1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Prezenty - nie łącz drogiego z tanim

Prezenty - nie łącz drogiego z tanim

123 RF
123 RF
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Badania przeprowadzone przez psychologów z University of Michigan pokazują, że łączenie drogiego prezentu z tanim zmniejsza wrażenie i radość osoby obdarowanej.

- Załóżmy, że chcesz się zaimponować ukochanej drogim prezentem. Kupujesz jej na przykład sweter z kaszmiru i dodajesz jeszcze kartę zniżkową do sieci swojej ulubionej kawiarni. Wydaje ci się, że to naprawdę fajny „pakiet”. Jeśli tak, jesteś w błędzie - mówi Kimberlee Weaver, specjalista od marketingu. - Jeśli mamy do wyboru dwie opcje: sam sweter lub sweter i kartę, wybierzmy pierwszą, bo ten „mały” prezent sprawia, że „pakiet” wydaje się mniej luksusowy.

Ten paradoks bierze się z powodu innych perspektyw, twierdzą naukowcy. Dawcy i biorcy mają inne style przetwarzania informacji. Temu, kto daje, wydaje się że więcej dał (bo postrzega fragmentarycznie, każdy prezent liczy się dla niego osobno), a ten który dostaje ma wrażenie, ze dostał mniej (bo ocenia całościowo to, co dostał). Dla niego tani przedmiot obniża wartość prezentu, bo pojawia się efekt uśrednienia. Naukowcy podsumowują swoje badania - więcej wcale nie znaczy lepiej.

Źródło: University of Michigan

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Rak prostaty. Pomóż partnerowi zadbać o zdrowie

Niska świadomość społeczna i niechęć mężczyzn do wykonywania badań profilaktycznych, wciąż są powodem wysokiej śmiertelności na skutek nowotworu prostaty. Eksperci alarmują, że zachorowalność na raka prostaty stale wzrasta. W Polsce nowotwór ten stanowi już ok. 20 proc. wszystkich rozpoznanych nowotworów złośliwych. (fot. iStock)
Niska świadomość społeczna i niechęć mężczyzn do wykonywania badań profilaktycznych, wciąż są powodem wysokiej śmiertelności na skutek nowotworu prostaty. Eksperci alarmują, że zachorowalność na raka prostaty stale wzrasta. W Polsce nowotwór ten stanowi już ok. 20 proc. wszystkich rozpoznanych nowotworów złośliwych. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Pomimo, że rak prostaty jest najczęściej rozpoznawanym nowotworem złośliwym wśród mężczyzn, wciąż pozostaje tematem tabu. Wielu mężczyzn decyduje się na badania prostaty dopiero po namowach żony lub partnerki. Jak pokazują liczne statystyki, to kobiety odpowiadają za blisko 80% przypadków wykrycia męskich nowotworów. Posiadają one największą siłę perswazji i są w stanie przekonać mężczyzn do badań profilaktycznych.

Co piąty mężczyzna zmagający się z chorobą onkologiczną, choruje na raka prostaty. Z powodu tego nowotworu umiera w Polsce około 15 pacjentów dziennie. Tymczasem wykrycie choroby na wczesnym etapie daje nawet 90% szans na wyleczenie.

- Każdego dnia w naszym kraju około 44 mężczyzn dowiaduje się, że choruje na raka prostaty. Rocznie w wyniku tej choroby umiera niemal 5 tys. pacjentów, co sprawia, że rak prostaty zajmuje 10. miejsce wśród zgonów z powodu nowotworów złośliwych u mężczyzn. Statystyki te można jednak zmienić, bo chociaż zachorowalność na raka prostaty charakteryzuje się wysoką dynamiką wzrostu, to wczesna diagnostyka znacznie zwiększa szanse pacjenta na wyleczenie i daje szerokie możliwości terapeutyczne. Dlatego tak ważna jest edukacja społeczeństwa na temat tej choroby oraz zachęcanie mężczyzn do profilaktyki i regularnego wykonywania badań – mówi dr n. med. Tomasz Chwaliński, specjalista urolog, ekspert w leczeniu nowotworów układu moczowego, Ordynator Oddziału Urologii w Mazowieckim Szpitalu Onkologicznym w Wieliszewie k/Legionowa.

Jak duży wpływ na męskie decyzje w tej dziedzinie mają kobiety ? – Uważam, że ten wpływ jest bardzo duży. Obserwujemy zresztą, że na konsultacje często przychodzą pary  – podkreśla specjalista urolog. Wielu mężczyzn decyduje się na badania i konsultacje pod wpływem sugestii ze strony partnerki. Niektórzy sami przyznają w gabinecie, że przyszli „bo żona nalegała”.

Rak prostaty – kto jest najbardziej narażony?

Prostata, nazywanej inaczej gruczołem krokowym lub sterczem, stanowi element męskiego układu rozrodczego i pełni funkcję w produkcji nasienia. W jej obrębie może dochodzić do różnych zmian chorobowych (np. przerost gruczołu krokowego), często o charakterze nowotworowym.

- Rak prostaty jest nowotworem złośliwym, powstającym na skutek niekontrolowanego mnożenia się zmutowanych komórek prostaty. W większości przypadków trudno jest ustalić przyczynę mutacji genetycznej u indywidualnego pacjenta. Istnieje jednak szereg czynników, które zwiększają ryzyko zachorowania na raka prostaty – wyjaśnia dr Tomasz Chwaliński.

Najwięcej zachorowań notuje się między 60 a 70. rokiem życia, choć choruje też wielu młodszych mężczyzn. – Im więcej przypadków zachorowania na raka prostaty było w naszej rodzinie, tym większe prawdopodobieństwo, że choroba może dotyczyć także nas. Dlatego tak ważne jest, by osoby szczególnie narażone były w stałym kontakcie z lekarzem i systematycznie się badały. – podkreśla dr Tomasz Chwaliński.

Ciekawe są również predyspozycje związane z rasą. Rasa czarna ma wysokie predyspozycje do nowotworów prostaty o wysokim stopniu złośliwości.

Czy nowotworom prostaty można zapobiegać?

Regularnym badaniom urologicznym powinni się poddawać wszyscy mężczyźni po zakończeniu 50. roku życia, a nawet, ze względu na rosnącą liczbę nowotworów, już po 40. roku życia.

Pomimo tego, że o chorobie nowotworowej decydują najczęściej czynniki genetyczne, dobrze jest zadbać o odpowiedni styl życia, który wpłynie na mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia choroby. Co przyczynia się do zmniejszenia ryzyka? – Redukcja masy ciała, zmniejszenie ilości białka w diecie, a także alkoholu, aktywność fizyczna. Uważa się, że pozytywne działanie mają likopeny, zawarte w pomidorach po obróbce cieplnej (czyli sosy, przeciery pomidorowe) i ogólnie dieta śródziemnomorska – wymienia dr Chwaliński.

Warto też wziąć po uwagę, że nowotwory prostaty rozwijają się w różnym tempie. – Mamy różne stopnie złośliwości. Przy niskiej złośliwości choroba rozwija się dość powoli. W przypadku zmian o wysokim stopniu złośliwości, rozwój nowotworu można porównać do pożaru suchego lasu. Chorzy wymagają więc intensywnego leczenia w szybkim tempie. – podkreśla specjalista.

Rak prostaty najczęściej rozwija się bezobjawowo, szczególnie w początkowej fazie choroby. Zdarza się jednak, że u niektórych mężczyzn niepokojącym sygnałem bywają zaburzenia erekcji. Są też inne symptomy mogące świadczyć o raku prostaty.

