1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kolejny przewodnik po damsko-męskiej komunikacji Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej - „Instrukcja obsługi kobiety”

Kolejny przewodnik po damsko-męskiej komunikacji Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej - „Instrukcja obsługi kobiety”

Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jak zrozumieć kobietę? Czy to jest w ogóle możliwe? Nie tylko mężczyzna zadaje sobie to pytanie. Często sama kobieta ma wątpliwości, czy wie czego w danej chwili chce. Spokojnie, to wcale nie jest takie skomplikowane na jakie się wydaje. Po prostu potrzeba instrukcji! Po sukcesie Instrukcji obsługi faceta Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska odważnie podjęły się pracy nad bardziej skomplikowaną połową ludzkości – KOBIETĄ.

Jak zrozumieć kobietę? Czy to jest w ogóle możliwe? Nie tylko mężczyzna zadaje sobie to pytanie. Często sama kobieta ma wątpliwości, czy wie czego w danej chwili chce. Spokojnie, to wcale nie jest takie skomplikowane na jakie się wydaje. Po prostu potrzeba instrukcji! Po sukcesie Instrukcji obsługi faceta Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska odważnie podjęły się pracy nad bardziej skomplikowaną połową ludzkości – KOBIETĄ. Efektem pracy autorek, jest książka Instrukcja obsługi kobiety, której premiera 28 lutego 2018. Śmiało można uznać ten projekt za sukces i z radością polecić wszystkim kobietom, które chciałyby lepiej poznać siebie i schematy, które nimi kierują. Oraz mężczyznom, którzy gubią się w meandrach kobiecego świata lub chcą dowiedzieć się więcej o płci pięknej.

Co to znaczy być kobietą? Czym jest kobiecość? Czym kobieta różni się od mężczyzny? Z czym się rodzi, a co jest jej społecznie wpojone? Jaki to ma wpływ na jej dorosłe życie? Wreszcie, jakie kobieta ma potrzeby i czy ma prawo do ich egzekwowania?
Rozmowy o kobiecości można prowadzić w nieskończoność, są fascynujące i zawsze niosą za sobą nowe odkrycia. Kobieca natura jest wielopoziomowa i posiada niezliczone oblicza. To czyni ją piękną i ciekawą. Jak jednak radzić sobie z codziennymi trudnymi sytuacjami? Jak przerwać koło powracających problemów lub rozpracować schemat postępowania, który utrudnia kobietom czerpanie szczęścia z tego co mają? Dlaczego obrażanie się i ciche dni z jednej strony tak bardzo ją męczą, ale mimo to nie potrafi inaczej reagować na zranienie? Dlaczego nawet, gdy pozornie ma wszystko, nie potrafi się tym cieszyć? Jestem gruba, brzydka, nikt mnie nie pokocha – nigdy nie powiedziałaby tak do swojej przyjaciółki, dlaczego jest tak okrutna wobec siebie? Dlaczego kupuje karnet na siłownię, nie korzysta z niego, później ma wyrzuty sumienia z tego powodu? Czy należy przepraszać własne dziecko? Czasem mam naprawdę dość moich dzieci i chciałabym uciec – czy jestem złą matką?

Książka Instrukcja obsługi kobiety jest podzielona na rozdziały sformułowane w formie pytań kobiet, najczęściej pojawiających się rozterek lub wątpliwości dotyczących sytuacji jakie je spotykają. Autorki każde pytanie traktują jak zagadnienie, zasługujące na rozszyfrowanie i przepracowanie.

Czytając wybrane tytuły rozdziałów, każda kobieta w pierwszej chwili doświadczy zaciekawienia, bo spotka się z czymś mocno i emocjonalnie związanym z jej życiem. Zaraz potem pojawi się nadzieja, że może jest jakaś odpowiedź, która odczaruje lub rozpuści negatywne uczucia, związane z danym tematem. Po zagłębieniu się w empatyczne i rzeczowe odpowiedzi autorek, można przejrzeć się niczym w lustrze. A to już jest dobry, pierwszy krok do zmiany – zmiany zachowania albo podejścia do danej sprawy. Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska tłumaczą jak nie dać się zwariować. Wyjaśniają, jak odczytywać pewne mechanizmy rządzące KOBIECĄ psychiką i jakie jest ich drugie dno. Często to, co pokazują na zewnątrz, jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Na szczęście można dotrzeć do jej podstaw, i co ciekawe, to wcale nie jest takie trudne.

Chciałabyś, żeby Twój facet zaczął dostrzegać przyjemność i radość w czynieniu Ciebie szczęśliwą? Po pierwsze naucz się czytać co NAPRAWDĘ stoi za Twoimi emocjami – dowiesz się, o co naprawdę ci chodzi. Po drugie zrozum, że wszystkie emocje są w porządku i masz do nich prawo. Po trzecie – pokaż mu tę książkę.
Treści książki podane są w sposób skondensowany i łatwy do szybkiego zastosowania w życiu codziennym.  Pomoże tutaj także humorystyczny, pełny luzu język, który szybko trafia do kobiety i rozwija w niej większą świadomość siebie. Mężczyzna dowie się z Instrukcji obsługi kobiety, w jaki sposób kobiety myślą i czują, to pomoże mu zaakceptować, zrozumieć i właściwiej reagować na zachowania i potrzeby partnerki, a może nawet je wyprzedzać. Ponadto, mężczyzna dowie się w końcu, jak wielka moc potrafi tkwić zarówno w małych rzeczach i jego gestach, jak i tych większych zmianach, których od niego oczekuje kobieta.

Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska w swojej Instrukcji obsługi kobiety odpowiadają na przeróżne pytania kobiet, dotyczące przeróżnych sfer i zagwozdek życiowych. Tak jak złożone są kobiety, tak samo różnorodne zagadnienia pojawiają się w książce. Ponadto, przy każdym rozdziale znajduje się strona z afirmacjami. Uwaga! Nie ma ograniczeń wiekowych.

Fragment książki:

Jak zadowolić kobietę seksualnie?

Suzan: W pierwszej chwili to pytanie może wydawać się niepotrzebne, a odpowiedź na nie oczywista, ale wcale tak nie jest. Wielu mężczyzn nie wie jakie oczekiwania ma kobieta oraz, jak zacząć zbliżenie seksualne. A to rozpoczęcie jest przecież najważniejsze! Faceci czasami nie zdają sobie sprawy z mocy gry wstępnej oraz z tego, jak ważna jest ona dla kobiety. Niewiele kobiet lubi szybkie numerki i niewiele potrafi od razu osiągnąć rozkosz. Większość potrzebuje trochę czasu i rozgrzewki.

Katarzyna: Większość kobiet lubi być oderwana od normalności, czyli wprowadzona w stan nadzwyczajny. Do tego potrzebna jest gra wstępna.

O autorkach:

Katarzyna Miller – psycholożka, psychoterapeutka i poetka z wieloletnią praktyką terapeutyczną w zakresie terapii indywidualnej, małżeńskiej i grupowej. Na stałe związana z magazynem „Zwierciadło". Wykładowczyni na podyplomowych Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim oraz na licznych warsztatach rozwojowych dla kobiet. Autorka i współautorka wielu książek, m.in. Nie bój się życia, Królowe życia i król, W życiu jak w kinie, Kup kochance męża kwiaty, Chcę być kochana tak jak chcę. Rozmowy terapeutyczne (Wydawnictwo Zwierciadło).

Suzan Giżyńska – reżyser i copywriter, twórczyni akcji społecznych (m.in. „Zespół Downa. Zrozum i daj żyć” dla Olimpiady Specjalne Polska) oraz spotów reklamowych. Wiele lat pracowała w agencjach reklamowych (DDB oraz Young & Rubican). Wielokrotnie nagradzana (m.in. KTR 2010, Kreatura 2006).
Napisałyśmy to dla Was babeczki, żebyście lepiej zrozumiały same siebie. Koniecznie pokażcie tę książkę Waszym facetom – żeby Was lepiej wyczuwali.

Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska

Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Wiejskie życie Kasi Miller

Katarzyna Miller uwielbia piękne wnętrza, mogłaby je projektować zawodowo, ale tylko dla osób o podobnym guście, bo jak sama mówi, nie jest minimalistką. (Fot. Celestyna Król)
Katarzyna Miller uwielbia piękne wnętrza, mogłaby je projektować zawodowo, ale tylko dla osób o podobnym guście, bo jak sama mówi, nie jest minimalistką. (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Niełatwo tu trafić, ale jak już się dotrze, chciałoby się zostać na długo. Psychoterapeutka Katarzyna Miller oprowadza nas po swoim sielskim domu w Kazimierzu Dolnym i opowiada o miłości do przedmiotów. 

Kazimierz Dolny odwiedzam regularnie od czterdziestu paru lat, jak nie więcej. I za każdym razem ogarniała mnie tu mieszanka uczuć silna i pierwotna, niemal z trzewi. Radość, tęsknota, ekscytacja… No totalne zakochanie. Patrzyłam na jakieś miejsce, na chałupinkę malusieńką i myślałam: „Boże, żebym choć to mogła mieć. Postawiłabym sobie na trawie fotelik, stoliczek, posadziłabym jakieś kwiatuszki i bym tak sobie siedziała”.

Kwiaty wypełniają zarówno dom jak i werandę. (Fot. Celestyna Król) Kwiaty wypełniają zarówno dom jak i werandę. (Fot. Celestyna Król)

Raz było tak, że akurat nazbierałam pieniędzy i okazało się, że jest tu do kupienia maleńki domeczek. Pomknęłam jak na skrzydłach z myślą: „Kupuję! Wreszcie mnie stać”. Mój Edek orzekł: „To jest ruina”, koleżanka, która akurat budowała dom, wsadziła palucha w mur i powiedziała: „Jeśli chcesz to wyburzyć i wybudować na nowo…”. Załamałam się, bo miałam pieniądze na kupno, nie na remont. Zrezygnowałam, odpłakałam swoje i westchnęłam: „No, trudno”. Po czym znów odłożyłam trochę pieniędzy. Miałam upatrzony domek kanadyjski i działkę w Płońsku. Ale zadzwonił nasz przyjaciel, architekt Waldemar Doraczyński: „Słuchajcie, jest działka, którą zdecydował się sprzedać... – i tu będzie romantyczna historia – nieszczęśliwy mąż. Cztery lata temu stracił żonę, mieszkali w domku z ogrodem, ale odkąd ona umarła, jego noga tu nie postała”. Pojechaliśmy i zobaczyliśmy dżunglę. Dzikie wino zakryło płaszczem chatkę i cały ogród, niemalże je zadławiło. Jak ja w tym wszystkim zobaczyłam nasz dzisiejszy dom, nie wiem, ale trzy lata później tu stanął.

Widok na dom od strony werandy zamkniętej. (Fot. Celestyna Król) Widok na dom od strony werandy zamkniętej. (Fot. Celestyna Król)

Z widokiem na dolinę

Najpierw wymyśliłam chałupę chałupiastą, niedużą, wygodną, z ciemnego drewna. Ale Waldek poznał nas ze świetnymi cieślami, Piotruś Ogórek nimi zarządzał. Jeździli po okolicy i zbierali stare drewno. Dzięki nim nasz dom zrobiony jest z odzyskanego modrzewia. Środek jest z nowej sosny.

Za kominkiem w salonie sprytnie ukryto wejście na górę. (Fot. Celestyna Król) Za kominkiem w salonie sprytnie ukryto wejście na górę. (Fot. Celestyna Król)

Wszystko miałam w głowie, wiedziałam, że będzie kuchnia połączona z salonem dla gości, no i nasze pokoje, ale włączył się Eduś: „Ma być góra. Będę się z niej wychylał, by mówić ci, co masz robić” [śmiech]. I tak wizja niedużej chałupy zaczęła się rozrastać. I teraz dół jest mój, a góra jego. Zmieściła się tam też – jak lubię ją nazywać – świetlica, czyli czytelnia, i pokoiki gościnne dla moich przyjaciółek. Błękitno-biały i żółty jak jajeczko.

Uwielbiam projektować, wnętrza to moja miłość.
Mogłabym urządzać wnętrza to zawodowo, ale byłyby to domy dla szczególnego typu osób. Bo ja nie jestem minimalistką. Wymyśliłam na przykład patent, że łazienki powinny do siebie przylegać. Wtedy robi się prostokąt, który dzieli się na pół. A Edek wymyślił, że u nas nie wiadomo właściwie, gdzie są schody na górę, zaoszczędziliśmy w ten sposób dużo miejsca.

Od początku było wiadomo, że w kazimierskim domu będzie panował niebieski. (Fot. Celestyna Król) Od początku było wiadomo, że w kazimierskim domu będzie panował niebieski. (Fot. Celestyna Król)

Co jest dla mnie kwintesencją domu? Kanapy, fotele, leżaki, hamaki, stoły, stoliczki, kredensy. Żeby było gdzie usiąść, coś zjeść i porozmawiać. Dom na wsi musi mieć też taras. My mamy dwa. Na zakrytym lubię siedzieć podczas burzy – ale takiej fest, z piorunami – owinięta w koce. A jak trzeba obejrzeć zachód słońca, to wychodzimy na taras odkryty. Boże, co to jest za spektakl – Paramount Pictures normalnie. Kiedyś chciałam mieszkać w samym środku Kazimierza, a dziś jestem taka szczęśliwa, że mam widok na dolinę, że mam spokój, ciszę.

Letnie śniadania smakują równie dobrze w przestronnej kuchni, jak i na tarasie. (Fot. Celestyna Król) Letnie śniadania smakują równie dobrze w przestronnej kuchni, jak i na tarasie. (Fot. Celestyna Król)

Jestem kredensiarą

Trochę tu Prowansji, trochę dworku i całkiem sporo mieszczańskiego salonu, bo ja jestem bardzo mieszczańska w sensie stylu. Lubię, jak we wnętrzach łączy się stare z nowym, ale niezbyt nowoczesnym. No i kolor. To dla mnie baza życia. Chętnie tworzę wyspy kolorystyczne, widać to zwłaszcza w moim warszawskim mieszkaniu. Jak się okazało, że dom kazimierski będzie miodowy, od razu zobaczyłam niebieskie okiennice i drzwi – kolor capri. Gdyby był mniejszy, pewnie byłby cały biało-niebieski: trochę grecki, trochę szwedzki, a trochę marynarski.

Łazienka na dole jest bardziej stonowana, oliwkowo-biała. (Fot. Celestyna Król) Łazienka na dole jest bardziej stonowana, oliwkowo-biała. (Fot. Celestyna Król)

Dom na wsi dla mnie musi być usadzony, jakby stał tu nie wiadomo od kiedy. Dużo rzeczy kupowałam na warszawskim Kole, w Lublinie na targu staroci i w galerii Lirka w Warszawie. Tam zobaczyłam biały kredens z kryształowymi szybkami. Chciałam, by tu było ślicznie, kupiłam więc kolejny, niebieski, i jeszcze jeden, malutki, który dosłownie czekał na mnie na targu.

Kolekcja porcelany, oczywiście z dominantą błękitu. (Fot. Celestyna Król) Kolekcja porcelany, oczywiście z dominantą błękitu. (Fot. Celestyna Król)

Jestem kredensiarą, mogłabym mieć z dziesięć kredensów. Ale największy mój świr to filiżanki. Mam ich niewiarygodną ilość. Co  musi mieć filiżanka, żeby mi się spodobała? No, musi mi się spodobać. I jeszcze karafki uwielbiam, w kuchni mam całą półkę biało-niebieskich przecudnych mleczników. Nie mogę się oprzeć, jak coś jest dzbanuszkiem, filiżaneczką albo miseczką.

