1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Tomasz Srebnicki – porady: Czuję się bezużyteczna

Tomasz Srebnicki – porady: Czuję się bezużyteczna

Zobacz galerię 2 Zdjęć
Bezradność jest mądrą, choć wymagającą nauczycielką życia.

Mam pewien problem, z którym naprawdę już nie mogę sobie poradzić. Jestem mamą dwójki dzieci, które chodzą do szkoły i przedszkola (młodsze od niedawna, od kilku miesięcy), oraz żoną męża, który pracuje i zarabia dosyć dużo. Ja w zasadzie nigdy nie musiałam pracować, kiedy dzieci były małe – to wiadomo, opiekowałam się nimi i ta sytuacja była mi właściwie na rękę. Teraz, kiedy przez te kilka godzin dzieci są w szkole i przedszkolu, czuję się dziwnie. Szukam pracy, choć w mojej okolicy ciężko znaleźć coś sensownego, i to w godzinach przedpołudniowych, kiedy dzieci są w szkole, bo potem muszę się nimi zająć, mąż wraca dość późno i nie mamy nikogo do pomocy. Z drugiej strony, jak już się jakaś oferta pojawia, z góry wiem, że sobie nie poradzę, bo nie mam prawie żadnego doświadczenia zawodowego. Czuję się z tym bardzo źle, kompletnie bezużyteczna, kiedy całe ranki zajmuję się tylko krzątaniną domową. Każdego dnia jestem zła na siebie o to, że nie mam pracy i wydaje mi się, że wszyscy mnie obmawiają za plecami, że jestem na utrzymaniu męża. Błagam o jakieś wskazówki. Co robić?

2013/05/TOMASZ.SREBNICKI.jpg
Po pierwsze, postaraj się dokładnie określić, co jest dla Ciebie problemem: czy to, że nie pracujesz, czy to, że w nowej pracy nie dasz rady, czy to, że ludzie obmawiają Cię za plecami. Po określeniu problemu wypracujesz albo wyszukasz wskazówki samodzielnie. Ja pozwolę sobie na podzielenie się z Tobą tym, co podpowiada mi moja intuicja. Być może wcale nie chcesz pracować i jest Ci z tym dobrze, ale jednocześnie uważasz, że ktoś, kto nie pracuje i jest na utrzymaniu męża, posiada jakieś negatywne cechy, szczególnie wtedy, gdy jest to źródłem pozytywnych emocji. Jeżeli tak jest, to zobacz, że pozostałe pytania służą tak naprawdę utrzymaniu w sobie wizji osoby ambitnej i dążącej do rozwoju i tego, aby nie być obmawianą przez innych (czyli dążącą do tego, aby być dobrze postrzeganą), twierdzącą, że chciałabym, ale „nie mogę“, „boję się“. Być może sądzisz, że inni myślą o Tobie: „jest ambitna, ale nie może i boi się”. Jeżeli ta łamigłówka ma dla Ciebie sens i źródło radości tkwi dla Ciebie obecnie w tym, że ktoś zarabia na Ciebie – to wspaniale. Być może jesteś ambitna i jednocześnie dążysz do rozwoju, ale niekoniecznie w tym momencie? I co w tym złego?

dr n. med. Tomasz Srebnicki certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, asystent na WUM, dyrektor dydaktyczny, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej www.cbt.pl

Więcej listów od czytelników znajdziesz w każdym numerze SENSu w rubryce Listy do psychoterapeuty.

Masz problem, z którym nie możesz sobie poradzić? Napisz do naszego eksperta: sens@zwierciadlo.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co zrobić, gdy czujesz, że utknęłaś w martwym punkcie?

Gdy zapętlisz się w negatywnych myślach i przekonaniach, przestajesz widzieć wyjście z sytuacji. (fot. iStock)
Gdy zapętlisz się w negatywnych myślach i przekonaniach, przestajesz widzieć wyjście z sytuacji. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Czasem zdarza się, że jesteśmy w takim miejscu, w którym jest nam źle, czujemy się bezradni i nie wiemy, co robić. Sytuacja wydaje się beznadziejna. Jak sobie pomóc?

Czasem zdarza się, że jesteśmy w takim miejscu, w którym jest nam źle, czujemy się bezradni i nie wiemy, co robić. Jak sobie pomóc, kiedy sytuacja wydaje się beznadziejna?

Psycholog Marla W. Deibler opisuje martwy punkt jako doświadczenie bycia pokonanym przez negatywne myśli i emocje. Ich działanie wyzwala tak duży stres, że czujemy się przytłoczeni i zupełnie pozbawieni mocy. Do takiego stanu doprowadza nas błędny proces myślowy, kiedy zamartwiamy się, mamy wątpliwości, czujemy się bezradni, płaczemy a nawet przeżywamy ataki paniki. Najbardziej powszechną emocją, która doprowadza nas do martwego punktu jest lęk. Może on objawiać się w ciele poprzez szybkie bicie serca, pocenie się, mrowienie, ból w klatce piersiowej, duszności.

Deibler doradza 6 prostych strategii, które mogą pomóc ruszyć z martwego punktu.

1. Zaakceptuj swój lęk

Powiedz sobie: to normalne, że się boję, pewien stopień niepokoju jest naturalny, jak mam się nie bać, kiedy czeka mnie nieprzewidywalne i nieznane? Wszystko jest ze mną w porządku.

2. Wytrop stresogenne myśli

Zwróć uwagę na swoje myśli, a zwłaszcza na te, po których źle się czujesz. Jeśli zauważysz spadek nastroju, zapytaj siebie o czym myślałaś. Co to za zdania? „Nie dam sobie rady”, „Nigdy tego nie zrobię”, „Zawsze będę sama”? To są szkodliwe myśli, które doprowadzają cię do niepokoju oraz do paraliżu w działaniu. Gdy je wytropisz, mów sobie: „Te myśli nie są prawdziwe, one przeminą”.

3. Zmień stresogenne myśli

Napisz myśl, która cię prześladuje i obok stwórz zdanie, które będzie pozytywne. „Nie dam sobie rady” zamień na „Już nieraz poradziłam sobie, a poza tym zawsze otrzymuję wsparcie”.

4. Skoncentruj się na teraz

Najbardziej stresuje nas niewiadoma przyszłość, dlatego jeśli skoncentrujemy się na teraźniejszości, przekonamy się, że jesteśmy bezpieczni, że żyjemy, oddychamy i wszystko jest dobrze.

5. Zrób ćwiczenie oddechowe

Głębokie oddychanie uspokaja nasz mózg i wycisza stresogenne myśli. Dobrze, żebyś regularnie robiła ćwiczenie oddechowe, medytowała, ćwiczyła jogę.

6. Podejmij działania

Kiedy już stresogenne myśli cię nie dręczą, odpręż się słuchając ulubionej muzyki lub czytając pozytywną książkę. Gdy odpoczniesz, zadaj sobie pytanie - co masz robić (lub czego nie robić) i zrób jeden krok w kierunku, w którym chcesz podążyć.

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety nie chcą być liderkami? Pytamy Wojciecha Eichebergera

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Sheryl Sandberg, dyrektorka ds. operacyjnych Facebooka, pyta, co mamy powiedzieć córkom, żeby chciały nimi być? Podpowiada trzy strategie. Siadaj przy stole, nie na brzegu krzesła za plecami mężczyzn. Bądź w partnerskim związku i „nie odchodź, zanim nie dojdziesz”, czyli nie rezygnuj z ambicji, bo chcesz mieć dziecko. Proste, czemu więc tego nie robimy? – odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

„Dlaczego nie stajemy się podobne do naszych ojców i robimy to, co nasze matki, choć mamy prawo być ambitne, chcieć władzy i kasy”, pyta Susan Pinker w książce „Paradoks płci”. I odpowiada: ilość kobiet liderek nie wzrasta, bo kobiety nie chcą nimi być i mają do tego prawo.

