1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mój wewnętrzny hamulec. Autosabotaż

Mój wewnętrzny hamulec. Autosabotaż

Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Jak przestać się bawić w chowanego z samym sobą? Dobrze jest poznać stosowane przez siebie wzorce autosabotażu, a potem je rozbroić – radzi Beata Kaczyńska, psychoterapeutka, coach.

Każdy z nas jest autosabotażystą?
Każdy z nas autosabotażystą bywa. Autosabotaż to postawa związana z brakiem gotowości do odkrycia i do przeżycia prawdy o sobie. Zatrzymuje nas w procesie dokonywania zmian, ale jednocześnie jest ciekawym źródłem informacji na temat tego, kim tak naprawdę jesteśmy, czego pragniemy i czego się obawiamy. Jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. Kącikiem oka widzimy w lustrze skrawek postaci, ale coś zatrzymuje nas przed tym, by spojrzeć tej postaci prosto w oczy.

Jak zatem autosabotaż może wyglądać w praktyce?
„Poradniki nie działają” – to jedna z najbardziej popularnych strategii autosabotażowych. Ludzie kupują mądre książki i nawet je czytają, a potem nie potrafią ukryć rozczarowania tym, że nic w ich życiu się nie zmieniło. Lektura nie przyniosła oczekiwanego objawienia i natychmiastowej rewolucji. Wniosek może być tylko jeden: „Poradniki nie działają”.

Mają rację?
Mają i nie mają – jak to w autosabotażu. Sama książka, nawet najmądrzejsza, niczego nie zmieni, jeśli jej czytelnicy nie zabiorą się do realnej pracy nad tym, co chcieliby przepracować, zmienić, odkryć. Jeśli nie wykonają żadnego ćwiczenia z książki, jeśli zrobią je raz pomimo zalecenia regularnych powtórzeń, jeśli pominą znaczące, a niewygodne fragmenty, bo wieje z nich nudą, jeśli – choćby i krytycznie – nie przedyskutują zawartych w niej tez. Jeszcze inni autosabotażyści wiecznie szukają właściwego specjalisty. Są ludzie, którzy testują niezliczone adresy i nazwiska, cały czas nie mogąc trafić na tego jedynego, właściwego terapeutę czy coacha. Swego czasu usłyszałam od pewnej pani na konsultacji, że „na zdjęciu wyglądałam poważniej”. Nie zdecydowała się na pracę ze mną i nie zdziwiło mnie to, gdyż w międzyczasie opowiedziała mi, że jestem jedną z wielu specjalistek, które sprawdza – z innymi nie było chemii, ktoś miał za małe doświadczenie, a ktoś inny za duże i wydawał się już wypalony. Ktoś jeszcze inny miał ponury gabinet. To przypadek skrajny, ale niemało jest osób uważających: „To specjalista odpowiada za to, że nie potrafię nad sobą pracować”.

Ukrywają świadomie prawdę o sobie?
Jest taki rodzaj działania przeciwko sobie, który ja nazywam autosabotażową maligną. Wielokrotnie zdarzało mi się podczas sesji coachingowych, że klient odkrył coś głębokiego, miał prawdziwą iluminację. Widziałam, że jest ewidentnie poruszony tym, co się pojawiło w jego świadomości. Po czym na następnym spotkaniu... nie pamiętał, co się stało, lub całkowicie zbagatelizował znaczenie tego odkrycia i moc przeżycia.

Dlaczego?
Ludzie wypierają i deprecjonują odkrycie prawdy o sobie, bo trudno im przyjąć, że to, co do tej pory robili, nie jest ani na jotę zgodne z ich potrzebami, wartościami. Co więcej – radykalna zmiana ścieżki prywatnej czy zawodowej wymagałaby zapewne nakładów wysiłku i rozmaitych starań, a to już nie brzmi miło. Dlatego często słyszę: „Owszem, wydawało mi się, że to ciekawe, ale po zastanowieniu wiem, że ta nowo odkryta droga też nie jest moja”. Kolejny obszar autosabotażu – a mówię o nim z pewną ostrożnością, ale też odpowiedzialnością – to tzw. depresja. Depresja, oprócz tego, że jest bardzo poważną chorobą, stała się „wycieruchem” w coachingowych i psychologicznych gabinetach. Ludzie mylą stany smutku, przygnębienia, lęku, niepokoju, nudy, ociężałości czy znużenia – naturalne w różnych momentach życia – z rzeczywistą depresją. „Chyba mam depresję” – to dla niektórych – i w niektórych kręgach towarzyskich – niezwykle atrakcyjna wymówka.

Załatwiają tym zdaniem wiele różnych trudnych spraw.
Nawet takich jak pójście do psychiatry i ustalenie konkretnej diagnozy. Mówią sobie: „W moim stanie? Co ja załatwię? Nic”. I nawet jeżeli jednak uda im się trafić do specjalisty, z reguły po jakimś czasie odstawiają leki albo wręcz w ogóle nie zaczynają ich brać. Często słyszę to zdanie w momencie, gdy trafiają do mnie klienci w życiowych kryzysach i przestraszeni sytuacją, w której się znaleźli, naciągają na głowę woal „pseudodepresji”. Do worka z takim logo wrzucają całe swoje przeżywanie i jednocześnie własną gotowość do mierzenia się z kłopotami. Oto są usprawiedliwieni. Na razie nie muszą nic robić. A potem się zobaczy. Są też tacy autosabotażyści, którzy ciągle przychodzą do coacha z tym samym problemem. W kółko mówią o tym samym. Każde ich odkrycie na swój temat nie jest dość dobre, inspirujące, nie dość sycące i trafne. Ciągle obrabiane jest to samo poletko. Bo w istocie wcale nie o nie chodzi.

A o co?
O coś kompletnie innego, często sami nie wiedzą o co.

Na przykład mówią o swojej pracy, a prawdziwy problem dotyczy związku?
Tak. Albo na odwrót. Bywa też, że nieustanne „mówienie o” jest substytutem działania. Gdy snujemy wizje i opowieści, „rozpracowujemy” swoje wątpliwości, zaczynamy czuć, że żyjemy. Kłopot w tym, że wraz z końcem rozmowy energia się ulatnia, a my budzimy się wciąż w tym samym miejscu. Są też osoby, które mają tendencje do niekończących się analiz. Przywołują bardzo bogate argumentacje dla uzasadnienia różnych swoich stanów, przyczyn, kłopotów. Nie przekłada się to ani na zmianę, ani na podniesienie jakości życia czy likwidację dylematów i poprawienie swojej sytuacji. Bywa niezwykle uwodzące intelektualnie, ale jest w gruncie rzeczy jałowe.

„Jestem gruba, brzydka i nic mi się nigdy nie uda” – do której grupy autosabotażu zaliczyłaby pani to zdanie?
To raczej nawyk myślowy, przekonanie sabotujące rozwój. Jeśli wierzymy takiej myśli, przepis na rozpacz gotowy. Tymczasem warto pamiętać, że każda myśl jest „produktem” naszej głowy i jako taka może być zweryfikowana i zmieniona. Czy może to być przykład autosabotażu? Pewnie tak, jeśli pomimo wiedzy o tym, jak działają przekonania, nadal utrzymujemy w naszej głowie taką myśl i uporczywie się nią zadręczamy. Akurat uroda, waga oraz bycie obiektem czyichś westchnień to obszary, w których opisach często dokonujemy rozmaitych lingwistycznych nadużyć. Zamiast powiedzieć: „Ważę tyle i tyle”, mówimy: „Jestem gruba” – i powód do zmartwień gotowy. Używając takiej obraźliwej narracji, umacniamy w sobie bezradność, podtrzymujemy nieużyteczną iluzję niezmienialności: wszak skoro taka JESTEM, to nic z tym zrobić się nie da. Tu diabeł tkwi w słówkach.