- O ile u części mężczyzn, u których z czasem diagnozuje się raka prostaty, mogą wystąpić problemy z oddawaniem moczu,  krew w moczu czy nasieniu, a w bardziej zaawansowanych przypadkach nawet całkowity bezmocz, ból w kroku czy wynikające z przerzutów do kości bóle kostne, to jednak w dużej mierze rak prostaty nie sygnalizuje swojej obecności. Nie mając symptomów jesteśmy nieświadomi rozwoju nowotworu aż do jego późnego stadium. Tymczasem szacowana długość dalszego życia przy wczesnym wykryciu raka prostaty i wdrożeniu odpowiedniego leczenia, wynosi ponad 15 lat. Dlatego panowie, nie bójcie się i idźcie się zbadać. Przy dzisiejszych osiągnięciach medycyny rak prostaty może być naprawdę skutecznie leczony – apeluje dr Tomasz Chwaliński.

Rak prostaty – jakie badania profilaktyczne należy wykonać?

Podstawą jest badanie PSA – marker przerostu prostaty oznaczany we krwi. PSA (ang. Prostate Specific Antygen) jest uwalnianym do krwi białkiem, wytwarzanym wyłącznie przez komórki prostaty.

Test PSA to proste i szybkie badanie, które umożliwia sprawdzenie poziomu antygenu swoistego prostaty z krwi badanego. Nieprawidłowe stężenie PSA we krwi wskazuje na możliwą obecność raka prostaty i stanowi wskazanie do biopsji prostaty. Europejskie Towarzystwo Urologiczne rekomenduje regularne oznaczanie PSA we krwi od 50. roku życia, a w przypadku, gdy w rodzinie występowały zachorowania na raka prostaty, wykonywanie badań PSA zaleca się już od 45 roku życia. Niestety nowotwór stercza dla wielu panów wciąż jest chorobą wstydliwą, przez co unikają wizyt u lekarzy i nie badają się regularnie – mówi dr Tomasz Chwaliński.

Z raportu „Narodowego Testu Zdrowia Polaków” wynika, że badaniu PSA poddało się zaledwie 37 proc. Polaków w wieku od 55. do 64. lat.

Kolejnym podstawowym badaniem diagnostycznym raka prostaty jest badanie per rectum. Jednak wielu mężczyzn ma poważne opory właśnie przed tym badaniem. – Badanie polega na wprowadzeniu palca w odbytnicę pacjenta. Na podstawie dotyku lekarz stwierdza, czy na powierzchni prostaty pojawiły się guzki lub, czy nie jest ona powiększona. Choć badanie jest szybkie i bezbolesne, wielu mężczyzn wciąż go unika, odbierając sobie tym samym szansę na wczesne wykrycie choroby i jej wyleczenie. A połączenie badania per rectum i badania PSA pozwala na dość czułe wyselekcjonowanie grupy chorych wymagających dalszej diagnostyki. – podkreśla dr Tomasz Chwaliński i dodaje: W ostatnich latach dopracowano metodę badania chorych za pomocą rezonansu magnetycznego, co w istotny sposób zwiększyło możliwości diagnostyczne wykrywania wczesnych przypadków raka gruczołu krokowego, a także pozwoliło selekcjonować grupy chorych wymagających agresywnego leczenia onkologicznego.

Niepokojące są jednak ostatnie miesiące, związane z sytuacją epidemiologiczną. Jak na wczesną diagnozę onkologiczną wpływa pojawienie się Covid-19? – Obserwujemy zmniejszenie odsetka chorych zgłaszających się we wczesnym stadium. Nasze obserwacje dotyczą ostatniego pół roku, od marca i kwietnia. W jaki sposób będzie się sytuacja rozwijać - trudno powiedzieć. Jednak wszyscy lekarze, zajmujący się leczeniem onkologicznym, wyrażają duże zaniepokojenie tym, że pacjenci się nie badają – podkreśla dr Chwaliński.

Mazowiecki Szpital Onkologiczny w Wieliszewie to miejsce, w którym od początku jego istnienia - ponad 10 lat - leczy się chorych na raka gruczołu krokowego. Dzięki stałemu rozwojowi szpital stał się unikalnym w skali kraju ośrodkiem, który oferuje pacjentom każdą z dostępnych w Polsce metod leczenia raka gruczołu krokowego. Szpital posiada też najnowocześniejszego robota operacyjnego - DaVinci System X umożliwiającego małoinwazyjne leczenie operacyjne, które powoli staje się światowym standardem.

  1. Zdrowie

Wirus - prosty, trudny przeciwnik

</a> Do dzisiaj nie wiemy, w jaki sposób i kiedy dokładnie powstały na Ziemi wirusy. (fot. iStock)
Do dzisiaj nie wiemy, w jaki sposób i kiedy dokładnie powstały na Ziemi wirusy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Nawet nie jesteśmy w stanie nazwać ich żywymi organizmami, a są zdolne zawładnąć niemal każdą istotą, łącznie z ludźmi, wykorzystać ją do rozmnożenia się, a następnie bez litości zabić. Dlaczego tak trudno jest nam uporać się z wirusami, które same w sobie są przecież bardzo proste? Dlaczego leki przeciwwirusowe są zazwyczaj mało skuteczne?

Nawet nie jesteśmy w stanie nazwać ich żywymi organizmami, a są zdolne zawładnąć niemal każdą istotą, łącznie z ludźmi, wykorzystać ją do rozmnożenia się, a następnie bez litości zabić. Dlaczego tak trudno jest nam uporać się z wirusami, które same w sobie są przecież bardzo proste? Dlaczego leki przeciwwirusowe są zazwyczaj mało skuteczne?

Kiedy rozpoczynałam pracę nad książką "Co kryje się w naszych genach", był grudzień 2019 roku. Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia zaczęły docierać do nas pierwsze informacje o tajemniczym wirusie, który rozprzestrzenia się w chińskim mieście Wuhan. Traktowaliśmy to wszyscy z dystansem – ot, jeszcze jeden wirus, który pojawił się w świecie bardzo odległym od naszego i który zapewne wkrótce zostanie opanowany. Współczuliśmy zamkniętym w domach mieszkańcom Wuhan, patrzyliśmy z życzliwym zainteresowaniem, jak Chińczycy próbują zdławić epidemię. Wkrótce potem poznaliśmy imię złoczyńcy – koronawirus, jeden z szerokiej grupy wirusów odzwierzęcych. Nie minęło kilka dni, a zaczął pojawiać się w coraz to nowych miejscach na świecie. W styczniu i lutym 2020 roku wiele osób z Polski zdążyło jeszcze wyjechać na ferie do Włoch, nie zdając sobie sprawy, z czym mają do czynienia. Ja sama byłam w Kapsztadzie pod koniec lutego, i jedyne oznaki obaw to był pomiar temperatury na lotnisku po przylocie. Lekarze jednak już wiedzieli – w 2003 roku mieli już do czynienia z podobnym wirusem, wywołującym ciężkie zapalenie płuc. To był koronawirus SARS. Nowy koronawirus, nazwany SARS-CoV-2, okazał się mniej zabójczy, ale za to zdecydowanie bardziej zakaźny niż jego poprzednik…

Wszyscy wiemy, jak dalej potoczyła się ta historia, choć nikt z nas nie zna jeszcze jej zakończenia. Zacznijmy więc od przyjrzenia się wirusom, mikroskopijnym cząsteczkom, których miliardy fruwają wokół nas i które wyspecjalizowały się w jednym typie ataku – genetycznym. Istnieją nie tylko po to, aby powielać swoje geny w zainfekowanym organizmie, ale też by czasem włamywać się do genomu ofiary i zostać tam na zawsze.