Układ przyczyn, dla których kobiety nie pchają się na szczyt, jest złożony. Podstawowe w tej mozaice powodów wydaje się to, że emancypujące się kobiety startują w dyscyplinie wymyślonej i kontrolowanej przez mężczyzn. Są zmuszone działać w świecie, którego reguł nie współtworzyły, którego kultura i struktura od zarania nacechowane są męskim sposobem rozumienia świata. Dotyczy to nie tylko reguł rządzących biznesem, lecz także sacrum, gdzie mężczyźni okazują się twórcami i zarządcami wszystkich religijnych doktryn. Podobnie jest z historią napisaną przez mężczyzn, o mężczyznach, dla mężczyzn. Większość organizacji społecznych, politycznych, międzynarodowych ma strukturę wyrażającą męskiego ducha odgraniczenia, hierarchii, ekspansji, agresji, potęgi, konkurencji i wyłączności. W urbanistyce miast i przestrzeni publicznej dominują przejawy męskiej potrzeby porządku, kątów prostych, wyrazistych podziałów, przejrzystości, sztywności, kontroli i wysokości.

Bo męskie jest wysokie, twarde, szybkie, określone. Większość naszego świata ma zapach męskiej siłowni, pola bitwy albo gangsterskiego filmu: spaliny, przemoc, pot, krew, sperma i pieniądze. To nie jest świat kobiet. Kobiety instynktownie przeczuwają, że nie sposób grać na męskim boisku w męską grę i pozostać sobą.

Pinker pisze, że idąc za męskim rozumieniem sukcesu, kobieta traci swoją duchowość. Zaangażowanie w męski świat kobietę zmienia, czyni bardziej męską: podnosi poziom testosteronu, zaburza miesiączkowanie, zmienia styl zachowań seksualnych (gotowość na szybki seks bez zobowiązań), zmniejsza nasilenie potrzeb macierzyńskich i rodzinnych (łatwiej zostawić pod cudzą opieką czepiające się spodni – już nie spódnicy – dziecko). Przyznaje się do tego Sheryl Sandberg. Korporacyjna kobieta upodabnia się do mężczyzny: spodnie, marynarka, krawat, krótkie włosy, wąskie biodra. Na męskim boisku obowiązuje męskie ciało i męski kostium. Sukces też jest zdefiniowany po męsku: władza, znaczenie, bogactwo, dominacja. Gdyby kobiety tworzyły ten system, to byłby on inny. Psychologowie zaobserwowali istotne różnice między zachowaniem chłopców i dziewczynek podczas zabaw. Wybrano dzieci w wieku od półtora do dwóch i pół roku, aby wykluczyć wpływ wychowania, kultury, i okazało się, że bawiące się na plaży dziewczynki spontanicznie tworzą z piasku struktury poziome, otwarte, mozaikowe, amorficzne. Natomiast chłopcy starają się budować wzwyż, tworząc struktury sztywne, geometryczne, odgraniczone. Dziewczynki zwracały uwagę na przedmioty miękkie, kruche, lekkie i organiczne (tkaniny, sznurki, rośliny, muszelki), a chłopcy – na sztywne, twarde, ciężkie, ostre (patyki, kamienie, deseczki, metal). Tak więc wiele wskazuje na to, że wprawdzie obie płcie mają wspólny egzystencjalny fundament, ale są nastawione i uwrażliwione na różne aspekty tego świata i w odmienny sposób tworzą i wpływają na otoczenie. Te różne wrażliwości przejawiają się we wszystkim, co nas otacza, i we wszystkim, co nam się przydarza, pozostając w nieustannym procesie poszukiwania równowagi. Ich harmonijna współobecność decyduje nie tylko o architekturze przyrody, lecz także o jakości i przydatności dzieł ludzkich – zawiera się we wszystkich arcydziełach i cudach świata.

Dzisiaj kobieta nieukierunkowana na tzw. sukces uznawana jest za zakompleksioną, wymagającą pomocy. Aktywistki chciałyby obudzić jej ambicje, zdolności do walki i rywalizacji. Nie ma nic złego w tym, że kobieta jest zdolna do asertywności, walki i rywalizacji. To konieczny etap procesu wychodzenia z kompleksu ofiary. Niech na tym etapie dziewczynki, które w dążeniu do sukcesu, w przebojowości i zainteresowaniach upodabniają się do chłopców, będą wyróżniane i nagradzane. Każdy człowiek bez względu na płeć powinien te przydatne możliwości posiadać. Groźne jest pojmowanie emancypacji jako upodabniania się do mężczyzn, bo w ten sposób kobiety nieświadomie wzmacniają patriarchalny system. Jeśli ten proces zakończyłby się sukcesem, to zapanowałby femipatriarchat – męski system zarządzany przez zmaskulinizowane kobiety, a podtrzymywany przez sfeminizowanych mężczyzn. To, co się dzieje z kobietami, nie jest emancypacją, jest zakamuflowaną rekrutacją najemniczek do armii rządzonej przez mężczyzn, którzy nie mają zamiaru władzy oddać ani się nią dzielić. Kontrolują ten proces rekrutacji, podejmując propagandowe pseudoreformy, które mają sprawić wrażenie, że dopuszczają kobiety do rządzenia, lecz ich celem jest tylko zachęcenie najemniczek do ustawiania się w kolejkach do biur werbunkowych. Mężczyźni mają zdecydowaną większość we wszystkich gremiach ustawodawczych, politycznych, zarządczych, religijnych, finansowych. Oni rządzą światem.

Tam, gdzie są wielkie pieniądze, nie ma kobiet, bo co to jest trzy, dziesięć procent. Oglądałem wstrząsający amerykański film „Chciwość”. Pokazuje, jak funkcjonują instytucje finansowe i w jaki sposób doprowadzają same siebie i swoich klientów do upadku. Wśród głównych bohaterów jest tylko jedna kobieta, najemniczka, która chcąc grać na męskim boisku, musi grać najbardziej nikczemnie i stylizować się na tzw. zimną sukę. Służy wiernie, lecz płaci wielką cenę – na koniec dnia wymiksowana z podziału łupów zostaje kozłem ofiarnym rzuconym akcjonariuszom na pożarcie. Pouczająca historia.

Nowa fala feminizmu – jak się zdaje – zrodziła się z takich obserwacji. Dlatego proponuje kobietom rozwijanie ich prawdziwych potrzeb i przyrodzonego potencjału. Mądry feminizm nie polega już na tym, by upodabniać kobiety do mężczyzn i zajmować miejsce w ich świecie, lecz zachęca do budowania niezależnego, komplementarnego świata, który wymusi na patriarchacie poszukiwanie równowagi i doprowadzi do radykalnej zmiany. Aby do tego doprowadzić, niezbędny jest parytet 50 na 50, czyli wprowadzanie do gremiów rządzących równoważnej liczby kobiet – by miały realny wpływ na podejmowane decyzje. Gdy w tych gremiach będzie połowa kobiet, to szybko nastąpią zmiany w strukturze i kulturze organizacji tak dopasowujące to środowisko do potrzeb kobiet, że nie będą już musiały przeistaczać się w zimne suki, by w nim przetrwać. Mam nadzieję, że gdy to nastąpi, świat zacznie wracać do równowagi i harmonii.

