Joanna Olekszyk - Katarzyna Miller: to najważniejsza cecha dobrego terapeuty. Wcale nie chodzi o bycie „idealnie poukładanym”
00:00
18:12
Odkąd żyjemy w kulturze terapii, psychoterapeuci stali się nowymi bohaterami masowej wyobraźni. Zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi. Czy to dobrze? – pytamy psychoterapeutkę Katarzynę Miller, która na naszą prośbę analizuje dwie filmowe koleżanki po fachu.
- Filmy „Ostatnia sesja w Paryżu” i „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” pokazują terapeutki, które same nie najlepiej radzą sobie z emocjami i własnym życiem. Czy ktoś taki może skutecznie pomagać innym?
- Katarzyna Miller mówi o tym, czego naprawdę szukamy w gabinecie terapeuty i dlaczego często oczekujemy tam uwagi, czasu i poczucia bycia ważnym, których nie dostaliśmy wcześniej od bliskich.
- Psycholożka wyjaśnia też, dlaczego nie odpowiada jej model terapeuty jako chłodnego „lustra”. Jej zdaniem tym, co leczy, jest prawdziwe spotkanie dwojga ludzi – choć jedno z nich ma wiedzę i doświadczenie potrzebne, by pomóc drugiemu.
- Czy terapeuta powinien sam doskonale radzić sobie z życiem? Katarzyna Miller przekonuje, że nie musi być idealny. Ważniejsze jest zaakceptowanie własnej niedoskonałości – zarówno przez terapeutę, jak i jego pacjenta.
Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 04/2026.
Joanna Olekszyk: Film „Ostatnia sesja w Paryżu” w reżyserii Rebekki Zlotowski to kolejny przykład tego, że kino chętnie bierze na warsztat psychikę i emocje tych, którzy mają leczyć nasze psychiki i emocje.
Katarzyna Miller: Cóż, kino nieustannie szuka nowych pomysłów na nowych bohaterów, tak jak kryminały szukają nowych pomysłów na nowe zbrodnie. A terapeuci świetnie się do tego nadają, bo dają twórcom szansę na pokazanie, że też są ludźmi, w dodatku zdrowo pokręconymi.
I to chyba nas – widzów i pacjentów terapeutów – najbardziej cieszy. Nie my jesteśmy pokręceni, tylko oni!
Tylko że niektórzy mogą w związku z tym wyciągnąć wnioski, że może nie warto chodzić do terapeutów, skoro sami sobie nie potrafią pomóc.
A ty co o tym sądzisz?
Ludziom najbardziej jest potrzebne, by ktoś się nimi zajmował i ich słuchał. Zwłaszcza w dzisiejszym, mocno rozczłonkowanym świecie, w którym masowo chorujemy na samotność.
Swoją drogą dziwna rzecz się stała, że musimy płacić innym za to, by z nami porozmawiali o nas samych. Bo nie robią tego ani nasi rodzice, ani nasi przyjaciele.
Tylko że zarówno „Ostatnia sesja w Paryżu”, jak i film „Kopnęłabym cię, gdybym mogła”, w którym główną bohaterką też jest terapeutka, pokazują, że wcale nie tak prosto dostać od terapeuty to, co nam się wydaje, że powinniśmy dostać.
A co nam się wydaje, że powinniśmy dostać?
To, czego nie dostaliśmy od rodziców. Uwagę, czas, odpowiedzi na istotne pytania, zapewnienie, że jesteśmy ważni i kochani. Tymczasem te filmy pokazują, że oni często nas ledwo słuchają… Zresztą pokazują to nie tylko filmy.
Był taki czas, że chciałam się poddać psychoanalizie, bo byłam jej ciekawa. Psychoanalityk zasypiał ze zmęczenia podczas naszych sesji, a za ścianą było słychać płacz jego małego dziecka. Po dwóch, trzech sesjach przestałam do niego chodzić, bo to nie miało sensu.
