznym albo na ten temat pisać, psycholog zaleca 15 minut dziennie przez kilkanaście dni. Nie wolno przy tym cenzurować siebie, przejmować się gramatyką, stylistyką czy ortografią. Wystarczy po prostu pisać. O tym, co się wydarzyło, o swoich emocjach i uczuciach i dlaczego ich doświadczamy. Można też nagrywać swoją opowieść albo mówić samemu do siebie. Najważniejsze, żeby ujawnić swoje myśli i uczucia bez prób ich porządkowania, po jakimś czasie same ułożą się w spójną całość. Pennebaker uważa, że każdy z nas może doświadczyć pozytywnych skutków nieszczęść, jednak pod kilkoma warunkami. Po pierwsze, zanim jeszcze spotka nas coś złego, powinniśmy zmienić sposób interpretacji tego, co nam się przydarza (badacz optymizmu Martin E.P. Seligman nazywa to „stylem wyjaśniania”). Czyli zauważać w każdym zdarzeniu to, co dobre, kierować myśli na to, co pozytywne (psychologowie zapewniają, że można się tego nauczyć!). Po drugie, pielęgnować relacje z ludźmi. Bliscy potrafią słuchać, mówią szczerze, co myślą, a to pomaga zrozumieć sens bolesnych przeżyć. Po trzecie, to propozycja dla wierzących i otwartych na duchowość, szukać wsparcia w religiach, filozofiach, praktykach duchowych. Niektórym ludziom tylko wiara pomaga odnaleźć sens w najtrudniejszych chwilach życia.

Wszystko w swoim czasie

Badania pokazują, że pożytki z przeciwności losu są różne w zależności od momentu życia, w jakim tych zdarzeń doświadczamy. Jeżeli przytrafiają się we wczesnym dzieciństwie, to dobrych rezultatów na ogół nie przynoszą. Z drugiej jednak strony – maluchy są zdumiewająco odporne na jednorazowe trudne doświadczenia, które destrukcyjnie działają dopiero wtedy, gdy są przewlekłe. Natomiast z całą pewnością nie wyrządzają dzieciom krzywdy niepowodzenia, porażki, trudności, które trzeba przezwyciężać na co dzień. Co więcej – takie doświadczenia są najlepszym nauczycielem! Dzieci potrzebują wielu niepowodzeń, żeby się przekonać, że osiągnięcie sukcesu wymaga ciężkiej pracy i wytrwałości.

Psychologowie są zgodni co do tego, że najmłodszych trzeba chronić przed traumami, ale nie przed codziennymi obowiązkami. Tymczasem wielu rodziców robi dokładnie odwrotnie – funduje swoim pociechom obowiązki ponad siły (obciążające kursy, treningi), a wyręcza w codziennych czynnościach (karmi, ubiera, myje, sznuruje buty) albo „podkłada się” w czasie gier i zabaw. A wszystko po to, aby im ulżyć i je rozweselić, „bo one takie zmęczone, smutne, znudzone”. To poważny błąd – twierdzą psychologowie.

O tym, jak ważne dla rozwoju dziecka są obowiązki i trudne wyzwania, świadczą doświadczenia dzieci z rodzin dwujęzycznych. Gosia Dobrowolska, aktorka od 30 lat mieszkająca w Australii, podkreśla, że wychowuje już drugie dwujęzyczne pokolenie. Do wnucząt (podobnie jak kiedyś do córki) mówi tylko po polsku. – Dla małych dzieci to wprost nieocenione doświadczenie – twierdzi. – W sposób fenomenalny rozwija mózg, ćwiczy także narządy mowy, które po takim treningu nie mają problemów z artykulacją innych języków. Ale na początku nie jest to łatwe – i dla dziecka, i dla rodziców. Z całą pewnością jednak warto przejść tę drogę. Ja nawet uważam, że trud wychowywania w dwóch językach to największy dar, jaki można dziecku ofiarować.