Patrząc na te zmyślne strategie, wobec których żywe organizmy bywają zupełnie bezbronne, aż trudno czasem uwierzyć, że przez współczesną naukę wirusy nie są traktowane jako organizmy żywe. Tak, to cząsteczki materii nieożywionej! Mimo że wykazują niektóre cechy organizmów żywych, bo mają materiał genetyczny. Jednak aby być uznanym za organizm żywy, nie wystarczy przenosić materiału genetycznego. Z biologicznego punktu widzenia żywe komórki, od bakterii po baobab, mają swój metabolizm, pobierają składniki odżywcze z otoczenia, przetwarzają je w swoich komórkach, wydzielają różne substancje, wreszcie dzielą się i rozmnażają. Wirusy się tylko replikują, używają żywych organizmów, żeby tworzyć swoje niezliczone kopie. Ale same nie są w stanie tego dokonać. Aby wtargnąć do komórki, wirus używa czegoś w rodzaju przyssawki, białka, które przyczepia się do specyficznych białek na powierzchni komórki gospodarza. W ten sposób właśnie atakują nas koronawirusy – ich przyssawkami są białka ułożone w kształcie korony. Po „sklejeniu się” z zaatakowaną komórką wirus wnika do jej środka.

Kiedy wirus dostanie się do komórki i wniesie do niej swoje geny i białka, jest w stanie zrobić z komórką to, co chce. Oczywiście musi być to wirus niejako dedykowany konkretnej komórce konkretnego gatunku. I to musi być też określony typ komórki – gdyby na przykład koronawirus SARS-CoV-2 znalazł się w naszej krwi, to nic by zapewne nie zrobił krwinkom. Dopiero kiedy dotrze do komórek płuc, zaczyna swój bezwzględny atak.
Każdy wirus ma swoje unikatowe metody na wniknięcie do komórki. Kiedy już to się uda, wirusowi zależy tylko na jednym – na zmuszeniu komórki do wytwarzania jego niezliczonych kopii. W tym celu wirusy natychmiast rozpoczynają produkcję swoich białek, dzięki którym kopiują swoje RNA (lub DNA, jeśli taki mają materiał genetyczny) i produkują nowe wirusy. Jedna zainfekowana komórka może uwolnić nawet miliony nowych egzemplarzy wirusa, zanim umrze.

Inaczej działają wirusy zwane retrowirusami. Ich nie interesuje jedynie przerwanie błony komórkowej i włamanie się do wnętrza komórki. One chcą wejść dalej, do samego jądra komórkowego, w którym w chromosomach przechowywany jest materiał genetyczny. Potem wbudowują się w nić DNA swojej ofiary, wpływając na pracę genów i zmieniając funkcjonowanie komórki. Jednym z najbardziej znanych retrowirusów jest wirus HIV, atakujący komórki odpornościowe, do tej grupy należy też wirus zapalenia wątroby typu B.

Bardzo ciekawymi wirusami są bakteriofagi, atakujące wyłącznie komórki bakterii – stąd ich nazwa, oznaczająca w wolnym tłumaczeniu „pożeracze bakterii”. Niektóre z nich mają dość skomplikowaną budowę, zdecydowanie upodabniającą je do bardziej zaawansowanych stworzeń – nieco przypominają berła z rękojeścią, do której ktoś dokleił cienkie i długie nóżki. Bakteriofagi potrafią infekować swoje ofiary na dwa sposoby. Bakteriofag T wstrzykuje swój materiał genetyczny do komórki bakterii Escherichia coli, zmuszając ją do replikowania jego genów oraz otoczki, a następnie niszczy bakterię od środka. To jeden sposób. Ale na przykład bakteriofag lambda działa inaczej – wnika do genomu bakterii i pozostaje tam, nie szkodząc bakterii. Wystarczy jednak, że warunki zewnętrzne zrobią się niekorzystne, bakteria ulegnie osłabieniu albo jest niedożywiona, a bakteriofag uaktywnia się i szybko namnaża, a potem zabija swoją ofiarę. To ten drugi sposób. Zdolności wirusów do wbudowywania się w genom zainfekowanej komórki okazały się przełomowe dla genetyki, pozwalając na uczynienie z nich głównych nośników genów w terapiach genowych, o czym będziemy opowiadać więcej w kolejnych rozdziałach.

I choć wydawałoby się, że o świecie wirusów przez XX stulecie dowiedzieliśmy się naprawdę dużo, okazuje się, że naukowcy „przegapili” wirusy, które są naprawdę olbrzymie (Giant viruses). Odkryto je dopiero na początku XXI wieku! To paradoks, że największe wirusy najtrudniej było dostrzec, ale winne były temu tak zwane filtry bakteriologiczne, służące mikrobiologom do odsiewania wirusów od bakterii. Nowe wirusy były na tyle duże, że podobnie jak bakterie nie przechodziły przez filtry. Ale nie tylko wielkość odróżnia je od innych typów wirusów. Są też o wiele bardziej zaawansowane, mają nie kilkanaście, ale setki genów – największy Mimivirus ma ich ponad 1200. Wirusy te działają inaczej niż znane dotychczas. Wprawdzie mogą namnażać się wyłącznie w komórce nosiciela, ale robią to w wyjątkowo przemyślny sposób. Po wniknięciu do komórki tworzą w niej specjalną strefę, przeznaczoną wyłącznie do powielania swojego materiału genetycznego. Wirusy te, którym nadano wpadające w ucho nazwy: mimiwirusy, momowirusy i mumuwirusy, atakują wyłącznie niewielkie organizmy wodne – ameby.

Ważne pytania

Dlaczego tak trudno jest nam uporać się z wirusami, które same w sobie są przecież bardzo proste? Nauczyły się one wykorzystywać nasz własny organizm, który przecież już wcale taki prosty nie jest. Dlatego dzisiaj najskuteczniejszą bronią przeciwko wirusom są szczepienia. Współczesne szczepionki zazwyczaj zawierają fragment DNA czy RNA wirusa lub jakieś jego białko – element, który nie wywołuje choroby, ale pozwala organizmowi nauczyć się rozpoznawać złoczyńcę i w porę wyprodukować odpowiednie przeciwciała. Dzięki temu wykorzystujemy nasze organizmy, żeby same zwalczyły niebezpieczne wirusy.

Dlaczego leki przeciwwirusowe są zazwyczaj mało skuteczne? Wirusy nie są żywe – i dlatego nie można ich zabić. Kiedy są poza organizmem nosiciela, mało co im szkodzi, ale mamy szansę zadziałać na nie, kiedy już dojdzie do infekcji. Istnieje coraz więcej naprawdę skutecznych leków, tylko zazwyczaj kierowane są one przeciwko konkretnemu wirusowi. Weźmy choćby HIV. Wirus ten został doskonale opanowany właśnie dzięki lekom, które nie pozwalają mu namnażać się w komórkach. Jeden z tych leków działa w ten sposób, że blokuje enzym pozwalający wirusowi na przepisywanie swojego RNA na DNA, są też leki, które hamują proteazę wirusa, potrzebną do tego, by powstawały jego białka. Dzięki tym lekom osoby zakażone HIV mają dzisiaj oczekiwaną długość życia podobną jak zdrowi ludzie.

Dlaczego leki na HIV nie działają na koronawirusa? Każdy wirus inaczej atakuje komórkę, dlatego potrzebuje innych enzymów, produkuje inne białka. Leki muszą więc być bardzo dokładnie celowane w konkretny wirus. W przypadku koronawirusa nadzieję budzą nowe, testowane jeszcze leki, blokujące wnikanie wirusa do komórki poprzez neutralizację jego „koron” – przyssawek, dzięki którym koronawirus otwiera sobie wrota do komórek nabłonka oddechowego w płucach. Faktem jest jednak, że działamy trochę rozpaczliwie i na oślep, sprawdzając jednocześnie wiele substancji i dróg atakowania wirusa, w nadziei, że któraś w końcu zadziała.