Jodie Foster gra w „Ostatniej sesji…” Lilian Steiner, psychoterapeutkę raczej mało zainteresowaną ludźmi. Dosyć chłodną, bardzo pilnującą pewnego psychoanalitycznego stereotypu na temat tego, jaka powinna być w tej roli. Choć doceniam wiedzę za tym stojącą, nie lubię tej formy terapii ani tego stylu pracy. Właśnie dlatego, że psychoanalitycy nie wchodzą w żaden rodzaj kontaktu ze swoimi pacjentami.
Nie wchodzą nawet z nimi w kontakt wzrokowy. Odnoszę się tu do stereotypu sesji psychoanalitycznej, który świetnie utrwaliło kino: pacjent kładzie się na kozetce, a terapeuta siada za nim, coś sobie zapisuje i niczego nie komentuje.
To zależy, u tak zwanych ortodoksyjnych terapeutów kozetka jest wygodniej [śmiech]. Pozycja leżąca powoduje zwykle pewne udziecinnienie pacjenta, pozbawia go jego obron. Na taką terapię też chodziłam. Do dziś pamiętam gabinet z pięknymi obrazami i dywanem wiszącym nad kozetką. Psychoanalityk siedział za wielkim czarnym biurkiem, zupełnie jak w filmie.
Nawiasem mówiąc, to, że terapeuta znajduje się u wezgłowia pacjenta, Zygmunt Freud wymyślił właśnie dlatego, że się wstydził i nie chciał, żeby ktoś na niego patrzył podczas sesji. Dla psychoanalityka to też szalenie wygodna pozycja, bo nie musi przywoływać co chwila tego pełnego zrozumienia wyrazu twarzy [śmiech].
Z drugiej strony – jeśli my się czegoś wstydzimy, to także łatwiej się nam to mówi, gdy nikt na nas nie patrzy.
To prawda. Kiedy prowadziłam jeszcze indywidualną praktykę, czasem kładłam moich klientów na kanapie – po to, by się zrelaksowali, odpoczęli i rozluźnili. Łatwiej się wtedy wraca do różnych rzeczy z przeszłości. Na grupach, które teraz prowadzę, też czasem proszę, by uczestniczki się położyły, choć nie jest to nigdy wymóg.
Jesteś zwolenniczką podejścia, w którym terapeuta nie jest niemym lustrem, tylko po prostu drugim człowiekiem. Tak sobie myślę, że jeśli ktoś długo chodzi na terapię, to może mieć poczucie zbyt dużej niesymetryczności tej relacji – on czy ona tak dużo o mnie wie, a ja nie wiem niczego o nim czy o niej.
Nie zawsze, kochana, nie zawsze.
Są klienci tak egocentryczni, że w ogóle nie obchodzi ich terapeuta. Mają bardzo wygodny obraz jego jako osoby kompletnie niczym w życiu nienaruszonej, do tego arcymądrej i wszystkowiedzącej – takiego idealnego tatusia czy idealnej mamusi.
Pozwalam sobie na te złośliwości, bo oba filmy do tego mnie natchnęły, ale przede wszystkim im dłużej żyję, tym bardziej staję się „urealniona”. Ludzie i tak muszą żyć w tym życiu, w którym żyją. Dlatego najważniejsze jest takie podejście, które pomaga im w tym, by coraz lepiej się ze sobą czuli. I by znajdywali w sobie narzędzia, które pozwalają im doświadczać tego, co jest.
To piękne podejście, za którym stoją lata doświadczenia, jednak nie wiem, czy powszechne. Dziś od terapii oczekujemy, by była szybka i skuteczna, by „naprawiała” bez naszego udziału.
A już najlepiej, gdyby można było wziąć tabletkę…
Co więcej, niekiedy sami lepiej wiemy, jak powinna wyglądać, często naszym terapeutom nie ufamy, podważamy ich kompetencje. Pamiętasz pierwszą scenę z „Ostatniej sesji…”? Do głównej bohaterki przychodzi pacjent, żeby wygarnąć jej, że hipnoterapeutka spod Paryża pomogła mu rzucić palenie już po pierwszym spotkaniu, tymczasem do niej chodzi latami i nic nie działa.
