1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jakie drobne zmiany pomogą ci osiągnąć cel?

Jakie drobne zmiany pomogą ci osiągnąć cel?

123rf.com
123rf.com
Wydajność jest po prostu miarą efektywności pracy wykonywanej danego dnia. I choć istnieje wiele czasochłonnych nawyków, które mogą pomóc Ci zrobić to, co masz do zrobienia, to można też dokonać drobnych zmian, które pozytywnie wpłyną na efektywność Twojego działania.

Przyznaję, że niektóre z poniższych czynności mogą się wydawać zupełnie zwyczajne, ale jeśli włączysz je do solidnego piętnasto– trzydziestominutowego programu, to przekonasz się, że dokona się radykalny przełom zarówno w ilości, jak i w jakości wykonywanej pracy. Porozmawiajmy więc o tym, w jaki sposób drobnymi krokami zmienić Twoją wydajność

Zaplanuj swój dzień i uszereguj zadania pod względem ważności Nie mając choć podstawowego planu działania, niezwykle łatwo jest na koniec dnia uświadomić sobie, że nie udało Ci się zrobić nic ważnego. Powinieneś zapisać sobie zadania, które chcesz wykonać w ciągu dnia, i uporządkować je pod względem ważności. Czynność: Stwórz listę zadań na dany dzień. Postaraj się podejść do niej realistycznie i nie planować zbyt dużo. Oznacz ważność każdego zadania, gdzie 1 to zadanie bezwzględnie konieczne do wykonania, 2 — ważne, 3 — ważne, ale nie pilne, a 4 — mało ważne. Oszacuj, ile czasu będziesz potrzebować na wykonanie każdego zadania. Bądź zapobiegliwy w swoich szacunkach. Przypisz każdemu zadaniu konkretną godzinę. W pierwszej kolejności zaplanuj te najważniejsze. Nie zapomnij o uwzględnieniu przerw. Jeśli nie lubisz napiętych harmonogramów, podziel zadania na dwie sesje: poranną i popołudniową. Czas wykonania: Pięć minut.

Powiedz o swoich planach innym i rozliczaj się z ich realizacji Nawet najbardziej drobiazgowy plan na nic się nie zda, jeśli go nie zrealizujesz. Kiedy odpowiadasz za coś wyłącznie przed samym sobą, istnieje duże ryzyko, że będziesz w nieskończoność odkładać daną czynność i grzebać się z jej wykonaniem, a nawet że nigdy nie zrobisz tego, co uwzględniłeś na swojej liście. Jeśli Twoje zadania nie są automatycznie rozliczane przez innych (np. poprzez ustalony z klientem termin), znakomitym sposobem na to, aby zdyscyplinować się do działania, jest poinformowanie kogoś o tym, co zamierzasz zrobić. Gdybyś musiał się komuś przyznać, że niczego nie zrobiłeś, najadłbyś się wstydu, więc mówiąc innym o swoich zamierzeniach, z dużo większym prawdopodobieństwem je zrealizujesz. Czynność: Powiedz komuś o tym, co chcesz danego dnia zrealizować. Możesz to zrobić, znajdując sobie partnera, z którym wspólnie będziecie pracować nad swoją wydajnością, rozliczając się wzajemnie z wykonanej pracy za pośrednictwem regularnych e-maili lub rozmów. O tym, co chcesz zrealizować, możesz też napisać na forum lub w mediach społecznościowych, uaktualniając systematycznie swój status, albo możesz zamieścić wpis na blogu czy też posłużyć się aplikacją sieciową. Wszystko to pomoże Ci poważnie podejść do postawionych przed sobą celów. Czas wykonania: Pięć minut.

Daj sobie nagrodę za wykonanie zadania

Jeśli zaplanujesz w ciągu dnia wyłącznie obowiązki, bez żadnych przyjemności, to wkrótce się wypalisz i stracisz motywację do działania. Aby nie stracić zapału i mobilizacji, przeplataj obowiązki z drobnymi przyjemnościami. Posłużą one nie tylko jako przerwa, którą uzupełnisz uszczuplone zapasy koncentracji, ale zadziałają też jak przysłowiowa marchewka — wiedząc, że na końcu czeka Cię coś przyjemnego, będziesz pracować szybciej i z większym entuzjazmem. Czynność: Każdemu zadaniu z listy przyporządkuj odpowiednią nagrodę, o której będziesz myślał z przyjemnością. Wcale nie musi to być nic ekstrawaganckiego, pod warunkiem że w Twoim odczuciu będzie to coś przyjemnego: filiżanka kawy, pięciominutowa sesja jogi lub chwila na lekturę czasopisma. Za wykonanie poważniejszego zadania możesz sobie przyznać większą nagrodę, np. obiad z przyjacielem lub zakup rzeczy, o której od jakiegoś czasu marzyłeś. Czas wykonania: Pięć minut.

Fragment pochodzi z książki „ Piętrzenie nawyków. 97 małych zmian, które odmienią Twoje życie”, Scott Steve, Wydawnictwo Sensus 2016 s.176

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zarządzanie czasem - jak dobrze planować?

Jakie zastosować strategie, aby zacząć panować nad swoim czasem? (fot. iStock)
Jakie zastosować strategie, aby zacząć panować nad swoim czasem? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Skarżymy się, że mamy go mało. Zdecydowanie za mało! Narzekamy na pracę wykonywaną po godzinach, na zmęczenie. Gdzie przepada nasz czas? Jak go pochwycić, wydłużyć, obłaskawić? Jest na to sposób, a nawet kilka.

Kiedy chcesz na nowo zawładnąć czasem, musisz zacząć od zmiany nawyków. Czyli tak naprawdę stylu życia. Do tego nie wystarczy presja z zewnątrz. Potrzebujesz motywacji! Anna Kupisz-Cichosz, coach i trener rozwoju przedsiębiorczości, powołuje się na książkę rodzeństwa Heathów „Pstryk. Jak zmieniać, żeby zmienić”. Autorzy twierdzą, że każdy z nas ma w sobie jeźdźca i słonia. Jeździec to rozsądek, który mówi na przykład, że trzeba się inaczej zorganizować, wprowadzić zmianę, ulepszenie. Ale jest jeszcze słoń, któremu często zwyczajnie się nie chce.

– Oczywiście, jeździec może się z nim siłować, zmuszać do wykonywania pewnych czynności. W końcu jednak opadnie z sił, gdyż słoń ciągnie w swoją stronę, zgodnie z nawykiem. Bo nie został zmotywowany do wprowadzenia zmiany – mówi Anna Kupisz-Cichosz.

Jeździec kontra słoń

Chcenie lub niechcenie ma ścisły związek z emocjami. A emocje – z priorytetami. I to właśnie priorytety odgrywają kluczową rolę, jeśli chodzi o wykorzystanie czasu. – Pytanie, na ile są one zgodne z naszym systemem wartości, z filozofią życiową. Bo jeśli nie są, będziemy mieli ogromny problem z tym, żeby efektywnie zaplanować dzień, realizować powierzone zadania – ostrzega Anna Kupisz-Cichosz. Emocje to drogowskazy, podpowiedzi: to tak, a to nie, to lubię, w to nie wierzę. Mogą osłabiać nasze działania. Albo wzmacniać. Dzięki nim jesteśmy w stanie porywać się na najtrudniejsze zadania.

– Kultura zachodnia oddzieliła emocje od procesów myślowych, zepchnęła je w kąt. Wielu z nas żyje w przekonaniu, że w miejscu pracy nie można być sobą, okazywać emocji – że to słabość. Niezależnie od tego, czy w grę wchodzi złość, smutek czy radość... Przez lata byliśmy uczeni tłumienia emocji, aż straciliśmy z nimi kontakt. One wciąż są, tyle że w podświadomości, i nie jest to dla nich najlepsze miejsce. Dużo lepiej byłoby przeżywać je świadomie. Kiedy podczas sesji coachingowych pytam klienta „co czujesz?”, często nie potrafi odpowiedzieć. Mówi: „Myślę, że...” albo: „Generalnie rzecz biorąc, czuję się dobrze”. Czyli skupia się na intelektualizowaniu albo ocenie stanu. „Dobrze” to nie emocja! – zauważa Kupisz-Cichosz.

Wracając do słonia: żeby mógł porozumieć się z jeźdźcem, musi wiedzieć, co czuje, czego potrzebuje, na co ma ochotę.

– Powiedzmy, że jeździec ocenił, że dobrze byłoby wcześniej wstawać, ale jeśli nie mam wyznaczonych godzin pracy, nie mam szefa, a rano chce mi się spać – sam pomysł to trochę mało – mówi coach. – Na początku zmuszamy się, potem rezygnujemy. Może nie wzięliśmy pod uwagę, że potrzebujemy ośmiu godzin snu i żeby wcześniej wstać, trzeba się wcześniej położyć? To typowy problem osób wykonujących wolne zawody. Wiele z nich wpada w nawyk realizowania zleceń w ostatniej chwili. Trudno się zorganizować, tyle ciekawych rzeczy można robić... Jednocześnie zdają sobie sprawę, że taki sposób działania jest bardzo wyczerpujący i stresujący. Owszem, stres może wpływać mobilizująco, wręcz wywoływać ekscytację, ale po przekroczeniu pewnego progu staje się obciążeniem nie do zniesienia. Co więcej, spada jakość wykonania.

Ponieważ przyzwyczajenia bywają niezwykle silne, lepiej nie skakać na głęboką wodę, nie zmieniać wszystkiego od razu. Anna Kupisz-Cichosz zaleca taktykę małych kroków. Jeśli zwykłaś wylegiwać się do dziesiątej, trudno, żebyś z dnia na dzień zadecydowała, że będziesz wstawać o piątej. – Przy gwałtownych skokach słoń przestraszy się, zwątpi. Pojawia się lęk przed porażką, przekonanie, że to nie ma sensu, za dużo. Władzę przejmuje podświadomość, zaczyna się szarpanina, frustracja... Tymczasem małe kroki to szansa na małe sukcesy. A każdy sukces – zauważony, doceniony – pozwala wzmocnić siebie, uwierzyć, że się uda.

Jak się odnaleźć w wielu rolach?

A w firmie, korporacji, biurze? Pewne rzeczy wymusza system, choćby godziny urzędowania, ale nie ma co się oszukiwać – i w tym wypadku organizacja czasu jest niezmiernie ważna. Chcesz przecież optymalnie wykorzystać dzień, a o godzinie „0” z czystym sumieniem wyłączyć komputer.