Jeśli ktoś pomyśli: „Wprawdzie nie jestem teraz zadowolona ze swojego wyglądu, ale bardzo chcę nad sobą popracować” – to autosabotaż w tym miejscu się kończy. Często dotarcie choćby do takiego punktu wymaga dużej pracy nad sobą.
We wprowadzaniu zmian, moim zdaniem, przeszkadzają różne przekonania, skrypty życiowe w stylu: „Kobiety mają w życiu ciężko i nic na to nie poradzisz”. Te przekonania są jak lejce, które hamują naszą ciekawość, nasz pęd do odkryć i eksperymentowania. Na przykład: „Taka stara baba jak ja nie będzie zaczynała wszystkiego od początku”. Przyjmując, że zaczynanie od początku jest jednak możliwe, trzeba przyznać, że coś nie wyszło, może nawet doświadczyć związanego z tym dyskomfortu. Kolejnym schematem ograniczającym jest przekonanie: „Jestem ofiarą”. Bywa, że kobiety, które tak o sobie myślą, wybierają na przyjaciółki takie osoby, na tle których zawsze będą prezentowały się źle (zwłaszcza że nieświadomie dołożą wszelkich starań, aby tak właśnie było). Zakochują się w nieosiągalnych mężczyznach (np. takich, którzy są w szczęśliwych związkach), żeby potwierdzić po raz kolejny, iż nie im pisane jest szczęście w życiu. Uczestniczą w niezliczonych grupach rozwojowych i szukają rozmaitych kobiecych wspólnot w nadziei, że ktoś je w końcu zrozumie i odczaruje, że z zewnątrz przyjdzie docenienie i wybawienie. Tymczasem ten wzorzec istnienia nie daje spodziewanych efektów, bo dać ich nie może.

A kiedy przestaje być użyteczny?
Kiedy człowiek zaczyna się w swoim nieszczęściu rozsmakowywać, a nie próbuje z niego wyjść. Kiedy uparcie odmawia wzięcia odpowiedzialności za zmianę siebie i swojego życia.

Czy autosabotaż jest zły?
Ani zły, ani dobry. On po prostu jest swojego rodzaju mechanizmem doświadczanym przez każdego z nas w sytuacjach, które definiujemy jako trudne. Obiektywnie wcale nie muszą takie być, ale ponieważ np. mamy z nimi do czynienia po raz pierwszy w życiu, wydają się nie do przejścia. Bardzo często autosabotaże są utrwalonym wzorcem reagowania na daną sytuację, np. osoba reagowała w dzieciństwie unikaniem kłótni, bo to ją chroniło przed cierpieniem. Dlatego w dorosłym życiu dalej tak robi, chociaż takim funkcjonowaniem podstawia sobie nogę: wycofuje się, zamiast walczyć o siebie.

Jak rozpoznać, który autosabotaż jest moim ulubionym?
Autosabotaż się powtarza, jest nawykiem. Dzięki temu daje szansę, żebyśmy go sobie uświadomili. I skorzystali z mądrości, którą niesie, zadając sobie bardzo proste pytania: po co mi taki sposób zachowania się? O jakich moich potrzebach mnie informuje? Co w taki sposób chcę uzyskać, a czego unikam? Bądźmy zatem uważnymi obserwatorami siebie samych: czy powtarzają się w naszym życiu jakieś nieprzyjemne, nieużyteczne dla nas sytuacje? Jakie? Jak to robimy, że po raz kolejny nie osiągnęliśmy upragnionego rezultatu? Czy się tradycyjnie wycofujemy, czy szarżujemy? A może mamy jeszcze inny patent na gwarantowaną porażkę? Dopóki nie zechcemy przystanąć i wytrząsnąć tego autosabotażowego kamyczka z buta, dopóty żyjemy z poczuciem dyskomfortu.

Jak obserwować swoje myślenie, żeby wychwycić momenty autosabotażu?
Można spisywać myśli, zwłaszcza w sytuacji, kiedy doświadczamy cierpienia. Zapytać: co wtedy myślę o sobie, świecie i ludziach? Które z tych myśli są dla mnie użyteczne, a które nie? Kluczowe w każdej sytuacji jest to, żeby przynajmniej dać sobie szansę na pomyślenie: „To, że tak o sobie myślę, wcale nie jest tożsame z tym, kim jestem”. Twoje myśli nie są faktami. Jeśli tak myślisz o sobie, równie dobrze możesz pomyśleć inaczej. Często łapiemy się na samooszukiwaniach, na kłamstewkach, które mówimy do siebie. Jeżeli głębiej się nad tym zastanowimy, wiemy, że tak naprawdę nie lubimy tej Maryli, z którą się kolegujemy, albo złości nas Marian, o którym sobie wymyśliłyśmy, że będzie naszym mężem, bo ma dobry zawód. Wiemy podskórnie, że to nie tędy droga.

Czy zrozumienie mechanizmów autosabotażu pomoże nam się zmienić?
Niekoniecznie. Trafiają do mnie osoby, które mówią: „Wiem, jak funkcjonuję, czy to jest zmienialne?”. W części zapewne tak. Natomiast nie bądźmy wobec siebie zbyt surowi i nie obwiniajmy się za używanie autosabotaży. Proponuję wyrobić w sobie nawyk empatii dla samego siebie, czułości wobec swojej słabości, braku gotowości, lęku przed zmianą. I zwyczaj rozbawiania się swoją osobą. Żeby nie traktować siebie tak śmiertelnie serio. Te wszystkie autosabotaże to przecież czasem niezły ubaw. Wystarczy wyobrazić sobie, jak siedzimy w okopie, w szyszaku, z witkami brzozy przyczepionymi do kołnierza tylko po to, by się przed samym sobą schować. Jeśli zechcemy z takim dystansem na siebie spojrzeć – możemy wówczas poczuć, że oto nadeszła pora z naszego ulubionego okopu wyjść. Powiedzieć sobie: „Boję się, ale wyłażę”. I naprawdę zacząć żyć inaczej.

Beata Kaczyńska: master coach, psycholog, trener w Szkole Coachingu Wings. Prowadzi zarówno coachingi biznesowe, jak i coachingi życiowej zmiany. Nauczyciel i superwizor innych trenerów i coachów.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Depresja maskowana – jak rozpoznać objawy? Rozmowa z Joanną Porembą, prezeską fundacji Melancholia

Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Przewlekłe bóle głowy lub karku, napady paniki, fobie i natręctwa, ale też zaburzenia snu czy pracy serca – pod wszystkimi tymi objawami może ukrywać się depresja. Joanna Poremba, współzałożycielka i prezeska fundacji Melancholia, wyjaśnia, jak rozpoznać ją u siebie i bliskich.

Na hasło „depresja” wielu z nas staje przed oczami obraz zmęczonego, zaniedbanego człowieka, który nie ma siły podnieść się z łóżka...
Bywa, że rzeczywiście tak to wygląda, jednak depresja może mieć rozmaite podłoże i bardzo różny przebieg, często daleki od powszechnego wyobrażenia. Przywołany przez ciebie obrazek może stanowić całą prawdę o czyjejś chorobie, ale może też nie pojawić się w ogóle lub być tylko jedną z kilku różnych faz. Fakt, że wiele osób tak właśnie wyobraża sobie depresję, wynika z uwarunkowań kulturowych, w tym opisów filmowych i literackich – wystarczy, że wspomnimy „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Przerwaną lekcję muzyki”. Z całą pewnością nie jest jednak jedynym ani obowiązującym sposobem przechodzenia choroby! Rzeczywiście często występuje w niej apatia i ospałość, ale równie dobrze może pojawić się nadaktywność i bezsenność. Podobnie jest z apetytem: objawem depresji może być zarówno brak apetytu, jak i nadmierne łaknienie. Bywa, że dominujące objawy są jeszcze bardziej zwodnicze. W niektórych formach depresji okazują się mylące na tyle, że sugerują występowanie zupełnie innych chorób. To tak zwane maski depresji, które sprawiają, że jest ona szczególnie trudna do zdiagnozowania.

O maskach w ostatnim czasie mówimy głównie w kontekście koronawirusa, wcześniej zaś przy okazji rozmów o teatrze i karnawale. I w teatrze, i podczas karnawału, i nawet w czasie pandemii, podczas której staramy się przechytrzyć wirusa, maska kojarzy się z odgrywaniem jakiejś roli, z oszukiwaniem otoczenia. W depresji, jak sobie wyobrażam, występuje zwykle wtedy, kiedy siebie oszukujemy, nie chcąc przyjąć do wiadomości pewnych prawd na temat otoczenia i siebie samych.
Nie nazwałabym tego oszukiwaniem, a raczej niebyciem przy sobie, pewnym brakiem uważności wobec sygnałów, które daje nam własny organizm. Nasza postawa jest bardzo często zupełnie nieuświadomiona: wywieramy na samych siebie różne rodzaje presji, nie akceptując się, a w konsekwencji nie darząc troską, czułością i uwagą. Bez kochania siebie nie da się kochać i akceptować świata. Niestety, jeśli tej uważności na siebie nie wyniesiemy z domu, jeśli rodzice nie nauczą nas korzystania z pewnych narzędzi, to w życiu dorosłym będzie nam o wiele trudniej. Na szczęście, kiedy zaczynamy ich w końcu szukać, z pomocą przychodzi psychoterapia.