A jak trudności wpływają na młodych ludzi? Jak pokazują badania, w tym wieku nawet bardzo bolesne przeżycia summa summarum przynoszą więcej pożytku niż szkody. Amerykański socjolog Glen Elder badał, jak ludzie radzili sobie po traumatycznych przeżyciach (wojny, ciężkie kryzysy). I co się okazało? Że przeciwności losu (zwłaszcza te, które młodzi ludzie przezwyciężali) miały najbardziej dobroczynny wpływ na osoby w wieku między 15. a 25. rokiem życia. Starsi w dużo mniejszym stopniu wykorzystywali takie przeżycia do osobistego rozwoju. Co o tym decydowało? Między innymi siła relacji – młodzież o wiele bardziej niż starsi trzyma się razem, dzieli przeżyciami. Elder podkreśla, że bolesne doświadczenia uczyniły wielu młodych ludzi, zwłaszcza tych, którzy pokonali poważne trudności życiowe w wieku dwudziestu kilku lat, silniejszymi, lepszymi, a nawet szczęśliwszymi.

Badacze wpływu trudnych przeżyć na nasze życie dowodzą, że do tego, żeby przyniosły one dobroczynne skutki, muszą zostać spełnione określone warunki. Otóż powinny przytrafić się we właściwym czasie (najlepiej we wczesnej dorosłości), właściwym osobom (tym, które dysponują umiejętnościami społecznymi, optymistom) i w odpowiedniej dawce (zbyt silna trauma może spowodować zespół stresu pourazowego). Żaden psycholog nie stworzył jednak przepisu na idealne życie ze starannie zaplanowanymi przeciwnościami losu, które miałyby pozytywny wpływ na każdego człowieka.

Boris Cyrulnik, neuropsychiatra z Uniwersytetu w Tulonie, twierdzi, że cierpienie i przyjemność to dwie strony tego samego medalu. Jedno napędza drugie – kiedy spotyka nas nieszczęście, marzymy o szczęściu. Kiedy jednak je osiągamy, szukamy nowych wyzwań, wpędzając się w kolejne nieszczęścia. W świetnej książce „O ciele i duszy” pyta: Czy moglibyśmy kochać, gdybyśmy nie cierpieli? Czy szukalibyśmy bezpieczeństwa, nie zaznawszy lęku i uczuciowej straty? To prawda – bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.

  1. Kultura

"Lekcja miłości" - film o sile, która rodzi się z szacunku do swoich potrzeb

Dokument „Lekcja miłości” (reż. Małgorzata Goliszewska, Katarzyna Mateja) dostępny jest na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)
Dokument „Lekcja miłości” (reż. Małgorzata Goliszewska, Katarzyna Mateja) dostępny jest na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Film „Lekcja miłości” pokazuje, że hasło „w każdym wieku można zmienić swoje życie” nie jest tylko sloganem z wykładów motywacyjnych. Ale wcześniej trzeba umieć zadbać o siebie. O sile, która rodzi się z szacunku do swoich potrzeb – rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. 

Martyna Harland: Po obejrzeniu „Lekcji miłości” zakochałam się w głównej bohaterce, pani Joli. Grażyna Torbicka:
Bo pani Jola jest fascynująca! Ten film ogląda się ze względu na nią. Myślę, że jest urodzoną aktorką, kamera ją kocha i ona kocha kamerę. Ileż ma w sobie wdzięku, ile uroku osobistego, to coś niesamowitego! Przyglądasz się tej kobiecie i nie jesteś w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że spędziła wiele lat życia z mężem alkoholikiem. Widzimy go w filmie gdzieś z daleka, jak leży w barłogu – bo inaczej tego nazwać nie można, i ubliża bohaterce w każdym zdaniu. To pozostaje dla mnie niezrozumiałe, bo film nie analizuje tego, do czego dochodziło w jej przeszłości. Chyba celowo. Najważniejsze jest to, że dzisiaj pani Jola ma na twarzy cudowny uśmiech. A młode reżyserki Małgorzata Goliszewska i Katarzyna Mateja uwieczniły go w filmie. Odnoszę wrażenie, jakby pani Jola całe życie czekała na to, aż coś podobnego się wydarzy.

Dla mnie jest kolorowym ptakiem, który nie stracił nic ze swojej natury, mimo tego, co go w życiu spotkało.
Myślę, że jej wygląd i zamiłowanie do pięknych sukienek to po części efekt długiego pobytu we Włoszech, gdzie ludzie mają w genach przywiązanie do detalu i dbania o wygląd. To prawda, że pani Jola ma radość w oczach, mimo tego wszystkiego, czego doświadczyła. Ma potrzebę zadbania o siebie. Mąż mówi o niej, że jest trochę „łobuziarą”, i coś w tym jest.

