1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jacy będą single za 20 lat?

Jacy będą single za 20 lat?

123rf.com
123rf.com
W języku polskim nie ma odpowiednika słowa „singiel”. Funkcjonowało określenie „stary kawaler” lub „stara panna”. To się zmieniło wraz z przełomem po 89 roku. Kim są dziś polscy single i jak będzie zmieniać się ich życie?

Dziś singiel jest rozumiany jako osoba bez pary. To często mężczyźni, którzy nie zostali przez rodziców przygotowani do przyjęcia na siebie odpowiedzialności za drugą osobę, za rodzinę. Ale także kobiety, które zdecydowały się na samotne macierzyństwo. Jednocześnie, człowiek jako „zwierzę stadne” nie będzie do końca spełniony, żyjąc w pojedynkę, dlatego singiel będzie ciągle poszukiwał nowych relacji. Oto najważniejsze wnioski, jakie z dyskusji o przyszłości polskich singli wyciągnęli uczestnicy debaty BUKOVINA THINKTANK RE-Aktywacja:

  • Singiel jest dziś nadal tworem raczej miejskim. Miasto będzie zwiększać swą rolę jako animatora życia społecznego singli umożliwiając im spędzanie czasu z innymi ludźmi tworząc przestrzenie do wspólnej jogi, gotowania, tańca etc. Jednocześnie zwiększy się liczba singli na wsi, ponieważ zmieni się tam postrzeganie tego zjawiska: na wieś wrócą dobrze wykształceni przedsiębiorcy – rolnicy, często single.
  • Za 20 lat pojawi się zjawisko „singiel on-off” czyli ludzie, którzy będą realizować swoje potrzeby rodzinne będąc z partnerem np. w wybrane dni tygodnia, a w pozostałe dni wieść życie singla.
  • Jednocześnie, więcej będzie „rodzin z wyboru” – społeczności bliskich przyjaciół, którzy będą zastępować rodzinę rozumianą jako więzi krwi. Takie rodziny z wyboru stworzą własne rytuały. Single z dziećmi będą budować wspólnoty, w których przyjaciele przejmą rolę opiekunów. Zmniejszy się także potrzeba posiadania na rzecz hasła „nie mam, ale korzystam”.
  • Problemy z wchodzeniem w relacje międzyludzkie i społeczne spowodują zwiększenie się roli psychologów, terapeutów, trenerów osobistych i coachingu. Podobną rolę może przejąć kościół lub szeroko rozumiane życie religijne, duchowe.
  • Równolegle, część społeczeństwa będzie wyznawać klasyczną wizję rodziny (ikona: inżynier Karwowski z serialu „Czterdziestolatek”) jako modelu relacji społecznych oraz zestawu wartości. Na tym tle mogą rosnąć konflikty z singlami z wyboru, na przykład na tle stosunku do tradycji. Single będą rezygnować z celebracji świąt, spędzać wigilie ze znajomymi lub za granicą. Ci, którzy będą chcieli się wpisać w klasyczne zwyczaje, mogą przeżywać depresje, samotność.
  • Zmniejszy się nacisk na zdobycie pracy rozumianej jako zatrudnienie, etat. Singiel będzie pracował kiedy i skąd zechce, a aktywność zawodowa stanie się elementem życia prywatnego, podobnie jak stałe uzupełnianie wiedzy, doskonalenie różnego rodzaju umiejętności. Singiel będzie więcej czasu spędzał na podróżach, uprawianiu sportu i korzystaniu z kultury. Ważną rolę będzie odgrywał wolontariat, np. pomoc w domu dla seniorów, wyjazdy na misje etc. To pozwoli singlom czuć się potrzebnymi i ważnymi także w życiu społecznym. 
źródło: THINKTANK - ośrodek dialogu i analiz, proj. BUKOVINA THINKTANK RE-LAB

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Odporni na manipulacje. Jak nie dać się wykorzystywać?

Osoby podatne na „łapanie” emocji często są zbyt otwarte na innych. W takim przypadku warto podjąć działania, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacji). (Fot. Getty Images)
Osoby podatne na „łapanie” emocji często są zbyt otwarte na innych. W takim przypadku warto podjąć działania, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacji). (Fot. Getty Images)
Jak nie dać się uwikłać i wykorzystywać? Czyli jak uodpornić się na komunikaty i sytuacje prowadzące do manipulacji?

Janina, która próbuje od dłuższego czasu poukładać relacje w rodzinie, jest przekonana, że jeżeli tylko uda się im przetrwać „bunt nastolatki” (córka skończyła właśnie 14 lat), to wszystko się dobrze ułoży. Mąż z pewnością się uspokoi i wreszcie doceni jej wysiłki, by zadowolić każdą ze stron. Starania o to, by w domu było miło i spokojnie. Ach, gdyby tylko Ada chciała się uczyć, zamiast słuchać tych piosenek z dziwnymi tekstami i ciągle prowokować ojca do kłótni swoim zachowaniem… Janinie chwilami ręce opadają, kiedy córka pokazuje rogi, a mąż zimnym głosem stwierdza po raz kolejny: „No, możesz być dumna z tego, jak ją wychowałaś”.

Między złością a bezradnością

Kiedy sytuacja staje się tak trudna, że stale miotamy się między bezradnością a złością, pierwszym krokiem do wyjścia z tego zaklętego kręgu jest zatrzymanie się na chwilę i obserwacja sytuacji z dystansu. To nas może uchronić przed całkowitym zatraceniem równowagi i obiektywizmu. Wszak już dawno zwrócono uwagę na fakt, że szaleństwo to działanie ciągle w ten sam sposób i oczekiwanie innych niż dotąd rezultatów. Może więc warto zacząć od przyjrzenia się chłodnym okiem własnemu działaniu i jego efektom. Na początek trzeba ustalić swoją pozycję w relacjach (z partnerem, dzieckiem, szefem, rodzicem, itp.), żeby jasno określić miejsce, w którym się właśnie znajdujemy, co z kolei pomoże wyznaczyć kierunek, w jakim chcielibyśmy podążać. Papierkiem lakmusowym może być sposób, w jaki się w danej relacji komunikujemy.