Feministki domagają się parytetu. Złości je Pinker, która mówi, że kobiety z wyboru nie chcą iść w górę. Może dlatego, że kobiety raczej nie tworzą struktur pionowych i hierarchicznych, źle się w nich czują. Preferują struktury poziome, zawierające, a nie wykluczające. Ale wygląda na to, że na tym etapie przemian awangarda kobiet musi poświęcić swoją kobiecość, by przebić szklane bariery zewnętrzne i wewnętrzne i dokonać desantu na męskie gremia decyzyjne. Ta prawdziwie wallenrodowska misja może się udać tylko wtedy, gdy w tajemnicy ochronią w sobie jakiś podstawowy zestaw kobiecych cech i poczucie solidarności z resztą przedstawicielek swojej płci, którym torują drogę. Na razie ta sprawa nie wygląda najlepiej. Na przykład w sejmie kobiety grają w męskiej orkiestrze, nie potrafią się dogadać, solidarnie, ponad ugrupowaniami głosować za lub przeciw jakiejś ustawie. Bardziej się czują członkiniami męskich partii niż kobietami. Jakby nie wiedziały, że wszystkie partyjne ideologie – może poza tą zielonych – są emanacją męskiego oglądu świata.

Czyli dalsza prokobieca zmiana świata jest nierealna? Jest nadzieja, że kolejne pokolenie kobiet, czyli córki Wallenrodek, będzie potrafiło myśleć inaczej i pozwoli sobie na większą niezależność, będzie je stać na odwagę w artykułowaniu kobiecych potrzeb i kobiecego systemu wartości. Może kobiety będą już mogły realnie wpływać na to, co się dzieje na świecie. To ważne, bo mężczyźni są z natury antydemokratyczni, dążą do zwiększania kontroli, centralizacji władzy. Nie lubią konfederacji i dogadywania się ponad granicami. W głębi duszy są więc antyeuropejscy. Bo UE jest konceptem poziomym, kobiecym kręgiem, amorficzną strukturą wykreowaną przez dziewczynkę na plaży. To zostawia mężczyznom za mało okazji i przestrzeni na budowanie w górę, na falliczne pomniki ich władzy. Można powiedzieć, że kobiety – jeśli nie zostały wcześniej zdeprawowane przez męskie ideologie – są naturalnymi strażniczkami demokracji, która jest zagrożona przez męskie gry, wojny i ambicje.

To, co mówisz, jest w sprzeczności z tym, co zwykle piszemy, że mężczyźni tracą męskość przez wzrost niezależności kobiet. Samotne matki często psychicznie kastrują synów. Ale właśnie dlatego spora część tych synów przez resztę życia chce udowodnić sobie i światu, że są prawdziwymi mężczyznami. Wtedy ostentacyjnie wyrzekają się dziedzictwa matki. Kreują się na supersamców alfa i pną się – za wszelką cenę – do władzy. Są organicznie antykobiecy, bo doświadczenie z kastrującą matką sprawia, że boją się kobiet. Tak rodzą się domowi, rodzinni, mafijni, firmowi, partyjni i polityczni tyrani. Mężczyźni, którzy walcząc o swoją utraconą męskość, wyzbywają się serca, wrażliwości i sumienia, wykreowują groźną karykaturę męskości. Wśród rządzących światem było i jest wielu takich. Ale są też mężczyźni, którzy posłusznie spełniają życzenie kastrującej matki, nigdy nie dorastają i zostają z nią na zawsze – stając się jej utrapieniem i karą.

Na szczęście jest wielu mężczyzn, którzy nie należą do żadnej z tych kategorii. Oni rozumieją, cenią demokrację, są mądrymi liderami, potrafią współpracować z ludźmi obu płci, są zorientowani na wykonywanie zadań i osiąganie celów, a nie na eksponowanie męskiego ego, chcą i potrafią znaleźć czas na rodzinę i korzystać z życia. Aby ten gatunek wytrwał na pozycjach władzy i wpływu, musi ulec zmianie dominujący system wartości. Bo ci mężczyźni nie chcą i nie potrafią iść na moralne kompromisy po to, aby utrzymać władzę. Dochodząc do pewnego poziomu władzy, mężczyźni stają się więźniami systemu, który tworzą. W pogoni za władzą nie wahają się odrzucić lojalności, miłości, współczucia, honoru, sumienia, a nawet zwykłej przyzwoitości. To psychopatia – choroba duszy. Przez ostatnie dwa dziesięciolecia rozprzestrzenia się z ogromną szybkością. Od czasu „Pulp Fiction” chorzy na duszę stali się ikoną popkultury i wzorcem osobowym. Wynikające z wczesnych, wielokrotnych doświadczeń upokorzenia nadmierne ambicje tych ludzi są bombą zegarową, która może wysadzić świat.

Co więc nasz świat może uratować? Jedyna nadzieja w tym, że kobiety – po raz pierwszy w historii – tworzyć będą alternatywny świat, który zmusi świat męski do negocjacji i poszukiwania równowagi. Żeby to się stało, ich zbiorowa podświadomość musi przełamać niepojmowalnie głęboką i tragiczną traumę stosów czarownic. Wtedy dopiero przestaną się bać być różne od mężczyzn i w pełni rozwijać swój potencjał. Wschód nowego feminizmu wskazuje, że ten proces trwa i się nasila. Gdy wolne kobiety zaczną znacząco wpływać na kształt społecznej tkanki, inaczej wychowywać synów i córki, z innej pozycji – ani z wrogiej, ani z poddańczej – wchodzić w związki z mężczyznami i zajmować 50 proc. miejsc tam, gdzie podejmowane są ważne decyzje, to wtedy świat zacznie się zmieniać w dobrym kierunku.

Jak kobiety mają to zrobić?! Uruchamiając tysiące drobnych i większych akcji oraz działań. Tworząc stowarzyszenia, grupy, inicjatywy podejmowane w konkretnych życiowych sprawach. Z czasem pojawią się lokalne liderki wyłonione przez kobiety. A potem – jeśli liderki będą chciały – niech kobiety pomogą im trafić wyżej, niech je wspierają i na nie głosują. A one muszą się zdobyć na odruchy kobiecej solidarności i głosować na rzecz praw i wartości kobiet, a to znaczy wyzwolić się z męskiego myślenia ideologicznego i partyjnego. Może trzeba będzie na jakiś czas reaktywować pomysł stworzenia Partii Kobiet. Niech kobiety nabiorą odwagi tworzenia świata na kształt wielobarwnej, organicznej, przekształcającej się mozaiki, jak dziewczynki bawiące się na plaży. I już.  

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek,  współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Psychologia

Mój wewnętrzny hamulec. Autosabotaż

Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Jak przestać się bawić w chowanego z samym sobą? Dobrze jest poznać stosowane przez siebie wzorce autosabotażu, a potem je rozbroić – radzi Beata Kaczyńska, psychoterapeutka, coach.

Każdy z nas jest autosabotażystą? Każdy z nas autosabotażystą bywa. Autosabotaż to postawa związana z brakiem gotowości do odkrycia i do przeżycia prawdy o sobie. Zatrzymuje nas w procesie dokonywania zmian, ale jednocześnie jest ciekawym źródłem informacji na temat tego, kim tak naprawdę jesteśmy, czego pragniemy i czego się obawiamy. Jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. Kącikiem oka widzimy w lustrze skrawek postaci, ale coś zatrzymuje nas przed tym, by spojrzeć tej postaci prosto w oczy.

Jak zatem autosabotaż może wyglądać w praktyce? „Poradniki nie działają” – to jedna z najbardziej popularnych strategii autosabotażowych. Ludzie kupują mądre książki i nawet je czytają, a potem nie potrafią ukryć rozczarowania tym, że nic w ich życiu się nie zmieniło. Lektura nie przyniosła oczekiwanego objawienia i natychmiastowej rewolucji. Wniosek może być tylko jeden: „Poradniki nie działają”.