Wirus – nasz stwórca

Do dzisiaj nie wiemy, w jaki sposób i kiedy dokładnie powstały na Ziemi wirusy. (fot. iStock) Do dzisiaj nie wiemy, w jaki sposób i kiedy dokładnie powstały na Ziemi wirusy. (fot. iStock)

Z pewnością nie są to najstarsze nośniki informacji genetycznej znane ewolucji. Badania paleobiologiczne dowiodły, że pierwsze z pewnością były bardzo proste bakterie – archeony, dzisiaj uważane za trzecie królestwo żywych organizmów. To one w pewnym momencie, jakieś cztery miliardy lat temu, pojawiły się w pożywnej zupie praoceanu. Ich zaczątkiem były proste molekuły, prawdopodobnie składające się z fragmentów RNA. Ale co tchnęło w nie życie, pozostaje tajemnicą. Zagadką jest też, jak wśród tych pierwszych żywych mieszkańców oceanów znalazły się otoczone błonką niewielkie strzępki RNA, mające zaledwie 1–2 geny i mogące dzięki temu włamywać się do wnętrza coraz bardziej zaawansowanych organizmów.

W niewielkiej ilości materiału genetycznego, wielkości może jednego naszego genu, nasz słynny koronawirus ma zapisane 4 białka strukturalne, które go budują, i około 16 białek, które służą mu do replikowania się w komórkach.
Ale w przyrodzie nigdy nic nie jest czarno-białe i wirusy też nie są wyłącznie złoczyńcami, żerującymi na komórkach żywych istot i wywołującymi w nich różne choroby. Mamy coraz więcej dowodów na to, że wirusy odegrały niebagatelną rolę w ewolucji bardziej zaawansowanych organizmów. Szczególną rolę przypisuje się tu dwóm rodzajom wirusów – wirusom olbrzymim oraz retrowirusom. Zdaniem badaczy początków życia na naszej planecie, tuż po powstaniu najstarszych bakterii musiało wydarzyć się coś, co przekształciło najprostsze, archaiczne komórki w komórki posiadające jądro komórkowe – tak zwane eukarionty. Jak zrobiliśmy największy krok milowy w dziejach życia? Oczywiście to tylko hipoteza, ale mogło to być możliwe właśnie dzięki wniknięciu olbrzymiego wirusa do prymitywnej bakterii. Utworzył on w niej otoczkę z materiałem genetycznym w środku – i stało się, powstało pierwsze jądro, a prymitywna komórka zamieniła się w twór zorganizowany wewnętrznie i przekazujący DNA z pokolenia na pokolenie.

Ewolucja ruszyła. Zdecydowanie pomogły jej w tym kolejne wirusy z grupy retrowirusów. Wielokrotnie infekowały naszych przodków, zarówno ludzkich, jak i zwierzęcych, wbudowywały się w nasze DNA, a potem zostawały w nim na zawsze. Dzisiaj stanowią około 5–8 procent naszego genomu.

I wiemy, że to prastare wirusowe DNA pełni bardzo ważne funkcje w ludzkim organizmie – począwszy od regulacji działania układu immunologicznego, a skończywszy na… zdolności do zapamiętywania. Ostatnio dowiedziono, że w procesie przekazywania sygnału pamięciowego w ludzkim hipokampie bierze udział białko produkowane przez geny pochodzenia wirusowego. Istnieje również teoria, która przekonuje, że ewolucja łożyska i powstanie całej grupy ssaków łożyskowych, do której i my należymy, miały swój początek w infekcji wirusowej. Wiemy, że jeden z kluczowych dla kształtowania się łożyska genów jest pochodzenia wirusowego. Możliwe więc, że wszyscy istniejemy dzięki wirusom, a cała późniejsza złożoność życia bierze swój początek w pradawnych infekcjach. A to jeszcze nie wszystko, co zawdzięczamy wirusom. Okazuje się, że dzięki swoim właściwościom dzisiaj przydają nam się w najbardziej zaawansowanych terapiach genowych oraz inżynierii genetycznej. Będą nam towarzyszyć w wielu miejscach tej książki – i jako wrogowie, i jako nasza nadzieja na życie.

Fragmenty z książki "Co kryje się w naszych genach?"

Ewa Bartnik: genetyk, profesor biologii, popularyzatorka nauki. Specjalizuje się w chorobach, które są powodowane przez zmiany DNA. W 2008 r. od Polskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Naukowych otrzymała honorowa nagrodę dla naukowca przyjaznego mediom. Odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za zasługi na rzecz nauki w Polsce i na świecie oraz wspieranie międzynarodowej współpracy naukowej. Jest członkiem specjalnej komisji Światowej Organizacji Zdrowia zajmującej się problemem modyfikacji ludzkiego DNA, była uczestnikiem Międzynarodowej Komisji Bioetycznej UNESCO.

  1. Psychologia

Lęk przed porażką - pokonaj go w 20 krokach

Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Lęk przed porażką potrafi być dokuczliwy. Zdarza się, że uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Okazuje się jednak, że można go oswoić.

Hans Morschitzky, austriacki psycholog i psychoterapeuta, opracował program 20 kroków, które pomogą ci zdobyć umiejętności lepszego obchodzenia się ze strachem przed niepowodzeniem. Zwróć uwagę na te, które w szczególności ciebie dotyczą. Jeśli w którymś punkcie zobaczysz głębszy problem, z którym nie jesteś w stanie się zmierzyć, zastanów się, czy nie potrzebujesz pomocy specjalisty. Uświadomienie sobie tego, to już jest coś. Program ten może sprawić, że spojrzysz na swoje problemy z innego punktu widzenia.

Krok 1 - Nie myśl i nie mów „muszę”, myśl i mów „chcę”

W ten sposób zwiększysz swoją motywację do działania. Motywuj się atrakcyjnymi celami. Łatwiej osiągniesz sukces, kierując się wewnętrznymi potrzebami. Gdy motywacja do dokonania czegoś wypływa z nas samych, rozczarowania i niepowodzenia nie są w stanie odciągnąć nas od wyznaczonego celu. Jesteśmy silniejsi.

Krok 2 - Lęk przed porażką zamień na nadzieję na sukces

Zaprogramuj się na sukces. Jest różnica w nastawieniu się na uniknięcie porażki a na dążeniu do sukcesu. Nie myśl jednak o nim ciągle, skup się na bieżących zadaniach. W ten sposób w swojej podświadomości skrócisz drogę do zwycięstwa.

Krok 3 - Stawiaj sobie realistyczne cele

Do sukcesu dochodź stopniowo. Wyznaczaj sobie małe odcinki do pokonania. Planując sobie cele nierzeczywiste, tylko prowokujesz porażkę.

Krok 4 - Formułuj pozytywne cele

Mów to, co chcesz, a nie to czego nie chcesz. Jeśli mówisz sobie: „Nie chcę myśleć o różowym słoniu”, widzisz ich całe stado. W naszej głowie powstają obrazy, które działają na nasze ciało. Ograniczaj słowo „nie”. Nie myśl: „Żebym się tylko nie zdenerwowała”, raczej „Będę spokojna”.

Krok 5  - Wizualizuj swój sukces

Nie ma w tym żadnej magii, to trening mentalny. Jeśli będziesz wyobrażała sobie, że zdasz egzamin, myśli te skłonią cię do uczenia się. Katastroficzne wizje tylko paraliżują.

Krok 6 - Żyj tu i teraz

Nie marnuj chwili. Skoncentruj się na tym, co aktualnie robisz. Nie myśl o kilku rzeczach jednocześnie. Zrezygnuj zwłaszcza z negatywnych myśli o przeszłości i przyszłości.

Krok 7  - Skoncentruj się na zadaniu i na sobie

Zastanów się, co cię rozprasza i wyeliminuj ten czynnik. Może inni ludzie, może nadmiar zadań. Ważniejsze jest to, co wewnętrzne, niż to co zewnętrzne. Bądź sobą, nie stój „obok siebie”, bo wtedy tracisz „lekkość istnienia”. Pozwól, żeby twoje działania cię pochłonęły. Takie stany „przepływu” sprawiają, że nasze myśli i uczucia stanowią jedność i popychają nas do skutecznego działania. Jesteśmy efektywni.