Wracając do twojego pytania – wspomniany karnawał stanowił kiedyś coś w rodzaju wentylu bezpieczeństwa, okres, kiedy można było zapomnieć o konwenansach i ograniczeniach. Maska w depresji również jest wentylem. Depresja to choroba duszy i umysłu, a nasz mózg – ciągle jeszcze nie do końca poznany – nie mogąc zmieścić w głowie wszystkich napięć, „upycha” je w ciele. To, z czym sobie nie radzimy, trudne emocje zaczynają pukać do nas pod postacią przypominającą rozmaite schorzenia. Według niektórych badaczy, którym trudno odmówić pewnej racji, jeśli poświęcamy naszemu ciału wystarczająco dużo uwagi i jesteśmy wyczuleni na płynące z niego sygnały, to być może zauważymy te symptomy wcześniej. To jedna z wielu korzyści bycia w kontakcie ze swoim ciałem.

W naszej kulturze mamy raczej niską świadomość własnego ciała.
Niestety, masz rację. Nie uczy się jej w szkołach, a powinno. I nie mam tu na myśli sportu, bo aktywność fizyczna nie zawsze jest równoznaczna z kontaktem nawiązanym z ciałem. Znany amerykański psychiatra i psychoterapeuta Alexander Lowen podkreślał często, że głowa nie działa bez ciała, i odwrotnie. U współczesnego człowieka Zachodu jednak ta komunikacja między nimi nie odbywa się tak, jak powinna.

Czy lekarz, jeśli ktoś zwraca się do niego z dolegliwością somatyczną, zawsze również powinien brać pod uwagę, że ta osoba może chorować na depresję?
Byłoby to tak zwane holistyczne podejście do pacjenta, które na razie nie jest u nas powszechne, choć na szczęście nie powiedziałabym, że się nie zdarza. Lekarz z całą pewnością powinien zastanowić się, czy nie ma do czynienia z maską depresji wtedy, kiedy pacjent zrobi wszystkie możliwe badania, wyniki są dobre, a jego ciało cierpi. Warto przy tym podkreślić, że nie chodzi o wyimaginowany ból czy dyskomfort – te dolegliwości, umiejscowione w konkretnym punkcie, naprawdę się odczuwa, i po pewnym czasie może rozwinąć się z nich coś poważniejszego. Tym, co ostatecznie potwierdza, że chodziło o maskę, jest skuteczność leczenia lekami antydepresyjnymi: dolegliwości ustępują po ich zażyciu, nie zaś po preparacie, który zwykle stosuje się na chorobę imitowaną tutaj przez depresję.

Pomówmy jeszcze o stereotypowym wyobrażeniu osoby chorującej na depresję. Wielu z nas wie już, że nie zawsze objawia się ona rozpaczą, apatią i zaniedbaniem higieny. Jednak termin „maski depresji” chyba nie wszyscy słyszeli. Ja, która choruję na depresję od ponad 20 lat, nigdy nie usłyszałam tego określenia od żadnego lekarza. Dodam, że zawsze byłam bardzo aktywna, rzadko kiedy smutna, a moim głównym problemem było dojmujące uczucie lęku.
Termin „maski depresji” nie jest nowy, natomiast rzeczywiście nie wszedł do literatury przedmiotu; trudno przewidzieć, czy się to zmieni. Nie dotarł także do szerszej świadomości. Symptomy, których doświadczałaś, można jednak określić takim właśnie mianem.

Maski depresji mają rozmaity charakter. Jednym z ich rodzajów są tzw. maski psychopatologiczne – zaburzenia lękowe (lęk przewlekły lub ataki paniki, jak u ciebie), fobie oraz natręctwa. Drugą typową kategorią są symptomy fizyczne, głównie bólowe. Do najczęstszych zalicza się bóle w klatce piersiowej, kłucie serca, wrażenie duszności i ucisku; bóle głowy (np. pulsowanie, uczucie ucisku na mózg, szum w uszach) połączone z uczuciem niepokoju; nerwobóle; drętwienie, pieczenie, palenie, cierpnięcie kończyn, przepływ ciepła lub uczucie zimna; świąd skóry; zespół niespokojnych nóg; dziwne odczucia w rozmaitych narządach, szczególnie w żołądku i wątrobie. Maską depresji mogą być też zaburzenia rytmu biologicznego: snu i czuwania (problemy z zasypianiem, płytki sen, zbyt wczesne budzenie się, nadmierna senność w ciągu dnia), łaknienia (utrata apetytu lub napady głodu), problemy z miesiączkowaniem, zaburzenia erekcji. Wspomniany już Lowen mianem maski depresji określał także alkoholizm. Jak widać wachlarz możliwości jest szeroki.

Ja na przykład długo cierpiałam na coś, co wydało się być reumatoidalnym zapaleniem stawów – to też jedna z masek depresji. Drugą były męczące mnie latami dokuczliwe bóle karku – z czasem tak silne, że nie mogłam ruszyć szyją, nie byłam też w stanie zapiąć pasów w samochodzie. Lekarze rozważali nawet operację. Zamiast tego zdecydowałam się na długą fizjoterapię, która pomogła mi rozluźnić i poczuć własne ciało. Kiedy do leczenia włączono antydepresanty, dolegliwości ustały. Warto dodać, że zwykle najlepszym rozwiązaniem jest połączenie leczenia farmakologicznego z psychoterapią.

U mnie maską był lęk, u ciebie bóle karku; wymieniłaś też wiele innych możliwości. Zastanawiam się, czy – skoro znamy ich tyle – depresja maskowana nie jest częstą formą depresji?
Spotkałam się kiedyś z szacunkami, wedle których depresja maskowana może występować nawet trzy razy częściej niż inne postaci zaburzeń depresyjnych. Niestety, nie dysponujemy szczegółowymi danymi; wiele przypadków pozostaje niezdiagnozowanych, a i o „klasycznej” depresji, jak pokazuje praktyka, coraz trudniej jest mówić, bo każdy przypadek jest inny, a generalizowanie prowadzi donikąd.

W ramach działalności fundacji Melancholia publikujemy rozmowy ze znanymi osobami, które mają za sobą doświadczenie depresji – porównując te wywiady, bardzo łatwo zauważyć oczywiście pewne elementy wspólne, ale także ogromne różnice. Ktoś rzeczywiście nie wstaje tygodniami z łóżka, ktoś inny – jak na przykład reżyserka Joanna Kos-Krauze, która z wielką otwartością i szczerością opisała swoją historię – rzuca się w wir pracy, podróżuje po całym świecie, zamienia się w prawdziwego tytana. Jeden ucieka więc w sen i izolację, drugi – w pracę czy niebywałą aktywność. Ona także odcina nas od emocji – wsłuchać się w nie możemy tylko wtedy, kiedy wreszcie się zatrzymamy. Różna bywa też etiologia choroby, która może pojawić się na skutek traumatycznych doświadczeń, ale także wtedy, kiedy nie przechodzimy ewidentnego życiowego kryzysu – to odróżnia ją od zaburzeń adaptacyjnych. I znowu, w obu przypadkach może wystąpić wspomniane odcięcie emocji od ciała, co często skutkuje powstawaniem masek.

Przy okazji warto też dodać, że w Polsce rozmowa o liczbach dotyczących depresji jest w ogóle prawie niemożliwa, bo dane, które przedstawia NFZ, dotyczą tylko i wyłącznie sektora publicznego; prywatna działalność psychiatrów i psychoterapeutów nie jest w ogóle uwzględniana w oficjalnych statystykach, a to właśnie tam trafia około 60 proc. pacjentów. Nasza fundacja na przykład czerpie dane ze strony WHO.