Maczuga czy drzewo?

Ludzie w sytuacji napięcia wywołanego strachem, wstydem lub poczuciem winy mają skłonność, by reagować agresją lub ucieczką. To scheda po czasach, w których ocalenie życia zależało od dobrze podjętej decyzji, co bardziej się opłaca: chwytać maczugę i atakować czy może raczej uciekać na drzewo?

Zwolennicy maczugi w słownych wojnach atakują: oskarżają, osądzają, wywołują w partnerach wstyd, strach lub poczucie winy, by skłonić ich do uległości i przeforsować swoje zdanie. Uważają, że źródłem problemów są inni i to inni powinni się zmienić, żeby sytuacja uległa poprawie. Zwolennicy ucieczki na drzewo raczej osądzają i oskarżają samych siebie – o to, że nie są wystarczająco dobrzy i że znów im się nie udało, chociaż tak się starali. Są skłonni przyznać, że to oni są źródłem problemów w relacji, chcieliby się zmienić, żeby sprawy uległy poprawie. Tylko nie bardzo wiedzą, co jeszcze mogliby robić lepiej, by wreszcie zadowolić swoich rozmówców.

Delikatnie czy po trupach?

Jeśli na miejscu Janiny odpowiedziałabyś na słowa męża kontratakiem typu: „Sam się zastanów, jaki z ciebie ojciec, tylko czepiać się potrafisz, a żeby dziecku matematykę wytłumaczyć, to już nie jesteś taki mocny w słowach!” – to znak, że raczej jesteś skłonna do chwytania maczugi i stawania do otwartej walki, w której tylko jedna osoba może zwyciężyć. Jeżeli natomiast zrobisz wszystko, by tylko uniknąć konfliktu i dla zachowania spokoju wolisz zrezygnować z dochodzenia swoich racji, prawdopodobnie wybierzesz tłumaczenie i usprawiedliwianie się w stylu: „Ja się staram, ale to taki głupi wiek. To przecież jeszcze dziecko, przejdzie jej z czasem to buntowanie się. Nie denerwuj się tak bardzo. Trzeba będzie dać jej korepetycje z matematyki, nawet już rozmawiałam z sąsiadką, ona zna kogoś dobrego”. Taki styl komunikowania się świadczy o skłonności do unikania konfrontacji i rozwiązywania konfliktów na drodze zadowalania innych.

Tacy sami?

Osoby, które skłonne są ulegać presji innych, by utrzymać poczucie bezpieczeństwa, często popełniają błąd, którego skutki mogą być odczuwalne długo i dotkliwie. Psychologowie Carl Rogers i Nina Brown zwracali uwagę na mechanizm, który powoduje, że możemy uwikłać się w relacje korzystne tylko dla jednej ze stron, w których – niestety –  nie jesteśmy stroną czerpiącą korzyści. Otóż okazuje się, że wiele osób ma skłonność do postrzegania innych przez swój pryzmat. Ma to miejsce zwłaszcza wtedy, gdy mamy do czynienia z ludźmi, których uważamy za podobnych w jakimś stopniu do nas samych. Tworzymy wobec nich – często błędne – założenie, że skoro mają podobne do naszych cechy charakteru, to z pewnością nas rozumieją i są do nas podobni pod każdym względem. Skoro ja jestem miła i jednocześnie uważam siebie za osobę liczącą się z innymi i wrażliwą na czyjeś uczucia, to zakładam, że każdy, kto jest miły, zachowa się w określonych sytuacjach tak jak ja – w sposób delikatny i liczący się z uczuciami innych.

Takie utożsamianie się z osobami pozornie podobnymi do nas powoduje, że nie jesteśmy w stanie zauważyć, że nasz rozmówca bywa miły jedynie wtedy, gdy chce coś osiągnąć i gdy sprawy idą po jego myśli. Jeśli nawet doświadczamy sytuacji, które dobitnie pokazują, że ktoś, w związek z kim zainwestowaliśmy emocjonalnie, jest obojętny na nasze uczucia i nie liczy się z naszymi potrzebami (niedotrzymane umowy, wieczne stawianie na swoim, obojętność na nasze zmartwienia i niezauważanie sytuacji, gdy potrzebujemy wsparcia), nawet gdy fakty są oczywiste, to coś sprawia, że pozostajemy na nie ślepi. Trudność obiektywnej oceny sytuacji wynika z pewnego mechanizmu, którego ciężko się wyzbyć: z naszej podatności na poszukiwanie wzmocnień podnoszących nastrój. Wszyscy lubimy przeżywać pewne uczucia i ciągnie nas do ludzi, którzy powodują, że czujemy się podniesieni na duchu. Bardzo często wiąże się to jednak z przystaniem na fakt bycia wykorzystywanym przez osoby poprawiające nam nastrój. Gdy głębiej zastanowimy się nad charakterem takiej relacji, okazuje się, że za miłe chwile trzeba zapłacić wysoką cenę.

Kiedy ktoś mówi, że jesteś niesamowita pod jakimś względem, a potem ty na fali euforii podejmujesz się zrobić coś, co niekoniecznie leży w twoim interesie, to prawdopodobnie działasz w ramach mechanizmu poszukiwania pozytywnych wzmocnień podnoszących nastrój (gdzieś w głębi duszy być może dźwięczą ci wtedy słowa z dzieciństwa: „Mamusia będzie cię kochała, jeśli będziesz grzeczna”).

Niekomfortowe sytuacje

Innym sposobem, który powoduje, że zaczynamy działać stymulowani wzbudzonymi w nas uczuciami, jest stosowanie przez rozmówców komunikatów, które wywołują w nas strach, wstyd lub poczucie winy – są to z kolei uczucia, których nie chcemy doznawać, więc jesteśmy skłonni zrobić coś, co nie leży w naszym interesie, byle tylko przestać wstydzić się, bać lub czuć winnym. I tak  jak ciągnie nas do wzmocnień pozytywnych, tak samo staramy się unikać zdarzeń, gdy – jako dzieci –baliśmy się sytuacji zawstydzenia lub obarczenia odpowiedzialnością za czyjeś postępowanie („Jeśli tego nie zrobisz – pożałujesz”, „To wstyd tak się zachowywać”, „To przez ciebie mam zszargane nerwy”).