– Zwykle w firmie w godzinach pracy sporo się jednak dzieje – mówi Anna Kupisz-Cichosz. – Zadania merytoryczne, spotkania „odgórne”, „oddolne”, e-maile, telefony. Trzeba nad wszystkim zapanować, nie zapomnieć przy tym o posiłku i chwili odprężenia. Ustalić priorytety. W przypadku menedżerów dochodzą jeszcze zajęcia związane z oceną okresową, planami na przyszłość, koncepcją firmy, rzeczy stricte operacyjne...

Anna Kupisz-Cichosz poleca proste narzędzia do zarządzania projektowego. Na przykład to, które opisuje (w książce „7 nawyków skutecznego działania”) Stephen R. Covey. – Zaczynamy od tego, że wypisujemy wszystkie role, jakie pełnimy w danej firmie. Z jednej strony pracownik i członek zespołu, z drugiej podwładny, z trzeciej często przełożony. W każdej z tych ról mamy pewne priorytety, rezultaty, jakie chcemy osiągnąć. Należy rozpisać je na cele tygodniowe, a następnie rozbić na mniejsze zadania i umieścić w kalendarzu pod konkretną datą. Zwracam na to uwagę, bo często wykonujemy prace związane tylko z byciem członkiem zespołu, zapominając o podwładnych, którzy potrzebują naszej pomocy, czekają na wskazówki.

Z doświadczenia Anny Kupisz-Cichosz wynika, że najtrudniej jest zapanować nad czasem przedsiębiorcom. I to oni najczęściej odwołują się do narzędzi zarządzania projektowego, do specjalnych programów. – Właściciel firmy ma, zwłaszcza na początku, mnóstwo obowiązków: pozyskiwanie klienta, obsługa, nawiązanie relacji z potencjalnymi partnerami biznesowymi, prowadzenie działań marketingowych, koncepcyjne myślenie nad rozwojem przedsięwzięcia, czynności administracyjne. Zawsze radzę korzystać z usług księgowej i jak najszybciej zatrudnić asystenta. To zmniejsza ryzyko, że firma „wejdzie na głowę”. Każdy musi wygospodarować przestrzeń dla siebie, na spotkania z bliskimi, na książkę, film, zadbanie o kondycję, zdrowie, sferę duchowości. Jeśli brakuje na to czasu, życie zaczyna przypominać kierat.

Jaką przyjąć strategię?

Niektóre zadania sprawiają nam przyjemność, inne nie. Próbujemy sobie z tym radzić za pomocą różnych strategii i z różną skutecznością. Jedni zaczynają dzień od wyzwań. Mają więcej energii, żeby wziąć byka za rogi, no i chcą to mieć jak najszybciej z głowy. Inni wolą rozpocząć od czegoś łatwiejszego – rozkręcić się.

– Jeżeli jakieś strategie się sprawdzają, nie ma powodu, by je zmieniać – mówi Anna Kupisz-Cichosz. – Zalecam jednak nie odkładać nielubianych czynności, które zajmują niewiele czasu. Być może wywołują opór, niechęć – na przykład musimy do kogoś zadzwonić. Ale jeśli to kwestia trzech minut, zrób to natychmiast! Odbębnij to, miej za sobą, inaczej zmarnujesz dzień.

Ogromne znaczenie przy zarządzaniu czasem odgrywa koncentracja – przy nadmiarze otaczających bodźców łatwo ją tracimy, a wtedy wszystko rozłazi się, rozpada... Jednym ze sposobów na to jest technika Pomodoro. Innym – robienie tego, co się lubi. – Kiedy jakaś czynność sprawia nam dużą przyjemność albo mocno się w nią zaangażujemy, potrafimy się zatracić – zauważa coach. – Wpadamy w trans. W przepływ. W szał twórczy. Tracimy poczucie czasu, jesteśmy w stanie pracować tak długo, aż ta energia się wyczerpie. Nawet kilkanaście godzin. Pasja zapewnia inną jakość pracy, inny wymiar.

Matryca Eisenhowera

Cennym przewodnikiem po dniu pracy jest matryca Eisenhowera. Dzieli ona zadania na cztery ćwiartki: ważne i pilne, ważne i niepilne, nieważne i pilne, nieważne i niepilne. Pierwsza ćwiartka (ważne i pilne) to tzw. pożary. – Nie ma o czym dyskutować, trzeba to zrobić – mówi Anna Kupisz-Cichosz. – Zwykle zdecydowanie za mało czasu poświęca się na drugą ćwiartkę – „ważne, niepilne” – a szkoda, bo to działania prewencyjne, pozwalające uniknąć sytuacji kryzysowych. W rezultacie liczba pożarów wzrasta i wciąż jesteśmy w tzw. bieżączce. Rzeczy nieważne, ale pilne najlepiej od razu delegować, a nieważne i niepilne – odpuścić sobie. Te ostatnie to pożeracze czasu – strony w sieci, na które wchodzimy na chwilę i ani się spostrzeżemy, jak mija godzina. Matryca Eisenhowera zwraca uwagę na drugą ćwiartkę – żeby jak najczęściej do niej zaglądać, nie tylko w pracy. Na przykład w kwestii profilaktyki zdrowotnej – w tym wypadku „pożarem” jest choroba.

– Matrycę Eisenhowera dobrze jest połączyć z zarządzaniem przez role – podpowiada coach. – Przefiltrować przez nią priorytety związane z pełnionymi rolami. Być może, patrząc na drugą ćwiartkę, menedżer przypomni sobie, jak istotny jest rozwój podwładnych. Albo analiza skończonego projektu.

Wreszcie planowanie. Bardzo ważne! Zwłaszcza że – jak twierdzi Anna Kupisz-Cichosz – ludzie mają tendencję do planowania „na styk” i do niedoceniania pracochłonności poszczególnych zadań. – Ich terminarze są przeładowane, spotkanie po spotkaniu. A potem spóźniają się, bo nie wzięli poprawki na poślizg. Albo wysiada im głowa. Zawsze mówię przedsiębiorcom: „Pod żadnym pozorem nie planuj sobie 12-godzinnego dnia pracy! Po pierwsze, nie dasz rady, po drugie, rodzina ci na to nie pozwoli”. W zarządzaniu projektami trzeba pamiętać, żeby do planowanego czasu realizacji doliczyć 20 proc. To margines na rozmaite niespodzianki, na ryzyko, którego nie dostrzegliśmy.

Przy długoterminowych projektach ustanawia się dodatkowo tak zwane kamienie milowe, czyli cele pośrednie. Na przykład co kwartał. – Ustal swoje cele na poszczególne miesiące. Potem skup się na pierwszym miesiącu – zapisz, jakie zadania mają zostać zrealizowane w danych tygodniach – sugeruje coach. – Wreszcie najbliższy tydzień: wpisz zadania przy konkretnych dniach. Postępuj tak samo z kolejnymi tygodniami, a kiedy dotrzesz do kamienia milowego, zobacz, gdzie jesteś. Kamienie milowe to niezwykle istotny element weryfikujący, taki przystanek na drodze. Zatrzymujesz się, oglądasz na nowo sytuację... Ale też okazja do świętowania. Spory kawał roboty za tobą, coś już osiągnęłaś, pora na nagrodę. Może to być urlop, zakupy, kolacja... Najważniejsze jednak jest poczucie dumy, radości, wiary w siebie.

Anna Kupisz-Cichosz, coach, trener rozwoju przedsiębiorczości, właścicielka firmy Softway, wspierającej przedsiębiorców w rozwoju.

  1. Psychologia

Jak pomóc samemu sobie? Autocoaching

Zatrzymanie się i obserwacja siebie, swojego środowiska, sprawdzanie tego, jak się mam z tym, co mnie otacza, czego doświadczam, to pierwszy krok do zmiany. (Fot. iStock)
Zatrzymanie się i obserwacja siebie, swojego środowiska, sprawdzanie tego, jak się mam z tym, co mnie otacza, czego doświadczam, to pierwszy krok do zmiany. (Fot. iStock)
Po raz kolejny nie udało ci się wytrwać w decyzji, by regularnie biegać? Nawet nie pamiętasz swoich noworocznych postanowień? Próba wprowadzenia zdrowszej diety znowu spełzła na niczym? To znak, że masz problem z realizacją swoich planów. Możesz poprosić o pomoc coacha albo zgodnie z zasadą „zrób to sam” zostać swoim własnym trenerem. Na początek wystarczy uwierzyć, że możesz się zmienić.

Coach to ktoś, kto ma nam pomóc w uwolnieniu potencjału i wprowadzeniu zmian w naszym życiu, a także ułatwić osiągnięcie wybranych przez nas celów. Jak to wygląda w praktyce? Coach zadaje pytania, żeby skłonić swojego klienta do szukania odpowiedzi, samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków. Czy zgodnie z modną ostatnio na świecie, a od czasów PRL-u w Polsce, filozofią DIY (do it yourself, czyli zrób to sam) można zostać swoim własnym trenerem, takim Adamem Słodowym osobistego rozwoju? Na pewno warto spróbować, stawka jest wysoka, kto by nie chciał osiągać własnych celów, poprawić swojej motywacji i skuteczności.

Prosto do celu

Trudność polega na tym, że autocoaching to samodzielne wypracowanie planu działania. Naszym zadaniem jest stawianie sobie pytań, tylko jakich? O odpowiednie narzędzia pracy ze sobą podpytuję zajmujące się coachingiem, konsultingiem i mentoringiem Katarzynę Ramirez-Cyzio i Dagmarę Miąsek.

Katarzyna Ramirez-Cyzio: – Pierwszym i najważniejszym krokiem jest określenie celu, nawet jeśli on nie jest wyrażony wprost („Tego nie chcę” znaczy przecież, że czegoś chcę w zamian). To może być na przykład jakiś problem do rozwiązania, który przeformułujemy na cel. Dobrze wyobrazić sobie, jak to będzie, gdy ten cel już zrealizujemy. Pozwoli nam to dokonać wstępnego sprawdzenia, czy to przypadkiem nie jest cel pozorny (np. uwewnętrznione oczekiwania innych). Pobudzi też do refleksji nad tym, jak jest, a jak chcę, żeby było. Podobnie działają pytania doprecyzowujące. Jeśli ktoś chce „być dobrym ojcem”, dobrze dookreślić ten przymiotnik. Zastanowić się, co to znaczy i jak to będzie, jak już nim się stanie, co się zmieni. Gdy ktoś mówi: „Chcę więcej biegać”. Zastanawiamy się: „Więcej, czyli ile?”. A potem: „Jak często? Gdzie?”. Po takim doprecyzowaniu czasem człowiek zauważa, że jednak właściwie nie chodzi mu o bieganie, tylko na przykład o to, żeby być zdrowym, a o zdrowie można zadbać na różne sposoby.

Pytania o cel: Czego chcę? Do czego w życiu dążę?, powinny nas skłonić do zastanowienia się nad tym, co tak naprawdę jest dla nas ważne.

Dagmara Miąsek: – Bo jedno to jest mierzalny i dookreślony cel, a drugie to wartości: Po co chcesz biegać? Co dzięki temu będziesz miał, a co stracisz? Tych pytań może być wiele, ale tu chodzi o dojście do tego, jakie korzyści stoją za naszym celem. Co zyskam, jeśli coś w swoim życiu zmienię, czy bilans zysków i strat wprowadzania danej zmiany jest dla mnie korzystny?

Porozmawiaj – ze sobą

Budowaniu samoświadomości sprzyjają ćwiczenia medytacyjne i trening mindfulness. Bycie obecnym w sobie, uważność na to, co się dzieje dookoła, ale także w nas samych, to podstawa. Trenerki z Pracowni Satysfakcji mówią, że taką uważność najprościej uruchomić z poziomu ciała. Proponują proste ćwiczenie – podczas rozmowy koncentrować uwagę nie tylko na relacji z drugą osobą, ale też na własnych odczuciach: czy mi gorąco, co robi moja lewa noga itp. Kolejnym ćwiczeniem może być świadome skupienie na ciele podczas wykonywania prostych fizycznych czynności, takich jak zmywanie albo kopanie w ogródku.

Zatrzymanie się i obserwacja siebie, swojego środowiska, sprawdzanie tego, jak się mam z tym, co mnie otacza, czego doświadczam, to pierwszy krok do zmiany. Ludzie bardzo często unikają takiej refleksji, bo boją się, że poczują brak satysfakcji i nie będą wiedzieli, co z tym dalej zrobić. Wybierają więc życie w pędzie, na autopilocie, bo obecny stan rzeczy jest znany i oswojony. Jeśli chcę stosować autocoaching, muszę się zatrzymać, sprawdzić, w którym miejscu swojego życia aktualnie się znajduję, co mi się podoba, a co przeszkadza. Innymi słowy każdego dnia zadawać sobie pytanie o to, czy chcę być tu, gdzie jestem. Czy mam radość z tego, czym się zajmuję.

Przekonanie podlega zmianie

Warunkami coachingowej pracy z samym sobą są dyscyplina i uczciwość wobec samego siebie. Kiedy już nazwiemy cel i wartości, pora zastanowić się nad tym, które doświadczenia pomogą nam w jego realizacji, a które będą tylko przeszkadzać. Dochodzimy do szczególnego momentu – pracy z własnymi przekonaniami.

Katarzyna Ramirez-Cyzio: – W coachingu zawsze zaczynamy od celu i wartości, potem są zasoby i na końcu działanie. Ale clou to także obawy i przekonania, one mogą dotyczyć celu („To nie dla mnie, to za trudne”; „Nie dam rady”). Mogą dotyczyć wartości („Nie wiem, czy to jest do końca uczciwe”; „Co na to mój mąż czy przełożony?”), mogą dotyczyć zasobów („Nie umiem tego zrobić, bo nigdy tego nie robiłem, nie potrafię”) albo działania („Jak to, ja mam tak po prostu pójść i zapytać?!”).

Dagmara Miąsek: – Własne przekonania trudno rozpoznać bez pomocy kogoś z boku. Są widoczne na przykład w języku, którego używamy. Warto się przyjrzeć choćby przekonaniu o tym, że coś muszę. Mogę przecież powiedzieć: „Powinnam, należy, wybieram, decyduję” albo po prostu: „chcę”. Może się okazać, że ja wcale nie „muszę”, tylko decyduję się coś zrobić w tej chwili, bo przyniesie to określone skutki w niedalekiej przyszłości. To jest przeformułowywanie i praca z wewnętrzną motywacją. Jak ja mam w głowie, że coś muszę, to ja tej motywacji nie mam. Zmuszam się, jestem w napięciu.

Jak ważne są nasze przekonania, dowodzą zwolennicy psychologii pozytywnej, mózg o wiele lepiej działa z optymistycznym niż z negatywnym nastawieniem. Optymista potrafi porzucić dotychczasowe schematy, znajduje nowe drogi do ważnych celów, ma konstruktywne podejście do porażek, traktuje je jak lekcję, informację zwrotną na temat tego, jak należy działać. Ba, bardziej niż pesymista dba o swoje zdrowie i przyszły dobrostan. Nawet realiści mają niższą samoocenę, częściej czują się przygnębieni i chorują. Choć może nam się to nie podobać, złudzenia na własny temat nam służą, oczywiście, pod warunkiem że są pozytywne. Na szczęście nie musimy być raz na zawsze optymistami albo pesymistami. Możemy nauczyć się reinterpretacji zdarzeń w taki sposób, żeby zmieniać swoje skłonności do czarnowidztwa. Zmieniając sposób myślenia, możemy z kolei zmienić swoje uczucia, zachowanie, a więc to, kim się stajemy.

Przekonaniem, które jest fundamentem podejmowania trudnych wyborów i wytrwałego dążenia do celów – oprócz optymistycznych zapatrywań na przyszłość – jest nastawienie: „Myślę, że dam radę” . Profesor Walter Mischel z Uniwersytetu Columbia, autor książki „Test marshmallow...” (wydawnictwo Smak Słowa), widzi w połączeniu tych dwóch elementów sedno definicji samokontroli. To dzięki samokontroli właśnie przypominamy sobie o wybranych celach i warunkach ich osiągnięcia, sprawdzamy postępy w naszych dążeniach, panujemy nad pokusami, które nas od nich odciągają. Poczucie kontroli można budować, pielęgnując w sobie przekonanie: „Mam wpływ na swoje zachowanie, mogę się zmieniać, rozwijać, uczyć”, i zmieniając swoje nawyki.

Dagmara Miąsek: – Przypominam jeszcze raz – uważajmy na słowa! Nie mówmy: „Udało się”, bo w tym sformułowaniu brakuje poczucia sprawczości, tylko: „Zrobiłam to”. Zamieniamy słowa, wypracowujemy pewien automatyzm, a pójdzie za tym refleksja, że ja jednak mam wpływ na to, co robię.

Wyrokujący kontra uczeń

Myślenie przebiega według wzoru: pytanie – odpowiedź, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nasz mózg instynktownie szuka odpowiedzi na postawione pytania. Opierając się na tym założeniu, doktor psychologii Marilee Adams w swojej książce „Myślenie pytaniami” (wydawnictwo Studio Emka)  dowodzi, że poprzez umiejętne zadawanie pytań sobie (ale również innym) możemy kształtować swój sposób myślenia i działania oraz wpływać na osiągane rezultaty. Cała sztuka to nauczyć się formułować w myślach odpowiednie pytania. Jedne mogą bowiem stymulować naszą ciekawość, otwierać na nowe rozwiązania, a inne doprowadzać do rozpaczy, wywoływać bierność lub poczucie przegranej.

Adams przedstawia dwie strategie reagowania na otaczającą rzeczywistość obecne w naszych głowach. Pierwsza to postawa wyrokującego związana z automatycznymi reakcjami pod wpływem emocji, skupieniem na obwinianiu innych albo siebie, a co za tym idzie – z zamknięciem na nowe pomysły i kompletnym brakiem efektywności. Uciekamy w taki sposób myślenia zwłaszcza podczas wszelkiego rodzaju konfliktów. Wyrokujący jest często defensywny, przekonany o własnej nieomylności, ma poczucie wyższości i potępia innych albo siebie. Pytania, które mu towarzyszą, to: Kto jest winien? Jak mogłem przegrać? Jak mogę udowodnić, że mam rację? W jaki sposób przejąć kontrolę? Co jest z nimi/ze mną nie tak? Dlaczego oni są tacy głupi? Dlaczego jestem nieudacznikiem? Po co się tym przejmować?

O wiele bardziej efektywna jest postawa uczącego się, którą charakteryzuje przemyślany wybór, ciekawość, dociekliwość oraz koncentracja na rozwiązaniu i relacjach wygrana – wygrana. Pytania, które reprezentują tę postawę, to: Co się stało? Co w tym pożytecznego? Czego chcę? Czego mogę się nauczyć? Za co jestem odpowiedzialny? Co druga osoba myśli, czuje, czego potrzebuje, chce? Jakie są fakty? Co jest możliwe? Jaki mam wybór? Co teraz najlepiej zrobić?

Wprawdzie nie zawsze mamy wpływ na to, co nam się przytrafia, ale zawsze możemy wybrać, jak to potraktujemy. Rozwinięta zdolność obserwacji samego siebie pozwoli nam na dokonywanie świadomego wyboru naszych reakcji w taki sposób, by nie kierowały nimi negatywne emocje, poczucie zagrożenia czy bodźce z zewnątrz.

Oba sposoby myślenia – wyrokującego i uczącego się – w nas współistnieją i najlepiej to zaakceptować. Adams podpowiada na szczęście prosty sposób na przestawienie się na tryb uczącego się. Jak to zrobić? Oczywiście, zadając sobie odpowiednie, tzw. przełączające pytania. Oto kilka z nich: Jak mogę inaczej o tym myśleć? Jakie przyjmuję założenia? Gdzie chciałbym być? Czy moje nastawienie da mi to, czego chcę? Czy jestem w pozycji wyrokującego?

Wcześniej jednak dobrze się upewnić, czy rzeczywiście przyjęliśmy postawę wyrokującego. Najłatwiej zrobić to na podstawie sygnałów wysyłanych przez ciało, takich jak napięcie, wyczerpanie, niepokój, podenerwowanie, przygnębienie. W rozpoznawaniu różnic między wyrokującym a uczącym się „ja” pomocna bywa także umiejętność spojrzenia na siebie z zewnątrz, bycia świadkiem swoich myśli i działań.

Zmieniamy się poprzez działanie

Kolejnym krokiem autocoachingowej pracy jest sprecyzowanie planu działania, który ma nas doprowadzić do obranego celu. Ta droga powinna być zgodna z naszymi umiejętnościami, czyli zasobami. Jak do nich dotrzeć? Pomocne okażą się pytania, takie jak: Jakie mam doświadczenie w tej dziedzinie? Czego mogę się nauczyć? Kto może mi pomóc w osiągnięciu celu? Czego potrzebuję, żeby to osiągnąć?

Dagmara Miąsek: – Zwykle koncentrujemy się na porażkach, mamy łatwość zapominania o własnych sukcesach, a one budują poczucie sprawczości, poczucie własnej wartości. Polecam ćwiczenie „Linia życia”. Polega na wypisaniu pozytywnych zdarzeń ze swojego życia, które wydarzyły się dzięki nam, mieliśmy na nie wpływ, czyli swoich sukcesów, a potem umiejętności, cech, doświadczeń, które pomogły je osiągnąć. Tak powstaje mapa zasobów.

Katarzyna Ramirez-Cyzio: – Każdy krok, który zrobimy samodzielnie, przybliża nas do tego, żebyśmy wsparcia potrafili też szukać obok. Jeśli ja się rozwijam i w którymś momencie dochodzę do ściany, to szukam wsparcia. Zaczynam zbierać informacje z najbliższego otoczenia. Często proszę klientów, żeby ich najbliżsi zadali im pytania dotyczące celu, jaki sami sobie wybrali.  Na przykład: „Chcę wybudować dom. Zadajcie mi jakieś inspirujące pytanie, które może mi pokazać coś, czego nie wziąłem pod uwagę”. 50 otrzymanych tak pytań to mogą być kwestie dawno przez nas przemyślane, ale któreś może nas zainspirować. To prosta metoda na selfcoaching wśród najbliższych. Można też zbierać sobie pytania, robić ich listę: Kiedy? Po co? Dlaczego? Z kim? W jaki sposób? Którędy? I badać za ich pomocą własne cele.

Pozostaje jeszcze realizacja planu. Jeśli wybraliśmy cel zgodnie z założeniami SMART, możemy go podzielić na konkretne zadania i dać sobie na nie określony czas. Ważne jest sprawdzanie postępów, to informacja zwrotna o skuteczności działań i źródło wewnętrznej motywacji. Zaczynamy od pierwszego punktu z listy kroków, które mają nas przybliżyć do osiągnięcia celu. Nie ma się czego bać, jak śpiewała Anna Jantar: „Najtrudniejszy pierwszy krok, za nim innych zrobisz sto”.

  1. Psychologia

Rewolucja w życiu zawodowym jest możliwa

Fot. materiały prasowe
Fot. materiały prasowe
Wiele osób myśli, że odkrywanie swojej drogi zawodowej odbywa się zaraz po szkole, kiedy zaczynamy życie zawodowe. Nic bardziej mylnego. Odkrywanie własnej drogi to proces, który powinniśmy przechodzić od nowa co kilka lat.

Świat zmienia się błyskawicznie. Jedne zawody znikają, inne powstają. Pojawiają się nowe możliwości i nowe okoliczności w których powinniśmy zadać sobie pytanie o to jakie aktualnie są moje wartości, moje talentu i jak w oparciu o nie prowadzić swoją dalszą drogę.

Wiele osób po latach doświadczenia zawodowego w ogóle nie wierzy, że zmiana kierunku jest możliwa. Wolą tkwić w czymś, co nie jest ich pasją, a potem dziwią się, skąd pojawia się u nich wypalenie zawodowe.

Bez względu na to jaki masz staż zawodowy zawsze możesz na nowo odkryć swoje talenty, aspiracje, wartości i w oparciu o to zbudować nowy pomysł na siebie. Nie tylko możesz - powiedziałabym nawet, że musisz. To nasza odpowiedzialność wobec nas samych, aby pracować z pasją, bo życie mamy tylko jedno - mówi Elżbieta Krokosz, autorka książki „Ty też to masz! Odkryj swoje talenty i zacznij robić w życiu to, co lubisz i potrafisz najlepiej”.

Poniżej publikujemy fragment tej książki, w którym jedna z uczestniczek autorskiego programy Elżbiety Krokosz opowiada o radykalnej zmianie, jakiej dokonała dzięki niemu w swoim życiu - zmieniła miejsce zamieszkania i odnalazła się w zupełnie nowym zawodzie.

Rewolucja w życiu zawodowym jest możliwa

Nic tak nie wspiera naszej odwagi do działania, jak przykład kogoś, kto dokonał tego, o czym my myślimy. I dlatego zaprosiłam tutaj do wywiadu osobę, która jest zdecydowanie przykładem tego, że obranie własnej ścieżki jest możliwe. Co więcej — możliwe jest kompletne przebranżowienie, zaczęcie na nowo po 12 latach pracy w innym zawodzie i osiągnięcie poczucia, że jest się w dobrym miejscu, we właściwej rzece. Przeczytaj, proszę, mój wywiad z Anią — szczerze wierzę, że jej historia może być dla ciebie dowodem, że i tobie starczy odwagi, aby dokonywać zmian, na jakie się zdecydowałeś. Ania realizowała kurs „Odkryj, co chcesz robić w życiu, i zbuduj swój plan”. W dużej mierze wykorzystuje on ćwiczenia, którymi podzieliłam się z tobą w tej książce. Możesz więc mieć pewność, że to, czego nauczyłeś się o sobie, o swojej drodze, czytając tę książkę, możesz całkowicie zastosować w swoim życiu, podobnie jak Ania.

Ela: Witaj, Aniu. Cieszę się, że zgodziłaś się na ten wywiad. Jesteś świetnym, żywym przykładem tego, że swoje życie można zmieniać, ot po prostu, na spokojnie. Mam wrażenie, że na ten temat krążą niepotrzebne legendy i mity.

Ania: To ja dziękuję za zaproszenie.

Ela: Zarówno ja, jak i moi czytelnicy chcielibyśmy poznać twoją historię trochę lepiej. Czy mogłabyś opowiedzieć nam trochę o sobie?

Ania: Prywatnie jestem mamą dwóch chłopców, żoną, a zawodowo przez 12 lat pracowałam w bankowości, zaczynając od recepcji. Potem byłam wsparciem doradcy klienta premium, a następnie trafiłam nagle na stanowisko analityka kredytowego, po jakimś czasie miałam przerwę związaną z urodzeniem dzieci. Praca jako analityk kredytowy nie do końca mi odpowiadała, a po twoim kursie jestem na zupełnie innym poziomie — praca daje mi satysfakcję. Obecnie pracuję jako specjalista ds. HR w firmie szkoleniowo-rekrutacyjnej.

Ela: Chciałabym zwrócić uwagę, że twój przykład jest bardzo ciekawy. Po 12 latach pracy w bankowości zmieniłaś swoje życie o 180 stopni. Zmieniłaś firmę i branżę. Zmieniłaś całkowicie zawód. Powiedz mi, proszę, ile miałaś lat doświadczenia w pracy w dziale HR?

Ania: W branży HR — zero.

Ela: Dokładnie! Zero. A ja non stop spotykam się z tym, że ludzie uważają, że jak pracują w jednej branży 10 czy 15 lat, to już nie ma dla nich szansy na zmianę. Kiedy przyszedł moment, że powiedziałaś sobie: „dość”?

Ania: Patrząc na to z perspektywy czasu, myślę, że cała ta sytuacja się po prostu nawarstwiała. Awans na analityka kredytowego, posadzenie mnie za biurko na 8 godzin, bez kontaktu z ludźmi zaczęło powodować dyskomfort. Po urodzeniu dzieci, po dłuższej przerwie i powrocie do pracy, nie mogłam wejść z powrotem w system korporacji, kiedy byłam przerzucana między jednym zespołem a drugim. Czułam się niedoceniana. A punktem kulminacyjnym były moje problemy zdrowotne. Miałam problemy z kręgosłupem, z biodrem, w pewnym momencie nie byłam w stanie chodzić. Myślę, że fakt, że nie byłam doceniana, wpłynął też negatywnie na mój stan zdrowia.

Ela: Chciałabym podkreślić, że to nie jest tak, że pewnego dnia ot tak stwierdzamy, że coś nam się nie podoba, tylko to jest proces. Tkwimy przez jakiś czas w danej sytuacji, która wydaje nam się później nieodpowiednia. Potrzebujemy czasu na zmianę. U ciebie było podobnie, nie stwierdziłaś po miesiącu, że tu nie pasujesz, bo nie masz kontaktu z ludźmi, tylko dopiero kiedy nałożyły się na siebie dodatkowe czynniki, złożyło się to wszystko na ostateczną decyzję.

Ania: Chciałabym podkreślić, że my naprawdę tkwimy w jakiejś sytuacji, mimo iż podświadomie wiemy, że nie do końca nam to pasuje. Dlaczego ja tkwiłam w tej sytuacji? Czułam, że moja praca jest stabilna, że jest umowa na czas nieokreślony, że może nie daje mi pełnej satysfakcji, ale dzięki niej moja rodzina może normalnie funkcjonować. Podejrzewam, że gdyby nie ta choroba, tkwiłabym w tej pracy do tej pory. Jestem o tym przekonana.

Ela: Podejrzewam, że tę satysfakcję życiową czerpałaś z rodziny, z innych aspektów, a zawodowo, gdzieś w głębi duszy się uspokajałaś, że przynajmniej jest praca, bezpieczeństwo, ta umowa. Gdyby jeszcze cię doceniali, prawdopodobnie nadal robiłabyś to, co może nie daje ci radości, ale jest bezpieczne, prawda?

Ania: Nawet większość dziewczyn z grupy z twojego programu potwierdzała to, że mocno w czymś tkwiły, dopóki się coś nie wydarzyło. My naprawdę lubimy bezpieczeństwo i stabilizację. I ja też tak to sobie tłumaczyłam, że może nie czuję się dobrze jako analityk, ale jest satysfakcja finansowa. Że może jeszcze się rozwinę, a jeśli nie, to przynajmniej jest to bezpieczeństwo.

Ela: Twoja historia przypomina mi moją, którą często wspominam. Ja sama, będąc w Irlandii, tkwiłam w nieodpowiednim miejscu
— dwa lata trwało, zanim zmieniłam swoją sytuację. Opowiedz mi, proszę, co było dalej. Wyjechałaś z Warszawy?

Ania: Tak. Po rozmowie z moim mężem, oboje doszliśmy do wniosku, że ta sytuacja to nie tylko aspekt zawodowy, ale także prywatny. Wpływało to negatywnie na naszą relację. Mąż kazał mi się zastanowić, jak długo jeszcze będziemy tkwić w takiej sytuacji, skoro źle to wpływa na nasze życie rodzinne, są kłótnie, pretensje —jak długo będziemy to wytrzymywać? Na szczęście miałam w nim wielkie wsparcie, był osobą, która mi to uświadomiła, która pociągnęła całą decyzję... i stało się. Postanowiliśmy, że się przeprowadzimy. I w tamtym momencie poczułam, że cały świat nam sprzyja. Wszelkie kroki, które musieliśmy podjąć — sprzedaż mieszkania, znalezienie nowego, miejsce w przedszkolu — wszystko udało się załatwić ekspresowo. Plusy i minusy, to nie jest bajka, lecz życiu.

Ela: Aniu, z perspektywy czasu, co po waszej przeprowadzce do Trójmiasta było super, a czego się nie spodziewałaś? Co okazało się trudne?