Wiemy na pewno, że w Polsce alarmujące są statystyki dotyczące depresji wśród młodzieży. Jak wygląda kwestia masek w ich przypadku?
Podobnie jak u dorosłych, depresja maskowana u dzieci może być trudna do uchwycenia, a spektrum możliwych masek jest bardzo szerokie. Może polegać na opóźnieniu rozwoju psychicznego, intelektualnego oraz emocjonalnego. Z depresją maskowaną łączy się też często fobia szkolna, objawiająca się poprzez dążenie do izolacji. Powtarzające się bóle brzucha przed pójściem do szkoły na pewno powinny zwrócić uwagę rodziców, podobnie jak rozmaite zaburzenia zachowania (nieuzasadnione napady złości, przesadzone reakcje, obojętność, zachowania autodestrukcyjne), przewlekłe bóle głowy, arytmia serca, alergie.

Warto więc słuchać swojego organizmu oraz być czułym na sygnały wysyłane przez osoby najbliższe.
Rozmawiać – z sobą i bliskimi. Obserwować – bliskich i samego siebie. Jest takie ładne zdanie, które powiedział bodajże Oscar Wilde: „Daj człowiekowi maskę, a powie ci prawdę”. W pewnym sensie podobnie jest z naszym ciałem i duszą. Czasem nasze „ja” musi sięgnąć po maskę, żeby powiedzieć prawdę o tym, co je boli i gnębi.

  1. Psychologia

Nie bój się szczęścia

Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? (fot. iStock)
Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? (fot. iStock)
Czy sugerujesz, że boimy się szczęścia?! – spytacie. Ja nie sugeruję. Ja to wiem. Tak jak już dawno temu wiedział Adam Asnyk, autor tego wdzięczno-gorzkiego wierszyka:

Siedzi jamnik na drzewie I ludziom się dziwuje: Czemu żaden z nich nie wie, Gdzie się szczęście znajduje?

Wielu myślicieli twierdzi, że człowiek wręcz nie chce być szczęśliwy. Jak to jest, przecież większość deklaruje, że chce. Świadomie tak, ale nieświadomie albo w szczęście nie wierzy, albo się go boi. Jeśli za długo jest dobrze, zaczynam się zastanawiać, kiedy i jak się zepsuje: bo to niemożliwe, bo na to nie zasługuję, bo trzeba będzie za to drogo zapłacić, bo inni będą mi zazdrościć, bo lepiej się nie przyzwyczajać (właściwe podkreślić). Dla poczucia kontroli lepiej już ten niebezpieczny spokój samemu zburzyć. Żeby już się stało. A potem znów pomarzyć sobie o szczęściu. Czy więc nie ma szczęśliwych ludzi? Są. Ale przyznaje się garstka.

„Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem – usłyszałam od pogodnego, ciepłego mężczyzny. – Robię to, co kocham, i jeszcze mi za to płacą. Mam gdzie mieszkać. Jestem sam, ale to odpoczynek po pracy pełnej ludzi. Lubią mnie ci, dla których pracuję. Zarabiam tyle, ile mi wystarcza. Ale nie mów moim kolegom z pracy, że ci powiedziałem, że jestem szczęśliwy. Oni mnie nie znoszą. Oni niczego nie lubią, na wszystko narzekają. Zatruliby mi życie”.

Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? Wszyscy znamy stany, które nazywamy szczęściem: kiedy mija ból, fizyczny lub psychiczny. Kiedy znaleźliśmy dobrą pracę, wygraliśmy pieniądze, dostaliśmy spadek, ktoś nas pochwalił itp. Kiedy się zakochamy z wzajemnością. Jest takie śliczne powiedzenie: „Szczęście ty moje”, do ukochanej osoby lub do dziecka…

Mówimy też: jakie to szczęście, że złamałam lewą rękę, a nie prawą (praworęczni), że mama umarła spokojnie i nagle, a nie w długich męczarniach… To tak zwane szczęście w nieszczęściu. W pierwszych latach mojej pracy terapeutycznej oddałam jej się tak bardzo, aż się poważnie rozchorowałam. Gdy już na nic nie miałam sił, poczułam, jak to dobrze, że przyszła ta choroba, bo inaczej bym się wykończyła. Wtedy odkryłam parę wspaniałych paradoksów. Choroba może być ratunkiem, istotnym sygnałem. Mogę jednocześnie cieszyć się, że coś minęło i że było. Mogę jednocześnie gratulować sobie takiego oddania pracy, gdyż wiele się nauczyłam, dowiedziałam się od samej siebie, jak jest ona dla mnie ważna, a jednocześnie jak uchronić się przed przeciążeniem na przyszłość, nie tracąc radości i entuzjazmu. Odkryłam, jak nierozerwalnie wszystko się ze sobą w życiu łączy. Jak nie ma lewej strony bez prawej, jasnej bez ciemnej. I, co istotne, że ciemna nie jest właściwie ciemna. Że tyle przynosi darów.

Są ludzie, którzy gardzą szczęściem. Nawet jego pojęciem. Określają je jako infantylną potrzebę, płytką emocjonalność, ucieczkę od prawdziwego życia i zupełnie durną antyintelektualną postawę. Lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowoloną świnią – twierdzą. Na studiach filozoficznych zajmowałam się przede wszystkim etyką. Niepokoiło mnie długo to zdanie. Dziś nie mam wątpliwości: zarówno wiecznie niezadowolony, jak i wiecznie zadowolony Sokrates (jak każdy z nas) ma, co najmniej, tendencje do sztywności. Pełny człowiek zna wszystkie możliwe ludzkie stany. I nic do tego nie ma inteligentne, lubiące czystość stworzenie, jakim jest świnia.

Dziś mogę powiedzieć, że ci „myśliciele” to ludzie NIESZCZĘŚNI. Używają wiedzy i inteligencji do podtrzymania epidemii poczucia niskiej wartości przy jednocześnie wielkiej ambicji nadwartości, na którą choruje ludzkość. Są szkodliwi dla siebie i innych. Wierzą im ci, którzy jeszcze nie wierzą sobie i nie wiedzą, że to możliwe...

Mimo to szczęście się trzyma. Tych, którzy się go świadomie uczą, tych, którzy je szanują i nie mylą z ciągłym przeżywaniem przyjemności. Tych, którzy siebie nie zostawiają, gdy jest trudno. Niektórzy twierdzą, że szczęście tylko BYWA. Bardzo chcę wam przekazać, że JEST, bo to po prostu przeżywanie własnego życia. I szczęściem jest pisać do was.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Psychologia

Jak rozpoznać depresję? Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło

Rozpoznanie depresji to proces, w którym należy skonfrontować swoje obniżone samopoczucie z realiami, jakich samemu można zbyt dobrze nie widzieć, bo siedzi się w środku. (Fot. iStock)
Rozpoznanie depresji to proces, w którym należy skonfrontować swoje obniżone samopoczucie z realiami, jakich samemu można zbyt dobrze nie widzieć, bo siedzi się w środku. (Fot. iStock)
„To nie fanaberia, lecz ciężka choroba. Gdy się pogłębi, może doprowadzić do takiego stanu, w którym targniesz się na własne życie. Długotrwała depresja prowadzi albo do unicestwienia, albo do rezygnacji z życia. W normalnym życiu człowiek się rozwija, a w depresji – zwija” – mówi psycholog Ewa Woydyłło. 

Wczoraj byłam smutna i zła na cały świat. Czy to początek depresji? Gorszy nastrój, smutek, żal, złość i rozczarowanie jakimiś sprawami z naszego życia zwykliśmy nazywać depresją, choć wcale nią nie są. Huśtawka nastrojów to codzienność. Jeśli ktoś oczekuje, że zawsze będzie tak, jak w czasie ośmiu minut noworocznej nocy, kiedy fajerwerki strzelają do nieba – to oczywiście jest w błędzie. Tak nie będzie. Więc jeśli przez moment nie widzisz fajerwerków, to nie znaczy, że masz depresję. Depresją staje się takie samopoczucie, z powodu którego nie możesz robić tego, co musisz – nie wstajesz z łóżka, nie myjesz się, nic nie jesz albo – jesz bez przerwy.

Ale spadek nastroju to chyba już jakiś symptom? Złe samopoczucie, zniechęcenie do pracy, brak ochoty na seks, apatia, izolacja od ludzi, myślenie tylko o sobie, a zwłaszcza o jakiejś sprawie, która jest przygnębiająca, np. rozwód, choroba lub śmierć bliskiej osoby – to wszystko są symptomy depresji. Moment, kiedy zamieniają się w chorobę, jest bardzo trudno uchwytny albo wręcz nieuchwytny. Psychiatria tę jednostkę chorobową definiuje następująco: jeśli przez co najmniej dwa tygodnie bez ewidentnego powodu człowiekowi odechciewa się żyć, to znaczy, że popadł w głęboką depresję. Niby nic się nie stało, a ktoś po prostu w pewnym momencie przestaje funkcjonować, wycofuje się z życia. Bywa, że matka w takim stanie nawet nie karmi swojego nowo narodzonego dziecka.