Krok 8- Działaj w sposób celowy

Zaplanuj sobie konkretne czynności, stwórz program działań. Wystrzegaj się pustych deklaracji i nieskoordynowanych ruchów. Rozpoczynaj od tego, co cię najbardziej inspiruje i sprawia przyjemność. Nagradzaj się za wykonane zadania.

Krok 9 - Pamiętaj o swoich sukcesach, nie porażkach

Rozpamiętywanie tych ostatnich do niczego dobrego cię nie doprowadzi, a na pewno nie do zwycięstwa. Wyświetlaj sobie wewnętrzny film o swoich osiągnięciach. Zastanawiaj się, dlaczego tak świetnie sobie wtedy poradziłaś, przywołaj smak sukcesu. Włączaj tą kasetę, gdy skrada się lęk przed porażką.

Krok 10 - Przyjmij, że możesz popełnić błąd

Na błędach można się uczyć. Staraj się je traktować z humorem. Błędy i porażki można potraktować jak stopnie, po których się wspinasz. Wykaż tolerancję na lęk przed niepowodzeniem. Oswój go, a nie będzie taki groźny. Energię lęku można wykorzystać do sensownych przemian. Wtedy przestaje paraliżować i można się skupić na celach.

Krok 11 - Umocnij swoje poczucie własnej wartości

To jest klucz do każdego sukcesu. Miej wiarę w swoje umiejętności. Zaprzyjaźnij się ze sobą. Zaknebluj wewnętrznego krytyka. Gdy tego nie zrobisz, będziesz podatna na krytykę otoczenia. Naucz się doceniać samego siebie. Może pewnych rzeczy nie potrafisz robić, nie we wszystkim jesteś dobra, ale każdy nosi w sobie możliwości rozwoju. Co potrafisz robić dobrze, jakie umiejętności posiadasz, co stanowi o wartości twojej osoby?

Krok 12 - Działaj zamiast narzekać

Bądź aktywna, kształtuj swoje życie. Ważne jest, jak traktujesz codzienne zadania. Czy wierzysz, że masz nad nimi kontrolę? Pamiętaj, że zawsze masz wybór. Można zostać ale można też odejść. Nie podporządkowuj się zbiegom okoliczności, nie chowaj się za rolą ofiary. Jeżeli myślisz, że życie byłoby piękne, gdyby nie okoliczności, zmień takie myślenie, bo ono do niczego nie doprowadzi. Zacznij zmieniać najpierw to, co niezbędne. Rozwiń w sobie odwagę, by zacząć od nowa.

Krok 13 -Dodawaj sobie otuchy

Prowadź ze sobą pozytywny wewnętrzny dialog, zachęcaj samego siebie. Nie dołuj się, nie besztaj. Rozmawiaj ze sobą w taki sposób, w jaki chciałbyś żeby inni ludzie z tobą rozmawiali. Prowadź ze sobą rozmowy miłe i budujące. Potraktuj siebie jako najważniejszego partnera do rozmów. Dialogi wewnętrzne dają sprawność umysłową.

Krok 14 - Zmierz się ze swoim lękiem

Nie uciekaj przed tym, co cię obciąża. Wyobraź sobie, co by było, gdyby stało się to najgorsze. Zastanów się, na ile jest to prawdopodobne. Przeanalizuj jak „tu i teraz” można uniknąć katastrofy, zminimalizować ryzyko. Spróbuj racjonalizować lęk. Gdy nadal cię paraliżuje, poddaj mu się. Twoja akceptacja odbierze lękowi całą władzę, ponieważ przestaniesz się już go bać. Skup się na chwilowych odczuciach, symptomach strachu, a zobaczysz że słabną. Od konfrontacji przejdź do komunikacji. Porozmawiaj z lękiem. Podziękuj mu, że doprowadził cię do tego punktu i zakomunikuj, że już nie odciągnie cię od zamierzonych celów.

Krok 15 - Dbaj o szczerość

Bądź autentyczna, spontaniczna. Nie graj przed sobą i innymi nieprawdziwej roli. To odbiera siły.

Krok 16 - Zachowaj właściwe proporcje między pracą a odpoczynkiem.

Tylko w ten sposób będziesz wydajna. Nieprzerwana praca wyniszcza. Wypracuj sobie rytm życia i dokonywania czegoś, który jest dla ciebie dobry. Oscyluj regularnie między napięciem a odprężeniem.

Krok 17 - Naucz się odprężać fizycznie

Wybierz coś dla siebie z technik relaksacyjnych. Skutkiem takich ćwiczeń powinna być umiejętność pozbywania się napięcia, eliminowania czynników wywołujących stres. Jeśli jesteś odprężona, lęk nie ma do ciebie łatwego dostępu.

Krok 18 - Zrezygnuj z nadmiernych aspiracji

Unikaj przerostu ambicji i ustawiania poprzeczki za wysoko. W przeciwnym razie dopadnie cię syndrom wypalenia zawodowego.

Krok 19 - Kieruj się zdrowym egoizmem

Nie staraj się być odpowiedzialna za wszystkich i za wszystko. Pomagaj innym ludziom, ale pamiętaj, że to oni sami odpowiadają za swoje postępowanie. Zatroszcz się o swoje własne zadania.

Krok 20 - Popracuj nad umiejętnościami społecznymi

Umiejętność autoprezentacji i asertywność to ważne cechy. Naucz się umiejętnie eksponować swoje kompetencje. Nie sprzedawaj siebie poniżej swojej wartości.

 

  1. Psychologia

Najlepsze rada to... autorada

Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. (Fot. iStock)
Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wszyscy jesteśmy ekspertami! Jeśli chodzi o wychowanie cudzych dzieci, postępowanie z mężem i kłopoty z teściową – doradzamy jak z nut. A czy sami radzi rad słuchamy?

Dobra rada zawsze w cenie? Bynajmniej. Któż z nas nie udzielił choć raz światłej wskazówki, która – jak najbardziej racjonalna – trafiła kulą w płot? Albo sam nie otrzymał porady, która zamiast pomóc jedynie zirytowała? Dlaczego tak się dzieje?

Bo rada to skomplikowane zjawisko. Jest pięknym darem – ale dla siebie. Nie od każdego chcemy ją przyjąć. Nie zawsze umiemy się przed nią bronić. Porad chętnie słuchamy, jeszcze chętniej ich udzielamy, a ciąg dalszy następuje... tak jak miał nastąpić.

Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. Jaka szkoda! To jedna z większych przyjemności! Dlatego... poniżej kilka bardzo dobrych rad o poradnictwie dnia codziennego.

Rad udzielamy, bo...

Zwykle jesteśmy samozwańczymi specjalistami w trzech kwestiach: wychowania dzieci, prowadzenia domu i postępowania z ludźmi. Na tym zna się prawie każdy, niemal wszystkich bardzo to interesuje i większość chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Nie jest to złe, bo nawet jedna z bardzo prostych metod terapeutycznych dotyczących rozwiązywania problemów polega właśnie na wyjściu ze swojej roli. Pacjent zamienia się w doradcę – prosi się go, żeby powiedział, co doradziłby obcej osobie w takiej samej sytuacji, w jakiej on się znajduje. Bo w teorii, wszyscy wiemy, co robić. Tyle że rady w kwestii dzieci, partnera, rodziny czy miłości rzadko skutkują, bo nikt nie skorzysta z racjonalnych argumentów tam, gdzie rządzą uczucia.