W przytoczonej historii mąż Janiny prawdopodobnie nieświadomie usiłuje wzbudzić w niej poczucie winy za zaistniałą sytuację. Sam czuje się niekomfortowo, próbuje więc „zarazić” swoimi uczuciami żonę, by ta pod wpływem poczucia winy „coś zrobiła z sytuacją”, czyli żeby załatwiła jego problem za niego. Janina może zareagować buntem i próbować siłą „zwrócić problem” jego właścicielowi, działając pod wpływem złości (gdy wybiera maczugę) lub „przyjąć problem” na siebie i starać się go rozwiązać (gdy wybiera ucieczkę na drzewo), co jest z góry skazane na klęskę. Nie jesteśmy w stanie rozwiązać problemów innych ludzi za nich, nic dziwnego, że uczucie, które nas ogarnia w czasie takich prób, to bezsilność. W obydwu przypadkach sytuacja przypomina przerzucanie się gorącym kartoflem i nie przynosi żadnych dobrych rozwiązań.

Złapać pion

Skoro miotanie się pomiędzy złością i bezradnością nie prowadzi do poprawy relacji i rozwiązania konfliktu, co innego można zrobić, by nie dać się uwikłać i wykorzystywać? Przede wszystkim trzeba podnieść swoją odporność emocjonalną, by przestać „kupować” nie swoje uczucia i działać pod ich wpływem, niekoniecznie w swoim interesie.

Jako że osoby podatne na „łapanie” emocji są często zbyt otwarte na innych, dobrze jest zacząć od podjęcia działań, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacyjnym komunikatom). Jeżeli wszystkie lub niektóre z poniższych stwierdzeń dotyczą ciebie, możesz skorzystać z proponowanych środków zaradczych:

  • Poczucie uwikłania lub obezwładnienia ogarnia mnie szybko i niespodziewanie (często „wybieram maczugę”, by radzić sobie w takiej sytuacji).
  • Uświadamiam sobie swoje uwikłanie lub obezwładnienie stopniowo (w takiej relacji korzystam często z maczugi, nie gardzę również ratowaniem się ucieczką).
  • Dopiero kiedy mam dowody zdrady, naruszenia granic lub innych krzywdzących mnie działań, przyjmuję do wiadomości, że jestem uwikłana lub obezwładniona przez czyjeś emocje (moja podstawowa strategia obrony to ucieczka na drzewo i tłumaczenie się, proszenie o zrozumienie).
  • Zdarza mi się, że inni ostrzegają mnie, że pozwalam komuś manipulować sobą, a ja niczego takiego nie dostrzegam.
  • Zdarza mi się obudzić rano z dojmującym poczuciem uwikłania i obezwładnienia.
  • Chętnie pozwalam, żeby ludzie wypłakiwali mi się w rękaw.
  • Towarzyszy mi pewność, że wiem, jak pomóc drugiej osobie.
  • Tak bardzo chcę dostrzegać dobro w innych, że ignoruję lub nie zauważam zachowań, które temu przeczą.

Zdrowy dystans

Wyobraź sobie następującą sytuację. Masz przyjaciółkę (kuzyna, partnera, matkę), która opowiada ci wyczerpująco i ze szczegółami o swoich nieszczęściach, a ty zaczynasz czuć, że stają się one po trosze twoimi nieszczęściami – przygnębiają cię i chcesz coś zrobić, by to się wreszcie skończyło. Lubisz tę osobę, ale nie chcesz przejmować jej złego nastroju. Przypomnij sobie, jak wygląda twoja postawa fizyczna, gdy dochodzi do „zarażenia się emocjami”. Czy nie jest tak, że stoisz lub siedzisz blisko tej osoby, zwrócona do niej przodem, podtrzymujesz kontakt wzrokowy, a twoja twarz wyraża współczucie lub odzwierciedla emocje rozmówcy? Żeby przestać zarażać się emocjami, warto zacząć od zmiany fizycznej postawy. W zależności od tego, jak bardzo inwazyjna jest dana relacja, można stosować wszystkie lub niektóre zachowania, by stworzyć barierę ochronną przed niechcianymi wpływami. Kiedy więc czujesz, że zaczynasz się poddawać temu, co mówi twój rozmówca, zarządź samej sobie, co następuje:
  • Nie interesuję się drugą osobą.
  • Nie podtrzymuję kontaktu wzrokowego; patrzę na nos albo czoło rozmówcy.
  • Odsuwam się powoli, zwiększając dystans.
  • Ograniczam uśmiechanie się albo odzwierciedlanie wyrazu twarzy rozmówcy.
  • Zakładam nogę na nogę.
  • Rozglądam się po pomieszczeniu.
  • Wizualizuję sobie inne miejsce, na przykład jakieś zacisze.
  • Nie poprawiam stroju, nie wygładzam fałdek na ubraniu, nie bawię się biżuterią ani włosami.
Nie poświęcaj rozmówcy całej swojej uwagi ani nie zachowuj się tak, jakby interesowało cię wyłącznie to, co on ma do powiedzenia, z pominięciem wszystkich wokół. Takie przeniesienie własnej uwagi – wycofanie się ze świata drugiej osoby i większe skupienie się na sobie – pozwoli ochronić się przed niechcianymi i nieuświadamianymi wpływami z zewnątrz i ułatwi zarządzanie własnymi decyzjami i działaniami z pozycji osoby bardziej „spionizowanej”.

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie?
Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie.
Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi.
Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu?
Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła?
To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi.
A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej?
Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie?
Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców?
Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem.
Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”…
Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć?
Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej.
To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny.
Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina?
Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia?
Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa.
Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda?
Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo!
Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.

  1. Psychologia

Sztuka umiejętnego słuchania. Czy to potrafisz?

Podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli. (Ilustracja: iStock)
Podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli. (Ilustracja: iStock)
Słowa, słowa, słowa… Ludzie mówią ich do nas tysiące, połowę z nich puszczamy mimo uszu. Zagłębiamy się w swoich myślach, przekonaniach, nastrojach. Sztuka umiejętnego słuchania wymaga cierpliwości, ale jest jedyną drogą do autentycznych relacji.

Ile razy w życiu zdarzyło ci się, że ktoś cię słuchał? Tak naprawdę? Bez przerywania, bez rozpraszania, bez kończenia zdań za ciebie, bez pospieszania? Najczęściej jesteśmy słuchani pozornie i doskonale to czujemy, chociaż nie zawsze jesteśmy tego w pełni świadomi. Wystarczy, że podczas rozmowy twoja przyjaciółka pisze SMS-a, a koleżanka z pracy sprawdza skrzynkę e-mailową, i już wiesz, że twoje zdanie nie jest istotne dla rozmówcy. Umiejętność uważnego słuchania jest podstawą dobrych relacji, zarówno prywatnych, jak i zawodowych.

Budowanie relacji jest zjawiskiem biologicznym i psychologicznym, procesem w znacznie większym stopniu emocjonalnym niż intelektualnym. Dlatego podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli.

Na czym polega dobry kontakt?

Oznacza całkowitą koncentrację na rozmówcy. Gdy jej brakuje, między pracownikiem a szefem lub między dwojgiem znajomych nie pojawia się zaufanie. A kiedy nie ufamy sobie, nie jesteśmy w stanie wnosić do tej relacji autentyzmu. Nie ma porozumienia, które wynika z prawdziwego słuchania. Kiedy rozmówcy są na siebie uważni, przyjmują podobną postawę ciała: nachylają się do siebie, zbliżają, niemal równocześnie poruszają w podobny sposób. Dlatego podczas rozmowy delikatnie sprawdzaj, czy jesteś dopasowana do drugiej osoby postawą ciała, a także głośnością, szybkością i energią mówienia. Neurobiologia potwierdza, że w czasie autentycznego, dobrego kontaktu aktywują się te same miejsca w mózgu obu osób (neurony lustrzane). Wówczas język ciała samoistnie podąża za odczuciami i wyraża zgodność z tym, co czuje rozmówca.

Oznaki niedopasowania to sytuacje, w których np. jedno z was siedzi rozparte w fotelu, a drugie wyprostowane, ty mówisz głośno, a twój rozmówca szepcze, unikacie kontaktu wzrokowego lub robi to jedno z was, ty mówisz szybko i dużo, a koleżanka niewiele. Gdy zauważysz symptomy niedopasowania, zadaj sobie pytanie, co jest tego przyczyną. Jeśli tracisz uważność, postaraj się skoncentrować na rozmówczyni, nawiązując z nią kontakt wzrokowy. Jeżeli to ona unika słuchania, zapytaj: „Widzę, że czujesz się niekomfortowo. Co się dzieje?”.

Dowody na słuchanie

Jednym z najbardziej konstruktywnych sposobów na danie dowodu, że uważnie słuchaliśmy, jest podsumowanie, czyli krótkie zebranie tego, co ktoś do nas powiedział. Nie chodzi tu jednak o mechaniczne powtórzenie konkretnych słów, ale przytoczenie esencji wypowiedzi przy jednoczesnym braku interpretacji czy wydawania opinii. Podsumować można także wtedy, kiedy wypowiedź rozmówcy trwa już długo lub pogubiliśmy się z powodu dygresji. Jest to elegancki sposób przerwania drugiej osobie. Oto kilka przydatnych zwrotów: „Podsumowując…”, „Jak rozumiem, mówisz, że…”, „Trochę się zgubiłam, czy mogę w tym miejscu podsumować, co powiedziałeś?”. Zawsze kończ pytaniem: „Czy dobrze rozumiem?”. Nawet gdy okaże się, że niezbyt dobrze podążyłaś za wypowiedzią, okażesz zaangażowanie i chęć zrozumienia. To najważniejszy sygnał świadczący o uważnym słuchaniu.

Mając poczucie, że jest ktoś, kto słucha, rozumie i okazuje wsparcie, chętnie budujemy z tą osobą relację. Czujemy się silniejsi i mocą tą chcemy się dzielić.

  1. Psychologia

Ludzie dodają nam skrzydeł. Albo je podcinają

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Relacje z innymi mogą sprawić, że świat wydaje nam się przyjazny, albo wręcz przeciwnie wrogi i obcy. Mają także wielki wpływ na funkcjonowanie naszego organizmu: na pracę serca, układ odpornościowy, reakcje hormonalne. Czy to nie wystarczający argument, aby dbać o nasze związki z ludźmi i rozwijaniem inteligencji społecznej u dzieci?

Jeszcze dziś mam przed oczami tamtą dziewczynkę, choć widziałam ją tylko raz w życiu. Było tak: Jechaliśmy na szkolną wycieczkę, szkoła podstawowa, piąta, może szósta klasa. Po drodze zatrzymaliśmy się na leśnym parkingu, gdzie zrobili sobie przerwę także inni wycieczkowicze. Usiedliśmy na trawie – my i oni. Po obu stronach śmichy-chichy, dogadywania, takie wzajemne badanie się. W pewnym momencie do tamtych przysiada się dziewczynka cała w pryszczach, z czerwonym, olbrzymich rozmiarów ropniem na czubku nosa. My w śmiech. Ktoś mówi: „ale nochal”, ktoś dodaje: „klaunka”. Śmiejemy się do rozpuku. Nagle dziewczynka odwraca się w naszym kierunku i uśmiecha się do nas. Oniemieliśmy. A ona jak gdyby nigdy nic pyta: „Nie wiecie, co z tym świństwem się robi? Piję bratka, smaruję maścią ichtiolową i nic”.

Kompletnie nas tym pytaniem rozbroiła. Wszystkim zrobiło się potwornie głupio, więc wstydliwie zamilkliśmy. Gdyby nie to, że zaraz się rozjechaliśmy, wiele z nas chciałoby naprawić swoje zachowanie, a może nawet zaprzyjaźnić się z tą pryszczatą dziewczynką.