Czasami zdajemy sobie sprawę z tego, co jest przyczyną naszej depresji, a czasami tylko tak nam się wydaje. Nieraz mówimy: „to dlatego, że moja córka wyprowadziła się z domu”. Ale przecież wiadomo było, że jak dziecko dorośnie, to pewnego dnia z tego domu się wyprowadzi. Jeśli wyjechało na studia, to rodzic powinien się cieszyć, nie smucić. No i okazuje się, że u podłoża takiego głębokiego zniechęcenia do życia nie leży bynajmniej syndrom opuszczonego gniazda, lecz na przykład złe relacje małżeńskie albo od lat zanikająca więź z życiowym partnerem. Winę zwalamy na dziecko, chociaż źródło tkwi gdzie indziej: oto matka zostaje w domu z człowiekiem, którego od dawna nie kocha i który jej nie kocha. To przykład na to, jak głęboko trzeba szukać przyczyn depresji.

 
Czy ktoś może mi w tym pomóc? Oczywiście, najlepiej od razu porozmawiać z kimś o tym, co czujesz. Trzeba rozejrzeć się za osobą, którą obchodzisz, bo nie ma sensu zwierzać się komuś, kto cię nie zna lub nie lubi. Rozpoznanie depresji to proces, w którym należy skonfrontować swoje obniżone samopoczucie z realiami, jakich samemu można zbyt dobrze nie widzieć, bo siedzi się w środku. Dopiero ktoś z boku powie: „Zaraz, zaraz, ale o co ci właściwie chodzi? Przecież twoja córka wyjechała, bo się zakochała. To chyba fajnie, nie? Czy wolałabyś, żeby się nie zakochała?”.

A jeśli w swoim otoczeniu nie znajdujesz osoby, której na tobie zależy, z którą chcesz podzielić się swoim smutkiem, opowiedzieć o nim – to zacznij czytać książki na temat depresji. Czyli gdy zauważysz pogorszenie samopoczucia, to od razu, nie czekając aż zapadniesz się głęboko w grzęzawisko, zastosuj zwykłe ludzkie sposoby: zadzwoń do przyjaciółki, zrób coś, co sprawi ci przyjemność... – popraw sobie zły nastrój.

A jeśli od przyjaciółki usłyszę: „nie przesadzaj, weź się w garść, nie użalaj się nad sobą”? Wtedy zgłoś się do psychiatry. To fantastycznie, że żyjemy w czasach, w których mamy tylu specjalistów. Kiedy boli ząb, idziemy do dentysty. Kiedy się przewrócimy i złamiemy nogę, idziemy do ortopedy. Kiedy nie możemy nauczyć się francuskiego, idziemy na kurs. Tak samo jest ze stanem psychicznym – jeśli sobie nie radzimy i nikt bliski nie potrafi nam pomóc, to zwracamy się do fachowca od depresji. A takim jest psychiatra. Nie psycholog, pedagog czy ksiądz, tylko psychiatra. Jedynie on potrafi majstrować przy naszych stanach emocjonalnych i ma do tego odpowiednie narzędzia.

Jednak większość ludzi uważa, że smutek minie, że sami się z tego stanu wydźwigną. Mogą się wydźwignąć ze smutku i żalu, ale nie z depresji. Żal to stan emocjonalny, który przeżywamy częściej niż nam się wydaje, np. pod wpływem muzyki, która nasuwa przykre wspomnienie. Mogę być w gorszym nastroju, bo się nie wyspałam, bo boli mnie głowa... – to codzienność. Ale czy z tego powodu przestaję jeść śniadanie, nie myję zębów, kładę się na kanapie i bezmyślnie patrzę w sufit? Owszem, jestem smutna, przygnębiona jakimś zmartwieniem, troską, przeżywam trudne zdarzenie, ale mimo to robię obiad, sprzątam, czytam książkę, wychodzę z psem na spacer... chociaż nie w pełni entuzjazmu, ale działam. A w depresji absolutnie nic nie robię. To nie fanaberia, lecz ciężka choroba. Gdy się pogłębi, może doprowadzić do takiego stanu, w którym targniesz się na własne życie. Długotrwała depresja prowadzi albo do unicestwienia, albo do rezygnacji z życia. W normalnym życiu człowiek się rozwija, a w depresji – zwija.

Czyli długotrwały smutek może przejść w depresję? Jeśli pewnych stanów się nie powstrzyma, to owszem, mogą zamienić się w depresję. To trochę tak, jak z alkoholem. Jeśli ktoś pije, ale nie nadużywa, to nie upija się. Ale jeżeli ktoś raz się upije, a potem – pomimo że to było dla niego przykre – upije się znowu, to zaczyna ostro zmierzać do uzależnienia. Podobnie jest z depresją: jeśli z powodu złego humoru przestajesz robić to, na czym ci zależy, co jest dla ciebie ważne, to potraktuj go jako sygnał ostrzegawczy, bo to może być początek depresji.

Jak zastopować jej rozwój? Nie koncentruj się na złych doświadczeniach i nie generuj wokół nich czarnych myśli. To pogarsza samopoczucie. Na dworze piękna słoneczna pogoda, a ty leżysz w łóżku i jeszcze zasłaniasz okna – w ten sposób uciekasz od normalnego życia! Myśl o tym, co masz, a nie o tym, czego ci brakuje.

Aby uniknąć zagrożeń związanych z ewentualnością wystąpienia tej, nawet sytuacyjnej, depresji, która przychodzi z powodu życia, a nie z powodu funkcjonowania mózgu – trzeba także zadbać o to, by mieć wokół siebie grono ludzi, którym na tobie zależy, ludzi, którzy – jak będzie ci trudno czy źle – zechcą nie tyle nawet ci pomóc, ile wysłuchać, czasami przyjechać i na przykład ochrzanić syna, który źle się do ciebie odnosi, albo zabrać cię do siebie, by było ci mniej smutno. Dobrze też mieć np. ciocię, która nie będzie pouczać, krytykować, oceniać, tylko zrobi szarlotkę, rozśmieszy, zaprosi przyjaciółki i zagracie w brydża... po prostu zajmie się tobą. Jeśli ktoś ma kogoś takiego, to mu mniej grozi depresja!

I może sprawa najważniejsza: nasz nastrój i samopoczucie zależą w dużym stopniu od tego, jaki styl życia preferujemy, jaki mamy system wartości, co jest dla nas w życiu ważne... Trzeba odwrócić uwagę od depresji, a zająć się tym, by życie uczynić sensownym, produktywnym i satysfakcjonującym. Wtedy stany depresyjne mają szansę mijać bardzo szybko. Ludzie, którzy są wciąż czymś nakręceni, rzadko zapadają na depresję.

Warto przeczytać:

Mark Williams, John Teasdale, Zindel Segal, Jon Kabat-Zinn, „Świadomą drogą przez depresję. Wolność od chronicznego cierpienia”, Wydawnictwo Czarna Owca 2009; David D. Burns, „Radość życia, czyli jak zwyciężyć depresję. Terapia zaburzeń nastroju”, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2010; Arnold A. Lazarus, Clifford N. Lazarus, Allen Fay, „Jak nie wpaść w depresję – 40 szkodliwych przesądów, które zatruwają nam życie”, Wydawnictwo WAM 2005. 

  1. Psychologia

Nie mów nigdy „to koniec!”. Pielęgnowanie negatywnych myśli niszczy i odbiera sens życia

W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. (Fot. iStock)
W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. (Fot. iStock)
Przewlekła choroba, kalectwo mogą odebrać wiarę w sens życia. Jak mimo bólu odnaleźć uśmiech i pogodę ducha. Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło.

Artykuł z archiwalnego numeru magazynu „Sens.” Przypominamy go w lutym – Miesiącu Walki z Depresją.