Zachwycam się tym filmem, bo pokazuje, że nigdy nie jest za późno na to, żeby zadbać o swoje szczęście.
Dzisiaj żyjemy w czasach, w których powtarzamy jak mantrę, że w każdym wieku można zmienić swoje życie. Tak, to prawda. Jednak dla mnie ważny jest jeszcze inny aspekt dbania o siebie, bo uważam, że kiedy nie zwracamy uwagi na to, co zewnętrzne, lekceważymy także nasze wnętrze. Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie – najpierw warto porozmawiać z samym sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Dopiero wtedy zyskujemy siłę potrzebną do tego, żeby wpływać na świat. Uważam, że bohaterka tego dokumentu jest niezwykle silną postacią i na swój sposób zawsze walczyła o siebie.

A mnie się wydaje, że w zadbaniu o siebie przeszkadzały jej niektóre przekonania, którymi długo karmiono kobiety. „Wszyscy mi mówili: trzeba być dla innych. Na dobre i na złe. Tyle lat się męczyłam przez te słowa” – stwierdza w pewnym momencie.
Siłę tych przekonań dobrze pokazuje scena rozmowy z księdzem, który nie znajduje odpowiedzi, kiedy bohaterka pyta go: „A jeśli człowiek, z którym jestem przez całe życie, krzywdzi mnie, to muszę dalej go kochać?”. Ona sama zastanawia się pewnie nad tym już od lat... Dlatego uważam, że ten filmowy portret jej się należy, podobnie jak innym kobietom, które tkwią w życiowym marazmie, nie wiedząc, co zrobić. Być może nie mają w sobie tyle wewnętrznej siły co pani Jola. Zauważ też, że po wielu latach bycia krzywdzoną przez męża ona nie zamyka się na miłość. W wieku 70 lat wiąże się z innym mężczyzną. To dla mnie ciekawe i zaskakujące, bo przecież mogłaby tylko przyjmować adorację mężczyzn, której wyraźnie potrzebuje. Pani Jola nie jest pewna, czy pragnie tego związku, mimo że jej nowy partner chciałby, żeby jak najszybciej zamieszkali razem. Dlatego upewnia się, czy będzie dla niej dobry i nie będzie jej krzywdzić. Obawia się, że gdy powie „tak”, stanie się w pewnym sensie jego własnością. Czuje, że ta nowo zdobyta wolność jest niezwykle cenna. Dla niej ważne jest towarzystwo, świetnie czuje się na potańcówce czy w kawiarni, zaproszona na kawę.

Pani Jola ma w sobie coś z hollywoodzkich aktorek lat 50. Jest mieszanką ikonicznych postaci kobiet, takich jak Rita Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. (Fot. materiały prasowe) Pani Jola ma w sobie coś z hollywoodzkich aktorek lat 50. Jest mieszanką ikonicznych postaci kobiet, takich jak Rita Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. (Fot. materiały prasowe)

Po obejrzeniu filmu powiedziałaś mi nawet, że pani Jola jest „rodem z Hollywood”. Dlaczego tak myślisz?
Bo przypomina mi wszystkie aktorki amerykańskie lat 50., gdy w kinie europejskim panował neorealizm włoski, liczyły się naturalizm i twarze bez makijażu. Tymczasem kino hollywoodzkie proponowało nam pięknie ufryzowane, wymalowane kobiety z czerwoną szminką na ustach. Nawet na czarno-białych filmach wiedzieliśmy, że te usta są czerwone! Pani Jola ma w sobie coś z Rity Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. Jest mieszanką różnych ikonicznych postaci kobiet.

Mam nadzieję, że nas teraz czyta! A czy pamiętasz dokument „Optymistki” Gunhild Magnor, w którym kobiety 80+ zakładają drużynę siatkarską? W jednym z odcinków programu „Kocham Kino” prof. Jerzy Vetulani powiedział, że według niego te kobiety nie są szczęśliwe, bo nie mają kontaktu międzypokoleniowego z rodziną. W „Lekcji miłości” też nie ma rodziny pani Joli.
I moim zdaniem pani Jola jest z tym szczęśliwa. Co prawda niewiele o niej wiemy, jednak możemy ją w tym filmowym portrecie podziwiać. A co dzieje z jej dziećmi? Tego film nie ujawnia. Poznajemy jedną z córek, która jest daleka od wizerunku, jakiemu jest wierna jej matka, są jakby z innego świata, ale to wszystko.

A czemu właściwie pytamy o dzieci? Czy naprawdę kobietę trzeba zawsze oceniać przez pryzmat rodziny i tego, jaką była matką?
No właśnie, zobacz, jak mocno jesteśmy tym obciążeni. Od razu pojawia się wątek, czy dbała o dzieci... A przecież nie wiemy, jak było. Dlatego ja staram się nie analizować, tylko się przyglądam.

Zdziwiły mnie niektóre reakcje na ten film, szczególnie starszych mężczyzn, których główna bohaterka irytowała. Jak myślisz, dlaczego?
Pewnie dlatego, że jest niezależna w myśleniu. Stać ją na to, żeby powiedzieć: „Teraz to ja jestem ważna”. A to w naszej kulturze rzadkość. Bo dlaczego jej nie lubić?

Bo kocha siebie, a to nie wypada?
Może chcielibyśmy widzieć, jaką udrękę przechodziła, wychowując dzieci, kiedy była znieważana przez męża. Tymczasem pani Jola pyta: „A dlaczego nie można mieć dwóch mężów?”. I to jest bardzo ciekawe pytanie. Cieszę się, że miała okazję powiedzieć to do kamery, prawdopodobnie wiele kobiet ma podobne zdanie. Mam ogromny szacunek do tej bohaterki, dlatego że to wcale niełatwe pamiętać o tym, że trzeba o siebie w życiu dbać. I nie chodzi mi o to, żeby wyglądać jak dziewczyny na plakatach reklamowych, ale o szacunek do samej siebie. Harmonię zewnętrzności z naszym wnętrzem, które jest widoczne również poprzez nasz wygląd. Jednak utrzymanie takiej spójności i równowagi wymaga dużo wysiłku, bo kobiety są bardziej niż mężczyźni uzależnione od biologii, a do tego dochodzą różne obciążenia kulturowe i rodzinne. Mówimy o kobietach, ale dbanie o siebie dotyczy również mężczyzn. I oni powinni starać się podobać swoim partnerkom. Cieszę się, że pani Jola wreszcie spotyka mężczyznę, który jest kulturalny i docenia jej starania.

Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie, najpierw warto porozmawiać ze sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. (Fot. materiały prasowe) Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie, najpierw warto porozmawiać ze sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. (Fot. materiały prasowe)

Historia pani Joli może być filmoterapeutyczna dla kobiet, które chciałyby zawalczyć o siebie, swoje życie i szczęście. Ale dla kogo jeszcze według ciebie?
Ja bym chciała, żeby ten film obejrzeli mężczyźni. Po to, żeby dostrzegli, jak cudowne kobiety mają obok siebie!

Dla mnie ten film to także lekcja najważniejszej miłości – do siebie.
Przyznam, że jakoś nie do końca wygodnie mi z tym pojęciem „samomiłości”. Lepiej się czuję, kiedy wiem, że komuś pomogłam i byłam dla kogoś, a nie dla siebie. Muszę się jeszcze nad tą lekcją miłości zastanowić...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  1. Kultura

"Pojedynek na głosy" - o filmie rozmawiają Martyna Harland i Grażyna Torbicka

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pojedynek na głosy", reż. Peter Cattaneo. (Fot. materiały prasowe)
Przekonanie, że wojna to męska rzecz, dobrze się trzyma. Może dlatego niewiele wiemy o tym, jak wygląda codzienność żon czynnych żołnierzy. Ich sposobom na zniesienie samotności i lęku o nieobecnych w komediodramacie „Pojedynek na głosy” przyglądają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: Przyznam się, że zapowiedź „Pojedynku na głosy” trochę mnie zniechęciła. Opowieść o żonach wojskowych, które wiecznie czekają na swojego mężczyznę, niczym współczesne Penelopy... Nigdy nie potrafiłam zrozumieć takiej postawy, jednak po tym filmie nie jest to już dla mnie takie jednoznaczne. Grażyna Torbicka: A mnie właśnie to przy tym filmie przytrzymało. Nie wiedziałam, że dziś koszary nadal funkcjonują w taki sposób, że żołnierze zawodowi mieszkają w nich z całymi rodzinami, tworzą odrębną społeczność. I kiedy mężczyźni jadą na misję, ich żony − jak mówisz, współczesne Penelopy − muszą odnaleźć się w tej sytuacji. Co więcej, wśród nich również funkcjonuje hierarchia, w zależności od pozycji ich mężów w armii. Dlatego żona szeregowca nie bardzo ma prawo zabierać głos... Ten archetypiczny podział na wojownika i jego kobietę, która nieustannie czeka na jego powrót, był dla mnie intrygujący, bo co jeszcze w takiej historii może się wydarzyć?