Towarzyski mózg

Dlaczego dziewczynka zdobyła sobie sympatię innych dzieci? Nie grzeszyła przecież urodą, a to w tym wieku ważny atut towarzyski. Miała za to coś, co okazało się o wiele cenniejsze: rozwiniętą inteligencję społeczną. Czyli swego rodzaju talent polegający na budowaniu dobrych relacji z innymi ludźmi. Osoba inteligentna społecznie rozumie drugiego człowieka, potrafi przewidzieć jego reakcje, intuicyjnie wyczuwa emocje innych, jest empatyczna, umie zareagować adekwatnie do sytuacji.

Jak zauważył już w 1920 roku twórca tego pojęcia Edward Thorndike, psycholog z Columbia University, inteligencja społeczna może ujawnić się i okazać cenna w każdym wieku i w różnych okolicznościach: szkołach, domach rodzinnych, fabrykach, salonach sprzedaży. Decyduje o jakości naszych relacji, ale ma także ogromny wpływ na to, czy odniesiemy sukces w wielu sferach życia, zwłaszcza w sferze przywództwa. „Najlepszy mechanik w fabryce może z powodu braku inteligencji społecznej zawieść jako brygadzista” – twierdził Thorndike, choć nie miał na to żadnych dowodów. Dzisiaj te dowody już istnieją w postaci wyników badań neurobiologicznych. Pokazują one, że kiedy ludzie kontaktują się ze sobą, kontaktują się także ich mózgi, które wysyłają i odbierają płynący bez przerwy strumień wzajemnych sygnałów. Neurobiolodzy używają nawet pojęcia „mózg społeczny”, które nie odnosi się jednak do jakiejś konkretnej części mózgu, ale do zbioru połączeń nerwowych. Aktywność tych połączeń w fenomenalny sposób zostaje skoordynowana w momencie, gdy wchodzimy w kontakt z innym człowiekiem.

Choć mózg kojarzy nam się z czystym racjonalizmem, ten społeczny pracuje poza naszą świadomością. Działa niczym automat, co ma same plusy, bo pozwala na szybkie przesyłanie informacji. Na przykład oznaki strachu na czyjejś twarzy ciało migdałowate (część mózgu) „dostrzega” w ciągu 0,033 sekundy. Świadomy umysł nie zdoła tego nawet zarejestrować, a co dopiero zdać sobie sprawę, że oto synchronizuje swoją pracę z pracą mózgu innego człowieka. I że dzieje się to ze zdumiewającą łatwością.

Daniel Goleman, psycholog i autor „Inteligencji emocjonalnej”, pod wpływem badań neurobiologicznych mózgu ostatnich lat uzupełnił swoje teorie na temat rodzajów inteligencji. W książce „Inteligencja społeczna” przyznaje, że wcześniej skupiał się na zdolnościach kierowania emocjami, podczas gdy pełny obraz naszej inteligencji wyłania się dopiero wtedy, gdy badacz wychodzi poza ramy psychologii jednej osoby i obserwuje to, co się dzieje w czasie interakcji między ludźmi. Pisze: „Neurobiologia odkryła, że sam układ naszego mózgu sprawia, iż jest on towarzyski i nieuchronnie daje się wciągnąć w intymny związek z drugim mózgiem za każdym razem, gdy kontaktujemy się z inną osobą. To połączenie nerwowe pozwala nam wpływać nie tylko na mózg owego człowieka, ale i na jego ciało, a jemu wpływać na nasz mózg i ciało”.

Witaminy i trucizna

Pewna pani profesor uniwersytetu po przejściu na emeryturę znalazła się sama w dużym pustym domu. Jej dzieci mieszkały za granicą, mąż zmarł kilka lat wcześniej, więc w jej otoczeniu nie było nikogo, kto wypełniłby pustkę. Pani profesor zrobiła coś, co wydawało się bardzo ryzykowne – zaoferowała za darmo pokój studentom swojej uczelni. Najchętniej przyjmowała tych pochodzących z Azji, co wydawało się jeszcze bardziej niezrozumiałe. Miała wielu zmieniających się lokatorów z takich krajów, jak Japonia, Korea, Chiny. Przyjmowała także pary. Kiedy jednej z nich urodziła się córeczka, dziewczynka traktowała panią profesor jak swoją babcię. I codziennie przynajmniej trzy godziny spędzała z nią czas na zabawach, przytulaniu, potem na spacerach. Ten układ trwa zresztą nadal, choć pani profesor skończyła niedawno 90 lat. Dzieci pani profesor nie mogły się nadziwić, że ich matka młodniała w oczach. Z perspektywy czasu przyznają, że ruch, jaki zrobiła 30 lat temu, był mądrym posunięciem społecznym. Zapewnił jej żywe kontakty, które okazały się życiodajne. A decyzja, by przyjmować Azjatów darzących wielkim szacunkiem starsze osoby, to swoisty akt inżynierii społecznej!

Badania starszych ludzi pokazały, że ci z nich, którzy utrzymywali pełne ciepła stosunki z innymi, po kilku latach odznaczali się lepszymi zdolnościami poznawczymi niż ci, którzy takiego życia nie wiedli. Okazało się także, że jakość związków – to, czy są zażyłe, serdeczne, przyjacielskie czy nie – przekładała się na ich zdrowie. Im bardziej samotna czuła się badana osoba, tym słabszy był jej układ odpornościowy i sercowo-naczyniowy.

Skóra do skóry

 
Wpływ relacji na zdrowie zaobserwowano także u ludzi młodych. Badaniom poddano nowożeńców, z których wszyscy uważali się za bardzo szczęśliwych. Badanie polegało na obserwowaniu poziomu hormonów podczas 30-minutowej kłótni. I co się okazało? Że zmieniał się wtedy poziom pięciu z sześciu hormonów wydzielanych przez korę nadnerczy, podnosiło się ciśnienie krwi. Po kilku godzinach obserwowano długotrwałe pogorszenie zdolności układu odpornościowego. Im burzliwszy przebieg miała kłótnia, tym większe były te zmiany. Tak więc negatywne stosunki z innymi działają niczym podstępna trucizna.

W innych eksperymentach sprawdzano, w jakim stopniu ludzie, których kochamy, mogą nam zapewnić wsparcie w chwilach stresu. Kilka ochotniczek podłączono do MRI (urządzenie obrazujące rezonans magnetyczny, jedna z technik tomografii służąca diagnostyce) i od czasu do czasu aplikowano im lekkie elektrowstrząsy. Kobiety doświadczały tych niemiłych doznań czasem same, czasem w obecności trzymającej je za rękę obcej osoby, a czasem męża. Wyniki badań wszystkich kobiet były zaskakująco podobne. Kiedy czekały na wstrząs same, wzrastała aktywność rejonów mózgu, które pobudzają układ podwzgórzowo-przysadkowo--nadnerczowy odpowiedzialny za reagowanie na zagrożenie. Zadziwiająco natomiast słabła, gdy badana kobieta trzymała rękę męża. Pomagał jej także uścisk ręki obcej osoby, ale w dużo mniejszym stopniu. Co ciekawe, nie dało się przeprowadzić tego badania tak, by kobiety nie wiedziały, czyją rękę trzymają – zawsze bezbłędnie odgadywały, że dłoń znajdująca się w zasięgu ich dłoni należy do męża. I im bardziej czuły się zadowolone z małżeństwa, tym bardziej ta dłoń okazywała się pomocna.

Naukowcy tłumaczą to następująco: kontakt fizyczny (a więc masaż, przytulanie się, dotyk), podczas którego skóra styka się ze skórą, jest szczególnie kojący, ponieważ pobudza wydzielanie oksytocyny. A ta hamuje wzrost hormonu stresu kortyzolu, obniża poziom ciśnienia krwi. Powoduje też podwyższenie się progu odczuwania bólu, a więc pod jej wpływem stajemy się mniej wrażliwi na dolegliwości. Nawet rany szybciej się wtedy goją.

Niestety, oksytocyna utrzymuje się w mózgu krótko, zaledwie parę minut. Na szczęście mamy stałe źródło jej dostaw – bliskie, pozytywne, długotrwałe związki. Uścisk, przyjazny dotyk, chwila czułości, które działają jak uderzeniowa dawka witamin.

„Nadszedł czas renesansu inteligencji społecznej, która powinna uzyskać taki sam status jak jej siostra, inteligencja emocjonalna” – obwieszcza Daniel Goleman. I nie chodzi mu bynajmniej o odrodzenie tego pojęcia w badaniach naukowych, tylko o praktyczne wykorzystanie go jako wielkiego potencjału człowieka. Jak zapewnia Goleman, inteligencji społecznej można uczyć.

Kocham Cię mimo wszystko

Pewne znajome małżeństwo długo czekało na upragnionego potomka. Kiedy po 11 latach starań na świat przyszedł zdrowy chłopczyk, mama i tata starali się przychylić mu nieba. Od pierwszych dni życia miał wszystko – najdroższe ubranka i odżywki, ciągłą opiekę niań i babć, potem wciąż nowe zabawki i nieustające atrakcje w postaci wyjazdów, gadżetów. Rodzice nie dopuszczali, aby synek choć przez chwilę był sfrustrowany, znudzony lub z czegoś niezadowolony. Gdy więc po kilku dniach pobytu w przedszkolu powiedział: „już tam nie pójdę”, więcej do przedszkola go nie posłali. Z dziećmi kontaktował się na placach zabaw, ale zawsze poprzez rodziców lub opiekunkę: „Powiedz mu, pożycz, zapytaj” – wysługiwał się dorosłymi, a oni skwapliwie spełniali jego prośby. Jak można przewidzieć, problemy zaczęły się w szkole, gdzie nie było pod ręką rodziców ani opiekunki. Szkolna psycholog stwierdziła u dziecka niewykształcone umiejętności społeczne i skierowała na terapię całą rodzinę.

Rodzice chłopca hołdowali zasadzie: jeśli uda się uchronić dziecko przed trudnościami i porażkami, wyrośnie na szczęśliwego człowieka, który będzie miał dobre relacje z ludźmi. Nic bardziej błędnego. Takie wychowanie wypacza obraz kontaktów międzyludzkich, bo przecież nie jest tak, że wszystko toczy się pod dyktando jednego człowieka.

Psychologowie nie mają wątpliwości, że ważniejsze od zapewniania dziecku mitycznego szczęścia jest nauczenie go, jak układać sobie relacje z innymi dziećmi, jak wychodzić z frustracji czy porażki. Rodzice powinni uczyć dziecko radzenia sobie z niepowodzeniami, w które obfituje przecież życie, dogadywania się z kolegami, rodzeństwem i dorosłymi. Dlatego sami muszą najpierw nauczyć się mówić dziecku „nie”, kiedy tego wymaga sytuacja. Najskuteczniejsze jest „nie” konstruktywne. Gdy na przykład syn kopie siostrę, trzeba zareagować stanowczo, ale także zaproponować rozładowanie nadmiaru emocji i energii: „Nie wolno kopać siostry. Pójdźmy na boisko pokopać piłkę”. Najskuteczniej rozwijamy inteligencję społeczną dzieci poprzez własny przykład zachowań i reakcji. Dziecko obserwuje nas w takich chwilach prawdy. Wtedy nic nie musimy mówić. Takie praktyczne komunikaty uczą je, jak odnosić się do innych i czego od nich oczekiwać.

„Dzieci muszą przechodzić wzloty i upadki życia społecznego, a nie trwać w monotonii przyjemności. Kiedy dziecko martwi się albo wpada w przygnębienie, w końcu uzyskuje pewną kontrolę nad tą reakcją i na tym polega wartość takich chwil. Biologiczny cykl pobudzenia, gdy dziecko mierzy się z trudnością, i powrotu do normalnego stanu, gdy sprosta wyzwaniu, żłobi sinusoidę odporności” – pisze Daniel Goleman. I dodaje, że dla rozwoju inteligencji społecznej równie ważna jest bezwarunkowa miłość.

Pięcioletnia dziewczynka w wyraźnie złym nastroju nie chce przywitać się z tatą wracającym z pracy. – Nienawidzę cię – mówi. – A ja cię kocham – odpowiada tata. – Nienawidzę cię – powtarza głośniej i z uporem dziewczynka. – Mimo to kocham cię – mówi spokojnie tata. – Nienawidzę cię! – krzyczy córka. – A ja i tak cię kocham i będę kochał zawsze – zapewnia ojciec. – Kocham cię, kocham, żartowałam – szepcze zawstydzona dziewczynka, jakby topniejąc w ojcowskiej miłości. To jedna z tych lekcji inteligencji społecznej, która zostawia ślad na całe życie. Korzystałam z książek: Daniel Goleman: „Inteligencja społeczna” i „Inteligencja emocjonalna”, Rebis; Howard Gardner „Inteligencje wielorakie”, Media Rodzina.

  1. Psychologia

Dr Tomasz Sobierajski i jego prognoza dla społecznych relacji

Ilustracja: iStock
Ilustracja: iStock
Fala rozwodów, a może powrót do tradycyjnych ról w związkach? Solidarność czy jednak granie do własnej bramki? Większy szacunek dla lekarzy, a mniejsze uwielbienie dla piłkarzy? Jak zmieni nas pandemia jako społeczeństwo? Oto krótka prognoza socjologa dr. Tomasza Sobierajskiego.

"Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny który nas kształtował przez ostatnie 200 lat: przekonanie, że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas" - napisała Olga Tokarczuk. Jak myślisz, co zmieniło się w tym czasie i co jeszcze się zmieni w naszych relacjach?
Na pewno do tej pory żyliśmy w przeświadczeniu, że nasz dobrostan będzie tylko rósł. Okazało się, że to nieprawda. Zachodni, kapitalistyczny świat w ciągu kilku dni runął jak domek z kart, a dysproporcje pomiędzy bogatymi a biednymi jeszcze bardziej się pogłębiły.

Kto mógł się w tej sytuacji odnaleźć najlepiej?
Ludzie, których styl życia niewiele się zmienił, pracujący w samotności, jak pisarze, artyści czy malarze. A także ci, którzy mają duże pieniądze. Natomiast większość z nas żyła na średniej stopie, miała kredyty, zero oszczędności i była przyzwyczajona do funkcjonowania poza domem. Wydaje mi się też, że najtrudniej było się odnaleźć w tym zamknięciu rodzinom mieszkającym na małych przestrzeniach bez chociażby skrawka ogródka.

A co z osobami żyjącymi w pojedynkę? Przecież samotność jest odczuwalna niemalże tak samo jak ból fizyczny.
Samotność nie jest tożsama z byciem samemu, prowadzeniem pojedynczego gospodarstwa domowego. Czasem samotność może nam dużo bardziej dokuczać w domu pełnym ludzi. Przebywanie z bliskimi 24 godziny na dobę, w zamkniętej przestrzeni, bez możliwości oddechu i odsapnięcia – to jest niebywale trudne i wyczerpujące. Szczególnie kiedy w tym zamknięciu są z nami dzieci, i to te najmłodsze, którym nie da się jeszcze wielu rzeczy wytłumaczyć i które niesamowicie przejmują emocje swoich opiekunów, także niepokój i lęk. Na to nakładają się jeszcze fazy buntu dziecka.

Czy te ciężkie doświadczenia są w stanie nas czegoś nauczyć? Terapeutka Ewa Woydyłło-Osiatyńska uważa, że cierpienie niczego nas nie uczy. 
Nie mam co do tego złudzeń, że większych – w rozumieniu globalnym – społecznych zmian po izolacji nie będzie. Jako ludzkość nie staniemy się lepsi. Po pierwsze, dlatego że trwało to za krótko. A po drugie, w większości wypadków jednak zbyt mocno nas nie przeczołgało. Szybko będziemy chcieli zapomnieć o tej traumie. Zmiany będą następować dopiero wskutek pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego.

Uważasz, że społecznie ta sytuacja nie jest w stanie nas niczego nauczyć? A jednak pierwszy raz to dotknęło nas wszystkich - bezpośrednio i namacalnie.
Z jednej strony ta sytuacja dotyczyła wszystkich, ale w różnym stopniu. Nie każdy stosował się do izolacyjnych zaleceń. Było wiele osób, które uważały, że wirus to kłamstwo i ktoś zarabia na tym pieniądze. Inni spędzali odosobnienie na wyciszeniu, jodze, opalaniu się na tarasie. W tym samym czasie jeszcze inni ludzie tracili pracę i dorobek życia. Nie byliśmy wcale równi i w tym samym stopniu poddani izolacji. Tak jak podczas powodzi jest ktoś, kto ma dom położony niżej i woda zabierze mu wszystko, tak problemem tego, który ma dom na górce, będzie jedynie zalana droga i to, że nie może przez kilka dni pojechać na zakupy.

Wydaje mi się, że generalnie jako Polacy nie potrafimy współpracować, każdy gra do własnej bramki. Obudzi się w nas poczucie wspólnoty?
Nie zgadzam się z tym, że nagle nastąpi przełom w świecie zachodnim i z kultury „ja” gładko przejdziemy do kultury „my”. Niemniej jako Polacy możemy być z siebie dumni, bo niejednokrotnie pokazywaliśmy, że jesteśmy skłonni do pomocy i współpracy. Jeśli coś w Polsce działa pod kątem społecznej solidarności, to tylko dzięki oddolnej pracy ludzi, a nie wsparciu państwa.