„Czujemy się tak, jak myślimy” – zgodnie podkreślają psychologowie. Co to znaczy? Myśli nas prowadzą. Jeśli pomyślę, że mam 70 lat i oznacza to koniec mojego życia, to jutro z łóżka nie wstanę. A mogę też inaczej: „Rzeczywiście mam już trochę lat, ale jeszcze potrafię się uczyć, troszczyć o innych, o siebie, cieszyć życiem, podróżami, książkami, koncertami...”. Więc absolutnie prawdą jest, że przeżywamy to, co podpowiedzą nam własne myśli.

Ale co ma powiedzieć osoba, która dowiaduje się, że ma nowotwór lub po wypadku staje się kaleką? Negatywne myśli u takich osób są naturalne, lecz nie powinny być długo pielęgnowane, bo niszczą, odbierają sens życia. Trzeba jak najszybciej zamienić je na inne. Na przykład zamiast: „nie będę mógł chodzić, więc moje życie się skończyło”, pomyśleć o jakiejś innej sprawie, włączyć telewizor i obejrzeć program, z którego się dowiesz, czym jest np. czarna dziura. Nie mówię, że masz złą myśl zamienić na dobrą: „nie będę mógł chodzić, fajnie...” – nie! Tylko na inną. Bo jeśli pozostaniesz przy tej złej, to ona może zmienić się w dręczącą obsesję. Nie znaczy też, że masz zagłuszyć w sobie ból, rozpacz, cierpienie, upijając się na przykład do nieprzytomności.

Nieuleczalna choroba czy kalectwo to przeciwnik wagi ciężkiej i walka z nim musi być niezwykle trudna. Człowiek ma powody, by się zapaść... Ma nawet prawo do zapadnięcia się. Nie używałabym jednak słowa „walka” – zamiast walczyć, lepiej rozwiązywać problem. Tak więc osoba przytłoczona przerażeniem może sobie powiedzieć: „to koniec”, ale wtedy podda się czarnowidztwu, które odbierze jej chęć do życia. Lepiej szukać sposobów, które pomogą jej zmienić ten tor myślenia.

Życie cały czas płynie ruchem jednostajnie posuwistym wzdłuż jakiejś osi – godzinę temu byliśmy w tym punkcie, a teraz jesteśmy już tu. W pewnej chwili dotyka kogoś nieszczęście, które wywołuje szok – to naturalna reakcja, ale – podkreślmy to jeszcze raz – nie wolno pozostać w tym miejscu, trzeba iść dalej, choćby po to, żeby nie wpaść w depresję.

Stan beznadziei i lęk przed przyszłością przychodzą jednak zwykle nieco później, w fazie długotrwałego zmagania się z chorobą... Racja. Gdy dowiadujemy się, że wykryto u nas lub kogoś bliskiego ciężką chorobę, jesteśmy w stanie szoku. Wydzielają się wtedy endorfiny i adrenalina, które pomagają zmobilizować się i stawić czoła nagłemu zagrożeniu. Jeśli np. czegoś się bardzo wystraszymy, to potrafimy uciekać z olimpijską wręcz prędkością. Dużo bardziej groźny stan pojawia potem, kiedy uświadomimy sobie w pełni to, co się stało – wtedy już nie działa adrenalina. „Zawalił mi się świat. Ziemia usunęła mi się spod nóg” – mówią ludzie, którzy uświadomili sobie bezmiar nieszczęścia. I to jest normalne, trzeba przez to przejść, by drobiazgowo i realistycznie ocenić sytuację. Jeśli mamy poradzić sobie z chorobą czy kalectwem, z wielką stratą lub szkodą, to musimy zdać sobie sprawę z tego, co tak naprawdę się wydarzyło, rozważyć cały ogrom cierpienia – tak jak w sklepie, który okradziono, trzeba zrobić remanent, by się dowiedzieć, czego brak i zastanowić się, w jaki sposób wyrównać straty. Zdarzają się nieszczęścia, które tylko w pierwszej chwili wydają się niepowetowane, a gdy porównamy je do doświadczeń innych osób czy kataklizmów, jakie co chwila dotykają jakąś część świata, okażą się naprawdę błahe. Ale nawet w największych nieszczęściach potrzebna jest perspektywa i wiara w pozytywną zmianę, którą najlepiej osobiście zaplanować i urzeczywistnić, nie czekając, by los zrobił to za nas.

Czy osoba cierpiąca może taką szansę dostrzec sama? To może być trudne. Ale obok jest przecież lekarz, pielęgniarka, mama, przyjaciółka, siostra... A jeśli się zdarzy ktoś, kto nie ma tego kręgu najbliższego wsparcia, to nie powinien czekać, tylko rozejrzeć się i taki system wsparcia sobie stworzyć. Jedynie dzieci tego nie potrafią, bo one jeszcze nie umieją zatroszczyć się o siebie, nimi muszą opiekować się dorośli.

Na ponure myśli jest jedna rada: postaraj się z kimś o tym porozmawiać. Możesz zadzwonić do znajomego lub zapytać sąsiadkę: „Pani Marysiu, czy mogłabym u pani wypić herbatę? Muszę się pani wyżalić. Wie pani, co się stało?...”. Jeśli druga osoba nie znajdzie dla ciebie czasu, to zastukaj do kolejnych drzwi. Ktoś w końcu dostrzeże twój smutek i zapyta: „Co ci jest? Czy coś się stało?”. Pocieszające jest to, że w większości trudnych życiowych sytuacji znajdują się ludzie, na których można liczyć.

A jeśli ktoś zamknie się w sobie ze swoim problemem? To jest czasami dramat bliskich ludzi, którzy stoją obok z wyciągniętymi do pomocy rękami, a osoba cierpiąca zamyka się niczym ostryga i nie chce ich do siebie dopuścić.

Co wtedy robić? Przede wszystkim trzeba zachęcić taką osobę do wyjścia z izolacji. Jest na to wiele sposobów: można ją zapraszać do siebie lub odwiedzać, proponować wspólne wyjście na spacer, do kina, na zakupy... Dość nieskuteczne i niewskazane jest mówienie: „weź się w garść”, bo jeśli ktoś jest w depresji, to właśnie tego nie potrafi zrobić. Lepiej zapytać: „Co mogłabym dla ciebie zrobić, jak ci pomóc?”. Albo przyjść i powiedzieć: „Słuchaj, nie mogę patrzeć na ten bałagan. Chodź, posprzątamy razem. Gdzie trzymasz odkurzacz? Przyniosłam karton – włóż do niego te stare gazety, a ja go wyniosę”. Można też spytać: „Czy masz jakieś pieniądze? Mogę pójść z tobą do banku...”. Albo zaproponować: „Ufarbuję ci włosy. Jaką chcesz farbę? A może zmienimy ci fryzurę?”.

Nie każ tej osobie niczego robić samej i nie zachowuj się jak prokurator, tylko wspieraj i mobilizuj do działania. Ale jedno trzeba sobie uświadomić: nad drugim człowiekiem nie masz kontroli, w najlepszym razie niektórzy ludzie potrafią mieć kontrolę nad samym sobą. Założenie, że jeśli coś zrobisz, to dana osoba przestanie się smucić, jest wchodzeniem w rolę Pana Boga. Możesz stanąć na rzęsach, a ona powie: „Nie chcę pomocy, ja chcę umrzeć”. I wtedy co? Kto będzie temu winien – lekarz, bliscy? Chyba nie. Człowiek ma wolną wolę i sam decyduje o swoim życiu. Co jakiś czas świat wzburzają tragiczne wypadki, np. słyszymy: „Lekarz wypisał pacjentkę ze szpitala, a ona po wyjściu popełniła samobójstwo”. A czy można kogoś siłą zmusić, by cieszył się życiem?

Osobom ciężko dotkniętym przez los okazujemy dużo zrozumienia i współczucia. Czy to prawidłowe zachowanie? Tak, należy okazywać współczucie, ale nie litość. To zasadnicza różnica. Jeśli okazuję komuś współczucie, to znaczy, że wierzę, iż sobie poradzi, a jeśli litość – to uważam, że sobie nie poradzi. Czasami mam do czynienia z osobami, które uważają, że jak ktoś jest chory i biedny, to otoczeniu nie wypada się uśmiechać. Powstaje supeł, który trudno rozwiązać. Oczywiście, nie można zachowywać się jak klaun albo udawać, że się nie dostrzega powagi sytuacji. Natomiast przygnębienie, zły nastrój, łzy – raczej nikomu nie pomogą.