Jeszcze później ten sam pacjent razem z żoną zakłada naszej Jodie Foster sprawę o zwrot pieniędzy za nieudaną terapię. Ostatecznie ją przeprasza i przychodzi do niej z powrotem, ale zanim się to stanie, spełnia się jeden z największych koszmarów psychoterapeuty – pacjent mówi, że terapia nie działa, a terapeuta jest do niczego.
Potem spełnia się kolejny – bohaterka dowiaduje się, że inna pacjentka prawdopodobnie odebrała sobie życie, a ona nie zauważyła u niej żadnych symptomów.
Tak, to jest bardzo przykre i bardzo bolesne. Jodie Foster, czyli Lilian, się tym ogromnie przejmuje, nie przyjmuje do wiadomości informacji o samobójstwie, jest przekonana, że to było morderstwo. Zaczyna prowadzić na własną rękę śledztwo w tej sprawie, które opiera się głównie na… śledzeniu męża pacjentki.
Miałam poczucie, że w ten sposób Lilian chce odsunąć od siebie myśl, że coś przegapiła, nie odczytała jakiegoś sygnału, zawiodła. Bo to by oznaczało, że jest złą terapeutką.
Może rzeczywiście przegapiła? Dla mnie ona od początku nie była dobrą terapeutką. Właśnie dlatego, że była chłodna, zdystansowana, zamrożona, zainteresowana bardziej procedurą niż człowiekiem. Była też sama sobą niezainteresowana, sama ze sobą nieprawdziwa. Zresztą tego właśnie pewne szkoły postpsychoanalityczne oczekują od terapeuty.
Tak jak powiedziałaś: „Ja jestem tylko lustrem, to ty masz siebie odszukać”. Tylko gdyby człowiek umiał sam siebie odszukać, toby nie przychodził do terapeuty. Ja bym do takiej kobitki drugi raz nie poszła.
Mnie wychowała szkoła psychoterapeutyczna, która mówi, że tym, co leczy, jest spotkanie dwojga prawdziwych ludzi – w tym jedno z nich, czyli terapeuta, ma wiedzę i doświadczenie, których to drugie nie ma, jest nastawiony na wysłuchanie, zrozumienie i udzielenie pomocy. Oczywiście to jest specjalna relacja, ale jednocześnie prawdziwa, jeśli chodzi o odczucia po obu stronach.
Nasza bohaterka w śledztwo w sprawie pacjentki wikła swojego byłego męża oraz – trochę pośrednio – dorosłego syna. Z obydwoma ma dość specyficzne relacje.
Najbardziej wyrazista jest jej relacja z synem. Bardzo dla mnie ciekawy wątek w tym filmie – Lilian idzie do hipnoterapeutki, tej, o której opowiadał jej pacjent. I to właśnie ta hipnoterapeutka – która w przeciwieństwie do niej jest otwarta, czuła, ciepła i pomocna – otwiera Lilian na jej własne emocje.
Pomaga jej też znaleźć odpowiedź na to, czemu ma tak chłodną relację z synem. Zabrzmi jak żart, ale podczas seansu Lilian odkrywa, że w poprzednim wcieleniu była Żydem i członkiem orkiestry symfonicznej, jej pacjentka – jej kochanką i wiolonczelistką, a jej syn – nazistowskim funkcjonariuszem policji.
Karma to bardzo wygodne wytłumaczenie, przyznasz [śmiech]. Lilian od razu przekazuje to synowi podczas rodzinnego spotkania, mówiąc: „Już rozumiem, czemu jesteś mi tak daleki”. Wszyscy patrzą na nią wtedy jak na wariatkę.
W innej scenie syn wyrzuca rodzicom, że teraz są takimi dobrymi przyjaciółmi, wręcz zdają się mieć ze sobą romans, podczas gdy swoim rozwodem zniszczyli mu dzieciństwo.