Wiele straciliśmy: pracę, wolność, sens, plany, cele, tożsamość, być może kogoś bliskiego. Jak się z tego podnieść i odnaleźć sens w tej sytuacji? 
Jestem zwolennikiem przeżywania żałoby. W sytuacji, w której dotyka nas trauma, powinniśmy dać sobie szansę na to, żeby odreagować. Niestety, świat sprzed pandemii negował żałobę. Uważano ją za nietaktowaną i niefajną. Trzeba było szybko stanąć na nogi, iść dalej, nie myśleć o tym, co złe, szukać nowej szansy, nowej drogi. Nie mogłem już tego słuchać. Przecież my, ludzie, składamy się z emocji. Jeżeli ktoś stracił pracę lub kogoś bliskiego, to mówienie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, jest jedną z najgłupszych rzeczy, jakie można w takiej sytuacji powiedzieć. To tak, jakby powiedzieć drugiej osobie: „Nie liczę się z twoimi emocjami, z tym, co w tej chwili przeżywasz. Masz wziąć tyłek w troki i zacząć działać”. To jest nieludzkie! Mamy prawo przeżyć żałobę tak, jak chcemy. U jednych potrwa ona krócej, u innych dłużej. To jest nam bardzo potrzebne po to, żebyśmy z nowymi możliwościami, nową energią, nowym myśleniem weszli w kolejny moment życia.

Myślisz, że zmieni się nasz stosunek do dbania o zdrowie?
Pod kątem systematycznego dbania o siebie – nie sądzę. Nawet jeśli będzie już szczepionka na koronawirusa, znajdzie się mnóstwo osób, które nie będą chciały się zaszczepić. Za to docenimy pracę lekarzy, pielęgniarzy, psychologów, ale też kurierów, nauczycieli, artystów. Mniej będziemy cenić na przykład piłkarzy, którzy – jako grupa zawodowa – są w sytuacji pandemii i izolacji właściwie bezużyteczni.

Głodni bliskości rzucimy się do kontaktu z drugim człowiekiem - do kina, na spotkania, na które nie mieliśmy czasu? Czy raczej będziemy izolować się od innych z lęku?
To jest już kwestia osobowościowa, są ludzie, którzy będą jeszcze bardziej głodni dotyku i bliskości. Ale są też germofobicy, z dużym lękiem przed zarazkami, bakteriami, infekcją, którzy będą trzymać innych na większy dystans. Pojawiają się pomysły dotyczące tego, żeby zrezygnować z podawania ręki na powitanie. Nie uważam, że to dobry pomysł, to nasz kod kulturowy, a co ważniejsze, nasza normalność, do której będziemy chcieli jak najszybciej wrócić, żeby znów poczuć się bezpiecznie.

Jak to wszystko wpłynie na nasze relacje rodzinne? Rodziny z dziećmi będą się szykować na rok bez dziadków i grup wysokiego ryzyka w obawie o ich zdrowie?
Myślę, że medycyna przyjdzie nam z pomocą i nauczymy się reguł nowego wspólnego bycia. Ta sytuacja pokazała zresztą, że jesteśmy zwierzętami społecznymi. Inni ludzie są nam bardzo potrzebni do codziennego, higienicznego (w sensie psychicznym) funkcjonowania.

A jeśli chodzi o związki, wspominałeś o tym, że to właśnie rodziny miały teraz najcięższy czas. Sądzisz, że będzie więcej rozwodów, niż dzieci?
To, czy w związku pojawi się kolejne dziecko, zależy do tego, czy w domu jest już jakieś. Uważam bowiem, że funkcjonowanie w izolacji z maluchem jest najlepszym środkiem antykoncepcyjnym. Myślę, że będzie więcej rozwodów. Ale spróbujmy znaleźć w tym jakiś pozytyw. To, że małżeństwo się rozpada, zawsze jest przykre. Jednak na skutek tej izolacyjnej intensyfikacji przeżyć i spędzanego wspólnie czasu zły związek na pewno zakończy się szybciej. Dzięki temu ludzie nie będą się unieszczęśliwiać przez resztę życia.

Co z ludźmi w podwójnych związkach?
Podwójne życie nigdy nie ustaje, to głębsza, charakterologiczna kwestia. Oczywiście są czasem przykre sytuacje, jak w przypadku mojej znajomej, która ma męża i kochanka. Teraz jest w wielkiej rozpaczy, bo jeden i drugi zbankrutował... A jej głównym kryterium wyboru tych panów na towarzyszy życia była grubość portfela. Co za pech!

To idźmy dalej: jak to wpłynie na nasz sposób randkowania, Tindera i inne aplikacje?
Jeżeli ktoś tylko będzie chciał, to zawsze przeskoczy przez płot. Natomiast co na pewno się zmieni, to podejście do wykorzystania nowych technologii, które w izolacji podtrzymują więzi społeczne, a nie prowadzą do ich erozji, jak powszechnie uważano.

Sądzę, że ta sytuacja jeszcze mocniej pogłębi nierówności między płciami. Kryzys dotknie mocniej kobiety, to one opiekowały się słabszymi, rodzicami, dziećmi... Generalnie najbardziej dostanie się tym, którzy są niżej w hierarchii społecznej: kobietom, seniorom, migrantom, ubogim, osobom wymagającym wsparcia...
Ta sytuacja jeszcze mocniej uświadomiła mi, że tylko kobiety mogą zmienić nasz świat na lepsze. Nie ma innej drogi. Niestety, wyczuwam podobne tendencje jak i ty, czyli odgórne polityczne dążenie do cofnięcia ruchu emancypacyjnego kobiet o kilkadziesiąt lat. Być może to dobry moment na czwartą falę feminizmu? Dlatego potrzebujemy teraz niebywale silnej, solidarnościowej pracy kobiet i mężczyzn, żeby tak się nie stało.

Jak myślisz, co może być teraz tym nowym priorytetem, wartością dla społeczeństwa, zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn? 
Chciałbym, żeby izolacja spowodowała, że największą wartością staną się dla nas inni ludzie i relacje z nimi. Czyli to, o czym zapomnieliśmy w pogoni za pieniądzem. W czasie izolacji nasze rozmowy z bliskimi – rodziną, przyjaciółmi – wydłużyły się i nie traktujemy tego jako zmarnowanego czasu. Okazało się, że właśnie to daje nam największą siłę.

dr Tomasz Sobierajski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, specjalista z zakresu socjologii zdrowia, socjologii edukacji i wakcynologii społecznej.