Na dole króluje błękitny kredens – kupiony i przemalowany w galerii Lirka przy Brackiej 18 w Warszawie. (Fot. Celestyna Król) Na dole króluje błękitny kredens – kupiony i przemalowany w galerii Lirka przy Brackiej 18 w Warszawie. (Fot. Celestyna Król)

Frykasy i obrazy

Co jest kazimierskiego u mnie w domu? Ptaszki i żaby z metalu, ze dwa garnki kamienne… Cuda i cudeńka z Lawendy Agnieszki Głowackiej na rynku. Nalewki są kazimierskie, od Marka Stonia, choć nie tylko. No i to fantastyczne jedzenie! Ania Łuczywek z Mlecznej Drogi robi kozie sery jak francuskie, a Basia z Lipowej Doliny – świetne pasztety, nóżki, ćwikłę. Kulebiaki, cebularze, koguty i chleby na zakwasie są od Basi Sarzyńskiej z jej słynnej kazimierskiej piekarni. Na rynku mamy też pyszne miody i kwiaty od pana Mirka i pana Stasia. Jak się mieszka w Kazimierzu, trzeba mieć też tutejszych malarzy. Na wejściu nad komódką mam więc Janusza Michalaka. Jest Jagódka Kołodziejska, Jurek Krzysztoporski, Krzyr, Tadzio Strzępka, Uta Gnatowska, „Subik”, czyli Marcin Sobkowiak. Moje ukochane motywy to woda i droga, pejzaże – bez ludzi. Chyba że na portretach.

Przestronna kuchnia daje pole do kulinarnych popisów. (Fot. Celestyna Król) Przestronna kuchnia daje pole do kulinarnych popisów. (Fot. Celestyna Król)

Prowadzę dwa domy i dwa życia – warszawskie, czyli miejskie. I kazimierskie, czyli wiejskie. Oba uwielbiam. Warszawę wolę w tygodniu, Kazimierz latem i w weekendy. Tu czas płynie inaczej, rzeczy mają inną proporcję, ja jestem kimś innym. Jestem starsza, spokojniejsza, chyba trochę smutniejsza, bardziej refleksyjna. No i tu czuję się częścią przyrody. Cała jestem w liściach, kwiatach i w ptakach. 

„Nie mogę się oprzeć, jak coś jest dzbanuszkiem, filiżaneczką albo miseczką”, mówi Kasia. (Fot. Celestyna Król) „Nie mogę się oprzeć, jak coś jest dzbanuszkiem, filiżaneczką albo miseczką”, mówi Kasia. (Fot. Celestyna Król)

  1. Psychologia

Wymyśliłam sobie ciebie

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zakochani idealizujemy partnera, a potem przeżywamy rozczarowanie. Czy tak musi być? Czy można od początku widzieć prawdziwego człowieka i uniknąć pomyłki? Co dzieje się z nami, kiedy minie faza zakochania, i jak należy wtedy postępować – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Czasem, kiedy się rozstajemy, trudno nam powiedzieć, jaki właściwie był nasz partner. Bo zakochane stworzyłyśmy sobie jego wyidealizowany obraz. Tak daleki od oryginału, jakbyśmy wymyśliły sobie zupełnie innego człowieka niż ten żyjący obok nas. No a potem... ogromne rozczarowanie. Rozstanie albo życie obok siebie, a nie ze sobą. Co zrobić, żeby uniknąć takiego scenariusza?
Na tym właśnie polega czar zakochania, że nasz wybrany wydaje się nam rycerzem bez skazy. Wymyślamy sobie, jaki jest wspaniały, bo pierwszym etapem romantycznej miłości, podkreślam – romantycznej – zawsze jest idealizowanie! Zakładamy różowe, a nawet bardzo różowe okulary. Widzimy tylko zalety i lekceważymy wady. Czasem już samo to, że w naszym życiu singla po wielu nieudanych związkach lub bez związków zjawił się ktoś, uznajemy za niesamowite. A jeśli oboje przeżywamy ten rodzaj uniesienia, to nawzajem umacniamy się w tym, że nasze spotkanie jest cudem. Wynajdujemy wszystko, co w nas jest podobne. Oboje lubimy narty i czereśnie! Byliśmy w dzieciństwie chorzy na świnkę! Znajdujemy także dowody na to, że kieruje nami przeznaczenie, a nasza miłość ma jakiś wielki cel. Gdyby tego całego oczarowania i czarowania nie było, to byśmy się w ogóle ze sobą nie splątali...

Musimy odlecieć, żeby miłość mogła się narodzić?
Oczywiście! Spotykamy wielu ludzi, jednych lubimy mniej, innych bardziej. Dostrzegamy ich wady oraz zalety. Ale nie dostajemy przy nich amoku i nie latamy na randki, zapominając o przyjaciółkach czy pracy. Zakochani tak właśnie postępują, bo są w stanie kompletnego „oszołomstwa”. Endorfiny buzują. Większość ludzi uwielbia ten stan właśnie dlatego, że rzeczywistość wydaje się piękniejsza, wszystko jest możliwe! Nic nas wtedy nie martwi, bo nic nas nie obchodzi – oprócz tej jednej, jedynej osoby, o której tak naprawdę niewiele wiemy...

I tak sobie tylko latamy?
Parę miesięcy albo i ponad rok. Dłużej nie, choć gdy para widzi się tylko od święta, to taki stan może trwać i kilka lat. Ale kiedy zamieszkają razem, to te ich zachwyty niechybnie osłabną. No bo wtedy okaże się, że on otwiera okno, bo mu gorąco, a ona je zamyka, bo wciąż jej zimno! Ona kładzie się wcześnie, a on późno. Ona lubi mieć w domu kwiaty, a on mówi: „Po co naniosłaś tyle zielska?”. Ona proponuje: „Chodźmy w niedzielę na obiad do moich rodziców...”.

A on wścieka się i mówi, że nie pójdzie, bo wystarczy, że ona wciąż tam bywa!
Trafiła do mnie taka para, która po okresie zakochania zaczęła przeżywać ogromny konflikt z powodu jej przywiązania do rodziców i jego ogromnej niechęci do jego własnych. To, że ona prawie codziennie odwiedzała matkę, zaczęło mu przeszkadzać dopiero, kiedy zostali małżeństwem. Zapytał: „Co ty tak ciągle latasz do tych swoich rodziców?”. No, ale to nie pomogło, więc zaczął się irytować i nakręcać: „Wszystko, co jest w niej głupiego, to po nich! Jak nie będzie się z nimi spotykać, to będzie taka, jak sobie wymarzyłem! Taka, jak tego chcę!”.

A nie jest tak, że po wizycie u rodziców, teściów często dochodzi do kłótni?
Oczywiście, bo rozmaite problemy emocjonalne wynieśliśmy właśnie z rodzinnego domu. Ale przecież nie wystarczy tylko do rodziców „nie latać”, by te problemy zniknęły! Mój pacjent coraz bardziej się pieklił, a że nic z tego nie wynikało, to w końcu powiedział żonie: „Albo oni, albo ja!”. Postawił ją w strasznej sytuacji! I okazał się nieprawdopodobnie apodyktyczny. Tak jak był na początku nieprzytomnie w niej zakochany, tak potem stał się nieprzytomnie na nią wściekły.

Oboje byli sobą „rozczarowani”? Pomylili się, biorąc ślub, zwiodły ich różowe okulary?
Patrząc powierzchownie, można tak sądzić. Jednak tak naprawdę stało się dokładnie to, co miało się stać... Zacznijmy od tego, że nie przez przypadek zakochujemy się w tej właśnie osobie. Psychoanalityk Carl Gustav Jung powiedziałby, że do pełni swojego rozwoju każdy człowiek potrzebuje obu aspektów płci. Kobieta pierwiastka męskiego (siły, pewności, zimna, ciemności), mężczyzna – kobiecego (delikatności, czułości, ciepła, jasności). Dlatego kobieta zakochuje się w tym mężczyźnie, w którym dostrzega to, czego jej samej brakuje do pełni kobiecości. A mężczyzna zakochuje się w kobiecie, w której dostrzega to, czego jemu brakuje do pełni męskości.

Ale to psychologiczna wersja mitu o połówkach jabłka. A dziś chcemy być całymi jabłkami, bez uzupełniania się drugim człowiekiem!
Właśnie żeby być „pełnym jabłkiem”, czasem musimy coś przepracować, zyskać te braki psychiczne, których wychowanie nam nie dało. Jung widział powód naszego zakochania właśnie w tym pragnieniu dopełnienia siebie o nasze brakujące cechy. W naszym marzeniu o pełni.