Dzieci nie lubią, żeby ich rodzice mieli inne życie poza nimi, a jako dorośli często biorą odwet za to, że w dzieciństwie nie mogli być sobą, i odmawiają prawa do bycia sobą też mamie czy tacie. Zresztą Lilian ma nie tylko chłodną relację z synem, ale i z jego dzieckiem. Nie chce go nawet wziąć na ręce. Tymczasem jej syn jest nowym, fajnym typem taty, zaangażowanym w wychowanie dziecka od najwcześniejszych chwil.
Nie wspomniałyśmy jeszcze, dlaczego Lilian trafia do hipnoterapeutki. Otóż od momentu, kiedy dowiedziała się o śmierci swojej pacjentki, nie może powstrzymać łez.
O tak, ten wątek jest piekielnie ważny! Łzy są oznaką tego, że jej własne ciało nie wytrzymuje już tego ciągłego zamrożenia, zamknięcia na siebie i innych. To bardzo zdrowy odruch. Ciało pokazuje, że potrzebuje wypuścić jej ból, jej strach, usłyszeć Wewnętrzne Dziecko. Ale Lilian tego sygnału nie chce odczytać, boi się go, chce, by jak najszybciej ustał. Pamiętasz książkę Gabora Matégo „Kiedy ciało mówi: nie”? Tam, kiedy ciało miało dosyć, chorowało. Tu płacze. Nie wiem jak ty, ale kiedy zobaczyłam, jak łzy Lilian lecą jej z oczu, bardzo się ucieszyłam. Pomyślałam: „O, idzie ku dobremu. Roztopy!”.
Lilian z problemem niekontrolowanego płaczu zgłasza się też do swojego byłego męża, który tak się składa, że jest okulistą. Nie sądzisz, że ona idzie niby po lekarską poradę, ale tak naprawdę dlatego, że to właśnie od niego zaczęło się to jej zamrażanie emocji?
Ależ oczywiście. Ona wewnętrznie nigdy się ze swoim mężem nie rozstała, zresztą tak samo jak on nigdy nie rozstał się z nią.
Lilian, oddając się funkcji „psychoanalitycznego robota” zaprzestała miłości, bliskości i prawdziwego kontaktu. Jednocześnie za tym bardzo tęskni.
Ma bardzo dobry powód, żeby iść do męża – coś dzieje się z jej oczami. Dzięki czemu dowiadujemy się, że on jest – znów w przeciwieństwie do niej – miłym, ciepłym, pomocnym facetem. I że ona jest dla niego wciąż bardzo ważna. Słucha jej, pomaga, stara się zrozumieć. Daniel Auteuil jest w tej roli przesłodki – żartobliwy, tkliwy, lekki i frywolny.
To jedyna postać, w której towarzystwie Lilian się śmieje.
Natomiast w każdej innej scenie ma ściągnięte w jedną kreskę, zasznurowane usta. A Jodie Foster umie zasznurować usta!
Dowiadujemy się też, że to Gabriel zdecydował o końcu ich związku. I że ona nie mogła mu tego wybaczyć.
Gabriel odszedł dlatego, że ona się od niego odsunęła. To ona pierwsza go zostawiła.
Tylko czemu wyznają sobie to dopiero po latach? Lilian nie rozmawia z bliskimi, nie rozmawia też z pacjentami. Wszystkie sesje nagrywa, a potem nawet nie pamięta, o czym były.
Ona się kontaktuje z pacjentami przez maszynę, a nie przez siebie. Wszystko jest udokumentowane i opisane, ale nie przeżyte, nie poczute. Oni dla niej nie żyją. Syn dla niej nie żyje i mąż dla niej też nie żył.
A bohaterka filmu „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” w reżyserii Mary Bronstein?
Linda, grana przez Rose Byrne, jako terapeutka też się nie wyrabia. Linda jest w stanie tak ogromnego napięcia, ścisku i przygniecenia do ściany, że gdyby mogła, skopałaby wiele osób. Jej córeczka jest chora i wymaga nieustannej opieki, w domu trwa niekończący się remont, a mąż, który pracuje za granicą, bez przerwy wydzwania do niej z pretensjami. Do tego jedna z jej pacjentek zostawiła na sesji niemowlę i zniknęła. Rzeczywiście, to dosyć dużo jak na jedną osobę, zwłaszcza na tak reaktywną jak Linda.
Co to znaczy?
Ona odruchowo reaguje na wszystko, co ją spotyka, po czym orientuje się, że przesadziła, i szybko stara się wrócić do postawy: „Ja wiem, co robię”. Szeroko otwiera oczy, kiwa głową, uśmiecha się, ale widzisz, że jednak nie jest ze sobą w kontakcie.
Linda ma kolegę psychoterapeutę, do którego chodzi na terapię – straszny facet, tak przy okazji – który też z nią nie rozmawia. A kiedy ona wręcz krzyczy do niego: „Dlaczego mnie nie lubisz?! Porozmawiaj ze mną”, on odpowiada jej coś w stylu: „A dlaczego ci zależy, żebym z tobą porozmawiał?”. No to jest tylko pozór kontaktu.
Przez prawie cały film nie widzimy córeczki Lindy, słyszymy tylko jej głos.
Głos bardzo napastliwy i agresywny, ciągle domagający się uwagi. Dla mnie ten zabieg jest po to, by pokazać, że córka jest obrazem jej złości. Dzieci bardzo silnie odczuwają nastroje dorosłych i często reagują tak, jakby zareagowało ich Wewnętrzne Dziecko.
A czego symbolem jest dziura w suficie, która jest przyczyną tego niekończącego się remontu?
Dziura jest obrazem lęku Lindy, jest też otchłanią życia, losem, zagrożeniem. To bardzo ciekawy film, pod wieloma względami, w tym symboliki pewnych elementów, zdarzeń czy osób. Zauważ, jak Linda je, jak wpycha w siebie jedzenie – tak samo próbuje nakarmić swoją córkę, która nie chce przybrać na wadze.
Tym, co łączy Lindę z Lilian, jest to, że ona również jest bardzo nieprofesjonalna jako terapeutka. Nie daje granic innym, nie daje też granic sobie. Poświęca tyle uwagi swojemu dziecku, ale też wspomnianej dziurze, że nie zostaje jej już dla pacjentów. Z kolei sama potrzebuje i oczekuje, by jej terapeuta czy mąż poświęcali jej uwagę.
I tacy ludzie chcą nas leczyć?! – może spytać widz.
Prawda? Co więcej, terapeutyzujemy się jako społeczeństwo od dobrych kilkudziesięciu lat i okazuje się, że to nie jest żadne panaceum, tylko jeden ze sposobów, w jaki nasza dość nędzna cywilizacja próbuje sobie poradzić z tym, żeśmy wszyscy siebie zostawili. Zajmujemy się posiadaniem, gadżetami, wojnami, zdobywaniem kosmosu, a nie naszą ludzką potrzebą miłości czy ważności. Terapeuci też są pogubieni. Co nie znaczy, że są niepotrzebni.
Żeby terapeuta nam naprawdę pomógł, sam musi być niemal idealny? Czy może mieć swoje wady, problemy? Nie radzić sobie czasem z życiem…
Jaki idealny?! Wystarczy, że jest w miarę poukładany. Ty też masz się podczas terapii w miarę poukładać. Chodzi o to, by było więcej niż mniej, ale nigdy wszystko. My żyjemy też ze swoim bólem i ze swoją nieporadnością – i trzeba to zaakceptować. Nie żądać od siebie doskonałości. Za tą iluzją doskonałości chowamy swoją obawę, że nie da się nas przyjąć i zaakceptować takimi, jakimi jesteśmy. A właśnie że się da. I właśnie, że warto. To nasza normalność, zwykłość, niedoskonałość jest czymś, dzięki czemu możemy spać spokojnie
Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (Wydawnictwo Zwierciadło)