Po co więc radzimy ludziom? Chciałoby się odpowiedzieć, że chcemy im pomóc, ale to nieprawda. Jak większość rzeczy w życiu, robimy to dla siebie:

  • Uważamy, że skoro przeżyliśmy coś na własnej skórze, wiemy o problemie wszystko.
  • Lubimy się popisywać zdrowym rozsądkiem, pragmatyzmem i racjonalnym myśleniem.
  • Poprawiamy sobie samopoczucie. Postrzegamy siebie jako empatyczne i życzliwe osoby. Udzielanie rad jest znacznie łatwiejsze niż udzielanie pomocy. A jaką daje przyjemność!
  • Próbujemy pokazać, jak wspaniale radzimy sobie z życiem: „Ja bym sobie nie pozwolił na takie traktowanie”. „Od razu bym jej powiedziała, że…”. I tak pod pozorem udzielania rady, kreujemy własny mit.
To podświadomy lub czasem świadomy wstęp do naruszenia dobrych relacji, bo kiedy udzielamy komuś rady, wydaje się nam, że mamy prawo zapytać, czy z niej skorzystał, a jeśli nie – poczuć się tym urażeni. „Jak to? To ja ci poświęciłem tyle mojego czasu i uwagi, a ty zrobiłeś po swojemu? Już nigdy nic ci nie będę radzić, skoro wcale mnie nie słuchasz”.

Kompensuje własne porażki: „Ja bym takiemu głupiemu szefowi od razu powiedział… Szybko zrobiłbym z tym porządek”. To typowe rady osób, które słabo radzą sobie z rozwiązywaniem problemów i chcą pofantazjować, jak by to było, gdyby…

Kogo (ewentualnie) słuchamy?

Specjalisty. Rada terapeuty, chociaż merytorycznie identyczna jak rada sąsiadki czy koleżanki z portalu internetowego, ma zdecydowanie większą moc oddziaływania. Z jednej strony działa tu magia autorytetu – potwierdzonego dyplomem! Z drugiej – fakt, że profesjonalista nigdy nie ocenia. Jego rady nie mają zabarwienia emocjonalnego („Jak to? To ty nie umiesz zrobić takiej prostej rzeczy?!”). On niczemu się nie dziwi i na tym również polega jego wielka siła oddziaływania. Ponadto zamiast wypowiadać mentorskie opinie, zadaje pytania, za pomocą których zmusza pacjenta do autorefleksji: „Jak zamierza pani sobie z tym poradzić? Jakie działania chce pan podjąć?”. Terapeuta wie, że człowiek nie skorzysta z żadnej rady, nawet najrozsądniejszej, jeśli będzie niezgodna z tym, co pacjent sam chce zrobić, na co ma gotowość i rezerwy psychiczne. Wreszcie – terapeuta nie ma pretensji, że jego rady nie zostały wdrożone w życie. Zapyta tylko „dlaczego”, ale nie obrazi się na pacjenta. To sprawia, że tak naprawdę potrzebujemy rad od osób, które uznajemy za kompetentne.

A co oprócz dyplomu terapeuty czy psychologa czyni ludzi bardziej kompetentnymi? Odniesiony sukces! Znani twórcy, artyści, biznesmeni są wciąż proszeni o to, żeby zdradzili, jakimi czarodziejskimi metodami udało im się zrobić tak wielką karierę. Człowiek sukcesu, gdy udziela rady, ma podobną pozycję do licencjonowanego terapeuty. Jego wskazówek słuchamy z nabożnym zainteresowaniem i zdajemy się nie zauważać, że są one zawsze takie same i koncentrują się wokół słów „pracowitość” i „upór”. Ludzie sukcesu udzielają czasem także rad w dziedzinach bardzo odległych od obszaru ich działania. Porady gwiazd dotyczące tego, jak gotować, jak się ubierać... są traktowane bardzo serio. Bo z radami jest jak ze wszystkim w życiu: ważniejsze od tego, co się mówi, jest to, kto to mówi.

Rad nie chcemy?

Osobny temat to rady, których ktoś ci udziela, choć wcale go o to nie prosisz. Tych nigdy się nie uniknie. I nieważne, czy zrobi to osoba ci bliska czy zupełnie obca. Zawsze znajdzie się taka, która znienacka cię nimi draśnie i wytrąci z równowagi. Lecz to jest tak, że im bardziej czyjaś rada cię ubodła, tym bardziej warto jej się przyjrzeć.

Jeśli poczułeś się czymś urażony, dotknięty lub obrażony, to znaczy, że bardzo niepewnie czujesz się w poruszonym temacie. Coś jest na rzeczy. Twoje poczucie wartości zostało nadszarpnięte? Można to wykorzystać jako bodziec do wzmocnienia swojej pozycji ojca, matki, pracownika… Bo jeśli będziesz pewny siebie, to żadna rada, nawet najbardziej złośliwa, np. „masz takie krótkie nogi, że odradzałabym ci ten fason spodni” – cię nie urazi.

Jak postępować z cudzymi radami?

  • Traktuj nawet te nachalne jako swoistą ciekawostkę: „Nigdy o tym nie pomyślałem. To interesujące”.
  • Postaraj się nie odbierać ich jako ataku na siebie. Często ktoś mówi coś w dobrej wierze, po prostu po to, żeby nawiązać z tobą kontakt.
  • Zadawaj pytania, jakbyś był tym co słyszysz bardzo zainteresowany. „Naprawdę? I pani tak to robi?”.
  • Pochwal „doradzacza”. Zrobisz dobry uczynek. Powiedz: „Dziękuję, że mi to poradziłeś”, i nie dodawaj, że z rady nie skorzystasz.
  • Podziękuj – na przykład obcej osobie na ulicy, która mówi ci, jak uciszyć dziecko. „Dziękuję bardzo, przemyślę to”. Poprawisz sobie humor, bo nie wytrąciła cię z równowagi.
  • Nie reaguj agresją, bo to bardzo wyczerpuje emocjonalnie. Nie mów: „Jak jesteś taki mądry, to sam to zrób”, Niech pani się nie wtrąca, to nie pani sprawa.
  • Nie generalizuj, nie wyciągaj pochopnych wniosków: „Mówisz mi, jak mam się zwracać do własnego dziecka?! Uważasz, że jestem złą mamą?”.
  • Nie daj się sprowokować i wciągnąć w konflikt. Nie komentuj: „To idiotyczne, co mówisz”.

Dobrze mówisz, ale ja...

Ktoś otwarcie prosi o radę. Co robić? Nastawić się na odbiór. Zwykle rzadko chodzi rzeczywiście o podanie konkretnej wskazówki. To raczej prośba o wysłuchanie, o zainteresowanie problemem. Samej rady najlepiej nie udzielać, bo często bywa narzędziem... manipulacji.

Amerykański psychiatra Eric Berne, autor kultowej książki „W co grają ludzie”, wiele miejsca poświęca w niej radom. W grze o nazwie „Dlaczego ty nie – tak, ale...” gracz opowiada ci o swoim problemie, który może dotyczyć np. uciążliwego sąsiada. Ty słuchasz i jako osoba empatyczna, wrażliwa rozumiesz, na jakie przykrości jest narażony. Zwyczajnie, po ludzku chcesz mu pomóc. W dobrej wierze udzielasz więc rady: „Może zgłoś to na policję?”. Wtedy słyszysz argument, że twoja rada jest nietrafiona, np. „To wykluczone, jego brat pracuje na posterunku”. Jak większość ludzi nie poddajesz się jednak od razu i szukasz innego sposobu: „W takim razie…”.

Wytrawnymi graczami w „Dlaczego ty nie – tak, ale...” są osoby, które chciałyby zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Pytają szczupłych, jak oni to robią i… zbijają wszystkie ich wskazówki.

Cokolwiek zaproponujesz takiej osobie, twojej radzie zostanie przeciwstawiony argument nie do odparcia. Jeśli w porę się nie zorientujesz, będziesz z uporem szukać rozwiązania problemu, którego ten ktoś wcale nie chce rozwiązać. On tylko pragnie ci udowodnić, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Na tym właśnie polega wypłata gracza (nagroda emocjonalna).