Mają rację? Mają i nie mają – jak to w autosabotażu. Sama książka, nawet najmądrzejsza, niczego nie zmieni, jeśli jej czytelnicy nie zabiorą się do realnej pracy nad tym, co chcieliby przepracować, zmienić, odkryć. Jeśli nie wykonają żadnego ćwiczenia z książki, jeśli zrobią je raz pomimo zalecenia regularnych powtórzeń, jeśli pominą znaczące, a niewygodne fragmenty, bo wieje z nich nudą, jeśli – choćby i krytycznie – nie przedyskutują zawartych w niej tez. Jeszcze inni autosabotażyści wiecznie szukają właściwego specjalisty. Są ludzie, którzy testują niezliczone adresy i nazwiska, cały czas nie mogąc trafić na tego jedynego, właściwego terapeutę czy coacha. Swego czasu usłyszałam od pewnej pani na konsultacji, że „na zdjęciu wyglądałam poważniej”. Nie zdecydowała się na pracę ze mną i nie zdziwiło mnie to, gdyż w międzyczasie opowiedziała mi, że jestem jedną z wielu specjalistek, które sprawdza – z innymi nie było chemii, ktoś miał za małe doświadczenie, a ktoś inny za duże i wydawał się już wypalony. Ktoś jeszcze inny miał ponury gabinet. To przypadek skrajny, ale niemało jest osób uważających: „To specjalista odpowiada za to, że nie potrafię nad sobą pracować”.

Ukrywają świadomie prawdę o sobie? Jest taki rodzaj działania przeciwko sobie, który ja nazywam autosabotażową maligną. Wielokrotnie zdarzało mi się podczas sesji coachingowych, że klient odkrył coś głębokiego, miał prawdziwą iluminację. Widziałam, że jest ewidentnie poruszony tym, co się pojawiło w jego świadomości. Po czym na następnym spotkaniu... nie pamiętał, co się stało, lub całkowicie zbagatelizował znaczenie tego odkrycia i moc przeżycia.

Dlaczego? Ludzie wypierają i deprecjonują odkrycie prawdy o sobie, bo trudno im przyjąć, że to, co do tej pory robili, nie jest ani na jotę zgodne z ich potrzebami, wartościami. Co więcej – radykalna zmiana ścieżki prywatnej czy zawodowej wymagałaby zapewne nakładów wysiłku i rozmaitych starań, a to już nie brzmi miło. Dlatego często słyszę: „Owszem, wydawało mi się, że to ciekawe, ale po zastanowieniu wiem, że ta nowo odkryta droga też nie jest moja”. Kolejny obszar autosabotażu – a mówię o nim z pewną ostrożnością, ale też odpowiedzialnością – to tzw. depresja. Depresja, oprócz tego, że jest bardzo poważną chorobą, stała się „wycieruchem” w coachingowych i psychologicznych gabinetach. Ludzie mylą stany smutku, przygnębienia, lęku, niepokoju, nudy, ociężałości czy znużenia – naturalne w różnych momentach życia – z rzeczywistą depresją. „Chyba mam depresję” – to dla niektórych – i w niektórych kręgach towarzyskich – niezwykle atrakcyjna wymówka.

Załatwiają tym zdaniem wiele różnych trudnych spraw. Nawet takich jak pójście do psychiatry i ustalenie konkretnej diagnozy. Mówią sobie: „W moim stanie? Co ja załatwię? Nic”. I nawet jeżeli jednak uda im się trafić do specjalisty, z reguły po jakimś czasie odstawiają leki albo wręcz w ogóle nie zaczynają ich brać. Często słyszę to zdanie w momencie, gdy trafiają do mnie klienci w życiowych kryzysach i przestraszeni sytuacją, w której się znaleźli, naciągają na głowę woal „pseudodepresji”. Do worka z takim logo wrzucają całe swoje przeżywanie i jednocześnie własną gotowość do mierzenia się z kłopotami. Oto są usprawiedliwieni. Na razie nie muszą nic robić. A potem się zobaczy. Są też tacy autosabotażyści, którzy ciągle przychodzą do coacha z tym samym problemem. W kółko mówią o tym samym. Każde ich odkrycie na swój temat nie jest dość dobre, inspirujące, nie dość sycące i trafne. Ciągle obrabiane jest to samo poletko. Bo w istocie wcale nie o nie chodzi.

A o co? O coś kompletnie innego, często sami nie wiedzą o co.

Na przykład mówią o swojej pracy, a prawdziwy problem dotyczy związku? Tak. Albo na odwrót. Bywa też, że nieustanne „mówienie o” jest substytutem działania. Gdy snujemy wizje i opowieści, „rozpracowujemy” swoje wątpliwości, zaczynamy czuć, że żyjemy. Kłopot w tym, że wraz z końcem rozmowy energia się ulatnia, a my budzimy się wciąż w tym samym miejscu. Są też osoby, które mają tendencje do niekończących się analiz. Przywołują bardzo bogate argumentacje dla uzasadnienia różnych swoich stanów, przyczyn, kłopotów. Nie przekłada się to ani na zmianę, ani na podniesienie jakości życia czy likwidację dylematów i poprawienie swojej sytuacji. Bywa niezwykle uwodzące intelektualnie, ale jest w gruncie rzeczy jałowe.

„Jestem gruba, brzydka i nic mi się nigdy nie uda” – do której grupy autosabotażu zaliczyłaby pani to zdanie? To raczej nawyk myślowy, przekonanie sabotujące rozwój. Jeśli wierzymy takiej myśli, przepis na rozpacz gotowy. Tymczasem warto pamiętać, że każda myśl jest „produktem” naszej głowy i jako taka może być zweryfikowana i zmieniona. Czy może to być przykład autosabotażu? Pewnie tak, jeśli pomimo wiedzy o tym, jak działają przekonania, nadal utrzymujemy w naszej głowie taką myśl i uporczywie się nią zadręczamy. Akurat uroda, waga oraz bycie obiektem czyichś westchnień to obszary, w których opisach często dokonujemy rozmaitych lingwistycznych nadużyć. Zamiast powiedzieć: „Ważę tyle i tyle”, mówimy: „Jestem gruba” – i powód do zmartwień gotowy. Używając takiej obraźliwej narracji, umacniamy w sobie bezradność, podtrzymujemy nieużyteczną iluzję niezmienialności: wszak skoro taka JESTEM, to nic z tym zrobić się nie da. Tu diabeł tkwi w słówkach.

Jeśli ktoś pomyśli: „Wprawdzie nie jestem teraz zadowolona ze swojego wyglądu, ale bardzo chcę nad sobą popracować” – to autosabotaż w tym miejscu się kończy. Często dotarcie choćby do takiego punktu wymaga dużej pracy nad sobą. We wprowadzaniu zmian, moim zdaniem, przeszkadzają różne przekonania, skrypty życiowe w stylu: „Kobiety mają w życiu ciężko i nic na to nie poradzisz”. Te przekonania są jak lejce, które hamują naszą ciekawość, nasz pęd do odkryć i eksperymentowania. Na przykład: „Taka stara baba jak ja nie będzie zaczynała wszystkiego od początku”. Przyjmując, że zaczynanie od początku jest jednak możliwe, trzeba przyznać, że coś nie wyszło, może nawet doświadczyć związanego z tym dyskomfortu. Kolejnym schematem ograniczającym jest przekonanie: „Jestem ofiarą”. Bywa, że kobiety, które tak o sobie myślą, wybierają na przyjaciółki takie osoby, na tle których zawsze będą prezentowały się źle (zwłaszcza że nieświadomie dołożą wszelkich starań, aby tak właśnie było). Zakochują się w nieosiągalnych mężczyznach (np. takich, którzy są w szczęśliwych związkach), żeby potwierdzić po raz kolejny, iż nie im pisane jest szczęście w życiu. Uczestniczą w niezliczonych grupach rozwojowych i szukają rozmaitych kobiecych wspólnot w nadziei, że ktoś je w końcu zrozumie i odczaruje, że z zewnątrz przyjdzie docenienie i wybawienie. Tymczasem ten wzorzec istnienia nie daje spodziewanych efektów, bo dać ich nie może.

A kiedy przestaje być użyteczny? Kiedy człowiek zaczyna się w swoim nieszczęściu rozsmakowywać, a nie próbuje z niego wyjść. Kiedy uparcie odmawia wzięcia odpowiedzialności za zmianę siebie i swojego życia.

Czy autosabotaż jest zły? Ani zły, ani dobry. On po prostu jest swojego rodzaju mechanizmem doświadczanym przez każdego z nas w sytuacjach, które definiujemy jako trudne. Obiektywnie wcale nie muszą takie być, ale ponieważ np. mamy z nimi do czynienia po raz pierwszy w życiu, wydają się nie do przejścia. Bardzo często autosabotaże są utrwalonym wzorcem reagowania na daną sytuację, np. osoba reagowała w dzieciństwie unikaniem kłótni, bo to ją chroniło przed cierpieniem. Dlatego w dorosłym życiu dalej tak robi, chociaż takim funkcjonowaniem podstawia sobie nogę: wycofuje się, zamiast walczyć o siebie.

Jak rozpoznać, który autosabotaż jest moim ulubionym? Autosabotaż się powtarza, jest nawykiem. Dzięki temu daje szansę, żebyśmy go sobie uświadomili. I skorzystali z mądrości, którą niesie, zadając sobie bardzo proste pytania: po co mi taki sposób zachowania się? O jakich moich potrzebach mnie informuje? Co w taki sposób chcę uzyskać, a czego unikam? Bądźmy zatem uważnymi obserwatorami siebie samych: czy powtarzają się w naszym życiu jakieś nieprzyjemne, nieużyteczne dla nas sytuacje? Jakie? Jak to robimy, że po raz kolejny nie osiągnęliśmy upragnionego rezultatu? Czy się tradycyjnie wycofujemy, czy szarżujemy? A może mamy jeszcze inny patent na gwarantowaną porażkę? Dopóki nie zechcemy przystanąć i wytrząsnąć tego autosabotażowego kamyczka z buta, dopóty żyjemy z poczuciem dyskomfortu.

Jak obserwować swoje myślenie, żeby wychwycić momenty autosabotażu? Można spisywać myśli, zwłaszcza w sytuacji, kiedy doświadczamy cierpienia. Zapytać: co wtedy myślę o sobie, świecie i ludziach? Które z tych myśli są dla mnie użyteczne, a które nie? Kluczowe w każdej sytuacji jest to, żeby przynajmniej dać sobie szansę na pomyślenie: „To, że tak o sobie myślę, wcale nie jest tożsame z tym, kim jestem”. Twoje myśli nie są faktami. Jeśli tak myślisz o sobie, równie dobrze możesz pomyśleć inaczej. Często łapiemy się na samooszukiwaniach, na kłamstewkach, które mówimy do siebie. Jeżeli głębiej się nad tym zastanowimy, wiemy, że tak naprawdę nie lubimy tej Maryli, z którą się kolegujemy, albo złości nas Marian, o którym sobie wymyśliłyśmy, że będzie naszym mężem, bo ma dobry zawód. Wiemy podskórnie, że to nie tędy droga.

Czy zrozumienie mechanizmów autosabotażu pomoże nam się zmienić? Niekoniecznie. Trafiają do mnie osoby, które mówią: „Wiem, jak funkcjonuję, czy to jest zmienialne?”. W części zapewne tak. Natomiast nie bądźmy wobec siebie zbyt surowi i nie obwiniajmy się za używanie autosabotaży. Proponuję wyrobić w sobie nawyk empatii dla samego siebie, czułości wobec swojej słabości, braku gotowości, lęku przed zmianą. I zwyczaj rozbawiania się swoją osobą. Żeby nie traktować siebie tak śmiertelnie serio. Te wszystkie autosabotaże to przecież czasem niezły ubaw. Wystarczy wyobrazić sobie, jak siedzimy w okopie, w szyszaku, z witkami brzozy przyczepionymi do kołnierza tylko po to, by się przed samym sobą schować. Jeśli zechcemy z takim dystansem na siebie spojrzeć – możemy wówczas poczuć, że oto nadeszła pora z naszego ulubionego okopu wyjść. Powiedzieć sobie: „Boję się, ale wyłażę”. I naprawdę zacząć żyć inaczej.

Beata Kaczyńska: master coach, psycholog, trener w Szkole Coachingu Wings. Prowadzi zarówno coachingi biznesowe, jak i coachingi życiowej zmiany. Nauczyciel i superwizor innych trenerów i coachów.

  1. Psychologia

Nadzieja matką działania

Nigdy nie możemy mieć pewności, że nasze wysiłki okażą się skuteczne, ale nadzieja wystarczy, by działać. (Fot. iStock)
Nigdy nie możemy mieć pewności, że nasze wysiłki okażą się skuteczne, ale nadzieja wystarczy, by działać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Nie wierzcie, że nadzieja jest matką głupich, bo to nieprawda. Można tak powiedzieć o naiwności, ale nadzieja zasługuje na szacunek. Nie sposób przewidzieć, co się stanie w przyszłości, i ta niepewność może budzić lęk. Jednak jeśli mamy nadzieję, jesteśmy w stanie ryzykować i działać – przekonuje psycholożka Hanna Samson

.

W chwilach zwątpienia w sens naszych wysiłków – i tych prywatnych, i społecznych, i zawodowych – sięgam czasem po książkę Irvina D. Yaloma „Kat miłości. Opowieści psychoterapeutyczne”.  Jest w niej coś takiego, że budzi nadzieję. Znam ją dobrze, więc otwieram na chybił trafił i zaczynam czytać. Każda historia wciąga mnie natychmiast, nie mogę przerwać, nim skończę. Poruszają głębokie struny naszego jestestwa, nie umiem tego nazwać mniej górno-lotnie, bo te historie sprawiają, że czujemy udrękę i radość bycia człowiekiem, poznajemy uzdrawiającą moc więzi międzyludzkiej, która prowadzi do zmiany świadomości i własnego losu.

Ostatnio też sięgnęłam po tę książkę i otworzyła mi się na opowieści o Betty, która budziła odrazę Yaloma.

Ponad własnymi uprzedzeniami

Betty miała 27 lat, nie była wysoka, za to ważyła 113 kg. Yalom przyznaje się przed nami do swoich uprzedzeń w stosunku do otyłych ludzi, a szczególnie kobiet, znajduje kilka źródeł, z których te uprzedzenia mogą wypływać, ale co z tego, skoro nie może bez odrazy patrzeć na Betty. Sytuację pogarsza jeszcze sposób opowiadania Betty o swoim życiu – powierzchowny, rubaszny, przerywany chichotem – który śmiertelnie nudzi i irytuje autora. Sytuacja wyjściowa do rozpoczęcia terapii wydaje się beznadziejna. Yalom nie ma pewności, czy uda mu się przekroczyć własne ograniczenia, a przynajmniej nie pokazać ich Betty (ona oczywiście czuje niechęć i odrazę psychiatry, który w ogóle na nią nie patrzy i unika wszelkiego kontaktu fizycznego, powie mu o tym na końcu ich pracy), ale ma świadomość, że kobieta potrzebuje pomocy, a on jest terapeutą. Poprzedni zasypiał podczas sesji, o czym ona sama mówi ze śmiechem.

Yalom zastanawia się, czy uda mu się zobaczyć w Betty człowieka i odnosić do niej z empatią. Ma nadzieję, że tak, więc podejmuje ryzyko i zaczyna pracować nad sobą, czego pacjentka mu nie ułatwia, wciąż obwiniając świat za swoją sytuację i nie widząc problemu w sobie. Terapeuta stąpa bardzo ostrożnie, próbuje oddzielać uczucia, które wynikają z jego uprzedzeń, od tych, które wywołuje w nim Betty, uważa na każde słowo. I w końcu coś zaczyna się dziać. Betty schodzi w głąb, krok po kroku dociera do źródeł swoich lęków, a między nią a Yalomem powoli nawiązuje się prawdziwy kontakt, a potem tworzy się więź. On nie widzi już w niej odrażającej grubaski, tylko cierpiącą i waleczną osobę, zresztą Betty nie jest już taka gruba. Odkąd zmierzyła się ze swoimi lękami, zaczęła się odchudzać, wytrwale i konsekwentnie. Przestała grać rubaszną i zaczęła być sobą.