Ania: Na pewno super było znalezienie swojego miejsca. Wszystko nam się tam podobało i fakt, że w końcu mieliśmy czas na odbudowanie relacji rodzinnej, był bardzo na plus. Dzieci miały wakacje, a my czas, żeby z nimi pobyć. Natomiast ciężkie było nasze zderzenie z rzeczywistością, jeśli chodzi o rynek pracy. Ogólnie mówiąc, praca za najniższą krajową, umowy śmieciowe albo po prostu problem ze znalezieniem odpowiedniej pracy, która dawałaby satysfakcję, pieniądze i czas dla rodziny. Gdy zaczęłam jeździć na rozmowy kwalifikacyjne, zaczęły się także problemy. Brak pozytywnych odpowiedzi, kiedy to, po tylu latach doświadczenia, nie powinnam mieć w ogóle problemu ze znalezieniem zatrudnienia. Niestety rzeczywistość okazała się dość ciężka. Co ciekawe, mogę powiedzieć, że każda z tych rozmów coś mi uświadomiła. Coś, czego w głębi duszy nie chcę, coś, na co powinnam zwrócić uwagę. Ale tak to właśnie w życiu się zdarza, że ono samo czasem pokazuje i podpowiada, co jest dla nas dobre. Nie chciałam się godzić po raz kolejny na pracę, która nie będzie mi przynosić satysfakcji albo nie pozwoli odebrać dzieci z przedszkola.

Ela: Aniu, muszę cię jeszcze zapytać o kwestię finansową. Pewnie każdy z nas zastanawia się, jakie miałaś zaplecze finansowe
(i czy w ogóle), skoro i ty, i twój mąż mogliście sobie pozwolić, żeby nie pracować przez pewien czas, a jednocześnie mieć za co żyć.

Ania: Tak, to prawda. Mieliśmy mieszkanie na kredyt, które udało nam się sprzedać i wziąć kolejne na kredyt, tylko w tym momencie wzięliśmy je z „górką”, tzn. mieliśmy zapas pieniędzy, z których mogliśmy żyć. W tamtym momencie także, z powodu mojego stanu zdrowia, kiedy tak naprawdę nie wiedziałam jeszcze, co mi jest, miałam przyznane pieniądze z ZUS-u i pieniądze na świadczenie rehabilitacyjne.

Ela: Dziękuję ci, że o tym mówisz. Oczywiście nie chcę ci zaglądać do portfela, ale z doświadczenia wiem, że jeśli jesteśmy w sytuacji, w której nie mamy za co żyć, to ostatnie, o czym myślimy, to to, co chcemy robić w życiu. Bardzo często powtarzam, że jeśli masz naprawdę wszystkiego dość i chcesz trzasnąć drzwiami w swojej obecnej pracy, to wytrzymaj jeszcze trochę i zbuduj sobie poduszkę finansową. Poduszkę, która pozwoli ci coś zmienić i nie myśleć tak bardzo o finansach. Która da ci przestrzeń i możliwość poszukania odpowiedniej pracy. Inaczej, zamiast mieć otwarty umysł, znowu będzie-my się tylko martwić finansami i zgadzać na coś, co wewnętrznie jest dla nas nie do zaakceptowania.

Ania: Gdybym nie miała tej poduszki finansowej, to pewnie znowu zgodziłabym się na pracę poniżej moich oczekiwań. Zgodziłabym się na nią, wiedząc, że to nie jest „to”, i tylko po to, żeby mieć za co żyć i za trzy miesiące znowu poszukać innej. Tylko niestety ten czas byłby bardzo dla mnie ciężki, znowu wymagałby wyrzeczeń. Zaufanie do intuicji i działanie kluczem do sukcesu.

Ela: Przejdźmy do twojej obecnej pracy, bo to także jest bardzo ciekawy moment. Powiedz mi, kiedy zaczęłaś pracę z kursem „Odkryj, co chcesz robić w życiu”? Wiem, że wykonałaś pracę nad sobą, poznałaś swoje talenty, wartości... ale w którym momencie to się wydarzyło?

Ania: Kurs pojawił się, kiedy mieszkaliśmy już w Trójmieście, a kiedy byłam już po kilku rozmowach kwalifikacyjnych, po których nie pojawiły się odpowiedzi. W tamtym momencie podłamałam się już trochę psychicznie, wydawało mi się, że to będzie takie proste, że przecież zmiana pracy z moim doświadczeniem będzie łatwa. Dotarło do mnie, że muszę coś zmienić, skoro nadal nie mogę znaleźć pracy. Któregoś dnia wyświetliła mi się twoja reklama na Facebooku. Poczułam po prostu, że to jest znak. Znakiem było nowe mieszkanie, Gdynia i właśnie ten kurs. Po prostu poczułam, że muszę go zrobić. Mąż dowiedział się później, że go kupiłam, był nastawiony sceptycznie do niego, a ja po prostu wiedziałam, że potrzebuję pomocy. Skoro próbowałam sama, jeździłam na rozmowy i nadal coś się nie udawało, potrzebowałam coś zmienić.

Ela: Co dla ciebie było najistotniejsze w tym kursie? Co najbardziej ci pomogło?

Ania: Po tych wszystkich wydarzeniach, które mnie podłamały —odbudowanie pewności siebie, poznanie siebie lepiej i taki... wewnętrzny spokój.

Ela: A z czego to wynikało? Ta pewność siebie, spokój, przecież to właściwie nie jest kurs o pewności siebie. Czy możesz uściślić, z czego to u ciebie wynikało?

Ania: Bardzo ważny był dla mnie moduł o talentach, był dla mnie zaskoczeniem. Dowiedziałam się o sobie czegoś nowego. Tego, że talentem nie są tylko jakieś zdolności, np. te finansowe czy techniczne, tylko tak zwane „kompetencje miękkie”. Stwierdziłam, że całkowicie porzucam swoje dotychczasowe spojrzenie na siebie, bo mam zupełnie inne atuty. Na kursie odkryłam, że potrafię słuchać, że mam umiejętność szukania rozwiązań, łatwość nawiązywania kontaktów, a do tej pory w ogóle tego nie zauważałam! Dobry plan to dopiero początek,.

Ela: Aniu, chciałabym cię teraz zapytać o bardzo cenną rzecz. Powiedz mi, proszę, jak u ciebie wyglądał moment zaplanowania zmiany. Moment, kiedy już przerobiłaś pewne rzeczy i podjęłaś decyzję, że teraz czas na kolejny krok, co się wtedy wydarzyło?

Ania: To był bardzo ciężki moment. Pamiętam, że kiedyś, w którymś podcaście wspominałaś, że to planowanie jest najcięższe, i po-myślałam wtedy: Planowanie? Ale jak to? Przecież tak ciężko jest mi wydobyć z siebie te talenty! I faktycznie na planowaniu się zatrzymałam. Dałam sobie czas, potrzebowałam odpocząć od tego wszystkiego, bo takie „grzebanie” w sobie jest męczące, pozytywne, ale jednak męczące. Wiedziałam, że teraz nic nie wymyślę i potrzebuję odetchnąć. Zrobiłam sobie trzy tygodnie przerwy i wróciłam do tego wszystkie-go, zaczęłam działać. Zaczęłam chodzić na różne warsztaty, zaczęłam dostrzegać to, co zawsze mnie fascynowało, jak np. budowanie relacji, komunikowanie się ludzi w zespole, ale zupełnie nie patrzyłam na to jak na misję, którą miałam. Podświadomie poszukiwałam czegoś, co mi pokaże jakąś drogę. I tak właśnie było.

Ela: Chciałabym to jeszcze raz podkreślić, bo jest to szalenie istotne. Czasami coś nas blokuje przed działaniem, ale to nie szkodzi, bo na poziomie podświadomości my wiemy, o co nam chodzi, wiemy, co powinniśmy robić. Intuicyjnie idziemy w dobrym kierunku, by wszystko dobrze się potoczyło.

Ania: Wszystkim, którzy działają, a gdzieś się zatrzymali, chciałabym powiedzieć, żeby się nie poddawali. Nawet jeśli czasem nam się wydaje, że coś jest nieistotne, nieodpowiednie, zaskakujące — zaufajcie intuicji, bo w rezultacie gdzieś na końcu okazuje się, że to wszystko podpowiada nam, co robić.

Ela: Zazwyczaj są dwie strategie. Jedna, w której niektórzy mają tę łatwość, że po odkryciu swoich talentów po prostu potrafią zbudować plan. Zakładają, że po pięciu latach osiągną to czy tamto i wydaje nam się, że to jedyna droga. A jest przecież druga, którą ty poszłaś całkiem nieświadomie, że: Dobrze, może nie mam planu na całe pięć lat, ale wiem, co chcę zrobić jutro, intuicyjnie wiem, w jakie działania chcę zacząć wchodzić. Naprawdę polecam mimo wszystko nie zatrzymywać się, tylko zacząć po prostu działać w zgodzie z tym, co ci intuicja podpowiada. Aniu, powiedz nam w takim razie, gdzie te działania cię zaprowadziły?

Ania: To było bardzo ciekawe wydarzenie, ponieważ zupełnie bez jakiegokolwiek konkretnego zamiaru wzięłam udział w warsztatach grupowych, na których zgłosiłam się do przeprowadzenia sesji ze mną. Miałam wskazać obszar, z którym będę pracować, i wtedy po prostu powiedziałam, że ja się nie nadaję do bankowości, i zaczęły się pytania takie jak: Ale czego dokładnie nie chcesz robić w banku? Każda z tamtych osób miała zupełnie inne wyobrażenia na ten temat, a ja tak bardzo skupiłam się na swoich i na tym, że nie chcę pracować w sprzedaży w banku, że nie dostrzegałam tych innych dróg. Ten właśnie moment sprawił, że w mojej głowie w końcu zakiełkował jakiś pomysł, że może będę prowadzić blog, pisać o finansach i pomagać innym. Zaczęłam zmierzać w stronę, która bardziej mi odpowiada, zaczęłam rozumieć, że finanse to nie jestem „ja”, to nie jest „moje”, a bardzo mi zależało na pracy z zarządzaniem talentami. I cudownie na horyzoncie pojawił się staż. Tutaj zaczyna się moja historia. Gdybym nie pojawiła się wtedy na tych warsztatach, to pewnie nawet nie wiedziałabym, że taki pracodawca się pojawi.

Ela: Czyli wszystko jest po coś. A powiedz mi, czy ten staż był bezpłatny?

Ania: Niestety był bezpłatny, przez półtora miesiąca, a po tym czasie dostałam pensję o wysokości ledwo powyżej najniższej krajowej.