Kiedy moja mama, już umierająca, leżała w szpitalu, lekarz powiedział do mnie: „Proszę, niech pani przychodzi jak najczęściej i będzie przy mamie jak najdłużej. Ale przed wejściem do jej pokoju niech pani poprosi pielęgniarkę o środki uspokajające, żeby przy mamie nie płakać i nie przelewać na nią swego bólu i rozpaczy”. To był mądry lekarz. Pamiętam, że przywoziłam codziennie gazetę, siadałam i zaczynałam od prasówki, wtedy głównie z działu sportowego, bo odbywały się piłkarskie mistrzostwa Europy, a mama była fanką piłki nożnej. Rozbawiałam ją różnymi opowiastkami, choć zupełnie nie było mi do śmiechu. Płakałam, ale dopiero po wyjściu.

Rodzice pewnego chłopca, u którego w wieku 18 lat pojawiły się nagle ataki epilepsji, sami wpadli w depresję – z bezsilności, bezradności, z poczucia winy, że nie potrafią „zdjąć” z syna tej choroby... Widok cierpienia kochanej osoby, której nie można pomóc – jest wielkim dramatem. Bardzo współczuję tym rodzicom. Jeśli chcą dać swemu synowi wsparcie, to sami powinni być mocni. Jeśli chcą mu choć trochę poprawić samopoczucie, to sami muszą zadbać o ufność i nadzieję. Jeśli chcą dać mu wiarę w wyzdrowienie, to sami muszą w to wierzyć. Jeżeli tego nie potrafią, to mogliby porozmawiać z psychoterapeutą, który pomoże im poradzić sobie z tym nieszczęściem.

Drugiemu człowiekowi możesz dać tylko to, co sam masz. Chcąc komuś pomagać, trzeba zadbać o własne zdrowie psychiczne – pogodę ducha, energię, gotowość działania i umiejętność wsparcia. Dlatego ktokolwiek opiekuje się osobą chorą, nie może pozwolić sobie na depresję.

Z tym wiąże się jeszcze coś: ludzie chorzy, widząc, jak bardzo ich bliscy to przeżywają, martwią się o nich i obciążają siebie winą za ból i trudy, jakich im przysparzają. Jednym i drugim to bardzo szkodzi. Dlatego bliskim, którzy opiekują się chorym, powinni pomagać specjaliści.

Jak wygląda taka pomoc? Psycholog w takiej sytuacji skupia się na uwolnieniu od poczucia winy, ułatwieniu pogodzenia się z trudnym położeniem. Pokazuje, że mogło być gorzej i że to, co się stało, to jeszcze nie koniec świata. Obcięło komuś jedną nogę, a mogło obie. Stracił wzrok, ale ma słuch. Nie ma wzroku i słuchu, ale ma dwie sprawne ręce... Trzeba się tylko zastanowić, jak wykorzystać swój potencjał i dostępne zasoby. Co z tym, co zostało, można w życiu zrobić dobrego. Ograniczenia nie muszą odbierać uśmiechu i zdolności przeżywania radości życia. Mam niewidomą znajomą, która po powrocie ze Stanów z zachwytem mówiła: „Ile ja tam wspaniałych rzeczy zobaczyłam!”.

Amerykański rysownik, John Callahan, został sparaliżowany w wyniku wypadku samochodowego. Wpadł w depresję i alkoholizm, ale po kilku latach zaczął trzymać ołówek pomiędzy rękoma, którymi z trudem poruszał, i tworzyć pełne humoru historie obrazkowe dotyczące niepełnosprawności. Zdobył nimi ogromną popularność. Dobry przykład. Kluczem do zdrowia psychicznego jest akceptacja tego, co nas spotyka. Ona przynosi spokój. Każda szamotanina, niezgoda na coś, jest bezowocnym zużyciem energii. Trochę szkoda, że Callahan zapłacił za swoje odrodzenie epizodem depresyjno-alkoholowym. Bo to nie zawsze dobrze się kończy…

Może czasem trzeba sięgnąć dna, by mieć od czego się odbić? Na cmentarzach jest sporo grobów ludzi, którzy sięgnęli dna. Dlatego nikomu nie pozwalajmy, by tego próbował. Trzeba starać się jak najlepiej przeżyć każdą sekundę życia. Dbajmy świadomie o jakość naszego życia – mamy je tylko jedno. W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. Jeżeli człowiek stara się je pomnażać, to dba o siebie i o innych, buduje, a nie niszczy. Tak pojmuję sens życia.

  1. Psychologia

Życie to nie regaty, żegluj przez nie we własnym tempie. Jak żyć, żeby nie dać się złym nastrojom

Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... (Fot. iStock)
Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... (Fot. iStock)
Nadmierne tempo życia jest sprzeczne z ludzką naturą, przynosi złe skutki. A depresja to nasza nauczycielka, tylko bardzo okrutna, bo przychodzi często wtedy, gdy jesteśmy już wrakiem człowieka – kompletnie zużyliśmy życiową energię. Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło.

Artykuł z archiwalnego numeru magazynu "Sens." Przypominamy go w lutym - Miesiącu Walki z Depresją.

Świat narzuca dziś zawrotne tempo życia, pośpiech... Czy to nie sprzyja depresji? Oczywiście, że tak. Ale nie zawsze to świat narzuca takie tempo, czasami sami fundujemy sobie ten kit, goniąc wciąż za sukcesami. A one mają to do siebie, że nie tyle zaspokajają nasze potrzeby, ile stymulują nowe. Sukces jest jak narkotyk – jeśli go spróbujesz i ci zasmakuje, to sięgasz po następną dawkę. I tym sposobem stajesz się niewolnikiem gonitwy. Ten pośpiech nie musi mieć wcale fizycznego wymiaru prędkości, bo to może być siedzenie przy klawiaturze czy gotowanie, ale samo nastawienie, że ma być więcej, lepiej, szybciej... powoduje, że bierzesz udział w jakimś wyścigu, maratonie. W każde osiągnięcie trzeba włożyć dużo energii, tak więc osoba, która żyje w zawrotnym tempie, jest narażona na depresję w pierwszym rzędzie, bo zużywa energię, a nowej organizmowi nie dostarcza. Jeśli ktoś co wieczór zasuwa do dyskoteki, rano niewyspany biegnie do pracy, a potem jeszcze na areobik czy siłownię, to nawet gdy jest młody i zdrowy – w sensie psychicznym eksploatuje się. To tak jak z kopalniami – pokłady węgla mogą być bardzo bogate, ale po nieustannym wydobywaniu, wreszcie się wyczerpią.

A jeśli w moim kalendarzu – wypełnionym wprawdzie po brzegi – znajdą się oprócz obowiązków także zajęcia sportowe, kino czy pogaduszki z koleżanką? Jeśli masz kalendarz wypełniony obowiązkami codziennie od góry do dołu i to przez długi okres, to żeby nie wiem co, grozi ci wypalenie. Nawet gdy ułożysz najbardziej racjonalny grafik, w którym znajdzie się i praca, i sport, i wakacje..., ale narzucisz sobie reżim w realizacji zapisanych zadań, to jest absolutnie oczywiste, że któregoś dnia organizm wystawi ci za to słony rachunek.

Dlaczego? Bo reżim rodzi stres, a ten sprzyja depresji. W kalendarzu powinny się znaleźć wolne okienka – kiedy do nich dochodzisz, dopiero wtedy zastanawiasz się, co masz ochotę w tym czasie zrobić. Do planu zajęć należy podchodzić bez zbytniego napięcia, traktować go elastycznie. No bo co z tego, że w szczegółach zaplanujesz sobie tydzień czy miesiąc, jak nagle zadzwoni przyjaciel i powie: „słuchaj, mam wolny bilet na przegląd filmów w Kazimierzu”, a ty przecież tak bardzo kochasz kino? Co z tego, że w kalendarzu masz zapisane: środa, godz. 17 – turniej squasha, kiedy rozkłada cię temperatura i słaniasz się na nogach? Jeśli dowiedziałabym się, że przyjacielowi umarł pies i mogłabym jakoś mu pomóc, to cokolwiek by się działo, odłożyłabym coś, nie zdążyła, przesunęła termin... Zdarzają się sytuacje, które całkowicie zmieniają twój grafik. Albo okaże się, że plan jest może i dobry, ale źle dopasowany do twojej aktualnej dyspozycji psychicznej, fizycznej czy duchowej.