Dlaczego opowiadam tę historię? Bo gdyby nie nadzieja Yaloma, że uda mu się przekroczyć własne ograniczenia, nie podjąłby się terapii. Betty chodziłaby do kolejnych terapeutów, szukając pomocy, a on nadal czułby odrazę do grubych kobiet. Nadzieja sprawiła, że zaczął działać, choć sytuacja wyglądała beznadziejnie.

Historia z happy endem

Matylda ma 34 lata i dotąd nieźle układało jej się w życiu. Zaraz po studiach znalazła pracę, którą bardzo lubiła, ale po sześciu latach postanowiła ją zmienić.

– Czułam się komfortowo i dobrze zarabiałam, lubiłam ludzi, z którymi pracowałam, byłam przez nich ceniona, ale po kilku latach dotarło do mnie, że już się nie rozwijam, wszystko było mi dobrze znane, żadnych poważnych wyzwań – opowiadała mi na pierwszym spotkaniu. – Szybko poszłam do nowej firmy, jeszcze lepiej zarabiałam, wzięłam kredyt, kupiłam mieszkanie, pracowałam kilkanaście godzin na dobę i to zaczęło mi coraz bardziej przeszkadzać. Nie miałam czasu na życie osobiste, a w końcu poznałam chłopaka, z którym chciałam być, uznałam, że pora na życie. Znalazłam pracę, w której obiecywano mi, że będę mogła wychodzić o siedemnastej, ale szybko okazało się, że to mrzonki. W dodatku miałam inny zakres obowiązków niż ten, na który się umawiałam, atmosfera była fatalna, nie było miejsca na negocjacje, czułam się oszukana, wykończona, postanowiłam nie przedłużać umowy, choć bardzo mnie namawiali. I to był chyba największy błąd w moim życiu, ale wtedy o tym nie wiedziałam, byłam dumna, że zadbałam o siebie i nie uległam namowom.

Po odejściu Matylda odpoczęła kilka dni i wzięła się dziarsko do szukania nowego miejsca. Napisała CV i rozesłała po świecie, a świat – nic. W końcu doczekała się kilku reakcji odmownych, została zaproszona na dwie rozmowy kwalifikacyjne, z których nic nie wynikło, choć miała poczucie, że poszły nieźle. Matylda postanowiła nie tracić czasu, zapisała się na kurs doskonalący jej umiejętności informatyczne, dużo czasu spędzała z chłopakiem, ale już trochę zaczęła się niepokoić. Intensywnie ćwiczyła dla poprawienia kondycji i nastroju, w którymś momencie coś poszło nie tak, doznała urazu łąkotki, nie mogła chodzić z bólu, konieczna okazała się operacja. Operacja pochłonęła jej oszczędności, bo nie miała ubezpieczenia, potem doszła jeszcze rehabilitacja. Trzeba było spłacać kredyt, Matylda poczuła, że ziemia usuwa jej się spod nóg. Nadal rozsyłała CV, odświeżała stare kontakty, ale z coraz mniejszym przekonaniem.

– Zawsze wierzyłam, że sobie jakoś poradzę, bo przecież tak dobrze mi szło, a teraz jestem w beznadziejnej sytuacji. Gdyby nie antydepresanty, chyba nie wstawałabym z łóżka – Matylda siedzi ze spuszczoną głową, całe jej ciało wyraża rezygnację.

Spotkałyśmy się jeszcze dwa razy, próbowałam ją wesprzeć i podnieść na duchu, ale nadal nie miała pracy i była coraz bardziej załamana. Czuła się niepotrzebna i wykluczona, straciła wiarę w swoje kompetencje. Odkąd była na utrzymaniu rodziców i chłopaka, jej poczucie własnej wartości legło w gruzach.

– Przestałam już odpowiadać na ogłoszenia, bo gdyby teraz ktoś zaprosił mnie na rozmowę kwalifikacyjną, to byłabym bez szans, nie umiem nawet zebrać myśli – wyznała na naszym ostatnim spotkaniu. Kolejne nie doszło do skutku, bo akurat wprowadzono stan epidemiczny i nasza fundacja została zamknięta.

Niepokoiłam się o Matyldę, bo w tych warunkach zawieszenia wszystkiego zdecydowanie łatwiej było stracić pracę niż ją znaleźć. Jak ona radzi sobie z tą świadomością? W końcu udało nam się porozmawiać przez telefon. Matylda brzmiała nadspodziewanie dobrze i szybko okazało się dlaczego.

– Zaraz po świętach zaczynam pracę – oznajmiła. – Wspaniale! Jak do tego doszło? – pytam uradowana. – Gdy wprowadzono stan epidemiczny, w pierwszej chwili się przeraziłam, że teraz to już naprawdę nie mam szans. A potem pomyślałam, że wkrótce może być jeszcze gorzej, bo kiedy pozwalniają ludzi z różnych firm, to dużo więcej osób zacznie szukać pracy. Poczułam przypływ nadziei, w końcu nie byłam w najgorszej sytuacji, mogłam działać od razu. Zaczęłam znów rozsyłać CV, odezwałam się do firmy, w której odbyłam rozmowę kwalifikacyjną, powiedziałam, że zrobiłam jeszcze ten kurs informatyczny, bo chyba tego im wtedy brakowało, i mnie przyjęli. Jeszcze tylko badania lekarskie i zaczynam – podsumowała Matylda.

Do świąt było jeszcze kilka dni, więc trzymałam kciuki, żeby nic się nie zmieniło. I nie zmieniło się, Matylda pracuje. Przebłysk nadziei sprawił, że znów wzięła się do działania, choć nie miała pewności, że się uda. Przyszłość jest zawsze niepewna, ale to, czy działamy, czy nie, ma znaczenie. Optymizm pozwala wierzyć, że będzie dobrze, niezależnie od naszych wysiłków. Pesymizm zachęca do bierności, bo tak czy inaczej będzie źle. Jedynie nadzieja jest tym uczuciem, które skłania nas do działania, choć sukces nie jest pewny.

Ukierunkowanie ducha

W książce Rebekki Solnit „Nadzieja w mroku” w tłumaczeniu Anny Dzierzgowskiej i Sławomira Królaka znalazłam słowa Václava Havla z 1985 albo 1986 roku, kiedy był skazany na więzienie, a nic jeszcze nie zapowiadało wyzwolenia Czechosłowacji spod dominacji Związku Radzieckiego. Havel pisał: „Przez ten rodzaj nadziei, o którym myślę (zwłaszcza w sytuacjach szczególnie beznadziejnych, takich jak zamknięcie w więzieniu), rozumiem przede wszystkim pewien stan umysłu, nie stan świata. Albo mamy w sobie nadzieję, albo nam jej brakuje; to wymiar duchowy; nie jest ona zasadniczo zależna od jakiegoś konkretnego spojrzenia na świat ani od oceny sytuacji. Nadzieja to nie rokowanie. To ukierunkowanie ducha, ukierunkowanie serca; wykracza ona poza świat bezpośrednio przeżywany i zakorzeniona jest gdzieś poza jego horyzontem. Nadzieja, w tym głębokim i potężnym sensie, nie jest tym samym co radość, że wszystko idzie dobrze, ani tym samym co wola angażowania się w przedsięwzięcia, które najpewniej rychło zakończą się sukcesem; jest to raczej zdolność do pracy na rzecz czegoś dlatego, że uważamy to za słuszne, nie tylko dlatego, że ma szansę na powodzenie”.