Ela: Chciałam tutaj podkreślić i pokazać, że twoja sytuacja była prawdziwa. To nie było tak, że z jednego superpłatnego kwiatka skoczyłaś na drugi, tylko był okres, że pracowałaś za darmo. Powiedz w takim razie, dlaczego się na to zgodziłaś?

Ania: Kiedy zaczęłam się przyglądać tej firmie, poczytałam wpisy na Facebooku, przeczytałam artykuły na blogu, ja w to po prostu wsiąkłam. Poczułam, że to jest „to”, co chcę robić. Te wartości, które zobaczyłam, były tak spójne ze mną, że po prostu nie wyobrażałam sobie pracować w innym miejscu.

Ela: Czyli zadziały się dwie sprawy: poczułaś, że to jest to, co chciałabyś robić, że to jest odpowiednie miejsce, i druga rzecz: poczułaś, że te wartości są spójne z tobą, tym, co dla ciebie jest ważne.

Ania: Nawet bardziej ta druga rzecz, że przychodząc na rozmowę, nie wiedziałam, co dokładnie chcę robić w tej firmie, tylko po prostu czułam bardzo mocno, że to, co oni robią, jest bardzo ze mną zgodne. Ich wartości i moje są ze sobą bardzo spójne. To było
dla mnie zaskoczeniem, że pierwszy raz w życiu na rozmowie kwalifikacyjnej przyznałam, że nie wiem, co chcę robić, ale wiem, że to właśnie w tej firmie chcę się rozwijać.

Ela: Jak przekonałaś do siebie tę firmę, kiedy nie miałaś właściwie żadnego doświadczenia związanego z HR?

Ania: Przedstawię tę odpowiedź z mojego punktu widzenia i z punktu widzenia pracodawcy. Według mnie na pewno ujęłam ich faktem, że wspomniałam o wartościach, które bardzo mi odpowiadały, następnie sama już zaczęłam działać w podobnym obszarze, bo udało mi się zrobić kilka webinarów o podobnej tematyce i wpisałam to w CV. Natomiast kiedy zapytałam o to samo pracodawcę, na potrzebę tego podcastu, to uwaga, usłyszałam, że podobał im się mój entuzjazm i uśmiech, po drugie duża pokora, którą się wykazałam, kiedy zdecydowałam się na bezpłatny staż i zaangażowanie 8 – 9 godzin dziennie. Kolejną rzeczą, która była bardzo ważna, było to, że przejęłam inicjatywę. Musisz wiedzieć, że mnie tak bardzo zależało na pracy w tej konkretnej firmie, że sama wysłałam do nich maila z zapytaniem, a trzy dni później z przypomnieniem. Kiedy nie dostałam odpowiedzi, zadzwoniłam, żeby się przypomnieć, i usłyszałam, że właściwie to dobrze, że dzwonię, bo oni nie zdążyli jeszcze przejrzeć kandydatur, ale mogę przyjechać na rozmowę, na której usłyszałam: Okej, bierzemy Panią.

Ela: Chciałabym zwrócić innym uwagę na jedną ważną rzecz. Ten pracodawca wybrał ciebie, bo widział ten twój entuzjazm, tę determinację i chęć, bo wiedziałaś, czego chcesz. A gdybyś tego nie wiedziała, na pewno twoja determinacja byłaby mniejsza. Naprawdę ważne jest, żeby odkryć to, co chce się robić w życiu, bo to niesamowicie zwiększa szanse na osiągnięcie swojego celu.
Często jestem pytana o to, jak zwiększyć swoje szanse w przypadku, kiedy nie ma się doświadczenia. twój przykład jest odpowiedzią. Ta determinacja, chęć i entuzjazm sprawiają, że pracodawca przymknie oko na jakieś braki, bo wie, że ty szybciej je nadrobisz. To jedna rzecz, a druga — nie możemy pominąć pracy, którą wykonałaś, żeby zwiększyć perspektywę swoich szans w tej firmie. Może nie miałaś doświadczenia, ale już poszłaś trzy kroki do przodu, zaczęłaś prowadzić webinary i budować swoją pozycję w obszarze kompetencji miękkich.

Ania: Bardzo długo patrzyłam na swoje doświadczenie przez pryzmat umiejętności specjalistycznych, a nie brałam pod uwagę np. kompetencji miękkich, które można wykorzystać w dowolnej dziedzinie. Takich jak np. elastyczność.

Ela: Ważna jest też ta pokora, o której wspomniałaś, bo wchodząc trochę w buty pracodawcy, trzeba się postawić w sytuacji, kiedy to on musi zainwestować w pracownika i na pewno zrobi to o wiele chętniej w przypadku osoby, która wykazuje chęć i zaangażowanie. Chciałabym się też ciebie zapytać, z jakimi lękami i sabotażystami miałaś do czynienia?

Ania: Jeśli chodzi o samą zmianę pracy, to pojawił się we mnie taki wewnętrzny lęk o to, czy sobie poradzę w pracy bez doświadczenia, oraz drugi taki ważny — kwestia finansowa. Bałam się, czy w ogóle damy radę wyżywić rodzinę, patrząc na to, że nasza poduszka finansowa powoli się kończyła. Na szczęście mój mąż bardzo mnie wspierał i ustaliliśmy, że warto jeszcze wytrzymać, że warto podjąć te wyrzeczenia na rzecz nowej pracy. Jednak cały czas musiałam sobie uświadamiać, że te wyrzeczenia to tylko na jakiś czas, że będzie lepiej.

Ela: Drugie pytanie z tych powoli kończących nasz wywiad to: jak się teraz czujesz? Co się w twoim życiu zmieniło? Gdzie jesteś teraz?

Ania: Jestem teraz osobą, która ma bardzo dużo satysfakcji. Dużo satysfakcji z pracy, satysfakcji z tego, że mam czas dla rodziny. Mam teraz bardzo duży wewnętrzny spokój, cieszę się, że to, co robię, jest tym, co lubię robić, że pomagam ludziom, czego wcześniej mi brakowało. Ważne jest też to, że umiem ładować energię. W poprzedniej pracy byłam wiecznie zagoniona, wiecznie zmęczona. Aktualnie jest spokojniej, cały tydzień wygląda spokojniej. Codziennie się rozwijam, codziennie rozwijam swoje kompetencje i w końcu zaczęłam żyć w zgodzie ze sobą.

Ela: Bardzo się cieszę, bardzo miło mi to słyszeć. Aniu, jeszcze na sam koniec, co byś poradziła osobom, które szukają swojej drogi?

Ania: Na pewno, żeby zaufać innym, bo ja zaufałam tobie, mogę śmiało polecić twój kurs, który mi dużo dał. Żeby dzielić się wątpliwościami z innymi, bo jeśli gdzieś utkniemy, jeśli z czymś nie będziemy mogli sobie poradzić, to może ta rozmowa z innymi osobami nas uwolni albo ktoś nam pomoże. Moja rada jest też taka, żeby nie odpuszczać i słuchać intuicji. Jeśli czujemy wewnętrznie, że potrzebujemy odpoczynku — to odpocząć, ale później zacząć działać. Nawet jeśli nie czujemy, że idziemy w dobrym kierunku, to ostatecznie działanie zaprowadzi nas tam, gdzie chcemy dojść, tylko jeszcze może o tym nie wiemy.

Ela: Zgadza się, nawet kiedyś Steve Jobs powiedział: Nie możesz połączyć kropek, patrząc do przodu; możesz je połączyć, patrząc wstecz. Musisz więc uwierzyć, że kropki w jakiś sposób się połączą w twojej przyszłości. I coś w tym faktycznie jest.
Aniu, ogromnie ci dziękuję za podzielenie się swoją historią.

Elżbieta Krokosz, Dyrektor Zarządzająca Talent Development Institute. Master Coach, Trener, Ekspert w obszarze przywództwa oraz rozwoju potencjału ludzi, Mówca TEDx, autorka książki pt. „Ty też to masz! Odkryj swoje talenty i zacznij robić w życiu to, co lubisz i potrafisz najlepszej” oraz podcastów: „O rozwoju ludzi profesjonalnie” i „TDI – School of Coaching”. Prekursorka self coachingu oraz autorka programu Self Coaching Program, w którym pomaga zostać najlepszym coachem dla samego siebie.

  1. Psychologia

Sama czy samotna? – Jak poradzić sobie z samotnością?

W natłoku codziennych spraw większość ludzi wciąż gna z miejsca na miejsce. Bardzo niewielu z nas znajduje czas, by przystanąć i rozejrzeć się wokół. W rezultacie tracimy wiele okazji do nawiązania kontaktu. (fot. iStock)
W natłoku codziennych spraw większość ludzi wciąż gna z miejsca na miejsce. Bardzo niewielu z nas znajduje czas, by przystanąć i rozejrzeć się wokół. W rezultacie tracimy wiele okazji do nawiązania kontaktu. (fot. iStock)
Istnieje subtelna różnica pomiędzy byciem samym a czuciem się samotnym i ważne jest, byś umiał odróżnić jedno od drugiego. Bycie samym to przebywanie w pojedynkę – takie doświadczenie może odświeżać i wzmacniać, a dla niektórych osób ma wartość terapeutyczną. Może jednak przerodzić się w poczucie samotności. Przebywanie w pojedynkę staje się wówczas nie do zniesienia i pragniemy nawiązać kontakt z innymi, ale przychodzi nam to z trudem – wyjaśnia Hope Kelaher, psychoterapeutka, autorka książki „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu”.

Każdemu z nas zdarza się być zarówno samym, jak i samotnym. Można jednak doświadczać samotności również w towarzystwie. Pamiętasz sytuację, kiedy byłeś otoczony ludźmi, ale jakoś nie mogłeś znaleźć z nimi wspólnego języka? Takie momenty mogą wiązać się z poczuciem samotności, niekiedy potwornie bolesnym. Niestety, są także bardzo powszechne, doświadczają ich miliony osób. Statystyki wskazują, że niemal w każdej chwili prawie połowa Amerykanów czuje się samotna, przy czym poczucie to jest bardziej dotkliwe dla osób młodszych niż dla starszych.

Samotność w epoce mediów społecznościowych może doprowadzić do przekonania, że więcej znaczy lepiej – obserwowania niezliczonych osób na Instagramie albo przewijania w prawo każdego zdjęcia na Tinderze. Jednak więcej nie zawsze znaczy lepiej. Część osób odczuwa samotność mimo posiadania 5, 15 czy nawet 50 głębokich więzi. Inne skwapliwie korzystają z każdej okazji do znalezienia towarzystwa i w rezultacie spędzają czas z nielubianymi osobami, co tylko nasila u nich poczucie przygnębienia i samotności.

