1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Warto robić bilanse. O umiejętności dawania bez oczekiwań rewanżu rozmawiamy z psycholożką Agatą Wilską

Jeśli chcemy czerpać nadzieję z kondycji ludzkiej, to ze świadomości, że istnieją ludzie, którzy chcą dawać bezinteresownie. I może to zabrzmi banalnie, ale na tym polega miłość. (Fot. Milko/Getty Images)
Jeśli chcemy czerpać nadzieję z kondycji ludzkiej, to ze świadomości, że istnieją ludzie, którzy chcą dawać bezinteresownie. I może to zabrzmi banalnie, ale na tym polega miłość. (Fot. Milko/Getty Images)
Choć w relacjach potrzebna jest równowaga, to nie chodzi o to, by rozliczać się gest za gest, dar za dar, bo świat byłby strasznie smutnym miejscem, gdybyśmy nie próbowali być bezinteresowni – mówi psycholożka Agata Wilska. Jak zatem obdarowywać bez oczekiwania natychmiastowego zwrotu, sprawdzając zarazem od czasu do czasu, jak wygląda bilans między tym, ile dajemy i ile otrzymujemy?

Sezon świąteczny jest czasem obdarowywania. W kontekście rozwojowym często mówi się o równowadze w dawaniu i braniu. Czy jest to możliwe w relacjach?
W jakiejś mierze równowaga jest konieczna. To jednak coś płynnego, bardziej dążymy do niej niż jest ona stanem idealnym i takim, który długo się utrzymuje. Nie byłoby dobrze, żebyśmy zawsze dawali coś innym z myślą, że to się musi wyrównać. Ale z kolei zupełnie ignorując uważność na tę równowagę, ktoś w końcu będzie miał poczucie wykorzystania. Czy jest możliwa? Myślę, że możliwe jest zmierzanie ku niej. W życiu codziennym zbliżamy się do niej i oddalamy od niej.

A możliwe jest bezinteresowne dawanie?
Myśliciele, filozofowie i naukowcy głowią się nad tym od setek lat. Gdy ja sobie o tym myślę, to uważam, że świat byłby strasznie smutnym miejscem, gdybyśmy nie próbowali być bezinteresowni. Byłoby okropnie, gdyby za każdym aktem dawania czy pomagania stała monetyzacja czy jakiś interes merkantylny typu „dam, jeśli ty też mi dasz”. Dawanie z oczekiwaniem, że ktoś zwróci nam to szybko albo w ten sam sposób, jest bardziej czymś w rodzaju handlu – a nie obdarowywaniem.

Jeśli chcemy czerpać nadzieję z kondycji ludzkiej, to ze świadomości, że istnieją ludzie, którzy chcą dawać bezinteresownie i – może trochę ocieramy się o banał, ale to w banałach czasem jest najwięcej prawdy – na tym polega miłość. To chyba najwyższa sztuka miłości – dawać bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. To jest najwyższa praktyka duchowa niezależnie od religii czy wyznania. W nurcie katolickim mamy przykazanie miłości: „kochaj bliźniego jak siebie samego”, a we wschodnich tradycjach mówi się, że dobrymi uczynkami pracujemy na naszą karmę. Myślę, że bezinteresowne dawanie jest możliwe, jest wskazane, jest dobre.

Czy zawsze, gdy deklarujemy bezinteresowność, autentycznie niczego w zamian nie oczekujemy?
Czasem rzeczywiście nam się wydaje, że jesteśmy bezinteresowni, a jakiś interes w tym mamy. Myślę tu o interesach psychologicznych i różnych emocjonalnych potrzebach, które realizujemy, będąc dawcami. Oczekujemy choćby, że ktoś nam podziękuje, będzie wdzięczny czy dobrze o nas pomyśli. Nie chcemy bezpośredniego zwrotu, ale liczymy na jakiś skutek uboczny naszego pozornie altruistycznego aktu. Chińskie powiedzenie mówi: „Odrobina aromatu pozostaje na ręku, która daje ci różę”.

Jakie jeszcze możemy mieć psychologiczne interesy płynące z dawania?
Poczucie, że żyje się zgodnie ze swoimi wartościami; poczucie spełnienia, satysfakcji; poczucie, że jestem w porządku, że jestem dobrym człowiekiem. Dawanie i pomaganie może być nawet próbą nadania sensu życiu. To może być bardzo ważne poczucie bycia potrzebnym, ale też sposób na radzenie sobie z własnym lękiem, bezradnością, niemocą, napięciem – można tu przywołać przykład pomagania podczas wojny w Ukrainie. Te akty mogą być mniej lub bardziej świadome, bardziej lub mniej dojrzałe. Wśród tych mniej dojrzałych może pojawiać się poczucie kontroli – bo jeśli to my dajemy, to my mamy władzę albo poczucie bycia lepszym – daję, bo posiadam coś materialnego albo odczuwam z tego powodu moralną wyższość.