Aby przedstawić najlepszy obrazowy model tego, jak trzeba żyć, chętnie używam metafory nawigacji w żeglowaniu: wyruszenie z przystani i obranie sobie celu nie oznacza, że dopłyniemy do niego najkrótszą drogą. Musimy podporządkowywać swój zamiar temu, co spotka nas po drodze: rafa, wyspa, szkwał lub flauta, może też zdarzyć się jakaś usterka jachtu, którą trzeba usunąć, czasem musimy się nawet cofnąć... – mimo tych przeszkód nadal chcemy tam dopłynąć i na pewno dopłyniemy, chociaż nadkładając drogi. Ale jeśli wystartujemy w regatach, to już istnieje duże ryzyko, że będziemy narażeni na ciągły stres. Jaki stąd morał? Żegluj przez życie, ale nie czuj się jak na regatach. I jeśli Kowalski dopłynie szybciej, to świetnie. W porcie zapytasz go, jak mu się płynęło.

Kto najczęściej narzeka na spadek formy psychicznej? Z całą pewnością osoby nadmiernie ambitne. Także perfekcjoniści, którzy nie tylko lubią robić wszystko jak najlepiej, ale cokolwiek robią, chcą być w tym doskonali. A to niemożliwe, bo doskonałość jest z założenia nieosiągalna. Chodzą więc wciąż niezadowoleni. Następna cecha sprzyjająca depresji to poczucie niskiej wartości... – ludzie, których dotyka ten syndrom z powodu różnych zresztą okoliczności życiowych, cały czas usiłują coś komuś udowodnić i wtedy wkraczają w toksyczne koło. W gronie bardziej podatnych na tę chorobę są również ci, którzy noszą w sobie poczucie krzywdy i za pomocą rozmaitych osiągnięć chcą coś sobie wynagrodzić. W zawrotne tempo wciągają się również ludzie, którzy złe wzory, zasady organizowania sobie życia wynieśli z rodzinnego domu: skoro mama i tata wciąż za czymś gonili, to trudno się potem dziwić, że młodzi ludzie też pędzą przez życie. Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... Nadmierne tempo życia jest sprzeczne z ludzką naturą. To musi pociągnąć za sobą złe skutki.

Ale świat wymusza na nas pewne zachowania... Nie, nie wymusza, on nam tylko je oferuje, a wybór, co z tej oferty weźmiemy dla siebie, zależy tylko od nas. To nie znaczy, że mamy zamykać się w pustelni, ale też nie wolno ulegać wszystkiemu, co daje współczesny świat, bo wtedy ryzykujemy, że zmęczy nas bycie sobą i pewnego dnia ockniemy się kompletnie bez sił, w stanie totalnego wyczerpania.

Jak więc iść przez życie, by się nie przewrócić? Najważniejsze: słuchać samych siebie. Trzeba mieć zdolność wyławiania informacji, które ciało, umysł i dusza przekazują poprzez uczucia i emocje, jakie się w nas pojawiają. One właśnie sygnalizują napięcia, przesadną ambicję, nadmierny wysiłek czy wybór kierunku, który de facto wcale nie jest zgodny z naszym systemem wartości, bo np. wszyscy mają po dwa samochody, to ty też chcesz – bierzesz więc dodatkowe prace, by na niego zarobić.

Musimy nauczyć się czytać w swoich uczuciach, dopuszczać do głosu tę mowę ciała i duszy, bo tylko wtedy będziemy wiedzieć, co się z nami naprawdę dzieje. Jeśli ktoś stale pędzi, to nie wie, czy mu się guzik urwał czy nie, czy skaleczył sobie nogę czy nie – dopiero jak dopędzi do celu, widzi, że ma krwawiącą ranę i bąble na stopach. Powtarzam więc, że najważniejsze to nauczyć się języka własnych uczuć.

Czasami też pomagają okoliczności zewnętrzne lub bliscy ludzie. Niekiedy właśnie im zawdzięczamy to, że w pewnym momencie zwalniamy. Na przykład mama, która powie: „oj, dziecko, chyba za dużo pracujesz” albo: „popatrz, nie widziałyśmy się już tak dawno”... A ja na to: „Mamo, bardzo chciałabym częściej się z tobą spotykać, ale mam tyle różnych obowiązków...”. I to właśnie trzeba w sobie usłyszeć. I wiedzieć, że zachodzi tutaj typowe zjawisko: mechanizm obronny odrzuca prawdę. Stawiasz przed sobą krzywe zwierciadło, które ci pokazuje rzeczywistość taką, jaką chcesz widzieć.

Ordynator mówi do pielęgniarki: „Pani Haniu, pani dzisiaj znowu w pracy?! Oj, za dużo bierze pani tych dyżurów”. A pani Hania: „Ale ja muszę kupić synowi nowe dżinsy, a córka marzy o deskorolce”, no i koło się zamyka. Bardzo często nie słyszymy, co tak naprawdę sygnalizują nam ludzie, którym na nas zależy. A właśnie poprzez słowa, jakie do nas kierują, możemy rozpoznać własne uczucia. Żeby to jednak zrobić, trzeba siebie znać i siebie słuchać.

I wiedzieć, kiedy zwolnić lub się zatrzymać? Tak. Jeśli ktoś nie umie się zatrzymać, to musi się tego nauczyć. Nie ma innego wyjścia. Tak jak musi nauczyć się angielskiego, gdy chce czytać Faulknera w oryginale. Depresja to odpowiedź duszy – na krzywdę, nadużycie, udrękę, umęczenie, odpowiedź, której nie da się nie usłyszeć. Depresja to nasza nauczycielka, tylko bardzo okrutna, bo przychodzi często wtedy, gdy jesteśmy już wrakiem człowieka, kiedy przypominamy drzewo z wypalonym pniem – kompletnie zużyliśmy życiową energię. Ale dopóki serce bije, dopóty jest szansa na ratunek. Tak więc czasem depresja nam się przydaje, bo gdybyśmy nie mieli takiego ratownika, który łapie nas mocno w kleszcze i nie pozwala zrobić kroku dalej, to pewnie byśmy ten krok zrobili i... runęli w przepaść.

Co z tego, że chciałabym popatrzeć na góry, posłuchać swoich myśli, jak wciąż muszę robić coś innego. Coś zawsze będzie kosztem czegoś. Albo kosztem siebie, albo kosztem tego, co uważam, że muszę. W pewnym momencie trzeba się zatrzymać i tak jak w każdej chorobie powiedzieć: „dziś nie pojadę do pracy, bo mam grypę”.

Jeśli damy sobie prawo, żeby się wyłączyć, zostawić, odwrócić, to poddamy się temu naturalnemu procesowi odzyskiwania siebie. Są ludzie, którzy tego nie umieją lub się boją z czegoś zrezygnować, bo uważają, że im coś przeleci, przepadnie i potem już tego nie złapią, nie odzyskają, np. że ktoś zajmie ich miejsce pracy albo przedsiębiorstwo upadnie, gdy wezmą sobie tydzień wolnego. Właśnie takie osoby najczęściej dopada depresja. A kiedy już je dopadnie, to i tak przecież nie będą mogły wstać z łóżka i pójść do pracy. To wszystko wynika właśnie z naszego wyścigu przez życie. Z tego maratonu trzeba się czasami wyłączyć, niekiedy nawet zaryzykować, że może rzeczywiście ktoś zajmie twoje miejsce, ale wtedy ty ocalisz siebie.

Jak nauczyć się czytać siebie? Wsłuchanie się we własne myśli i uczucia wymaga uwagi. Jeśli poświęcasz ją czemuś innemu, np. pracy, to oczywiście trudno obrócić ją ku sobie. Czytanie siebie następuje w harmonii, w wyciszeniu, skupieniu... – w uspokojeniu systemu nerwowego. Każdy sam musi znaleźć sposób i miejsce, w którym najlepiej siebie słyszy.

Dawniej ludzie siadali sobie co jakiś czas na przyzbie i patrzyli w dal. Wychodzili wieczorną porą pogapić się na rozgwieżdżone niebo. Podczas sprzątania domu ktoś nagle zastygał z miotłą pod brodą i trwał tak przez długą chwilę, zasłuchany we własne myśli. Takie momenty mogą być drogocennym źródłem wyciszenia i refleksji – inaczej nie sposób ich w sobie wzbudzić. Niezadowolenie z życia, które się przeradza w chandrę, przygnębienie, smutek, dół, pogorszenie nastroju – wynika tak naprawdę z tego, jak sami sobie poukładaliśmy w głowie.