Zdarza się, że uczucie samotności wynika z czynników innych niż brak przyjaciół czy wysokiej jakości relacji. Niekiedy trudno jest określić wyraźny, oczywisty powód. Do odczuwania przez dorosłego samotności może się jednak przyczynić wiele kwestii związanych nie z jego kręgami społecznymi, a z doświadczeniami z wczesnego dzieciństwa, niedostępnymi rodzicami lub traumą w relacji. Takie czynniki najlepiej jest odkrywać i przepracowywać podczas terapii z odpowiednio wykwalifikowanymi specjalistami.

Nie jesteś sam w swojej samotności - badania

Osamotnienie najtrafniej można opisać jako uczucie pojawiające się, kiedy chciałbyś mieć towarzystwo, ale nie jesteś w stanie go zdobyć – na przykład kiedy chcesz spotkać się z przyjaciółmi w piątkowy wieczór, ale wszyscy mają już jakieś plany. Samotne oglądanie Netflixa może być przykre, ale szybko mija.

Samotność różni się od osamotnienia, ponieważ ma charakter przewlekły – utrzymuje się przez cały czas.

Przewlekła samotność to dość powszechne zjawisko. Wyniki badań wskazują, że:

  • Niemal połowa dorosłych w USA skarży się na samotność lub wykluczenie.
  • Najbardziej samotne wydaje się pokolenie Z, urodzone w latach 1997–2013.
  • Na drugim miejscu plasuje się pokolenie Y, urodzone w latach 1981–1996.
  • Starsze pokolenia doświadczają samotności w mniejszym stopniu.

Zmaganie się z samotnością – wskazówki

Zapewne udało ci się już określić, w jakich sytuacjach jesteś sam, a wolałbyś nie być. Kolejny, trudniejszy krok to zaradzenie samotności. Wiadomo, że w przypadku niektórych osób przyczyny tego uczucia leżą głębiej niż w sieci społecznej, a zmierzenie się z głębokim podłożem samotności, wynikającym z traumy lub wczesnego dzieciństwa, może wymagać dłuższego czasu i pomocy specjalisty.

Zapewne zastanawiasz się, jak możesz samodzielnie poradzić sobie z uczuciem samotności w swej wyprawie w poszukiwaniu dobrych, znaczących przyjaźni. Poniżej znajdziesz propozycje sposobów, które pozwolą ci zwalczyć lub złagodzić to uczucie.

  1. Praktykuj samowspółczucie.

Pierwszy krok do pokonania samotności to spojrzenie w głąb siebie i przypomnienie sobie, że nawet w chwilach cierpienia nie jesteś sam. Przypomnij sobie statystyki. Postaraj się nie zadręczać i nie snuć negatywnej narracji na temat przyczyny swoich uczuć. Spróbuj zwrócić uwagę na coś, co się układa. Może ci się wydawać, że nie ma takiej rzeczy, ale to nieprawda. Zawsze da się znaleźć coś takiego. Nie musi to być nic wielkiego, wystarczą dwa drobiazgi. Może dziś rano obudziłeś się punktualnie, zanim zadzwonił budzik. Może dojazd do pracy był mniej koszmarny niż zwykle albo nie ma szefa, więc będziesz mógł wyjść nieco wcześniej. Może po drodze do domu zobaczyłeś uroczego psa i uśmiechnąłeś się na jego widok. Dostrzeganie małych rzeczy, które dają nam radość, pomaga być dla siebie dobrym. Ja na przykład w trudnych sytuacjach – na przykład po tym, jak osoba, z którą miałam zjeść w piątek kolację, odwoła plany, bo umówiła się z kimś innym, albo po kłótni z kolegą z pracy – staram się skupiać na pozytywach, choćby najmniejszych, które dostrzegłam przed negatywnym doświadczeniem. Na słonecznej pogodzie, ulubionej przekąsce albo pozytywnej rozmowie. Zauważam i zapamiętuję takie rzeczy, a później przypominam sobie, jakie uczucia we mnie wywołały. Pomaga mi to łagodzić uczucia negatywne wynikające z odwołanych planów lub kłótni.

  1. Bądź obecny.

To największe wyzwanie dla wszystkich, zwłaszcza w przypadku złego samopoczucia. Kiedy czujemy się przygnębieni, wolelibyśmy zrobić wszystko, byle NIE być tu i teraz.

Wyćwiczenie umiejętności skupiania się na chwili obecnej pozwoli ci jednak lepiej się dostroić do innych ludzi i otaczającego świata. W osiągnięciu tego celu mogą ci pomóc medytacja i codzienna praktyka uważności. Postaraj się codziennie wykonywać ćwiczenie oddechowe lub chodzić w sposób uważny. Niektórym osobom koncentrację na teraźniejszości ułatwia powtarzanie mantr. Moje ulubione to: „Nic nie jest stałe”, „Ani dobre, ani złe”, „Jestem tu i teraz” i „Nie ma dwóch takich samych chwil”.

  1. Choć raz dziennie zrób coś ludzkiego.

Pewna bardzo mądra osoba, godząca naukę, pracę i rodzinę, powiedziała mi kiedyś, że kluczem do ograniczenia ryzyka izolacji społecznej jest „zrobienie czegoś ludzkiego przynajmniej raz dziennie”. Oznaczało to dla niej opuszczenie osobistej przestrzeni. Siedzenie w swojej bańce może być łatwiejsze, ale nasila uczucie samotności. Upewnij się, że chociaż raz dziennie wyjdziesz gdzieś, by dać sobie okazję do osobistych kontaktów w innej fizycznej przestrzeni – choćby robiąc zakupy lub tankując auto.

  1. Zgadzaj się na wszystko (lub chociaż na tyle, na ile dasz radę).

Stare powiedzenie głosi, że jeśli nigdy nie przyjmujesz zaproszeń, to w końcu przestajesz je otrzymywać. Niestety, to prawda. Jeśli będziesz odrzucać okazję za okazją, mogą się one więcej nie powtórzyć. Przyjmowanie zaproszeń może być trudne, jeśli czujesz się samotny lub przygnębiony i instynktownie masz ochotę zagrzebać się w łóżku z Netflixem. Walcz z tym! Tak właśnie zrobiła moja przyjaciółka Ashley, która nie czuła się gotowa wrócić do częstych wyjść na miasto po kilkumiesięcznym pobycie u rodziców, gdzie dochodziła do siebie po poważnej operacji. Mogła wziąć na wstrzymanie i odrzucać zaproszenia – tak byłoby łatwiej. Zaczęła jednak czuć się samotna, a nie chciała pozwolić, by to uczucie i jej rekonwalescencja spowodowały jeszcze większe zaległości. Mimo zmęczenia i braku wprawy zaczęła przyjmować zaproszenia na lunche, mecze tenisa, koncerty i tak dalej. Stanowiło to dla niej wyzwanie, tym większe, że była z natury introwertyczką, ale znalazła w ten sposób chłopaka i troje przyjaciół, poszerzyła także swą sieć społeczną. Trzeba przyznać, że jej nowa mantra, „Po prostu powiedz »tak«”, zadziałała! W dodatku Ashley upiekła dwie pieczenie przy jednym ogniu – jest teraz znacznie mniej introwertyczna niż wcześniej!

  1. Zaplanuj czas.

Harmonogram daje poczucie zorganizowania, a niekiedy również celu. Większą część dnia pochłaniają nam plany zawodowe, ale czas wolny jest równie istotny. Jego planowanie nie musi być uciążliwe, a da ci okazję do uważności, zrobienia co dzień czegoś ludzkiego i kontaktów towarzyskich. Zamiast leniwie zastanawiać się, jak spędzić najbliższą niedzielę, i ryzykować, że za dużo czasu przesiedzisz w internecie lub przed telewizorem, postaraj się zaplanować wyjście do muzeum lub do kina. Znajdź czas, by przyrządzić ulubione danie i przygotować wstępnie lunche na cały tydzień. Gwarantuję, że poczujesz się dzięki temu bardziej produktywny, pewny i, przy odrobinie szczęścia, skuteczny.

  1. Ogranicz siedzenie przed ekranem.

Każdemu zdarza się zatracić w wędrówkach po internecie, a większość z nas spędza zbyt wiele czasu przed ekranem. Dane zebrane przez grupę Nielsen zajmującą się badaniami rynku wskazują, że dorośli Amerykanie spędzają ponad jedenaście godzin dziennie przed urządzeniami multimedialnymi. Sam ten fakt wyjaśnia, dlaczego tak wiele osób ma trudności z nawiązywaniem osobistych kontaktów. Jeśli podobnie jak wiele innych osób zmagasz się z uzależnieniem od elektroniki, możesz złagodzić doskwierającą ci samotność, spędzając mniej czasu przed ekranem. Im krócej będziesz przed nim siedzieć, tym więcej dasz sobie okazji do interakcji z innymi osobami i otoczeniem.

  1. Świadomie wykorzystuj czas przed ekranem.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby jednoczesne ograniczenie czasu spędzanego przed ekranem i wykorzystywanie go w sposób uważniejszy i bardziej świadomy. Jak wspomniałam powyżej, każdemu zdarza się utkwić w błędnym kole bezcelowego surfowania po sieci. Podobnie jak w przypadku uważnego chodzenia, aby świadomie wykorzystywać czas przed ekranem, należy określić jego cel. Zanim ponownie sięgniesz po urządzenie elektroniczne, zadaj sobie poniższe pytania: Co zamierzam osiągnąć za pomocą swojej następnej wizyty w internecie? Czy mógłbym wykorzystać ten czas, aby odnowić z kimś kontakt? Jak wiele czasu poświęcę na przewijanie i klikanie „Lubię to”? Czy mógłbym lub powinienem robić w tym czasie co innego? Czy czułbym się lepiej, gdybym robił to, zamiast błądzić po sieci?

  1. Spraw sobie zwierzaka lub pobaw się z cudzym.

Takie rozwiązanie nie jest odpowiednie dla każdego, ale posiadanie zwierzęcia poprawia nastrój i łagodzi uczucie samotności. Wyniki badań wskazują, że osoby mieszkające samotnie, ale posiadające zwierzę, ogólnie lepiej sobie radzą. Kontakt ze zwierzęciem nie jest w stanie całkowicie zastąpić wsparcia społecznego otrzymywanego podczas interakcji międzyludzkich, jednak z badań wynika, że posiadanie zwierzaka jest pomocne i może w wielu przypadkach zapewniać wsparcie emocjonalne. Wielu właścicieli zwierząt zyskuje dzięki swoim pupilom okazję do kontaktów i sposób na złagodzenie samotności. Posiadanie zwierzęcia oznacza chodzenie do sklepu zoologicznego, do weterynarza, a w przypadku psa – na spacery. Z moich doświadczeń jako właścicielki psa wynika, że samo wyprowadzanie go dostarcza wielu okazji do łatwego, spontanicznego nawiązania rozmowy. Zwierzak pomaga przełamać lody. Nawet jeśli sam nie możesz mieć psa, masz szansę odczuć związane z nim korzyści, pilnując czworonoga sąsiadów, odwiedzając kafejkę przyjazną zwierzętom czy pracując jako wolontariusz w schronisku.