Skąd zatem rozczarowanie zamiast „uzupełnienia”? Może to jednak nie było trafione zakochanie?
Absolutnie trafione! Jej był potrzebny niezależny i silny aspekt mocy, aby uniezależnić się od rodziców. A on tej niezależności miał aż nadto! Bo jemu właśnie brakowało umiejętności serdecznego bycia w rodzinie. Ten mężczyzna nienawidził swojego ojca, a na matkę był wściekły, bo go nie broniła przed agresją ojca. I dlatego ze swoją rodziną zerwał kontakty. Był niezależny, samodzielny i silny. Wierzył, że samo niekontaktowanie się z nimi wystarczy, aby uwolnić się od dziedzictwa wyniesionego z domu, wystarczy, by być innym niż jego ojciec tyran. Dlatego od żony także oczekiwał zerwania z rodziną. I ona się w nim zakochała, bo potrzebowała właśnie więcej niezależności od rodziny. Ale dokonanej nie pod przymusem, dlatego nadal do nich chodziła, a jej małżeństwo zawisło na włosku.

Mogli dać sobie dokładnie to, czego potrzebowali, dlaczego tak się nie stało?
Idziemy w miłość po to, aby rozwiązać dylematy i problemy, które nie zostały rozwiązane w naszej rodzinie. Ale dlatego nie zostały rozwiązane, że nikt ich rozwiązać nie umiał, więc nikt nas nie nauczył, jak to zrobić. A sam fakt bycia w związku nie wystarczy. Konfrontuje z problemem, ale nie jest narzędziem do poradzenia sobie z nim. Na szczęście ta para zamiast się rozstać, trafiła do mnie, czyli do psychoterapeutki, która takie narzędzie mogła im dać.

Czyli zakochujemy się „z sensem”, a czujemy się rozczarowani, bo to z własnym problemem nie jesteśmy w stanie sobie poradzić?
Tak, problemem podstawowym jest brak miłości. Temu mężczyźnie brakowało tego, żeby jego matka stanęła w jego obronie, nie pozwoliła ojcu go bić, obrażać, poniewierać nim. Pragnął, żeby wściekłość męża była dla niej mniej ważna niż dobro syna. Ale matka tego nie zrobiła, nie pokazała mu, że jest dla niej ważny, że go kocha. A więc on wymagał tego od swojej żony, żeby pokazała swojej rodzinie, że wybiera jego i tylko jego.

Chciał, żeby jego żona zrobiła to, czego nie zrobiła matka, bo wtedy poczułby się kochany?
Chciał od żony dostać to, czego nie dostał od matki. Pomogłam mu dostrzec, że jego wściekłość na żonę bierze się z wściekłości na własnych rodziców. Powoli, powoli zaczął to do siebie dopuszczać... Dostrzegł też, że z powodu swojego nieprzerobionego dziedzictwa stał się apodyktyczny i zimny jak jego ojciec. Przeraził się, że gdyby pojawiły się dzieci, mógłby być ojcem takim, jakim był jego ojciec...

A co dzięki terapii zrobiła jego żona?
To, czego pragnęła, czyli uniezależniła się od rodziców, stanęła na własnych nogach. Zdała sobie sprawę, że nie jest już córeczką, ale partnerką. To była praca dla niej: mniej z rodziną, a więcej z nim.

Kobiety w Polsce często mimo ślubu dalej latają do mamuś... A mąż? Ma być, ale kobieta nadal jest dzieckiem swojej rodziny. Dlatego kiedy mówi: „Chodź ze mną do moich rodziców”, mężczyzna mówi: „nie”. Bo tych rodziców jest za dużo.

Mamusie przychodzą do domów córek i wprowadzają swoje porządki: „To nie powinno być tak poukładane. To powinno być na wierzchu, a to w szufladzie. Przecież kupiłam wam komplet garnków, dlaczego go nie używacie?”. A wtedy córka, która już nie jest córeczką mamuni, ale dorosłą kobietą, może powiedzieć: „Nie będę nic zmieniać, to nasz dom, a garnki kupiliśmy inne”.

Trudno tak mamie czy teściowej powiedzieć....
A trzeba! „Dziękujemy bardzo za garnki, ale używamy tych, które sami kupiliśmy”. Tej kobiecie udało się przeciąć pępowinę, a temu mężczyźnie udało się przestać być despotą i uznać, że można mieć serdeczne kontakty z rodzicami.

Dzięki temu oboje wnieśli w tę miłość to, czego potrzebowali. Każde z nich trochę swojego oddało i zgodziło się wziąć trochę tego, co miał partner.

W miłości właśnie o to chodzi?
Zawsze. I warto to zrobić, bo po to na siebie natrafiamy. Właśnie to jest nam potrzebne do rozwoju. Tyle tylko, że nie mamy do tego narzędzi. Tak jak ta para.

Miłość nie jest więc ślepa! Tylko czasem potrzebne są narzędzia, żebyśmy mogli rozwinąć się jako ludzie i nauczyć się kochać?
Miłości brakuje prawie wszystkim. Ale też słowo „miłość” jest koszykiem, do którego wrzucamy wszystkie nasze niezaspokojone potrzeby i uczucia. A czego tak naprawdę nam brakuje? Potrzebujemy, żeby najpierw rodzice, a potem partner czy partnerka, nas widzieli. Nas, a nie swoje oczekiwania wobec nas. To jedna z najważniejszych rzeczy w miłości: żeby ktoś mnie widział, żeby mnie słyszał, żeby wiedział, co jest dla mnie ważne, i rozumiał, dlaczego pewne rzeczy zrobię, a innych nie zrobię nigdy. Nie dostajemy tej uważności i akceptacji w domu, jeśli rodzice wychowywali nas tak, żebyśmy byli tacy, jak oni sobie tego życzą. No i potem mamy mężczyznę, który mówi: „Wiesz, chciałbym, żebyśmy siebie traktowali bardzo uważnie, z szacunkiem i z wyjątkowością”. Tyle tylko, że on chce, żeby to ona tak traktowała jego. On jej już nie. Podobnie kobieta oczekuje  od mężczyzny, aby był wrażliwy na jej potrzeby i emocje, ale ona na niego już nie musi!

Chcemy tylko brać, a nie dawać?
Nie umiemy inaczej. Brakuje nam dobrego wzoru uważności na drugiego człowieka, jeśli jako dzieci żyliśmy w domu, gdzie było mniej niż więcej: zrozumienia, ciepła, serdeczności i praw. I odwrotnie: potrafimy widzieć i rozumieć drugiego człowieka takim, jakim rzeczywiście jest, jeśli sami dostaliśmy uważność i czułość. To jest ten dobry wzór. To też narzędzie, którego może nam brakować. Jeśli je mamy, po prostu czujemy, czy z tym mężczyzną będzie nam dobrze, bo to człowiek zrównoważony, odpowiedzialny, jak coś powie, to zrobi. Jak nie chce czegoś, to też powie wprost. Miło mówi o kobietach, fajnie traktuje swoją matkę! Dogaduje się z ojcem! Nie patrzymy na to z listą w ręku, ale po prostu wiemy, że możemy z nim być, bo będzie dobrym partnerem i dobrym ojcem dla naszych dzieci.

Taka lista to fajna rzecz! Zwraca uwagę na to, co szczególnie ważne, a co mogłybyśmy zlekceważyć, jak na przykład relacje łączące naszego ukochanego z jego matką.
Tak, ale żeby z takiej listy skorzystać, to znów: trzeba umieć rozpoznać, czy ta relacja jest dobra, czy zła. A to znaczy, że trzeba było doświadczyć dobrej relacji z własną matką, a więc mieć wzór do porównania. Taki wzór to jedno z tych narzędzi, których nam brakuje. Bez nich nie umiemy rozeznać, co jakie jest i czego tak naprawdę potrzebujemy. Dlatego tworzymy masę zmyśleń, marzeń, iluzji o tym, jaki jest ten, kogo chcemy kochać, czym jest miłość, no i czego od niej potrzebujemy. Marzenia nie wynikają z doświadczenia czy z wiedzy. Są odtrutką na brak miłości, brak dobrych doświadczeń i dobrych wzorów.