Nasz rozpędzony świat niedawno się zatrzymał, dając nam szansę na pomyślenie, w jaki sposób warto go zmieniać. Od nas zależy, czy z niej skorzystamy. Nie możemy mieć pewności, że nasze wysiłki okażą się skuteczne, ale nadzieja wystarczy, by działać.

Hanna Samson psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”

  1. Styl Życia

Lekarka Marta Kucharska i jej szpitalne lekcje z oddziału zakaźnego

 Marta Kucharska w pracy (fot. archiwum prywatne)
Marta Kucharska w pracy (fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Doświadczenie zawodowe zwykle zbiera się latami, czasem jednak krótki, ale bardzo intensywny okres jest w stanie nauczyć nas najwięcej. Marta Kucharska, lekarka pracująca na pierwszej linii frontu – w oddziale zakaźnym we Wrocławiu – opowiada nam o stresie, zmęczeniu, koktajlu rozmaitych emocji, ale i bezcennych wnioskach, jakie wyciągnęła z pandemii.

Od wielu lat pracujesz na oddziale zakaźnym. Co zmieniło się w twojej pracy od czasu wybuchu pandemii?  Bardzo wiele, właściwie od początku marca pracujemy na ciągle zmieniających się warunkach. Pracuję w szpitalu jednoimiennym, przeznaczonym dla pacjentów z podejrzeniem lub z potwierdzonym zakażeniem SARS-CoV-2. Musieliśmy przeorganizować cały szpital, stworzyć warunki do izolacji i leczenia coraz większej liczby pacjentów, stworzyć w miarę sprawdzające się „szablony” postępowania, których celem jest minimalizowanie ryzyka błędów.

Mówisz "musieliśmy", kogo masz na myśli?  Praca w czasie pandemii to praca zespołowa. Nie jestem dyrektorem, ordynatorem ani wyżej postawionym urzędnikiem, jestem natomiast lekarzem praktykiem, który stoi na pierwszej bądź drugiej „linii frontu”, stąd często pierwszym, który zauważa, że coś nie działa, który zgłasza określone problemy przełożonym bądź razem z zespołem proponuje rozwiązania. A liczba problemów podczas pandemii jest naprawdę bardzo duża. Rozwiązanie jednych prowadzi do kolejnych, bywa że jeszcze trudniejszych do rozwiązania, wymagających współpracy różnych placówek, instytucji, ośrodków. Dlatego w radzeniu sobie z pandemią tak istotna jest elastyczność oraz – co raz jeszcze podkreślę – gra zespołowa. Ważne jest, by każdy w ramach własnego podwórka starał się działać najlepiej jak może i patrzył perspektywicznie.

Co jest do tego potrzebne?  Zaangażowanie, umiejętność zachowania spokoju, pokora – to tylko niektóre słowa klucze pozwalające po prostu dobrze wykonywać swoją pracę w szpitalu.

A co jest najtrudniejsze?  Trudno jest mierzyć się z absurdami, które zdarzają się wszędzie, ale w medycynie mogą skutkować utratą czyjegoś zdrowia bądź życia. Trudno stawiać czoła ignorancji, uważam, że to jedna z najgorszych cech, jaka może dotknąć medyka. Trudno jest być bezradnym, mieć do czynienia z sytuacjami, w których medycyna dochodzi do granic swoich możliwości. Tyle możemy zrobić, dalej się nie da, a pacjent bądź rodzina ciągle patrzą na nas, jakbyśmy mieli jeszcze pochowane rozwiązania awaryjne. Trudno jest leczyć pacjenta, o którym wiemy, że niedługo umrze i jest z tym niepogodzony albo niepogodzona jest z tym jego rodzina. Trudno jest przekazywać informacje, że rokowania są poważne. Albo po prostu czuć się głupim, że się nie wie, a trzeba działać natychmiast. Bo medycyna to jedna wielka lekcja pokory. Choćbyśmy nie wiem ile książek i artykułów przeczytali, ile szkoleń odbyli i umiejętności wytrenowali – to tak rozległa dziedzina, że jeden umysł jej nie posiądzie. I każdego dnia możliwa jest bolesna weryfikacja tego, czego nie wiemy. Teraz dochodzą do tego inne aspekty: praca w niewygodnym kombinezonie i ze świadomością, ile osób wśród personelu medycznego się zakaża. Niepewność co do przebiegu choroby u pacjentów. Myśli, czy czegoś nie przeoczyłam, czy pacjenci są naprawdę tak zaopiekowani, jak myślę. A potem powrót do domu, do dwóch, trzech najbliższych osób, bo z większą liczbą spotkać się nie mogę.

Jak się czujesz? Masz czas to zaobserwować, wyrazić?  Z tym czasem jest niestety kłopot. Po tym wszystkim marzy mi się wyjazd choć na kilka tygodni, na odludzie, z daleka od silnych emocji. W naturę, w góry, do lasu, gdzie mogłabym się wysypiać, czytać książki i pisać. Ale to potem. Jak zapewne się domyślasz, lekarze, ale też medycy w szerokim rozumieniu tego słowa, i bez epidemii mają zwyczaj brać pracę do domu. Czasem trudne, wręcz niemożliwe jest pozostawić ją na progu szpitala. Czyjś stan dramatycznie się pogorszył, ktoś umarł, ktoś nas obraził albo wyzwał od konowałów. Teraz na chwilę takie głosy ucichły, mamy swoje pięć minut – bycia bohaterami, za cenę narażania zdrowia i życia, ale obawiam się, że to wróci. Niestety, w ostatnich latach obserwujemy narastającą negatywną postawę wobec personelu medycznego – jako społeczeństwo staliśmy się roszczeniowi, wymagający wobec innych (bo niekoniecznie wobec siebie) i przekonani o własnej racji, bo na przykład ktoś coś przeczytał w Internecie. Łatwo nam przychodzą krytykowanie, ocenianie i anonimowy hejt. Ostatnio chodzą mi po głowie dwa, znane jeszcze ze szkoły podstawowej czy średniej, wiersze. Jeden to „List do ludożerców” Tadeusza Różewicza, drugi – „Przesłanie Pana Cogito” Zbigniewa Herberta. Myślę, że warto do nich wrócić.

Jak się wraca do domu po takiej burzy emocji?  Po całym koktajlu różnych skrajnych stanów, jakich doświadczamy w szpitalu, od sukcesu po poczucie klęski, od satysfakcji po skrajne niezadowolenie, od radości po smutek – trudno wrócić do domu i nie zabrać ze sobą jakiegoś tobołka. Szczególnie po nocnych dyżurach, po dobie pracy, gdy obrywa zarówno psychika, jak i ciało. Niestety, ofiarami na- szych fatalnych tobołków są często najbliżsi, którzy muszą wysłuchać, co mamy do powiedzenia, a potem zmierzyć się z naszą drażliwością, przemęczeniem, skłonnością do konfliktowania się o byle co. Jako medycy mamy też takie myślenie: „Nie pracujesz w tym zawodzie, to nie wiesz, co to znaczy”, i jest to po części prawda. Czujemy się niezrozumiani, a czasem zwyczajnie niedowartościowani, sfrustrowani, sfrajerowani. „Jak to, tyle zrobiłem dla tego pacjenta, a teraz jego rodzina chce sądzić szpital?”; „Jak to, tak ciężko pracowałem, a teraz w domu zarzucają mi, że nie mam sił dla najbliższych?”.

Marta Kucharska w pracy (fot. archiwum prywatne) Marta Kucharska w pracy (fot. archiwum prywatne)

A podczas pandemii? Podczas pandemii jest jeszcze gorzej. Nie dość, że pracujemy z czymś zupełnie nowym, nieznanym i na nowych, dynamicznie zmieniających się warunkach, nie dość, że jesteśmy stawiani przed coraz innymi sytuacjami, do których jeszcze nikt nie stworzył scenariusza, nie dość, że „to coś” stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia również nas samych i naszych bliskich – to jesteśmy jeszcze bombardowani całą masą informacji. Stąd przez pierwsze tygodnie czułam, jakbym w ogóle nie wychodziła z pracy. Miałam koszmary, choć normalnie rzadko śnię. Dlatego też miesiąc temu, gdy zaproponowałeś mi rozmowę, odmówiłam. Był to czas dużego stresu, silnej mobilizacji, przygotowania, skupiania się na celu, a nie na własnych emocjach. Faktycznie, jak do walki. Uznałam, że myślenie o sobie w tamtym momencie może mi tylko zaszkodzić. Analizowanie strachów i lęków wtedy mogłoby tylko utrudnić mi wykonywanie zadania. Teraz ja, moi koledzy i koleżanki nadal jesteśmy zmobilizowani, traktujemy całą tę sytuację zadaniowo, ale już jestem w stanie zaobserwować różne stany i emocje. Niestety, nie są one często przyjemne.

Jak radzicie sobie z takim obciążeniem psychicznym? Jak ty sobie radzisz? A może nie radzisz?  To trudne pytanie. Sama czasem nie wiem, czy sobie radzę. Oczywiście, że się boję, oczywiście, że się złoszczę. Choć lęk jest teraz nieco inny niż na początku. Początkowo, kiedy jeszcze wszystko było w teorii, bałam się o siebie i swoich bliskich. Wiele rzeczy trzeba było przeorganizować. Teraz o siebie boję się mniej, choć może to i źle. Rodzinę przekonałam do konieczności izolacji na tyle, na ile to możliwe. Moje kontakty osobiste ograniczają się do tych wynikających z pracy w szpitalu i dwóch, trzech najbliższych osób. Z resztą kontaktuję się telefonicznie, o ile jeszcze mam na to siłę. Boję się za to sytuacji, w których nie będę wiedziała, co zrobić, a że realia mocno się pozmieniały, jest to wielce prawdopodobne. Zamiast pacjentów „typowo zakaźnych” mamy ich teraz całe spektrum: pacjentów onkologicznych, hematologicznych, kardiologicznych, u których dodatkowo doszło do zakażenia koronawirusem, a obecne warunki utrudniają standardowe postępowanie medyczne. Dlatego bardzo cieszę się, że mam taki zgrany, zaangażowany i chętny do pomocy zespół.

Dlaczego wybrałaś taką specjalizację? Co cię zafascynowało? Choroby zakaźne są stosunkowo niszową specjalizacją. Mnie spodobały się już w pierwszych latach studiów, co do których wcale nie byłam przekonana. Jestem humanistką, chciałam pisać, podróżować. Ale patrząc z perspektywy lat, cieszę się, że wybrałam tę specjalizację. W pracy na oddziale chorób zakaźnych znajduję i liczne motywy humanistyczne, i te związane z podróżowaniem. Kiedyś chciałabym wyjechać na misję. Ponadto tu mogę stanąć po stronie słabszych, mających mniej szczęścia, wobec których skierowane jest ostrze nietolerancji. Jako zakaźnik mam całą gamę pacjentów, o nierzadko bardzo zawikłanych życiorysach. Takie zderzenia wiele uczą i pokazują, kto jest kim naprawdę. Bywa, że prawdziwe pokłady chęci pomocy i współczucia znajdujemy u tych, których w ogóle o to nie podejrzewaliśmy. I odwrotnie. Ktoś ma pięknie uładzony życiorys, a robi na oddziale piekło i nie sięga w swym myśleniu dalej niż czubek własnego nosa. To są też bardzo cenne lekcje. Lekcje tolerancji, lekcje tego, że nie mnie kogoś oceniać. Mierzi mnie powierzchowne przypinanie łatek, od których aż roi się w mediach społecznościowych. Mam wtedy ochotę odpowiedzieć: „Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem”.

Co dodaje ci siły? W domu siłę dają mi cisza, przyroda, obecność bliskich. W pracy: poczucie, że gdy pomagam komuś w chorobie, to jednak robię coś ważnego. Szacunek do życia. Współczucie wobec słabszych. Nie mogę się doczekać, kiedy znów wrócę do swojej zalesionej bazy na Pogórzu Kaczawskim, gdzie będę mogła włóczyć się po lasach i łąkach, a wieczory spędzać przy ognisku w towarzystwie bliskich i przyjaciół. Regeneruje mnie pisanie, ale do tego potrzebuję nieco więcej czasu i wolnej głowy, niż mam teraz.

Praca w specjalnym kombinezonie - jak bardzo jest to uciążliwe, obciążające dla skóry? Uciążliwe, choć nie jest to największy problem w czasie pandemii. Wiemy, że tak trzeba, cieszymy się, że mamy środki ochrony osobistej. W końcu zapadalność na koronawirusa w środowisku medyków jest szczególnie wysoka. Natomiast, oczywiście, kombinezon pracy nie ułatwia. Inaczej wygląda badanie fizykalne pacjenta „w warunkach normalnych”, a inaczej, gdy bada się go przez podwójne rękawiczki, osłuchuje przez warstwy jakiegoś sztucznego materiału, bada w czasem zaparowanej przyłbicy albo zbiera wywiad, niewyraźnie mówiąc przez maskę. Skóra się poci, łatwo o wypryski, a gdy zdejmuje się ochraniacze butów, które są po kolana, pełne są skroplonej pary. Tyle że chyba teraz nikt nie przywiązuje do tego specjalnej wagi, mamy nadzieję, że jeszcze będzie czas odpocząć i wynagrodzić ciału ten dyskomfort.

A co najbardziej uspokaja chorych? Że można coś zrobić z tym, co jest. Że można jakoś sytuację opanować, zastosować metody, które są w stanie jeżeli już niekoniecznie całkowicie wyleczyć, to zatrzymać postęp choroby, sprawić, że pacjent będzie w stanie z nią długie lata funkcjonować. W każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji istotne jest wsparcie, współczucie, faktyczna chęć pomocy. Jako lekarz wielokrotnie mam szansę je okazać: profesjonalnym podejściem do pacjenta, polegającym nie tylko na wdrożeniu leków, ale i wytłumaczeniu, dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej, określeniu celów, zarysowaniu kolejnych kroków w postępowaniu diagnostyczno-terapeutycznym. To działa. Coraz więcej pacjentów oczekuje partnerskiego podejścia do leczenia swojej choroby, choć są też ci, którzy już na pierwszej wizycie oznajmiają: „Nic nie chcę wiedzieć, proszę robić, co uważacie”. Pacjentów też trzeba rozpoznać i przekonać do choćby umiarkowanej współpracy.

Co myślisz o przyszłości? Chyba nie za wiele o niej myślę. Zdaję sobie sprawę, że jest tyle różnych zmiennych, że nie ma co tracić czasu na przesadne planowanie. Chciałabym, by ta pandemia jak najszybciej się skończyła i odbiła się na nas jak najmniejszą krzywdą i cierpieniem. Chciałabym po tym wszystkim móc zwolnić, bo na dłuższą metę żyć tak jak teraz nie można. Wrócić trochę do siebie, do bliskich i pisania. Przyszłość, podobnie jak teraźniejszość, zależy od nas. Od postawy każdego z nas. Jeżeli będziemy pracować nad własnym podwórkiem i starać się wnieść w świat coś dobrego, nie będzie źle.

Marta Kucharska, lekarz, doktor nauk medycznych, specjalista chorób zakaźnych. Od dziewięciu lat pracuje w Oddziale Chorób Zakaźnych w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Wrocławiu. Asystentka w Klinice Chorób Zakaźnych i Hepatologii. Z pasji prozaik, poetka. Autorka trzech zbiorów opowiadań ("Kino objazdowe", "Saudade", "Irga karmiona przez lawinę" oraz tomu wierszy "Abisynia".