  1. Porozmawiaj z kimś.

Zastanów się nad zwierzeniem się ze swoich uczuć bliskiej osobie. Okazanie w ten sposób wrażliwości może pogłębić waszą więź. Jeśli powiesz, co czujesz, komuś, kto się o ciebie troszczy, możesz też otrzymać od niego wsparcie społeczne i emocjonalne. Wiele lat temu pracowałam z Jonem, młodym człowiekiem, który przeprowadził się do Nowego Jorku po ukończeniu studiów i miał w pracy bardzo napięty grafik. Spędzał w niej tyle czasu, że pozostawało mu bardzo niewiele wolnego. Jon nie potrzebował bardzo intensywnych kontaktów towarzyskich – lubił od czasu do czasu pobyć sam, ale z czasem zbyt częste osamotnienie zmieniło się w samotność. Jon zdobył się na odwagę i opowiedział kilkorgu bliskich przyjaciół ze studiów o swoich problemach. Ku jego zaskoczeniu pospieszyli z pomocą. Zaczęli dbać o to, by częściej esemesować do Jona, odwiedzać go i wciągnąć go do swoich nowojorskich sieci znajomych. Dzięki swoim zwierzeniom mój pacjent nie tylko poczuł się lepiej – odwaga, jaką wykazał, ujawniając swą wrażliwość, pozwoliła mu nawiązać głębsze, bardziej znaczące przyjaźnie.

  1. Zacznij marzyć.

Takie zalecenie może się niektórym wydać nierozsądne, zwłaszcza w chwilach gorszego samopoczucia, ale wyobrażanie sobie, jak chcemy, by wyglądało nasze życie, pomaga. Udowodniono, że śnienie na jawie i fantazjowanie poprawia nastrój. Marzenia mogą mieć bardzo oczyszczające działanie i dawać chwilę wytchnienia w trudnych sytuacjach. Kiedy marzymy lub wizualizujemy, jak inaczej mogłoby wyglądać nasze życie, mózg przez cały dzień wykonuje drobne ćwiczenia z wizualizacji, sprawiając, że wprowadzamy mikrozmiany pomagające w dążeniu do wymarzonego celu. Czy potrafisz wyobrazić sobie, jak byś się czuł, gdybyś przyjął tamto zaproszenie albo poszedł na happy hour z kolegami z pracy? Czy fantazjując o tym, z kim chciałbyś mieć częstszy kontakt, łatwiej zdobyłbyś się na telefon do tej osoby lub odpisanie jej następnym razem, kiedy pierwsza się odezwie?

  1. Pozbądź się negatywnych myśli.

Zanim dowiesz się więcej o negatywnych myślach, musisz uświadomić sobie istnienie pętli przyczynowo-skutkowej pomiędzy myślami, uczuciami i zachowaniami. Terapia poznawczo-behawioralna opiera się na założeniu, że da się wprowadzić zmiany na każdym z tych poziomów: myśli, uczuć i zachowania. Jeśli doskwiera ci samotność, możliwe, że doświadczasz nieświadomych negatywnych myśli, które uznany psycholog i ekspert w dziedzinie szczęścia, dr Elisha Goldstein, określa skrótem NUTs od angielskiej nazwy Negative Unconscious Thoughts.

Negatywne myśli, kryjące się pod powierzchnią naszej świadomości, to między innymi głęboko zakorzenione przekonania. Te powiązane z uczuciem samotności to na przykład: „Nie zasługuję na przyjaciół”, „Kto w ogóle chciałby się ze mną przyjaźnić?” czy „Zawsze będę czuć się sam”. Takie nieświadome negatywne myśli wywołują negatywne uczucia, takie jak przygnębienie, i nasilają zachowania izolujące. Jak można zmienić tę negatywną pętlę przyczynowo-skutkową? Należy zacząć od odwrócenia początkowych negatywnych myśli lub ich przeformułowania w pozytywne. Na przykład negatywną myśl „Kto chciałby się ze mną przyjaźnić?” można przeformułować na „Wiele osób chciałoby się ze mną przyjaźnić”. Zastanów się, jaki wpływ na twoje uczucia i zachowania mogłaby wywrzeć myśl „Wiele osób chciałoby się ze mną przyjaźnić”. Taka automatyczna pozytywna myśl mogłaby wywoływać pozytywne uczucia i pozytywne zachowania.

Pomocne może być na początek nazywanie negatywnych myśli. Nazywając negatywne myśli, nie tylko stajesz się ich świadomy, ale także robisz pierwszy krok do pozbycia się ich. To ważna umiejętność – dopóki nie zrozumiesz swoich negatywnych myśli, nie będziesz w stanie ich zwalczyć ani przeformułować. Kiedy nabierzesz wprawy w przeformułowywaniu myśli, będziesz mógł wyjść ze strefy komfortu w nowe obszary dające sposobność do zawarcia przyjaźni.

Fragment pochodzi z książki Hope Kelaher „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia”. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla osób, które pragną budować szczere i bliskie relacje z ludźmi. Wyposażona w wiele ćwiczeń pomoże poznać i pożegnać rozmaite blokady, stojące na drodze do życia pełnego prawdziwych przyjaciół.

  1. Psychologia

Żadnych obowiązków! – Katarzyna Miller o sztuce nicnierobienia

Nie czekajmy na urlop. Fundujmy sobie siedzenie na ławce w słońcu i spacer w deszczu, brodzenie w liściach, zbieranie kasztanów, zagapianie się na chmury. Róbmy sobie długą kąpiel, naprzemienny prysznic, siedźmy z fajnymi ludźmi przy dobrym jedzonku... (fot. iStock)
Nie czekajmy na urlop. Fundujmy sobie siedzenie na ławce w słońcu i spacer w deszczu, brodzenie w liściach, zbieranie kasztanów, zagapianie się na chmury. Róbmy sobie długą kąpiel, naprzemienny prysznic, siedźmy z fajnymi ludźmi przy dobrym jedzonku... (fot. iStock)
Człowiek ma wobec siebie obowiązek – co jakiś czas dostarczyć sobie czas bez obowiązków. Nie ma nic bardziej perfidnego niż pracoholizm i perfekcjonizm.

„Chyba najmilej wspominam taki czas – opowiada Jagoda – gdy któregoś lata przyjechała do mnie na dłużej moja siostra. Cud zaczynał się od świtu. Wstawałyśmy wcześnie i siadałyśmy z kawą na tarasie z widokiem na Wisłę okutane w koce. Było mokro i chłodno. Słodko pachniało świeżością. Nad rzeką unosiły się mgły. Leżałyśmy na leżakach, nic nie mówiąc. Robiło się coraz cieplej. I kiedy już odrzuciłyśmy koce, zaczynałyśmy rozmawiać o tym, co dzisiaj chcemy robić. I żadnych obowiązków. To było najprawdziwsze szczęście…” – Jagoda, opowiadając to, promienieje.

Poleciałam parę lat temu na Sri Lankę. Z Lidką. Podróż była długa i uciążliwa. Po dobiciu na miejsce od razu walnęłyśmy się do łóżek. Przespałyśmy cały pierwszy dzień i nic nie wskazywało na to, że mamy ochotę wstawać. Późnym wieczorem zaczęło mnie męczyć coś na kształt poczucia winy pomieszanego z poczuciem obowiązku i odezwałam się: „Lidziu, a może powinnyśmy choć na chwilę wyjść na plażę, przywitać się z oceanem, w końcu dla tej wody tu przyleciałyśmy głównie”. Na co Lidka, najspokojniej, przewracając się na drugi bok: „A co ty myślisz, że jutro tam tej plaży już nie będzie?”. Uff, kompletnie uspokojona i rozbawiona geniuszem L. kolejny raz pogratulowałam sobie towarzyszki wakacji. Żadnych obowiązków. To nam się naprawdę zawsze udaje.

Zbyszek wspomina, jak bosko się złaził w górach z kumplem. Docierali do jakiegoś punktu widokowego, stali, patrzyli, czasem mruknęli do siebie: „O jak tu, k… pięknie”, i szli dalej. „Ale wypocząłem, na długo starczyło – mówi. – Będziemy powtarzać”.

Człowiek ma wobec siebie obowiązek – co jakiś czas dostarczyć sobie czas bez obowiązków. Dla higieny psychicznej i fizycznej. A w naszym wewnętrznym wyposażeniu, które większości z nas zostało po wychowaniu rodzicielskim, słychać nakazy: „Nie gap się tak bezmyślnie!”, „Nie leń się, robota się sama nie zrobi!” itd. Ten przykry, popędzający głos Wewnętrznego Rodzica smaga nas jak batem, używając w wielkiej ilości wyrażeń typu: musisz, powinnaś, nie wolno ci, tak trzeba!

Większość z nas lubi swoje obowiązki, docenia ich wartość dla dobrostanu życia, ich motywacyjną moc. Wiemy też, że samo nicnierobienie jest nudne na dłuższą metę, że nasze działania nas określają, kształtują, czynią potrzebnymi. Ale nie ma nic bardziej perfidnego niż pracoholizm i perfekcjonizm. Pozornie prospołeczne, prozadaniowe te nałogi są po prostu nieludzkie. Odrywają człowieka od otoczenia, najbliższych, przyrody, przeżywania życia. A najbardziej od siebie samego. Są strasznym przykładem, dawanym jakże często za wzór. I istnieje zarówno pracoholizm biznesmena, jak i gospodyni domowej.

A tymczasem jak snu i słońca potrzebujemy czasem, żeby nam coś ugotowali albo żebyśmy sobie coś sami upichcili w menażce na ogniu. Potrzebujemy płodozmianu. Spływ kajakowy funduje zajęcia, które są tak inne niż nasze codzienne, że aż są samą frajdą.

Nie czekajmy na urlop. Fundujmy sobie siedzenie na ławce w słońcu i spacer w deszczu, brodzenie w liściach, zbieranie kasztanów, zagapianie się na chmury. Róbmy sobie długą kąpiel, naprzemienny prysznic, siedźmy z fajnymi ludźmi przy dobrym jedzonku…

Nabądźmy mądrości bacy. Zapytany przez dziennikarza: „Baco, a co wy tak najczęściej robicie?” – odpowiedział: „Ano, siedzę i myślę”. „A jak nie macie czasu?” – drążył dziennikarz. „A, wtedy ino siedzę”.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się