Rada idealna…

…to taka, z której ktoś konstruktywnie skorzysta. Musi być dostosowana do wieku, aktualnych emocji, możliwości psychicznych i trafiać w głęboko ukryte motywy osoby, której jej się udziela. Bo tylko ona ma pełen ogląd sytuacji i to ona sama musi sobie w większości przypadków (zwłaszcza w kwestii relacji) odpowiedzieć na pytanie: „co robić?”.

Ogranicz więc swoją rolę do aktywnego słuchania i zadawania pytań typu: „I co zamierzasz zrobić? Jak się do tego zabierzesz?”. W ten sposób naprowadzasz „potrzebującego” na właściwy trop, na rozwiązanie, jakie najbardziej mu pasuje i jest możliwe do realizacji.

Bo tajemnica rady idealnej tkwi w tym, że może nią być tylko autorada.

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety zakochują się w żonatych mężczyznach?

Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety.
(Fot. iStock)
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Są kobiety, które zakochują się tylko w żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Moja przyjaciółka M. zakochiwała się wyłącznie w mężczyznach, którzy byli zajęci. Tłumaczyła, że to silniejsze od niej. A kiedy jeden z jej wybranków zdecydował się odejść od żony, pogoniła go, mówiąc, że już jej nie pociąga… Oczywiście, bo on ją interesował nie jako jej partner, tylko jako mężczyzna do zdobycia, i to mężczyzna należący do innej kobiety. Żeby to zrozumieć, trzeba wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Pierwsza to poczucie wartości M. Opiera się ono na tym, że ten, kogo uda się jej zdobyć, jest nic niewart. Bo gdyby był coś wart, toby jej nie chciał. Dlatego wartościowy i atrakcyjny jest ten mężczyzna, którego musi zdobywać. Drugi aspekt to trójkąt rodzicielski. To istota całej sprawy. Zacznijmy od tego, że kiedy M. była dziewczynką, niedobrze się działo między państwem małżeństwem, czyli tatusiem a mamusią. Nie byli już ze sobą blisko, choć może kiedyś tak, a gdy pojawiła się córeczka, niespecjalnie się już nawet lubili. Oboje się od siebie oddalali, czuli zawód seksualny, żal i nic w tej sprawie nie robili. No i co się wtedy stało? To, co zazwyczaj w takiej sytuacji: dziecko płci żeńskiej stało się córeczką tatusia. M. rozumiała go lepiej niż żona, lepiej niż ona się z nim dogadywała. I tatuś miał poczucie, że jego córeczka to najsłodsza istota na świecie, która go kocha nad życie: „No, przynajmniej córkę mam dobrą, bo żona to mi się nie udała”, myślał.

Trochę tej dziewczynie zazdroszczę kontaktu z ojcem, a trochę czuję, że ta ich bliskość to jednak nadużycie… Jakiś jego rodzaj na pewno, choć nie musi dochodzić do żadnego molestowania. Córka jednak bardziej jest towarzyszką tatusia niż mamusia, i to nie jest naturalne. Matka jest oczywiście o córkę zazdrosna. To jest aż nudne dla mnie jako dla terapeutki, bo wciąż to muszę powtarzać, ale powtarzam, bo wiem, jakie to niezwykle ważne dla ludzi, którzy tego doświadczają. Otóż ta mamusia nie kocha córki, bo nie kocha samej siebie, a przecież córka to mała ona. I dlatego zawodzi męża, bo jeśli nie kocha siebie, to czuje się niepewnie, wstydzi się, nie lubi swojego ciała, a więc i unika seksu. Jest więc mamusia takiej dziewczynki niespełniona jako kobieta, a i jej mąż – niespełniony jako mężczyzna.

No ale wracając do córeczki: ponieważ mama jej nie lubi, to tym bardziej ona lgnie do tatusia. Tatuś tym bardziej czuje, że to córeczka jest jego, a nie żona. A więc tworzy się w głowie dziewczynki taki oto wzór: mama jest żoną tatusia, ale nie całkiem są razem, nie ma między nimi więzi. A więc córka chciałaby, żeby mamusi nie było i żeby tatuś był jej. Ale przecież nie byłoby dla niej dobre, gdyby mamusi w ogóle nie było, bo mamusia jest jej potrzebna. Ba! Tatusiowi też jest potrzebna, żeby był dom.

No i mamy grecką tragedię… Dziewczynka wyrasta w poczuciu, że tatuś nie jest jednak do zdobycia. Uczy się więc, że mężczyzna, który jest jej najbliższy, nie jest jej. A jednocześnie nie może zaakceptować też tego, że tatuś jest mamusi. Mogłaby to zaakceptować, gdyby rodzice się kochali i wychowywali ją jak dziecko, a nie jak zastępczą partnerkę tatusia. Ta dziewczyna nie może mieć też do końca poczucia, że identyfikuje się z kobiecością, bo to można dostać tylko od matki. A ona tego od matki nie dostaje. Liczy więc, że koronę królowej da jej mężczyzna, którego zabierze innej kobiecie. No i teraz wróćmy do M. Zabrała tego pana innej pani i w tym momencie przestał być dla niej ważny. Bo tatuś nie może być jej partnerem. To byłoby kazirodztwo. Nie o to też chodzi, żeby go mieć, tylko żeby go zdobywać. No bo na czym miałoby polegać zdobycie tatusia w rodzinie?

Mamusia powiedziałaby: „Dobrze, córuś, tatuś jest twój”. Dopiero byłoby dziwnie. Ponieważ córka poczułaby się przeciążona, a ponadto zdradzona i przez matkę, i przez ojca. Dziecko potrzebuje obojga rodziców. A więc nie może jej się udać tego faceta zdobyć, bo nawet nie byłoby wiadomo, co z tym zrobić. Poza tym ta kobieta, która jest z tym mężczyzną, jest jej matką. Więc córka chce z nią wygrać tylko trochę, żeby się poczuć lepiej. Bo czuje się źle. Matka jej nie traktuje jak córki, ojciec też, bo zastępuje nią żonę, z którą jednak nadal jest, więc córki nie wybiera. Córka nie jest zatem sobą, nie jest po prostu dzieckiem. Gdyby wygrała z matką, spadłby na nią cały ciężar tej sytuacji. A ona tego nie udźwignie, bo przecież jest niedojrzała, niepewna siebie. Nikt jej nie nauczył, jak to jest być zadowoloną z siebie.

Więc romans z żonatym może być fajny, ale tylko jako romans? Tak, bo ona sobie udowadnia, że jakiś mężczyzna dla niej zdradza żonę. I właśnie: moim zdaniem chodzi o to, że on zdradza, a nie, że zostawia żonę. A więc on woli ją. Nie chodzi nawet o seks z nim, ale o to, że ten mężczyzna jej pragnie. Ponieważ tatuś nie pragnął mamusi, a jej nie mógł pragnąć. Chodzi o to, że dziewczyna czuje, że w jakimś małżeństwie źle się dzieje, bo tatuś nie pragnie mamusi, swej żony, ma więc pragnąć jej. A nawet odwrotnie – ponieważ żonaty mężczyzna jest na nią łasy, to oznacza, że w jego relacji z żoną jest kiepsko i ona ma nawet obowiązek go ratować!