Wyobrażasz sobie, że też mogłabyś być żoną wojskowego?
W pewnym sensie moja sytuacja jest podobna, bo mój mąż jest lekarzem i kiedy idzie do pracy, ta walka o czyjeś życie jest czasem nawet groźniejszym frontem niż wojna, szczególnie dzisiaj. Ciężko chory pacjent wzywa, i to jest najważniejsze; nie ma znaczenia, że mieliście zrobić razem coś, na czym ci zależało. Nie powiesz przecież: „To ja już dziękuję”, tylko robisz na chwilę krok w tył.

Czyli pewnie nie miałaś do tych bohaterek takiego nastawienia jak ja na początku?
Raczej widziałam, że one przyjmują określone zasady, bo nie mają innego wyjścia. A potem każda z nich wraca do siebie i przeżywa silne frustracje, bo ten model związku i życia jest dla nich bardzo ciężki. To film, który trochę z innej strony – bo z perspektywy kobiet i żon wojskowych – pokazuje nam, jak beznadziejnym zjawiskiem jest wojna, bo rani nie tylko będących na froncie, ale także ich bliskich, pozornie bezpiecznych. Bohaterki są szczęśliwe tylko wtedy, gdy są razem z partnerami, przy czym cały czas mają świadomość, że wkrótce zostaną oni wysłani na kolejną misję.

Jedna z kobiet mówi: „nie możemy protestować przeciwko wojnie, my ją poślubiłyśmy”...
I tak jest, one z jednej strony są przecież przeciwne wojnie, a z drugiej – pokochały akurat żołnierza. Ten film pokazał mi także bezsensowność podziału na to, co męskie i kobiece, w kontekście wojny.

Przypomniał mi się film „53 wojny” Ewy Bukowskiej, w którym główna bohaterka nieustannie ogląda wiadomości, zastanawiając się, czy jej mąż, korespondent wojenny, jeszcze żyje. Tutaj jest podobnie, kobiety czekają na telefon z drżącym sercem, nie potrafiąc przekierować uwagi na swoje życie. Przynajmniej do czasu, gdy zaczynają śpiewać w chórze.
Ten chór staje się dla nich próbą solidarności, znalezienia czegoś, co spowoduje, że poczują wzajemną więź i wsparcie. Jednak tak dzieje się dopiero od pewnego momentu, bo na początku bohaterki spotykają się na próbach tylko po to, żeby zabić czas. A gdy wracają do domu, każda z nich cierpi i szuka sposobu, żeby zabić swój niepokój, wiele z nich sięga po alkohol.

To ciekawe, co powiedziałaś, że kobieca solidarność nie rodzi się od razu. To proces powolnego zgrywania się nawzajem.
Który rozpoczyna się od momentu, gdy zauważają rywalizację dwóch głównych bohaterek, Kate i Lisy, z których każda ma silne cechy przywódcze. Ten konflikt scala resztę kobiet, bo czują, że tak nie powinno być, że potrzeba im wzajemnego wspierania się. Wszystkie są przecież w tej samej sytuacji. Każda z nich dobrze wie, co to znaczy czekać na wiadomość i że dzwonek do drzwi może zwiastować informację o śmierci męża. I kiedy rozumieją, że jeśli się połączą, to mogą być naprawdę silne – chór staje się dla nich terapią.

Od momentu, gdy zrodziła się wspólnota tych kobiet, zaczęłam śpiewać razem z nimi utwór „Time after time”. Nie mogłam się powstrzymać. We mnie także obudziło się poczucie wspólnoty.
I o to chodzi w tej filmowej terapii kobiet poprzez śpiew!

Kadr z filmu 'Pojedynek na głosy', reż. Peter Cattaneo. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Pojedynek na głosy", reż. Peter Cattaneo. (Fot. materiały prasowe)

Poruszyła mnie scena, gdy jedna z bohaterek mówi, że Rocky z filmu pod tym samym tytułem też się nie poddał i dopiero za trzecim razem wygrał. Ten film daje dużo motywacji. A co ciebie najmocniej poruszyło? Pamiętasz scenę, kiedy bohaterki wchodzą do autobusu i wyjeżdżają na występ do Royal Albert Hall? Czułam, że główna bohaterka, Kate, musi w pewnym momencie okazać jakąś słabość, że musi dojść do jakiegoś wybuchu, inaczej nie będzie w stanie wyzwolić się z tego, co ją zabija od środka każdego dnia. I kiedy dowiedziała się, że Lisa napisała piosenkę, w której wykorzystała słowa jej syna bez spytania jej o zgodę, wyrzuciła z siebie złość w kompletnie niekontrolowany sposób. To bardzo dobra scena. Przypomniała mi, że warto być w grupie, dostrzegać potrzeby, radości i słabości innych osób. One pozwalają nam zauważyć nasze własne, a jeśli zamykamy się w swoim świecie – jak zrobiła to Kate – to nie jesteśmy w stanie sobie pomóc.

Naszą siłą jest także okazywanie słabości.
Dokładnie tak, tylko trzeba to potrafić zrobić. Odważyć się.

Ja nie bardzo lubię mówić o swoich problemach w szerszym gronie, dlatego średnio odnalazłabym się w takiej grupie kobiet...
Ja też nie. Ale nawet jeśli nie potrzebuję się uzewnętrzniać przed innymi kobietami, to już samo bycie z nimi i obserwowanie ich sposobu myślenia pomaga mi rozwiązać problem, bo daje mi samoświadomość.

Dla kogo ten film mógłby być terapeutyczny? Może dla nas wszystkich, bo siła tkwi w byciu razem. Tylko jak się zgrać z drugą osobą pomimo różnic. A może właśnie zacząć wspólnie śpiewać?
Kobiety na wsiach robiły to od zarania dziejów... Jest tylko jedno „ale”. Warto śpiewać po to, żeby złapać oddech i otworzyć się przed innymi albo przed samą sobą. Po to, żeby problemy wyszły na jaw, a nie po to, by je przykrywać. Rozmawiamy w momencie, kiedy w Polsce parlament zaczyna się zastanawiać nad wycofaniem się z tzw. konwencji stambulskiej, która mówi m.in o zapobieganiu przemocy domowej. Nie chciałabym więc, żeby w naszej rozmowie wybrzmiał przekaz, że jeśli kobiety spotkają się razem i pośpiewają, to od razu zrobi im się lepiej. Nie, jeśli nie zrobią nic więcej, to wszystko zostanie po staremu.

Wydaje mi się, że aby mówić czy śpiewać jednym głosem, potrzebujemy odbudować dzisiaj szacunek do drugiego człowieka. Tylko jak to zrobić, skoro tyle nas dzieli?
To jest rodzaj edukacji społecznej i świadomości, że tolerancja to nie jest tylko ta przez duże „T”. To także drobne rzeczy, jak spojrzenie komuś w oczy w windzie, powiedzenie „dzień dobry”, „przepraszam” osobie, której przez nieuwagę zajechałaś w sklepie drogę koszykiem. Otwartość i codzienna tolerancja budują szacunek do drugiego człowieka. Jednak tego rodzaju postawy obywatelskiej u nas brak i wypracowanie jej jest zadaniem dla nas wszystkich. A biorąc pod uwagę to, jak mocno jesteśmy dzisiaj podzieleni i nie potrafimy ze sobą rozmawiać, jeśli różnimy się w swoich opiniach – będzie to bardzo wyboista droga. „Pojedynek na głosy” mógłby być wspaniałym punktem wyjścia do rozmowy i pojednania dla nas wszystkich. Przecież główne bohaterki – Kate i Lisa również mocno się różnią, a jednak odnajdują drogę do porozumienia.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino TVP2.