Dawcy nierzadko funkcjonują w roli tzw. wiecznego ratownika. Do czego to może ich doprowadzić?
„Ratownicy” często dają tak naprawdę dużo więcej – niż chcą, a także dużo więcej – niż mogą. Nie zauważają tego momentu, kiedy warto się zatrzymać i sprawdzić, czy w relacjach jest równowaga. Ich postępowanie jest niezdrowe, bo dają kosztem siebie.

Czyli dobrze by było, żeby przyszedł moment wystawienia faktury za dawanie z odroczoną datą płatności?
Jeśli od razu wystawiamy faktury, to nie możemy mówić o relacjach jako przyjacielskich czy miłosnych. Ale jeśli dajemy dużo i z perspektywy czasu widzimy, że w ogóle nie ma równowagi, to dobrze się nad tym zastanowić.

Faktura za dawanie wystawiona po czasie może być aktem miłości wobec siebie. Relacje społeczne opierają się przecież na wymianie. Jeśli poczujemy eskalację żalu i poczucie krzywdy, bo niczego nie dostajemy lub mamy poczucie, że jest to za mało, dobrze pokusić się o refleksję, czy nadal musimy lub chcemy dawać czy raczej to zakończyć. Długotrwałe dawanie bez wystawiania żadnych faktur zawsze niesie za sobą koszt. Dlatego tak ważne jest, żeby zwracać uwagę na to, ile dajemy i czy mamy z czego dawać, i co jakiś czas sprawdzać poziom równowagi. W ten sposób dowiadujemy się, czy inwestujemy w coś dobrego czy w coś toksycznego.

Dłużnik nie lubi swojego wierzyciela. Zauważyłam, że czasem ten, co więcej bierze, po pewnym czasie, gdy jego darczyńca jest w słabszym momencie, zaczyna zachowywać się w sposób bierno-agresywny lub nawet jawnie wrogi.
Dla niektórych branie jest upokarzające, bo świadczy o słabości, zależności, umiejscawia w roli ofiary. Jeżeli popatrzymy na to zjawisko z perspektywy analizy transakcyjnej i trójkąta dramatycznego, w którym występujemy w trzech rolach: ofiary, kata i ratownika – to przekonamy się, że choć najczęściej automatycznie wchodzimy w jedną rolę, to również przełączamy się między nimi. Na przykład ratownik, który daje za dużo, w którymś momencie ma tego tak bardzo dosyć, że zaczyna zamieniać się w ofiarę, wypominając, że „przecież żyły sobie wypruwa i nic z tego nie ma”, a potem kata, który „obdarowuje” poczuciem winy. Albo ofiara już nie może znieść poczucia, że jest mało warta w porównaniu z nim, i przechodzi do ataku – może to przybierać postać kąśliwych uwag, wybuchów krytyki, wyśmiewania się.

Na szczęście są relacje, w których nie dochodzi do takich sytuacji (i nie musimy za często zastanawiać się nad fakturami), bo jest w nich naturalny przepływ energii, która niemal samoistnie przekłada się na równowagę w dawaniu i braniu. Też pani tak uważa?
Tak. Relacje i związki bez tej równowagi istnieć nie mogą. Najlepiej widać ją z lotu ptaka w długoterminowych relacjach. Z perspektywy czasu oczywiste jest, że ta wymiana nie w każdej chwili jest równa, bo raz jedna osoba słabnie, ma więcej trudności i jej sytuacja wymaga znaczniejszego zaangażowania drugiej strony, a potem jest odwrotnie i nikt do nikogo nie ma pretensji. Poza tym możemy wspierać się na różne sposoby. Ktoś patrzący z boku może uważać, że nie ma równowagi, ale osoby zainteresowane mają poczucie absolutnie zdrowej wymiany. Mamy bowiem różne języki miłości, możemy dawać przez wsparcie emocjonalne albo załatwiając jakieś sprawy, zarabiając pieniądze, dzieląc się wiedzą czy umiejętnościami. Na pewno niebezpieczne jest to, że jedna z osób nie dba o równowagę i jest tylko w roli przyjmującego, a druga wyłącznie w roli dawcy.

Z czego może wynikać nieumiejętność czy trudność w przyjmowaniu?
Może wynikać z tego, że w dzieciństwie nie dostawaliśmy zbyt wiele i nie wiemy, jak to jest brać. Może być tak, że dostawaliśmy, ale była za to wysoka cena, np. oczekiwań, chociażby wdzięczności. Albo rodzice dużo dawali, jednak robili to ogromnym kosztem i to podkreślali lub nie żalili się ani nie wypominali, ale jako dziecko i tak wiedzieliśmy, że to był wielki trud związany z odbieraniem sobie czegoś.