A czy M. i podobne do niej kobiety nie są seksolubne? One wabią mężczyznę seksem, bo to jest ich sposób na to, by zbudować z nim relację, która ma być ważniejsza niż inne. Co więcej, dla tych mężczyzn, których M. sobie wybiera, seksualne wabienie jest szczególnie atrakcyjne, bo ich żony seksualnie atrakcyjne nie są lub przestały być. Mężczyzna nie potrafi rozbudzić seksualnie żony, bo nie umie poradzić sobie z jej chłodem, lękiem itd. Albo nie chce, bo związał się z taką kobietą, by nie musieć być wydolny seksualnie na takim poziomie, który zaspokoi dorosłą kobietę. M. łatwo go sobą zainteresuje, ponieważ dorosłą, wymagającą kobietą nie jest. Chce adoracji, musi być uwodzicielką, lolitką. Naprawdę chce ojca i matki, ale nie dostała tego od własnych rodziców, więc przynajmniej dostaje uwagę od kolejnego cudzego męża. Sprawdza się jako upragniona kobieta wcześniej niż jako kochane dziecko. Mężczyźni lecą na te dziewczyny, które im obiecują załatwienie ich własnych, niedojrzałych interesów.

A jak powinna się zachować mądra żona, kiedy taka kobieta szkodnik pojawi się w jej domu? Mądra kobieta powinna być dla niej dobra. To jest najbardziej lecznicze, bo tej dziewczynie potrzebna jest akceptująca matka. Gdy żona jest dobra, dla mężczyzny przestaje to być przygoda na boku. Poza tym zaczyna widzieć, kim ta dziewczyna naprawdę jest: dzieckiem. Ale to trudne dla małżonki, która czuje się nieatrakcyjna, której się wydaje, że wyższość dziewczyny tkwi w tym, że jest młodsza. A tak naprawdę atrakcyjność dziewczyny dziecka tkwi w tym, że ten mężczyzna jest dla niej arcyważny. No bo któż jest tak ważny jak tatuś, którego można w końcu zdobyć.

Powiedzmy, że żonie uda się nie widzieć w niej modliszki, ale dziecko, i wejdzie w rolę ciepłej pseudomatki… Da wtedy tej dziewczynie coś nieoczekiwanego, co ją rozbroi. Bo – paradoksalnie – ona zwraca uwagę na jej męża właśnie w tym celu, żeby ta kobieta ją zaakceptowała. Czyli po to wchodzi w relacje z ojcem, by pokazać matce: „Nie mogę dostać się do ciebie, przyjdź do mnie. Jestem bardzo samotna”. Od tak zwanych sprytnych kobiet słyszałam pozornie podobną radę: „Zaprzyjaźnij się z jego flamą, a on ją zostawi”, ale to manipulacja. Ja mówię o czymś prawdziwym, czyli o zupełnie innej motywacji do pozornie podobnego działania. A więc jeśli wokół twojego męża kręci się małe dziecko, to się nim zajmij. Zabierz je na zakupy, na kawę, na damskie pogaduchy, powiedz, że ją rozumiesz, porozmawiaj o jej rodzicach, pomóż znaleźć terapeutę. Opowiedz o tym mężowi, niech on też wie, że to naprawdę dziecko i że nie jest fajnie być pedofilem. Dla żony to trudne, ale może mieć z takiej relacji sporą satysfakcję. To jednak wymaga świadomości. A musimy tu sobie powiedzieć, że postacie z tych historii są nieświadome, czemu robią to, co robią. Najsilniej kieruje nami to, co najbardziej ukryte. Zatem im więcej się odsłoni, tym mniej to niebezpieczne.

Czyli nie zabraniać, nie kłócić się… Tylko czy ta dobroć jest bezpieczna? Czy okazja nie czyni złodzieja? Czyni. Zajmij się nią, ale nie tak, żeby on z nią bywał. No i nie zrób z tego trójkąta. Wtedy to krzywda dla wszystkich, zwłaszcza dla niej, bo to dziecko bedzie z obu stron nadużyte – i przez pseudomatkę, i przez pseudoojca. Oczywiście, zachowanie żony nie determinuje tego, co zrobi mąż, choć może bardzo na to wpłynąć.

A co powinien zrobić? Najlepiej, gdyby postąpił tak jak bohater filmu „American Beauty”. Mamy tam sytuację: słaby facet, odrzucony przez romansującą żonę, lokuje swoje uczucia w dziecku, na szczęście nie w córce, tylko w jej koleżance. Ta koleżanka to nimfetka, czyli osóbka udająca, że jest doświadczona w sypianiu z panami. Uwodzi więc Kevina, który stara się na nią ciągle niby to przypadkiem wpadać, śni nawet o niej. I w końcu są tylko we dwoje. Ona jak najbardziej zgadza się mu oddać, chciałaby, żeby ktoś ją w końcu rozdziewiczył, a wie, że ten facet ją uwielbia. Ale też się straszliwie boi. I co on robi? Nie korzysta z okazji, ale mówi najwspanialsze słowa: Jesteś cudowna, pragnę cię, gdybym tylko mógł to zrobić, tobym to zrobił i byłbym szczęśliwy. Ale tego nie zrobię, właśnie dlatego, że jesteś taka wspaniała, że cię uwielbiam... Ona dostaje więc to, co jest jej naprawdę potrzebne, a nie zostaje nadużyta. On jej daje to, co można dać potrzebującej, głodnej miłości dziewczynce. I zostawia ją jej procesowi dorastania.

Jeśli któraś z naszych czytelniczek pomyśli: „kurde, to o mnie”, to co powinna zrobić? Najlepiej pójść na terapię. Można spróbować pogadać z tatą, z mamą. Zobaczyć, jak oni dalej żyją... Podstawowym procesem wewnętrznym ma być zobaczenie rodziców jako pary. Czyli na przykład postawić sobie na komodzie ich zdjęcie ślubne, narysować ich jako parę, wyobrażać sobie ich razem idących za rękę. Wyobrażać ich sobie, jak byli młodzi i się w sobie zakochali, jak ze sobą spali. Jak bardzo chcieli ze sobą być, bo przecież istniał taki czas, kiedy byli sami, bez córki. A ona jest małą dziewczynką, która co najwyżej może trzymać ich za ręce. (To są zresztą dziewczyny, które jako dzieci nie leżały w łóżku między swoimi rodzicami. One rzadko chodziły z nimi razem do zoo, kina). To taki Hellingerowski sposób, żeby dziecko zobaczyło, że jest mniejsze od rodziców. A oni są razem, nawet jeśli się nie kochają teraz, to kiedyś uprawiali seks. Są parą i ich dziecko nic do tego nie ma. A jeśli się na to ich bycie razem porwie, będzie miało poczucie tragedii. Można się napawać poczuciem zemsty, ale na dobre to nam nie wychodzi.

Jeśli jesteś podobna do M., zastanów się: czy gdy ugania się za tobą wolny facet, to go lekceważysz, a ciągnie cię zawsze do mężów? Jeżeli tak, zastanów się, czy to dla ciebie dobre. Chcesz czegoś, co jest wbrew porządkowi. Mam nadzieję, że kobiety, które tak jak M. kilka razy zainteresują się zajętym mężczyzną, nasycą się tym, co wtedy dostają. One, tak jak każdy z nas, dobierają sobie partnerów, by zakończyć coś niezakończonego z rodzicami. Więc jeśli raz a dobrze zaspokoją potrzeby związane z trójkątem rodzinnym – a są chociaż trochę refleksyjne i przetwarzają swoje doświadczenia – choćby nieświadomie – znajdą swoje szczęście.

M. wyszła za mąż po trzydziestce za mężczyznę, który został sam z dwójką dzieci… A więc jest też i takie rozwiązanie… I dobrze, bo te dziewczyny mają często nieudane życie. Bywają pogotowiem seksualnym, hotelem dla mężczyzn, którzy skłócili się z żonami. Ale żaden z nich nie wiąże się z nimi na poważnie, bo wszyscy wiedzą, że to nie na stały związek. A jeśli znajdzie się taki, który pokocha, to dostanie w nos, tak jak przyjaciel M. Trochę żartobliwie powiem: opłaca się wchodzić w relacje z ludźmi, którzy już coś przeżyli i coś o sobie wiedzą. Samej też warto do tego dążyć…