Im mniej uważności, akceptacji, czyli miłości, dostaliśmy, tym więcej w dorosłym życiu tworzymy iluzji, fantazji i idealizacji?
Iluzje powstają np. tak: mama i tata się kłócą, krzyczą na siebie, w powietrzu wisi groza. Dziecko cierpi, boi się, że dom się rozpadnie, czuje niebezpieczeństwo i często, żeby osłabić siłę tych uczuć, zaczyna uprawiać magiczne myślenie: „W moim domu nigdy tak nie będzie, ja będę rozumiała moje dzieci i mojego męża, będzie bezpiecznie”. Jeśli rodzice nie pogodzą się mądrze, nie wytłumaczą córce całej sytuacji, tylko, jak to zwykle bywa, wrócą do codzienności, to dziecko nie nauczy się, jak dobrze kończyć konflikty. No i kiedy spotyka „miłość” i dostaje od partnera zachwyt, uwagę i troskę, to ten niby-dorosły, ale wewnątrz ciągle dziecko, cieszy się, że jego marzenia właśnie się spełniają. Ale przy pierwszym konflikcie czy różnicy oczekiwań popada w ten znany z domu rodzinnego stan: lęk, napięcie i ogromne rozczarowanie, bo przecież miało być zupełnie inaczej. I nawet już było! I wtedy ma pretensje do partnera: „Ty mnie nie kochasz”.

Oskarża partnera, bo sam nie ma narzędzi do poradzenia sobie z konfliktem?
Właśnie. Te narzędzia, które są nam potrzebne, to nauka rozwiązywania konfliktów, nazywania emocji, posługiwania się nimi, komunikowania się. Jeśli tego nie umiemy, uciekamy w magiczne myślenie, w marzenia, w idealizacje. A wymarzyć możemy wszystko! „Idealne” uczucia, sytuacje, dobra materialne... Wszystko po to, żeby zagłuszyć to wewnętrzne napięcie i zagrożenie. No np.: chcemy ślubu na wyspie i chcemy jeszcze tę wyspę dostać w prezencie! Tak miała jedna z aktorek i my też tak chcemy, bo to cudowny dowód miłości! No i rozczarowanie mamy jak w banku, nawet gdyby jakiś milioner nam to dał! Bo wcale nie chodzi o ślub i wyspę, tylko o to, żeby ten drugi człowiek nas widział, poznał i zaakceptował razem z naszymi wariactwami. Aby trochę ustąpił ze swojego, a ja ze swojego, i żeby w ten sposób powstała trzecia jakość, czyli „my”.

  1. Psychologia

Czy można zmienić swój charakter w dorosłym życiu? Na czym polega jego siła?

Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Czy można zmienić charakter? Psychologia dowodzi, że w dojrzałym wieku to trudne. Ale z pewnością można wzmacniać jego mocne strony. Na czym polega związek między emocjonalnością a silnym charakterem – wyjaśnia neuropsycholog Daniel Jerzy Żyżniewski. 

Jak bardzo mózg wpływa na to, jaki mamy charakter?
Raczej to, jak kształtowany jest charakter, wpływa na mózg. Charakter to składnik naszego wnętrza, bardziej podstawowy niż osobowość. Są 24 składniki wytrzymałościowe charakteru zwane mocnymi stronami, zgrupowane w sześć tzw. Zalet charakteru, zwanych cnotami. Opisali je Christopher Peterson i Martin Seligman oraz David Goldberg. Są to: Mądrość (albo Wiedza), Odwaga, Człowieczeństwo (albo Humanitaryzm), Umiar (inaczej Powściągliwość), Sprawiedliwość i Transcendencja. Każdy ze składników rozwija się w zależności od indywidualnego doświadczenia, tworząc zróżnicowane konfiguracje, które wiążą się również z aktywnością naszego mózgu. Czy charakter będzie słaby, czy silny, czyli z prawidłowo wykształconymi wszystkimi mocnymi stronami – zależy od wpływu środowiska. A to ważne, bo charakter tworzy tzw. odporność psychiczną.

Mocne strony charakteru

  • Mądrość: kreatywność, ciekawość, uczenie się, otwartość umysłu, perspektywa;
  • Odwaga: waleczność, wytrwałość, witalność, spójność;
  • Człowieczeństwo: zdolność do kochania, życzliwość, inteligencja społeczna;
  • Umiar: przebaczenie, pokora, roztropność, samoregulacja;
  • Sprawiedliwość: uczciwość, przywództwo, zespołowość;
  • Transcendencja: wdzięczność, docenianie piękna, nadzieja, duchowość, poczucie humoru.

Od kiedy zaczynamy kształtować nasz charakter?
Etap od narodzin do około szóstego roku życia jest decydujący dla rozwoju zdolności regulowania własnych emocji, a to wpływa na charakter. Uczymy się tego, obserwując i naśladując reakcje najbliższych opiekunów. Mogą oni reagować destrukcyjnie na to, co czują, i na przykład deprecjonować siebie lub innych albo wchodzić w tryb pretensji wobec życia i ludzi, czyli przejawiać negatywne schematy przeżywania siebie i świata. Mogą też, mimo rosnącej amplitudy emocji, sięgać po konstruktywne reagowanie. Przykładowo w destrukcyjnym reagowaniu wyłaniają się schematy typu: „ten, kto się boi, jest tchórzem, a kto płacze, jest słaby”. Natomiast w konstruktywnym reagowaniu emocje traktuje się niepiętnująco, jako zupełnie naturalne, a ich dynamika oraz skutki zależą od tego, kto ich doświadcza. Obserwacja emocjonalności opiekunów w połączeniu z komunikatami na temat siebie, ludzi, świata, życia, które oni generują, wpływa na kształtowanie się charakteru poprzez podstawowy mechanizm związany z emocjami, tzw. afekt.

Czym jest afekt?
Jest to siła, tempo i czas trwania pobudzenia psychofizjologicznego w związku z emocją. Afekt trwa krótko: narasta, osiąga szczyt, opada, więc i emocje są krótkotrwałe. Tylko że afekt jest stymulowany reakcjami innych ludzi, w tym ich własnym afektem. Może więc szybko narastać, szybko osiągać szczyt, ale wolno opadać. Wtedy pojawiają się impulsywność i trudności z uspokojeniem się. Może to oznaczać trudności ze świadomym doświadczaniem emocji, a na tej bazie pojawia się dodatkowy niepokój, co nasila rozregulowanie emocjonalne. To utrudnia rozwój silnego charakteru, a więc odporności psychicznej.

A jakie konkretnie czynniki mogą zakłócić rozwój silnego charakteru?
Po pierwsze, wychowanie w rodzinie i w szkole, w którym regularnie stosuje się kary, a nagrody – sporadycznie. Gorzej, gdy karanie jest nieadekwatne i z zaskoczenia – impulsywne. A jeśli kary są sporadyczne, charakter osłabia brak nagród (niezauważanie, ignorowanie). Taki negatywny bilans skutkuje tym, że „ja” danej osoby silnie koncentruje się na oczekiwaniach innych ludzi. Własne poczucie bezpieczeństwa staje się bardziej zależne od czynników zewnętrznych. To mocno ogranicza zdolność samodzielnego myślenia. Człowiek samodzielny wewnętrznie może trafnie określać emocjonalność zarówno własną, jak i drugiego człowieka. Dzięki temu łatwiej dbać o własne i cudze emocje, bez konieczności ulegania lub dominowania w relacji z drugim człowiekiem.

To silny charakter odpowiada za zdolność trafnego rozpoznania swoich myśli i umiejętność ich wyrażania?
Tak, a zwłaszcza jedna z jego mocnych stron – spójność wewnętrzna, nazywana Koherencją (albo Autentycznością). To składnik cnoty Odwagi. Jeśli będzie ona rozwijać się słabo, stracą także inne aspekty charakteru zgrupowane w Odwadze: Wytrwałość (albo Zaradność, Pracowitość), Waleczność (albo Dzielność) i Witalność (czyli Zapał). Dzieci mają w sobie dużą witalność, czyli spontaniczną chęć życia, niezależnie od biegu zdarzeń, ale jest ona zniekształcana systemem kar, zachęcaniem do rywalizacji zamiast kooperacji, różnicowaniem na lepszych i gorszych poprzez ocenianie i krytykowanie. To główne czynniki osłabiające charakter. To, jak ukształtowany w ten sposób człowiek ocenia siebie, jest zdominowane przez reakcje i oceny innych ludzi. Ciągle myśli się o innych ludziach i ich oczekiwaniach.

Wydawałoby się, że zorientowanie na innych ludzi to dobra postawa...
W tym wypadku chodzi o brak wewnętrznie stabilnego „ja”, które uniemożliwia rozpoznanie, co narusza, a co nie narusza nasze wzajemne granice emocjonalne. Gdy wewnętrzne „ja” osoby utożsamiane jest z zewnętrznymi oczekiwaniami, to taki człowiek nie jest wcale bardziej uważny na własne i cudze uczucia, tylko kontroluje swoje reakcje, by wpisać się w schematy bycia takim, jakim powinien być według innych. To braki związane z niestabilnym „ja” tworzą postawę wrogości i agresji wobec siebie oraz innych, co może być nieuświadomione, ale przejawiać się w reakcjach i zachowaniu. Trudno wtedy rozwijać kolejną cnotę – Człowieczeństwa (czyli: Zdolność do kochania; spontaniczną Życzliwość, również wobec nieznanych osób, oraz Inteligencję społeczną). Wtedy reaguje się w czarno-biały sposób, awersją, a nawet wrogością. Siła jest wtedy utożsamiana z dominacją.

Czy to wpływa na inne składowe charakteru?
Tak, przy słabo rozwijanej Odwadze i Człowieczeństwie nie może rozwijać się prawidłowo cnota Sprawiedliwości, czyli poczucie, że zaangażowanie społeczne polega na codziennym dbaniu o siebie nawzajem i przestrzeń wspólnego życia. Nie jest to więc narzucanie reguł, na przykład większości wobec mniejszości. Dlatego w Sprawiedliwości kluczowe jest odruchowe myślenie, że wszyscy ludzie powinni mieć równe prawa, do czego trzeba dobrze rozwiniętej składowej zwanej Równością (albo Uczciwością). Sprawiedliwość to również skłonność do brania spraw w swoje ręce, tzw. Przywódczość – nie tylko gdy jest to w naszym interesie, ale ze świadomością, że wiele aspektów codzienności to wspólne społeczne dobro. Postawy autorytarne poważnie zakłócają rozwój Sprawiedliwości.

A jak przejawia się siła charakteru?
Choćby w cnocie Mądrości, na przykład odruchem zadawania sobie w różnych sytuacjach pytania o to, co mogę zrobić innego niż dotychczas, innego niż każą, proponują ludzie wokół. To składnik Mądrości nazywany Otwartością umysłową. Dzięki temu trenuje się inny jej składnik – Zaciekawienie, i jeszcze kolejny – Kreatywność. A to jest konieczne do rozwoju następnego składnika Mądrości, którym jest Chęć uczenia się. Gdy człowiek lubi się uczyć i częściej doświadcza wsparcia płynącego z kooperacji zamiast zagrożenia płynącego z rywalizacji, to jest bardziej odporny psychicznie. Dzięki temu powstaje tzw. Szeroki horyzont umysłowy – kolejna mocna strona charakteru i składowa Mądrości. To sprzyja myśleniu o przyszłości, że będzie lepsza, nie dlatego, że zdarzy się cud, tylko dlatego, że można mieć na nią choćby częściowy wpływ. W efekcie łatwiej jest uchronić się w przeżywaniu porażki i przed depresją w obliczu życiowych potknięć.

Co jeszcze tworzy charakter?
Cnota Umiaru (albo Powściągliwości) niesie ze sobą składnik Wielkoduszności (albo Wybaczania), czyli odruch pochylania się nad słabszym w jego krzywdzie i odruch wybaczania krzywdy. Inne składowe Umiaru to Skromność (albo Pokora), czyli wewnętrzna zgoda na to, że drugi człowiek ma prawo do swojej odrębności odczuwania, reagowania, zachowania. W cnocie Umiaru jest jeszcze Samoregulacja, czyli uważność no to, co czuję i robię, przy jednoczesnej uważności na to, co czuje i robi drugi człowiek. Ostatnia grupa mocnych stron charakteru jest w cnocie Transcendencji. Należy do niej spontaniczna Wdzięczność, uważność na pozytywne aspekty codzienności nazywana Docenianiem piękna, a także Nadzieja, czyli traktowanie przyszłości poprzez możliwości, a nie ograniczenia. W tej grupie jest też Poczucie humoru rozumiane jako skłonność do spontanicznej reakcji na dowcipy, które swoją treścią nie naruszają granic innych, oraz dostrzeganie pozytywów rozmaitych zdarzeń. I wreszcie Duchowość definiowana jako własny wewnętrzny system wartości stosowanych, by doświadczać na przykład pocieszenia oraz umieć je okazać innym.

Wróćmy jeszcze do czynników kształtujących charakter…
To przede wszystkim wymuszanie przemocą i krytykowanie, gdyż wywołuje reakcje obronne bezpośrednio w mózgu. Te natomiast zakłócają afekt: napięcie gwałtownie rośnie, zbyt długo pozostaje nasilone i powoli opada, i jest ciągle stymulowane do kolejnych skoków w podobnym schemacie. Dynamika reakcji obronnych wiąże się z podziałem dróg emocjonalnych w mózgu na niską i wysoką. Na drodze niskiej dominuje ciało migdałowate, które jest przedsionkiem do emocjonalności, to tam jest epicentrum reakcji obronnych. Są bardzo szybkie, łatwo osiągają parametry wysokiego pobudzenia i dają wyraźne objawy fizjologiczne, takie jak pocenie się, rosnący puls, drżenie kończyn czy wiele innych. W rezultacie reakcje obronne mogą być stymulowane bez przerwy, a mimo to można mieć trudność w uświadomieniu sobie, o którą emocję chodzi. Do tego potrzeba drogi wysokiej, którą tworzą tzw. ośrodki korowe mózgu. Ich aktywność wiąże się ze świadomością zmieniającego się napięcia. Dzięki niej pojawiają się złożone myśli towarzyszące napięciu. Ośrodki korowe są niezbędne, by umieć nazwać to, co się czuje. Tymczasem przemoc i krytykowanie tak silnie stymulują drogę niską, że ten wzorzec wysokiego pobudzenia obronnego utrwala się i poważnie utrudnia dostęp do pełnej świadomości tego, co się czuje, a zatem i do panowania nad tymi reakcjami.

Kiedy kończy się kształtowanie charakteru?
Najważniejszy dla kształtowania charakteru jest okres rozwojowy, który trwa do około 20.–25. Roku życia. Nabyte wzorce zachowania znajdują wtedy swoje odzwierciedlenie w równowadze neurochemicznej i w fizjologii. Jeśli więc jest się silnie stymulowanym ciągłym krytykowaniem i karaniem, to regularnie wywoływany jest w organizmie wzrost adrenaliny i kortyzolu, a spadek serotoniny, dopaminy, acetylocholiny. To trwała skłonność do reagowania niepokojem i awersją, nawet gdy jest spokojnie. Ludzie tak ukształtowani nietrafnie określają, co czują, i mylą się również, określając, co czuje drugi człowiek. Wzorce powstałe w okresie rozwojowym są silne i trudno je zmienić, ale można je przeciwważyć, rozwijając słabe aspekty charakteru.

Co więc możemy zrobić, jeśli zależy nam na zmianie postaw?
Przede wszystkim nie robić tego, co osłabia charakter, a więc zrezygnować z reagowania z poziomu władzy na rzecz partnerskiego. Uczyć się emocjonalności własnej oraz innych ludzi. Ćwiczyć się w odróżnianiu opinii od faktów i w nieocenianiu na podstawie opinii. Starać się rozumieć różnice między ludźmi, a jeśli trudno jest je zrozumieć, to przynajmniej akceptować ich istnienie. Współpracować, a nie rywalizować. Uwrażliwiać się na krzywdę – nie tylko własną, ale również innych ludzi, także tych daleko poza naszym bezpośrednim zasięgiem. Każdego dnia być bezinteresownie życzliwym wobec różnych osób. No i przebywać w mocno zróżnicowanym środowisku – wtedy uczymy się nowych strategii reagowania i zachowania, co rozwija siłę charakteru lub przeciwważy jego słabości. W ten sposób wydeptujemy nowe ścieżki neuronalne. Mózg jest plastyczny przez całe życie, więc taki trening daje efekty.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Byłam chora z miłości

Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależniająca relacja, obsesja na punkcie byłego partnera, myśli samobójcze. Jak wyrwać się ze spirali cierpienia? Docierając do traum dzieciństwa. Przypadek Heleny komentuje coach Beata Markowska.

Związek z Piotrem Helena traktowała najpoważniej na świecie. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to miłość życia. Ten, któremu chce urodzić dzieci i którego będzie nazywać „mężem”. Jej umysł wyreżyserował w szczegółach scenariusz, pozostało go tylko zrealizować. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nieistotne było to, że Piotr otwarcie mówił, że pchanie wózka w sobotnie przedpołudnia wcale go nie interesuje, że woli przeznaczyć go na unoszenie się nad ziemią na paralotni. Jeszcze bardziej pochłaniała go błyskotliwa kariera i podróże do Ameryki Południowej. Helena uważała jego pasje za dopust boży oraz nieszkodliwe fanaberie, które miną jak katar, gdy za niego wyjdzie.

Minęły trzy lata ich wspólnego pożycia, Helena skończyła 35 lat. Usłyszała nie tyle nawet tykanie biologicznego zegara, co jego głośno nastawiony budzik. Żeby osiągnąć swój cel, czyli stanąć na ślubnym kobiercu i zostać matką, postanowiła działać. Jak?

– Jeszcze bardziej się poświęcać – wspomina. – Ubierałam się w stonowane kolory, bo kiedyś wspomniał, że tak lubi. Wydawało mi się, że jak będę piękna, miła, dobra, urocza – nasza miłość będzie kwitła. Zasłużę sobie na szczęście. Wypracuję je sobie.

Beata Markowska: Kobiety często łudzą się, że zmienią mężczyznę, że będą tą pierwszą, która go „uratuje”, uwolni od używek, nadmiaru pracy, egocentryzmu, introwertyzmu i wielu innych przywar. Nie chcą zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości, ponieważ nie pasowałby do mitu, który stworzyły. Podobnie postępuje Helena. Jak długo będzie żyła w swojej iluzji, tak długo będzie doznawać rozczarowań. Czasem takie kobiety wywierają emocjonalny szantaż na partnerze, po to, żeby osiągnąć swój cel. I czasem im się udaje. Nie oznacza to jednak udanego związku.

Rada: Słuchaj uważnie partnera, gdy mówi o tym, co jest dla niego ważne. Jeśli wasze priorytety i plany życiowe znacznie się różnią, nie licz na to, że uda ci się go przekonać do zmiany zdania. Jeżeli kompromis nie jest możliwy, rozejrzyj się za kimś, kto zmierza w podobnym kierunku.

Dla niego wszystko, co najlepsze

Piotr wracał późno z pracy, nigdy przed dwudziestą. Helena czekała na niego z ciepłą kolacją, pamiętała też, by w domu zawsze był budyń, koniecznie śmietankowy. Piotrowi kojarzył się z dzieciństwem, ciepłem i bezpieczeństwem. A Helena chciała, żeby ukochanemu było jak najlepiej. Pytała: „Jak minął ci dzień? Co nowego w pracy?”. I Piotr opowiadał. A ona słuchała i nie mogła wyjść nad nim z podziwu.

B.M.: Helena wybrała tzw. strategię idealnej partnerki. Wszystkie jej działania zmierzały do tego, żeby pokazać, że jest najlepsza, najbardziej atrakcyjna, potrafiąca zadbać o mężczyznę, gotować mu, wspierać i słuchać. Chciała uzależnić partnera od siebie. Spełnianie jego nawet niewypowiedzianych pragnień dawało jej złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Co więcej, Helena – świadoma tego czy nie – weszła w rolę matki Piotra. Taki związek gwarantuje wprawdzie partnerowi wygodę, ale mężczyzna jest przecież typem łowcy.

Rada: W związku bądź partnerką, nie staraj się wcielać w inne role. A jeśli już to robisz, bądź tego świadoma, po to, żebyś nie zapomniała, jaka jesteś i przede wszystkim – kim naprawdę jesteś. Ktoś, kto traci swoją tożsamość, indywidualizm, przestaje być dla drugiej osoby atrakcyjny.

Nagle w ich związku zaczęły się niesnaski i drobne zgrzyty. – Niby wszystko było w porządku – opowiada Helena. – Czułam jednak, że Piotr oddala się. Mimo to nadal się bardzo starałam. Oprócz gotowania budyniu, wymyślałam też różne rozrywki. Polecieliśmy nawet na Wyspy Kanaryjskie w środku zimy, ale Piotr przez cały czas był jakiś marudny: nie podobał mu się hotel, jedzenie nie smakowało. Wróciliśmy zmęczeni.

Po powrocie narzekał coraz częściej, zwłaszcza na kuchnię Heleny, więc zaczęła popłakiwać po kątach. Gdy napomknęła, że jej przyjaciółka, Miśka zaszła już w drugą ciążę, kiedy oni nic, Piotr wykrzyczał, że przecież jej mówił, że nie chce rodziny i że ma kłopoty w pracy. Często rozmawiali o jego okropnej szefowej. Wstrętne babsko ciągle podnosiło mu w pracy poprzeczkę, namawiało do wyzwań i było kłótliwe. Helena zawsze brała stronę Piotra i podsuwała mu argumenty do dyskusji z nią. Nie wiedziała, że w rzeczywistości jej mąż ma z szefową romans.

B.M.: Nawet najlepszy budyń na świecie w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. Każdego. Helena przyzwyczaiła Piotra, a przede wszystkim siebie, do tego, że jest zawsze miła, dobra, nadskakująca, kochająca, zgodna… W relacji z nią Piotr stawał się nudnym pantoflarzem, a wcale go w sobie nie lubił. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, która musi być w jakiś sposób odkryta i dopełniana. Helena sądziła, że prezentując tylko jasną część, uszczęśliwi Piotra, tymczasem on potrzebował zrównoważyć nadmiar spokoju i bezpieczeństwa czymś z przeciwległego bieguna. To oferowała mu relacja z szefową. Ognista, realizowana w ukryciu. Ta część osobowości Piotra, która lubiła ryzyko i wyzwania, mogła dojść do głosu przy kochance.

Rada: Nie bój się pokazywać partnerowi swojej „gorszej” strony – nie zgadzać się z nim, od czasu do czasu pokłócić, ujawnić swoją słabość. To tylko wzmocni waszą relację i ją ugruntuje. Gdy zdarzy się, że jakaś stłumiona część twojej tożsamości ujawni się w sposób gwałtowny, po latach bycia „uporządkowaną księgową”, nie wstydź się tego, tylko świadomie postaraj się tę nową jakość dopełnić. Jeśli jej źródłem jest jakiś brak – spróbuj go wypełnić, jeśli traumatyczne wspomnienie – przepracować. Inaczej stłumiony aspekt może poczynić w twoim życiu naprawdę sporo szkód.

On odchodzi

– Zorientowałam się, że z Piotrem coraz rzadziej się kochamy – wyznaje Helena. – Pomyślałam, że może za mało dbam o siebie, że dawno nie kupiłam sobie nowej bielizny. Kiedyś było nam w łóżku super. Może wystarczy trochę zadbać o klimat i to wróci?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Sporą część pensji wydała w sklepie z ekskluzywną bielizną. Wieczorem długo czekała na Piotra, ale on się spóźniał. W końcu zasnęła. Rano, widząc go śpiącego obok siebie, wybuchnęła płaczem. Ze łzami wyrzuciła mu, że już się nie kochają, że właściwie nie ma go w domu, że jest mu wszystko jedno, co robi . Ku jej zaskoczeniu Piotr równie podniesionym głosem oznajmił jej, że owszem, nie ma go w domu, bo woli być poza nim. Że coś się wypaliło, zabrakło chemii. Że ma dosyć nudnego życia z nią, że się dusi w tym związku. I odchodzi. Ma nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia. I wyszedł.

B.M.: Relacja z szefową obudziła w Piotrze tęsknotę za czymś szalonym i nieprzewidywalnym. Trudno go obwiniać za to, że poszedł za głosem stłumionej natury. Gdyby Helena pozwoliła sobie być bardziej różnorodna, zmuszała go czasem do wysiłku, konfrontacji, wówczas część Piotra, która łaknie przygód, zostałaby usatysfakcjonowana. Uwalniając dzikość, którą nosi w sobie każda kobieta, Helena mogłaby poczuć się bardziej sobą, co przełożyłoby się pozytywnie nie tylko na relacje, ale też na inne dziedziny życia.

Rada: Gdy w związku pojawi się kryzys, nie próbuj tych samych metod, co zwykle. Zmień postawę. Jeśli do tej pory byłaś uległa – zbuntuj się, gdy byłaś przede wszystkim egocentryczna, poszukaj w sobie altruistki.

„Nie mogę się z tym pogodzić”

Zrozpaczona Helena wydzwaniała do Piotra i błagała, by wrócił. Próbował ją pocieszać, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze ułoży sobie z kimś życie. Mówił, że gdyby wrócił, powodowałaby nim jedynie litość. A to by było nie fair, także w stosunku do niej. W końcu przestał odbierać od niej telefony.

Helena zaczęła szukać wsparcia u przyjaciółek. Opowiadała, jaki Piotr jest zły, że ją zostawił. Jak tak mógł, tak nagle. Potem wychwalała go, wspominała, jak im było dobrze. Bezustannie analizowała ich wspólną przeszłość. Przyjaciółki powiedziały: „dość”. Helena postanowiła więc nawiązać kontakt ze znajomymi Piotra. Poprzez nich dążyła do kontaktu z dawnym ukochanym. Chciała, żeby wiedział, co się z nią dzieje. Łudziła się, że on też o niej myśli i tęskni, że żałuje odejścia. Gdy była w kinie, wyobrażała sobie, że on siedzi obok niej. Nie rozstawała się z telefonem, co chwilę sprawdzała, czy aby się nie odezwał.

– Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że moje marzenia o idealnym związku i rodzinie pękły jak bańka mydlana – mówi Helena.

Przyczyny rozpadu związku nie widziała w sobie, tylko na zewnątrz. Wydawało jej się, że tu tkwi klucz do zagadki, jak odzyskać Piotra. I przypomniała sobie, że na jakiejś imprezie Piotr tańczył z Joanną, koleżanką z pracy. A po trzech wspólnych tańcach przyniósł jej kieliszek wina. Tak, musiał mieć z nią romans!

Helena zaaranżowała spotkanie w większym gronie znajomych, na które zaprosiła Joannę. Wypytała ją o Piotra. Jedno ciepłe zdanie o nim upewniło Helenę o ich zażyłości. Zrozpaczona zaczęła nękać ją telefonami. Krzyczała, żeby zostawiła w spokoju jej mężczyznę, że jest szmatą, że zniszczyła im życie.

B.M.: Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. Posługując się metaforą biznesową: jeśli dużo inwestujemy, a mało dostajemy na bieżąco – żal nam wycofać się z interesu, bo wciąż liczymy, że może tak zmieni się koniunktura, żeby wreszcie odbierzemy to, co włożyliśmy. Gdyby Helena była sobą w tym związku, gdyby dbała o swoje potrzeby – dużo szybciej pozbierałaby się po rozpadzie relacji. Druga sprawa to jej silne uzależnienie od partnera i gwałtowność reakcji wobec kobiety, którą posądzała o romans z Piotrem. Jeśli osoba zwykle tłamsząca własną złość czy frustrację, nagle straci nad sobą kontrolę, może ujawnić ukrywane wcześniej cechy i to w przerysowanej formie. Staje się wówczas agresywna, używa wulgaryzmów, manipuluje, grozi. To stało się udziałem Heleny.

Rada: W relacji miłosnej zawsze dbaj o swoje potrzeby. W razie rozstania nie pozostaniesz z niczym, poza tym zmniejszasz ryzyko wpadnięcia w obsesję i spiralę cierpienia.

„Odkręcę gaz”

Joanna poprosiła Piotra, żeby interweniował. Gdy zadzwonił, Helena była zachwycona. Osiągnęła cel, zainteresował się nią. Szybko pobiegła do fryzjera ufarbować włosy na nowy kolor. Spotkali się w restauracji. Helena wszystkiego się wyparła, ale Piotr jej nie uwierzył. Znów przestał odpowiadać na jej esemesy, więc wydzwaniała do Joanny. Wreszcie w przykrych i stanowczych słowach powiedział, że nie chce jej znać. Wtedy palnęła, że popełni samobójstwo.

– Naprawdę myślałam, by odkręcić gaz – mówi Helena. – I wyobrażałam sobie, jak Piotr mnie ratuje. Dziś wiem, że było ze mną naprawdę źle. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Piotr nie skontaktował się z moją mamą i nie opowiedział, co się ze mną dzieje.

Matka namówiła Helenę na terapię. Zaczęły więcej ze sobą rozmawiać o przeszłości. Związek rodziców nie był udany, ojciec – wpatrzony w żonę, jednocześnie oplatał ją jak bluszcz. Ona nie mogła znieść jego uległości, stawała się coraz bardziej apodyktyczna i bezlitosna. Kiedy się rozstali, Helena miała 16 lat. Przeżyła to boleśnie, zwłaszcza, że zawsze była córeczką tatusia. Kilka lat potem ojciec zmarł na raka.

B.M.: Postawa i problemy Heleny wiązały się z dawnymi relacjami w jej rodzinnym domu. W swoim dorosłym związku chciała być inną kobietą niż jej mama. Obsesyjnie wręcz zabiegała o zadowolenie Piotra, chcąc w ten sposób zrekompensować braki emocjonalne, jakich doświadczał jej ojciec. Rozwój emocjonalny Heleny doznał głębokiego uszczerbku w wieku dziecięcym. Nie mając pozytywnego wzorca, stworzyła sobie iluzję szczęśliwego związku, gdzie kobieta obdarza mężczyznę miłością absolutną, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piotr był w tej bajce księciem.

Odgrywanie ojca

– Zaczęłyśmy z mamą lepiej się poznawać – mówi Helena. – Dowiedziałam się, że zanim wyszła za ojca, przeżyła nieszczęśliwą miłość. Została porzucona, ojciec ją pocieszał i tak zostali razem. Nie kochała go. Nagle zobaczyłam ją w innym świetle, jako słabą kobietę, która cierpiała. Przestała być katem ukochanego tatusia. Zrozumiałam, że w relacji z Piotrem weszłam w rolę ojca, manipulowałam nim poprzez uległość. Kogoś takiego trudno zostawić.

Konfrontacja z matką dała Helenie poczucie wewnętrznej siły. Wyszła z roli małej, urażonej, zalęknionej dziewczynki. Zaczęła się zmieniać. Inaczej się ubierała, przemalowała mieszkanie, wyrzuciła pamiątki po Piotrze. Nie od razu zniknął z jej serca, ale wreszcie zaczęła zajmować się sobą. Na służbowym wyjeździe integracyjnym, gdy przechodziła przez most linowy, odkryła, że nie ma lęku wysokości. Poczuła ogromną frajdę. Tak dużą, że wkrótce spróbowała skoków ze spadochronem. Tego było jej trzeba. W powietrzu poczuła się wreszcie wolna, silna, odważna, wreszcie była „nad”, nie „pod”.

Z kolegą ze zjazdów spadochronowych połączyła ją na początku przyjaźń, potem seks. Rafał był uroczym mężczyzną i miał niesamowite poczucie humoru. Helena weszła z nim w tak zwany wolny związek, bo taki układ najbardziej jej odpowiadał. Pogodziła się z tym, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Gdy pojawiła się możliwość rocznego kontraktu w Stanach, postanowiła wyjechać.

Miała wykupiony bilet na początek lutego. Obiecała jeszcze Rafałowi, że spędzi z nim sylwestra w górach i tam pójdą na bal. Nalegał. Zaraz po północy wszedł na scenę i podszedł do mikrofonu. Poprosił ją o rękę. Zgodziła się. Została w Polsce.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.