Może być trudno, bo branie kojarzy nam się z zaciąganiem długu, z ogromnym ciężarem, utratą wolności, z zależnością, słabością. Albo czujemy się niewystarczająco dobrzy, żeby brać, bo z domu wynieśliśmy przekonanie, że nie zasługujemy na różne rzeczy. Możemy bać się przyjmować, ponieważ kiedyś ktoś dawał obietnice bez pokrycia bądź to, że wyrażaliśmy swoje potrzeby, uważał za egoistyczne. Jest trochę takich powodów.

Warto nauczyć się brać?
Umiejętność brania jest nam potrzebna po to, żeby się zasilać – żeby żyć, musimy pobierać pokarm. Przyjmowanie stanowi niezbędny element równowagi wewnętrznej, tak jak jest wdech i wydech. Można się tego uczyć na dwa sposoby. Pierwszy to codzienna praca u podstaw, która polega na wydeptywaniu nowej ścieżki. Rozumiem ją i metaforycznie, i dosłownie jako tworzenie nowych połączeń neuronalnych w mózgu, które pojawiają się, kiedy reagujemy inaczej niż dotychczas. Trzeba zauważyć ten moment, gdy odruchowo chcemy dać, choć możemy wziąć, lub chcemy dać, ale potrzebowalibyśmy wziąć. Wszystko w nas woła o pomoc, a mówimy: „Nie, dziękuję, nie potrzebuję”. W takich chwilach trzeba się zatrzymać i – nawet na początku na siłę – zrobić coś innego. Pogodzić się z tym, że towarzyszy nam poczucie winy, ciężar, dyskomfort, niepokój, ale pamiętać, że te nowe odpowiedzi wydeptują nową ścieżkę. Chodzi o świadomy codzienny trud podejmowany z intencją zmiany.

Można też sięgnąć po różne sposoby pracy z nieświadomością, np. na terapii. Pracuję w nurcie ericksonowskim, który technikami transu, hipnozy czy metaforami pomaga przełamać nieświadome schematy. Najlepiej robić i jedno, i drugie.

A jeśli ktoś ma problem z byciem bezinteresownym?
Na początku trzeba bać się i dawać. Lęk przed dawaniem może wynikać z tego, że w rodzinie było mało zasobów – emocjonalnych, finansowych, czasowych. Jesteśmy bardziej nastawieni na branie, bo wiemy, że nie każdy dostanie, albo byliśmy już dawcą i teraz boimy się wykorzystania oraz zmęczenia i wyczerpania, które już znamy.

A co zrobić, jeśli w kolejne święta ja kładę pod choinką prezenty droższe lub bardziej wyszukane, a znowu dostaję skarpety lub świeczkę?
Jeśli się to powtarza w kolejne święta, to już powinno nas zastanowić. Uważam, że wszystko trzeba rozpatrywać w kontekście. Podam przykład pacjentki, z którą pracuję długo i miałyśmy ileś tam już świąt w gabinecie. Ona zawsze się śmieje z prezentów od męża, bo albo dostaje dokładnie to samo co w zeszłym roku albo prezent tak nietrafiony, jakby w ogóle jej nie znał. Kontekst jest taki, że to jest bardzo udany związek. Owszem, ten mężczyzna najwyraźniej nie potrafi dobierać prezentów, ale bardzo swoją żonę wspiera emocjonalnie i w ogóle dużo dla niej robi. Nie znając tych okoliczności, ktoś mógłby powiedzieć, że jest nieuważny na nią, a wcale tak nie jest. Inaczej, kiedy mężczyzna, który pod choinkę daje taką samą bransoletkę jak rok temu, w ogóle nie zauważa potrzeb kobiety na co dzień.

A co pani myśli o wyrównywaniu rachunków? Może któregoś roku też kupić zwykłe skarpety?
Dlaczego nie? Znowu pytanie o kontekst: z jakiego miejsca to zrobimy? Możemy skarpety kupić z zemsty i patrzeć, czy aby na pewno tej osobie jest przykro, ale możemy pomyśleć sobie po prostu: „nie chcę już się wysilać, kupię skarpety w dowolnym sklepie, bo nie planuję już w tę relację inwestować”.

Nie jestem za tym, żeby rozliczać gest za gest, dar za dar, bo to byłoby nieznośne, ale myślę, że raz na jakiś czas warto zrobić rozeznanie, jak wygląda wymiana. Im bardziej jest sprawiedliwa, tym bardziej chce nam się dawać. Im jest więcej równowagi, tym więcej jest bezinteresowności.

Agata Wilska, psycholożka, praktyczka psychoterapii ericksonowskiej, Gestalt i BSFT. W tych nurtach szkoli się i superwizuje od prawie 20 lat. Pracuje z klientami indywidualnymi, parami i rodzinami.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze