1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Samotne wakacje - 7 wskazówek na ich osłodę

Samotne wakacje - 7 wskazówek na ich osłodę

123rf.com
123rf.com
W czasach, kiedy bycie singlem jest popularne, samotne wakacje wpisują się w ten trend. Człowiek jest jednak istotą społeczną i zawsze szuka bliskości. Kiedy wyjeżdżasz sama, nie masz rutynowych zajęć i nie ma wokół ciebie znajomych ludzi, mogą dogonić cię negatywne emocje. W jaki sposób spędzić samotne wakacje z korzyścią dla psychiki?

1. Obniż poziom oczekiwań Zwykle mitologizujemy to, na co długo czekamy. Tak może być z wakacjami. Jeśli żyjesz w napięciu, codziennym stresie, łatwiej ci stłumić niepokój czy smutek. Kiedy będziesz sama, mogą one zacząć domagać się uwagi. I może pojawić się złość, że miało być tak cudownie. Jest na to rada - przyjrzyj się swoim uczuciom, doświadcz ich, a pojawią się również radość i spokój.

2. Odezwij się do bliskich osób
Jeśli podczas wakacji zacznie ci doskwierać samotność, wyślij e-maila, sms-a lub zadzwoń do tych, z którymi może nie masz czasu się skontaktować, gdy pracujesz. To osłodzi twoje poczucie osamotnienia.

3. Bądź aktywna Gdy samotne leżenie na plaży, kiedy obok przytula się jakaś para a z drugiej strony biegają dzieci z łopatkami, jest dla ciebie zbyt trudne, postaw na aktywny
wypoczynek. Wycieczki, zwiedzanie, sport - jest mnóstwo atrakcji podczas których możesz spotkać fajnych, podobnych do ciebie ludzi.

4. Odpręż się Postaw również na relaks. Dzieci, które są dotykane, potrafią bezwarunkowo kochać. Człowiek potrzebuje dotyku, by odczuwać. Dlatego pomyśl o różnego rodzaju masażach
czy zabiegach w SPA.

5. Nadrób zaległości
Nastrój poprawia nam to, że coś dokończymy, zrobimy to, co zabiera nam energię, bo o tym myślimy. To może być porządek w zdjęciach, które masz w laptopie, napisanie do kogoś kilku słów, wyrzucenie starych czasopism.

6. Zrealizuj marzenie
Pomyśl o wakacjach niestandardowo. Nie muszą to być przecież egzotyczne wczasy, morze, jeziora lub góry. Możesz zapisać się na interesujący cię kurs lub zrobić coś naprawdę szalonego o czym od dawna marzysz.

7. Znajdź czas na refleksję Samotność to dobry czas na to, żeby poczuć swoje wnętrze. To może być dobry moment na zadanie sobie ważnych pytań
, zastanowienie się co w moim życiu lubię a co chcę zmienić. W oddaleniu od codziennych spraw, które bardzo nas angażują, nie pozwalając na refleksję, możemy naprawdę się ze sobą skontaktować.

Artykuł - Czy lato to zawsze radość?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Na progu wiosny - inspiracje na kwiecień

Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Z jednej strony bardzo chcemy, by wszystko już zakwitło i ruszyło z kopyta. Z drugiej – odczuwamy jakąś taką słabość i rozdrażnienie. Oto, co pomoże w tym czasie.

Czytelnicze zaległości

Jeśli po zimie wyrzucasz sobie nie tylko przybrane kilogramy, ale i nieprzeczytane książki, przynajmniej w tej drugiej kwestii służymy podpowiedzią. Oczywiście niemożliwością byłoby przeczytać teraz wszystkie najgorętsze premiery, ale zwłaszcza dwóm z nich warto poświęcić kilka wieczorów. Nagrodzona Nike baśniopowieść Radka Raka oraz wyróżniona Paszportem Polityki książka Miry Marcinów to opowieści z krwi i kości oraz dowód wielkiego talentu.

Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne. Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne.

Zrollowana

Masażery do twarzy z naturalnych kamieni to hit ostatnich miesięcy. Już kilkuminutowy masaż nimi pobudza krążenie krwi i limfy, redukuje opuchliznę i obrzęki pod oczami. Ujędrnia skórę i rozluźnia spięte mięśnie twarzy. A kojący chłód kamienia orzeźwia i zamyka pory.

Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas. Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas.

Okadź się

Kadzidła są stosowane w ceremoniach leczniczych, ale i duchowych. Coraz częściej korzystamy z nich również w domach lub biurach, by oczyścić powietrze, zabić przykre zapachy lub pomóc sobie w skupieniu. W Ruah Store można kupić dowolne kadzidło: palo santo, yerba santa, białą szałwię, sosnę, kopal, sweetgrass lub eukaliptus.

Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe) Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe)

Dłuższa chwila relaksu

Dziwiło mnie, gdy słyszałam, że koleżanka obejrzała podczas kąpieli odcinek serialu lub przeczytała rozdział książki. Czy to znaczy, że trzymała książkę cały czas mokrymi rękami? Gdzie ustawiła smartfon, żeby dobrze widzieć ekran? Aż odkryłam dobrodziejstwa półek do wanny. Na takiej stabilnej podpórce można zamontować uchwyt na smartfon, ale też ustawić świece czy nawet kieliszek prosecco.

Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe) Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe)

Motyw stokrotki

Kwiatowe wzory biżuterii Pandora Garden symbolizują magię natury i nadzieję na nowy początek. A czyż nie wszyscy tego właśnie teraz potrzebujemy? Urocze i delikatne pierścionki, ale też charmsy i zawieszki z motywem różowej lub fioletowej stokrotki nadadzą lekkość i świeżość nawet domowej stylizacji. „Ta kolekcja ma inspirować do spojrzenia na świat z nutą dziecięcej niewinności” mówią Francesco Terzo i A. Filippo Ficarelli, dyrektorzy kreatywni marki.

Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe) Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe)

Bardzo intymnie

Ten preparat wypełnia lukę w pielęgnacji ciała. Bo choć troskliwie dbamy o wszystkie części ciała, to najmniej czasu poświęcamy okolicom intymnym. Olejek Your Kaya w aż 99 proc. jest pochodzenia naturalnego. Zawiera ekstrakt z nagietka, aloesu oraz olejki jojoba, z nasion konopi i ze słodkich migdałów. Dzięki czemu łagodzi podrażnienia, nawilża, odżywia i uelastycznia skórę okolic intymnych.

Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł. Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł.

Kąp się, kąp

Jak wynika z badań University of Oregon regularne kąpiele mogą obniżać ciśnienie krwi. A według National Center for Sport and Exercise Medicine podczas godzinnej kąpieli w gorącej wodzie tracimy tyle samo kalorii co w trakcie półgodzinnego spaceru. To, co przyjemne, może być też prozdrowotne. Lubisz, jak kąpiel pięknie pachnie, pieni się, a mimo to działa łagodząco? Spróbuj nowych płynów Farmony.

Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł. Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł.

Zasłuchaj się

Kasi Miller zawsze warto słuchać. A jak cudownie posłuchać jej piosenek! Psycholożka, psychoterapeutka i mentorka wielu kobiet wydała właśnie swoją debiutancką, w pełni autorską płytę. Nie tylko na niej śpiewa, ale jest też autorką słów piosenek i ich melodii. Jak powiedziała w wywiadzie dla SENSu: „Nie znam nut, ale muzycy zapisują mi to, co wyśpiewam”. Aranże do płyty przygotowali muzycy z Live Art Group, którzy są również producentami płyty. Solidna dawka muzykoterapii na jednym krążku!

Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ. Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ.

  1. Styl Życia

Dziwny czas, czyli rok w pandemii

Karolina Korwin Piotrowska, Natalia de Barbaro, Michał Rusinek (Ilustracje Agata Nowicka)
Karolina Korwin Piotrowska, Natalia de Barbaro, Michał Rusinek (Ilustracje Agata Nowicka)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Mija dokładnie rok od wybuchu globalnej pandemii. Zdarzenia, które w takiej skali i postaci nie miało jeszcze miejsca w historii. Czego nas pozbawiło, a co nam dało? Co w nas zmieniło, w czym utwierdziło? Do czego zainspirowało? Pytamy naszych rozmówców, ale i siebie…

Jest Pani gotowa?

Karolina Korwin Piotrowska, dziennikarka, krytyczka filmowa. W Antyradiu prowadzi program „Najgorsze państwo świata” (razem z Michałem Figurskim) i „Kino na podsłuchu”, a na antenie Canal+ –„Aktualności filmowe+”. Jej najnowsza książka, „Reset. Świat na nowo” to 16 rozmów na temat pandemii.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Dokładnie w środę, na dwa dni przed wprowadzeniem pierwszego lockdownu, moja terapeutka spytała: „I jak, pani Karolino? Jest pani gotowa?”. Uniosłam brwi, zdziwiona, o co mnie właściwie pyta. „Bo ja jestem o panią spokojna. Pani jest na wojnie przez całe życie, więc będzie to dla pani sytuacja absolutnie naturalna. Świetnie sobie pani poradzi” – usłyszałam. Rzeczywiście, sytuacja kryzysowa to u mnie, z różnych względów i na różnych poziomach, sytuacja stała, czym się zwykle nie chwalę. A że jestem chora na serce od dziecka, to też nie mam specjalnego problemu ze słuchaniem lekarzy. Ja dzięki nim żyję, więc jeśli mówią mi: „rób to i to”, to ja tego nie kwestionuję.

Lista zakupów

Już jakiś czas temu postanowiłam, że będę kupować mniej ciuchów, więc jedyne, w co się obkupiłam, to rośliny. Mój balkon przerodził się w ogród botaniczny. Zrobiłam to z myślą o tym, że będę miała o co dbać, ale też że będę miała naturę blisko siebie, jeśli nie będę mogła wychodzić. Postanowiłam, że ta moja nora czy jaskinia, jaką stał się dom, będzie od teraz jak najbardziej funkcjonalna. Kupiłam sobie wreszcie porządny laptop – w końcu to moje podstawowe narzędzie pracy – i solidny telewizor, żeby oglądać na nim dobre filmy. A parę filmów i książek bardzo mi w tym czasie pomogło. Plus praca. I kilka ważnych osób. No i psy. Pamiętam, jak po raz pierwszy nagrywaliśmy w reżimie sanitarnym „Aktualności filmowe+”, wszędzie unosił się zapach środków do dezynfekcji, a my, zamaskowani i zestresowani, po raz pierwszy stawialiśmy stopę na niepewnym gruncie. Ale i tego się nauczyłam. Podobnie jak robić wywiady przez Skype’a, który musiałam w tym celu na nowo aktywować. Gdyby ktoś mi rok temu powiedział, że całą książkę tak napiszę, tobym się w głowę puknęła. Przed marcem nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego jak Zoom. Trochę gorzej było przy drugim lockdownie, bo praca weszła mi do domu. W tej chwili na moim stole jest konsola radiowa i mikrofon, bo nadaję z kuchni. Ostatni raz w radiu byłam, w sensie fizycznym, w październiku. Naszej porannej audycji słucha ponad milion ludzi, nie możemy sobie pozwolić na chorowanie, tym bardziej że i ja, i Michał Figurski jesteśmy w grupie ryzyka.

Ludzie i psy

Był moment kilkudniowej słabości, zaczęłam bardzo tęsknić za ludźmi, za tym, żeby się do nich przytulić. Ja nie jestem specjalnie dotykalska, ale okazało się, że lubiłam ścisnąć komuś dłoń, dotknąć, a nie strzelać „żółwika”. „Czy wszystko masz? Czy czegoś potrzebujesz?” – już pierwszego dnia dostałam kilka takich SMS-ów i kilka też sama wysłałam. Na szczęście zawsze w lutym robię duże zakupy do domu, miałam więc zapas papieru toaletowego i herbaty, no i trzy kilo kawy. Jedyne, co w tym czasie zamówiłam w ilościach hurtowych, o czym zresztą piszę w książce, to 30 kilo karmy. Musi być specjalistyczna – dla psa z chorą trzustką, a to nie jest artykuł podstawowej potrzeby. Kurier, który mi ją przyniósł, dziwił się: „Pani, co się tu dzieje? Wszyscy po 30 kilo karmy kupują!”. Zaskoczył mnie ogrom dobroci, empatii i wyczulenia na innych. Przekonałam się po raz kolejny, że ludzie, nawet w najbardziej haniebnych okolicznościach, potrafią być fajni, bezinteresowni. I dowcipni. Polska specyfika, czyli szukanie dowcipu nawet na dnie piekła, znów mnie rozczuliła, obyśmy tego nigdy nie zatracili. Kto by przypuszczał, że będę mojego Lolka wypożyczała na spacery, bo ktoś mi napisze na Facebooku: „Pani Karolino, jesteśmy sąsiadami, widuję panią pod blokiem. Dałaby mi pani jednego ze swoich psów, bardzo bym chciał iść do parku. Rodzina daleko, sam w domu siedzę”. Lolek wrócił zadowolony i wybiegany, pan – jak sądzę – też. Psy okazały się paszportem na wolność. W Hiszpanii założono stronę ułatwiającą wypożyczanie czworonogów, była tam nawet charakterystyka „kandydatów”: „Pedro, osiem kilo, lubi biegać”. W Nowym Jorku zabrakło zwierząt w schroniskach, bo się okazało, że ludzie mają wreszcie czas, przestrzeń i ogromną potrzebę, by się nimi zająć. Bardzo sobie ceniłam, że z „psią obstawą” mogłam chodzić po mojej dzielnicy bezkarnie. Wyrabiałam z nimi co najmniej 10 tysięcy kroków dziennie.

Wirtualne siostrzeństwo

Okazało się też, że mam ludzi, na których naprawdę mogę liczyć, jest ich może z pięciu, ale są. Nie chcę mówić, że kwestie bytowe są drugorzędne, ale nawet moi znajomi, którzy po 20 latach prowadzenia restauracji musieli zwinąć interes, przyznali, że w tym czasie najbardziej liczyło się to, kogo miałeś przy sobie. Twoja „ludzka baza”. Ja na przykład po raz pierwszy poznałam, co to siostrzeństwo. Jedna z moich koleżanek założyła babską grupę samopomocową na Fejsie, nie chcę mówić o niej zbyt dużo, bo jest fajna i tajna. Dziewczyny codziennie rano pisały w niej posty, robiły głupie zdjęcia i opowiadały, co się u nich w życiu dzieje. Zobaczyłam wtedy po raz pierwszy, jak bardzo można nie dawać sobie rady z odosobnieniem, lękiem czy tęsknotą. Zrozumiałam, że dla wielu osób to, co się dzieje, jest początkiem końca świata, i nie ma się z czego śmiać. Oni tak to przeżywają i trzeba im pomóc przez to przejść. Czasem dobrym słowem, a czasem głupim memem. To było miejsce, w którym każda z nas mogła napisać: „Jest mi fatalnie”, i wtedy inne się zbiegały, by jej wysłuchać, pocieszyć. Nie wiedziałam, że potrafię tak bardzo wyjść do ludzi. I że kiedy się na to zdobędę, zostanie to bardzo dobrze przyjęte. Grupa nadal działa.

Co dalej?

Mam dużo młodych fanów, którzy studiują w Azji. Dwoje z nich na początku lutego wysłało mi filmiki, one potem pojawiły się w dokumencie o Wuhan, który pokazała w TVN24 Ewa Ewart – mówię o filmikach ukazujących wymarłe miasto, ciała leżące na ulicy i ludzi siłą wciąganych do karetek. Inna fanka, która jest studentką medycyny we Włoszech, wysłała filmik, który zrobiła pielęgniarka na oddziale covidowym w Lombardii. To była jedna z najbardziej wstrząsających rzeczy, jakie widziałam w życiu. Po raz pierwszy zrozumiałam, co to jest za choroba. Nie wyobrażałam sobie, że tak może wyglądać OIOM. Wtedy zaczęłam sobie dawkować newsy ze świata, bo wiedziałam, że to mnie dobije. Szukałam jednak autorytetów: filozofów, socjologów, pisarzy czy specjalistów takich jak profesor Krzysztof Simon, którego uwielbiam za to, że nigdy nie ściemnia. Szukałam ludzi, którzy pomogliby nam to wszystko ogarnąć, bo miałam przeczucie, że kiedy nauczymy się już żyć w zamknięciu, to będziemy potrzebować odpowiedzi na pytania ogólne: Co dalej? Jak to teraz będzie wyglądało? Co to zmieni w moim życiu? My już weszliśmy w ten zakręt, przed którym ostrzegano nas od kilku dobrych lat, i za chwilę, za rogiem ukaże się nam nowa rzeczywistość. Trzeba mieć piękne wspomnienia o świecie, który był. Kolekcjonować zdjęcia, filmy i emocje. Bo on już nie wróci. Mam na myśli świat nadmiernej konsumpcji, kultu przyjemności, bezrefleksyjnych podróży. Nadeszło to wielkie zapowiadane bum. Musimy przestać mówić o zbliżającej się katastrofie ekologicznej, ona już trwa. Pomyślmy lepiej o tym, co zrobić, by pokolenie dzieci, które teraz znów poszło do szkoły, za kilkadziesiąt lat miało wodę w kranach. Wreszcie do mainstreamu przedostało się pojęcie „emigracja klimatyczna”, podczas gdy emigrujących „za wodą” są już tysiące. Idą trudne czasy, wymagające od nas solidarności, empatii, poświęceń i wysiłku. Bardzo bym chciała, by też przeformatowały nasze myślenie. Wszyscy jesteśmy tu tylko na chwilę i bez Ziemi sobie nie poradzimy, za to ona bez nas da sobie znakomicie radę.

ŻYCIE W KILKU SŁOWACH

Michał Rusinek, literaturoznawca (wykłada na Uniwersytecie Jagiellońskim), tłumacz (z języka angielskiego), pisarz (dla dzieci i dla dorosłych), prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej. W ostatniej książce „Zero zahamowań” analizuje teksty piosenek disco polo.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Przede wszystkim zorientowałem się, że do tej pory prowadziłem bardzo podróżniczy tryb życia: spotkania autorskie, wywiady – nagle wszystko to przeniosło się do Internetu. Starałem się zawsze wykorzystywać każdy dłuższy weekend i kilka tygodni wakacji na wyjazdy – tym razem nic z tego. Początki były trudne, jak po odstawieniu jakiejś używki. Ale udało mi się zrobić porządek w szufladzie ze skarpetkami oraz – a to już niebagatelny sukces – w książkach. No i napisałem i przetłumaczyłem dzięki temu więcej niż zwykle. Lockdown to raj dla grafomanów. Jestem gadżeciarzem, więc z początku wirtualne spotkania bardzo mi się podobały (teraz mam już ich dość; człowiek, który za dużo czasu spędza na Zoomie, zmienia się w zoombie). Kupiłem sobie porządny mikrofon, lampę diodową, dodatkowy router, gdyby zerwało mi połączenie internetowe (bo Internet jest teraz na wagę prądu). Całą rodziną staraliśmy się (i staramy nadal) wspierać lokalne zaprzyjaźnione restauracje. Kłopot w tym, że jedzenie zamawiane do domu zwykle przyjeżdża chłodnawe, więc przez ten czas, by tak rzec, nie jemy potraw gorących (co jest ponoć zdrowsze). Nieszczególnie lubię fizyczny kontakt z innymi, ale brakuje mi zajęć ze studentami w trybie stacjonarnym. Okropnie brakuje mi też kawiarni i restauracji, bo rozmowy przy kawie czy lunchu zupełnie inaczej przebiegają niż na Zoomach czy Teamsach. Obawiam się, że kiedy minie pandemia, będziemy się obcałowywać i ściskać na ulicach bez opamiętania.

Widzimy się? Słyszymy się?

Pandemia zmieniła zupełnie nasz sposób codziennego funkcjonowania. Pracę i szkołę trzeba było przestawić na tryb zdalny. Funkcjonującą w języku „telekonferencję” zastąpiono krótszym i bardziej precyzyjnym słowem „online”, które nie doczekało się polskiej wersji. Ba, stało się nawet rzeczownikiem: „Oddzwonię za chwilę, mam online” – mówimy przecież. Zamiast prośby, byśmy się spotkali w rzeczywistości (choć teraz nie wiadomo, gdzie by to miało być, skoro kawiarnie zamknięte), nie mówimy już o „realu”, ale o „offlinie”, jakby to był stan odmienny od życia normalnego, czyli online’owego. Zresztą owe online’owe spotkania rozpoczynamy nie od „dzień dobry”, lecz od pytania: „Widzimy się? Słyszymy się?” – które pełni funkcję toposu otwierającego wypowiedź. Na pożegnanie machamy do siebie infantylnie rękami, nawet po obronach doktoratów (wiem, co mówię). Kilka tygodni temu miałem spotkanie autorskie – oczywiście online – z dziećmi. W pewnej chwili coś niebacznie nacisnąłem i jedno z dzieci wykrzyknęło: „Proszę pana! Jest pan zmutowany!”. Zamarłem, bo wprawdzie jestem tak zwanym ozdrowieńcem – to także jedno ze słów minionego roku – ale wizja zakażenia się ponownie mutacją wirusa lekko mnie niepokoi, podobnie jak wizja siebie jako mutanta. Tymczasem chodziło o to, że wcisnąłem klawisz „mute” i wyłączyłem sobie mikrofon.

Quarantini i covidiota

Zwykle wydarzenia historyczne, nawet jeśli są dookreślane przymiotnikiem „światowy”, mają ograniczony zasięg. Tymczasem pandemia dotknęła nieomal wszystkie kraje (oficjalnie tylko 12, między innymi: Korea Północna, Turkmenistan, Samoa czy Wyspy Salomona, nie odnotowało żadnych przypadków zakażenia koronawirusem, ze względu na ich izolację wynikającą z polityki czy położenia geograficznego). Zatem nie ma się co dziwić, że we wszystkich językach pojawiły się nowe wyrazy związane z pandemią, pozwalające nam wszystkim nazwać to, co się wokół nas (i z nami samymi) dzieje. Nazwanie jest zarazem oswojeniem, to znaczy sprowadzeniem nieznanego, nie do końca zrozumiałego zagrożenia do czegoś znanego. Ale z czym porównać pandemię, jakiej jeszcze nie było? Język pandemii podszyty jest metaforyką i leksyką militarną: z wirusem się „walczy”, służby medyczne są „na pierwszym froncie”, o szpitalach jednoimiennych mówiono „lazarety”, szczepionki nazywane są „jedyną skuteczną bronią” w tej walce, a obronę przed ekonomicznymi skutkami pandemii ma zapewnić „tarcza antykryzysowa”. „Przyłbice” są wprawdzie o wiele mniej skuteczne niż maseczki, ale brzmią – zwłaszcza w uszach Polaka wychowywanego w kulcie oręża – dumnie i militarnie. Przestaliśmy się dzielić na społeczeństwa czy narody, a zaczęliśmy być „stadami”, kiedy zaczęło się mówić o „odporności stadnej”. Do dyskursu publicznego weszło sporo terminologii medycznej. Oprócz wspomnianych – i brzmiących dość tajemniczo – szpitali jednoimiennych pojawiły się „wymazy” oraz dwuznaczny przymiotnik „wymazany”; dwuznaczny, bo „wymazani górnicy” mogli się poczuć nieswojo. Z języka matematyki (i statystyki) weszło – jakże przez nas pożądane – „wypłaszczanie”. Profesor Jerzy Bralczyk, usłyszawszy je, lekko się skrzywił i stwierdził, że on się na razie zaokrągla. To zresztą dotyczy wszystkich nas, bo znacznie mniej się ruszamy. Z językowego lamusa powróciła „kwarantanna”. Nie udało nam się spolszczyć słowa „lockdown”, bo w polskiej „izolacji” brakuje elementu zamknięcia. Paradoksal­nie stwierdzenie „jestem pozytywny” zaczęło oznaczać coś negatywnego, bo pozytywny wynik testu na COVID-19. Niefortunne pod względem językowym było, moim zdaniem, wzywanie do zachowania „dystansu społecznego”. W dobie pandemii powinniśmy zachowywać dystans fizyczny, natomiast pielęgnować relacje społeczne za pośrednictwem dostępnych nam mediów. Choćby po to, by – jak to wymyślili Anglicy – wypić razem (każdy przed swoim ekranem) „quarantini”, czyli aperitif w stanie kwarantanny, a jeśli ktoś wzbraniał się przed alkoholem, to mógł się poddać „kawantannie”, czyli wspólnemu piciu kawy. Pojawiło się też – i to w wielu językach – określenie „covidiota”. Z założenia wykluczające, okazało się jednak paradoksalnie jednoczące. „Covidiotami” nazywa się bowiem „koronasceptyków” i „antymaseczkowców”, czyli tych, którzy uważali, że pandemia jest faktem wyłącznie medialnym. Oni natomiast stosują to określenie wobec tych, którzy w pandemię wierzą i starają się przed nią zabezpieczyć. Innymi słowy, wszyscy w jakimś sensie jesteśmy „covidiotami”.

Memy i dziadersi

Na język w Polsce w ubiegłym roku wpłynęły też oczywiście protesty po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Dodajemy, że były to prawdopodobnie najliczniejsze protesty w całej historii Polski. Ich język był zupełnie inny niż język jakichkolwiek dotychczasowych manifestacji. Po pierwsze dlatego, że uczestniczki protestów, doprowadzone do furii, dały tej furii wyraz, przekraczając granice tego, co w patriarchalnym społeczeństwie kobiecie językowo uchodzi. Głównym hasłem było: „Wypierdalać”, a jeśli ktoś z oburzeniem pytał, czemu jest tak mocne (ja uważam, że mocniejsze było: „Obyś, chuju, wdepnął w lego”), to mógł przeczytać napis na innym transparencie: „Zaniepokojona to ja byłam w 2016”. Większość haseł miało charakter rewolucyjny, na przykład: „Kobiety zniosą wszystko. Najpierw was z piedestału” albo „Wody odeszły, rodzimy rewolucję”. Wiele zawierało odniesienia literackie, na przykład: „Annuszka już rozlała olej”, czy wręcz biblijne: „Zło bobrem zwyciężaj”. Po drugie, język tych protestów był inny dlatego, że ich uczestnicy byli głównie bardzo młodzi. To był ich pierwszy protest. Protest nie tylko przeciwko orzeczeniu TK, lecz także przeciwko meblującym im świat dziadersom („Jedyni starsi panowie, których mam ochotę słuchać, to Przybora i Wasowski”). Protest wyrażony ich językiem, zawierającym aluzje do ich świata: do memów, gier komputerowych, seriali, ale i do lektur szkolnych, nad którymi jeszcze niedawno przysypiali: „Słuchaj, dzieweczko! Ona NIE słucha” czy „Za dużo zdrowasiek szkodzi zdrowiu i życiu. Rozalka”. Zdarzały się też odwołania do tekstów piosenek – na przykład Maanamu (czyli zespołu słuchanego zapewne przez ich dziadków): „To jest ten wiatr, co rozgoni”. Kreatywność językowa tych protestów była niebywała (absolutnie fenomenalnym hasłem było: „Podmiot nie zgadza się z orzeczeniem”) i mam nadzieję, że hasła, które w czasie nich niesiono na zwykłych kartonach, doczekają się naukowych analiz. Ważniejsze jest jednak, że na tych transparentach doszło do swego rodzaju językowej rewolucji. A rewolucje – te niejęzykowe – zawsze zaczynają się od języka.

CO MAM W SPIŻARNI?

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie”.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Kiedy słyszę pytanie: „Czego nauczył mnie ten rok pandemii?”, pierwsze, co się we mnie pojawia, to opór. Przeciwko czemuś, co może przesadnie, ale jednak nazwałabym terrorem rozwojowym. Wciąż mamy poczucie, że trzeba się nieustannie uczyć, rozwijać, ulepszać. Czasem przybiera to wręcz postać kompulsji. Dlatego wydaje mi się ważne, by dać sobie także zgodę na to, żeby ten rok niczego nas nie nauczył. Już samo to, że mamy go za sobą, że przez niego przeszliśmy, jest wystarczające, by czuć coś w rodzaju zadowolenia, satysfakcji, a nawet dumy. I dać sobie też prawo do zmęczenia. Bo przecież pandemia nadal trwa, wciąż jest elementem naszego doświadczenia.

Za czym nie tęskniłam

Jak już pokonam w sobie ten pierwszy opór, to myślę, że, chcąc nie chcąc, rzeczywiście dużo się podczas tego roku nauczyłam. Pandemia dla wielu z nas miała spory rys inwentaryzacyjny. Na zasadzie: co mam w spiżarni? I nie mam tu na myśli tylko zapasów żywnościowych. Patrzysz, z czym zostajesz, kiedy nie masz zapełnionego kalendarza, perspektyw rozrywek, wyjść czy podróży. Ja przekonałam się, że mam bardzo dużo. Po pierwsze, mam właściwie napisaną, tylko jeszcze nie „wypisaną” książkę. Gdyby nie lockdown, przypuszczam, że nawet by to do mnie nie dotarło, bo byłabym zbyt zajęta bieżącymi zadaniami. Jak już siadłam, skończyłam ją w dwa miesiące. Po drugie, zobaczyłam, że parę rzeczy mam w życiu fajnie ustawionych. Mieszkam w domu, który lubię, mam fajny związek i dobrą relację z synem. Poczułam też jeszcze mocniej, jak bardzo kocham swoich rodziców. Zobaczyłam też, że im wokół jest ciężej, tym jest mi trudniej sięgnąć po to, co jest dla mnie zdrowe. Najchętniej siedziałabym tylko na Netflixie albo scrollowała Fejsa. Przełamuję się, żeby wyprowadzać się na spacer, w miarę zdrowo jeść i raz na jakiś czas wejść na matę do jogi. Zrozumiałam, czego już nie chcę robić. Jako osoba zajmująca się szkoleniami i warsztatami rozwojowymi ciągle byłam w drodze. Podczas pandemii przekonałam się, że w ogóle nie tęsknię za podróżami służbowymi. Zdecydowałam, że będę mniej jeździć i znacznie mniej latać, także ze względu na ślad węglowy. Za to bardzo tęskniłam za podróżami dla przyjemności, za zwykłym uściśnięciem rodziców – mam nadzieję, że dzięki szczepieniom wkrótce to się uda. No i bardzo mi brakowało twarzy innych ludzi: pani ze sklepu, taksówkarza czy pasażera w tramwaju. Nawet nie sądziłam, że to tak bardzo składa się na moją codzienność.

Życie jest życiem

Był taki moment, w którym poczułam, że jestem oto w środku tej sławetnej „czarnej godziny”, na którą tyle odkładałam pieniędzy, i… przekonałam się, że nie jest ona tak czarna, jak zwykłam o niej myśleć. Gdyby ktoś rok temu opisał w jednym okrutnym akapicie to, co się wydarzy w 2020 roku – że z powodu śmiercionośnego wirusa będziemy zamknięci w domach, nie będziemy mogli się spotykać z przyjaciółmi, odwiedzać starszych członków rodziny, a praca przeniesie się do Internetu, jeśli w ogóle będziemy mieli pracę – to pewnie pomyślałabym, że tego nie wytrzymamy. Tymczasem dałam radę. Przypomina mi to pewne badania z udziałem osób lękowych. Proszono ich, by opisali to, czego boją się najbardziej i jak się spodziewają, że sobie wtedy poradzą. Następnie prowadzono obserwację, która przyniosła dwa bardzo ciekawe wnioski. To, czego badani się spodziewali, urzeczywistniało się bardzo rzadko. A jeśli już się wydarzało, to się okazywało, że radzili sobie dużo lepiej, niż obstawiali. Ja też mam wrażenie, że poradziłam sobie lepiej, niż mogłabym się spodziewać. Nie lubię mówić: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, ale przyznaję, jest w tym zdaniu jakiś kawałek prawdy. To, co się zdarzyło, jakoś mnie zbudowało. Podczas tego roku często nachodziły mnie myśli o poprzednich pokoleniach i momentach kryzysowych, które były ich doświadczeniem. Zaczęłam sobie przypominać opowieści mojej ciotki i babci o wojnie. Pokazywały mi dróżkę i mówiły: „Tędy chodziłyśmy do szkoły, potem szkołę zamknęli, a potem znów otworzyli”. I naszła mnie refleksja, że życie jest zawsze życiem.

Lęk i przemoc

Z kolei buddyści mówią, że życie nie jest bezpieczne i nigdy nie było. W tym roku sobie o tym przypomnieliśmy. Jak zauważył mój przyjaciel, jest tak, jakby ludzie nagle się ocknęli i zaczęli biegać po swoich mieszkaniach, krzycząc: „Jestem śmiertelny”. Strach przed COVID-19 był i jest uzasadniony, ale mam poczucie, że równocześnie kanalizował inne lęki. Sprejując preparatem dezynfekującym kilka razy dziennie ręce czy klamki, w jakimś sensie daję sobie poczucie, że zapewniam sobie bezpieczeństwo w ogóle. A przecież jednocześnie codziennie wsiadam do samochodu czy wychodzę na ulicę, czyli robię rzeczy potencjalnie niebezpieczne. Inne zagrożenia nie zniknęły i nie znikną. Moim największym rozczarowaniem tego czasu są media newsowe. Straszenie stało się naczelną zasadą wielu serwisów informacyjnych, gazet i portali. Ktoś uznał, że ważniejsze jest, by ludzie klikali, niż by się mniej bali. Od marca robię zdjęcia najbardziej bulwersujących nagłówków, przygotowuję o tym duży tekst. To zaledwie fragment: „Profesor Flisiak: Epidemia wygaśnie latem. Delikatna stabilizacja w każdej chwili może się jednak załamać”. „Sanepid pyta o miejsca na zbiorowe pochówki na cmentarzach. Chce pilnej odpowiedzi”. „W epidemicznych prognozach trudno dziś szukać otuchy. Scenariusze są czarne”. Nie przypadkiem ludzie mówią o potrzebie odłączenia się od newsów, o detoksykacji, bo to jest toksyna. I przemoc psychiczna. Ludzi łatwo jest przestraszyć. Mamy złudzenie, że „banie się” jest czynnością zapobiegawczą. Tak ma działać to słynne: „Zadzwoń, jak dojedziesz”. A dopóki nie zadzwonisz, ja będę w czujności, która chroni ciebie na drodze. To nie logika, ale myślenie magiczne. W wersji łagodnej jest nim trzymanie kciuków za sportowca. Dziś coraz częściej pozwalamy sobie nie wiedzieć, jaka jest aktualna liczba zakażonych i zgonów, pomijamy ten nieodłączny refren naszej pandemicznej codzienności. I ta postawa, to odcięcie od informacji – staje się przestrzenią naszej osobistej wolności.

Tworzy się historia

Wielokrotnie podczas tego roku mówiłam sobie: „O tym będą kiedyś pisać w podręcznikach”. Niezwykłe jest w tym doświadczeniu, jak ono naraz separuje i łączy. Jest w nim też element triumfu ludzkiego umysłu: w ciągu roku do obiegu trafiła skuteczna szczepionka. Mam ogromny podziw dla ludzi, którym udało się tego dokonać: wszystkich, którzy dołożyli do tego choć jedną cegiełkę. Oczywiście jest to owoc pracy pokoleń naukowców i naukowczyń. Widziałam niedawno zdjęcia osób czekających na pierwszą dawkę i przyznam, że się wzruszyłam, bo była to dla mnie naprawdę doniosła chwila. Wiele było takich momentów: widok pustej bazyliki Świętego Piotra i papieża samotnie odprawiającego mszę wielkanocną, czysta woda w kanałach weneckich, ale też strajki kobiet w Polsce. Dla mnie to, co działo się u nas jesienią, było najbardziej poruszającym doświadczeniem społecznym od 1989 roku. Miałam poczucie, że poprzez nasze zbiorowe „grzeczne już byłyśmy” zmieniło się powietrze i nastąpiły nieodwracalne zmiany. Czuję, że po tym już nic nie będzie takie samo. Policzyłyśmy się. Przy naszym boku stanęli też mężczyźni. Rośniemy w siłę i nic tego nie zatrzyma. Jestem przywiązana do tego, co nazywa się niekiedy elementem energii kobiecej, czyli by patrzeć na świat w skali mikro. Uważam, że do tej pory żyliśmy – i nadal żyjemy – w przerośnięciu energii makro, czyli mówimy o zmieniającym się społeczeństwie, pytamy o nadchodzące trendy. Ja wolałabym takie dywagacje zamieniać na pytania osobiste. Czy ty coś zmienisz? Czy ja coś zmienię? Ale też niekoniecznie musimy coś zmieniać. Może lepiej: Co od teraz będzie inaczej? I to pytanie chciałabym skierować do każdej osoby, która nas teraz czyta.

Więcej przemyśleń na temat pandemii znajdziecie w książce Karoliny Korwin Piotrowskiej „Reset. Świat na nowo”, Wydawnictwo Mando.

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

  1. Moda i uroda

Masaż nuru - co to jest? Na czym polega zabieg i kiedy warto się na niego zdecydować?

Masaż nuru polega na tym, że dwie lub więcej masażystek nuru pociera swoim ciałem o ciało klienta. Intensywniej i bliżej niż w tradycyjnym masażu. (Fot. iStock)
Masaż nuru polega na tym, że dwie lub więcej masażystek nuru pociera swoim ciałem o ciało klienta. Intensywniej i bliżej niż w tradycyjnym masażu. (Fot. iStock)
Jakie obrazy przychodzą na myśl, gdy słyszysz słowa „masaż nuru”? Relaksujący dzień w spa? Kameralne popołudnie z partnerem? Lepiej przeczytaj, czym jest masaż nuru, żebyś nie była zaskoczona.

Nuru dosłownie oznacza „śliski”. To japońska technika masażu pochodząca z Kawasaki w Japonii. Polega na tym, że dwie lub więcej masażystek nuru pociera swoim ciałem o ciało klienta. Obie strony są nagie i pokryte bezwonnym i bezbarwnym balsamem do masażu.

Jak dokładnie wygląda masaż nuru?

Podczas masażu uczestnicy starają się uzyskać jak najszerszy kontakt fizyczny, wywołując silne doznania dotykowe mające na celu złagodzenie stresu. Tradycyjnie głównym składnikiem żelu używanego w masażach nuru jest siarczanowany polisacharyd fukoidan, który pozyskiwany jest z liści z wodorostów brunatnych Sphaerotrichia divaricata.relak Często dodaje się rumianek, azulen i  minerały. Dostępne są gotowe wersje żelu nuru, czasem stosuje się też specjalne pudry.

Sesja masażu nuru często kończy się aktem seksualnym, dlatego nie w każdym kraju jest on legalny.

Jakie korzyści może przynieść masaż nuru?

Jak najszybciej umówić się na wizytę… czy też całkowicie pominąć ten trend masażu? Mówiąc wprost, masaż nuru to masaż erotyczny, można z niego skorzystać także w innych popularnych turystycznych destynacjach, np. w Tajlandii. Masażystka masuje klienta całym ciałem, zapewniając większy kontakt cielesny niż w tradycyjnym masażu. Masaże Nuru można wykonywać na stole do masażu, łóżku lub nawet nadmuchiwanym materacu. Coraz więcej brakuje bliskiego kontaktu fizycznego i masaż ten staje się coraz bardziej popularny. W Londynie przeprowadzono ankietę, w której 40% przepytanych mężczyzn przyznało, że korzystało z masażu nuru. Tu warto podkreślić, że masaż nuru nie jest przeznaczony tylko dla mężczyzn. Technika ta jest odpowiednia dla każdej płci.

Dla niektórych par masaż nuru może być sposobem, aby urozmaicić swoje życie miłosne. Pokrycie żelem i ślizganie się po partnerze może nie tylko stworzyć nowe doznania, ale także pomóc poczuć się bardziej komfortowo we własnej skórze. Masaże nuru są z natury intymne, mogą pomóc budować więzi emocjonalne. W japońskiej kulturze, gdzie narodziła się ta technika masaż nuru postrzega się jako podróż duchową.

Jednak, co może najbardziej intrygujące, masaż nuru oferuje szereg korzyści zdrowotnych. Pewna londyńska agencja masażu nuru podała, że ​​83 procent osób, które próbowały masażu nuru, doświadczyło później znacznego poprawy samopoczucia. Masaże nuru są również pomocne w rozluźnieniu mięśni i nawilżeniu skóry (ponieważ żel nuru jest silnie nawilżający). Masaż wykonany przez doświadczoną masażystkę, która dobrze zna tradycyjną technikę, może też pomóc uwolnić toksyny z organizmu.

Czy warto wybrać się na masaż nuru?

Skorzystasz z najnowszego trendu i umówisz się na sesję? To zależy od tego, czego potrzebujesz. Jeśli zależy ci na rozluźnieniu spiętych mięśni, lepiej skorzystać z klasycznego masażu.

  1. Psychologia

Jak zmienić negatywne nastawienie i wzmocnić poczucie własnej wartości?

Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Nawyk negatywnego nastawienia i wyćwiczenie mózgu w wyszukiwaniu dobra jest możliwe i może odmienić nasze życie.

Ludzki mózg jest zaprogramowany na szukanie problemów. Robi to już setki lat, więc opanował tę sztukę do perfekcji. Zresztą nie tylko stara się wyszukać problemy, lecz także skutecznie je znajduje i oddaje się ich analizowaniu. Psychologowie nazywają ten proces negatywnym nastawieniem (ang. negative bias). Na wczesnym etapie dziejów ludzkości był on pozytywnym zjawiskiem (i do pewnego stopnia nadal jest). Przeczuwanie zagrożenia zapewnia nam bezpieczeństwo i przetrwanie, ale przy zaburzeniach lękowych negatywne nastawienie staje się bardzo złym nawykiem. Możesz jednak wytrenować swój mózg tak, aby przerywał ten schemat.

Prawdopodobnie jesteś świadomy swoich lęków czy obaw, na przykład martwienia się tym, co swoim zdaniem zrobiłeś nie tak, przy jednoczesnym negowaniu sukcesów. Jest jednak możliwe, że nie zdajesz sobie sprawy, jak silnie jesteś nastawiony na wyszukiwanie i analizowanie problemów. Pierwszym krokiem do przełamania tego nawyku jest zauważenie w sobie negatywnego nastawienia. Zastanów się, na czym koncentrujesz uwagę, o czym myślisz. Dostrzeż negatywne schematy myślowe.

Następnie poszukaj innych, bardziej pozytywnych i realistycznych rzeczy, na których będziesz mógł się skupić. W trenowaniu mózgu pomogą ci sprawdzone techniki: • Prowadź „dziennik wdzięczności”. Szukaj dużych i małych rzeczy, którymi możesz się cieszyć. Zapisuj je w dzienniku, który stanie się twoim podręcznym spisem pozytywnych myśli i zagadnień. Wykorzystasz je, aby nauczyć swój mózg przełamywania negatywnego nastawienia.

• Celebruj rzeczy, które cię cieszą. Każdego dnia, nawet kilka razy dziennie, staraj się znaleźć coś drobnego, co możesz zapamiętać i uczcić. Celebrowanie może mieć wiele form, prostych lub bardziej wyrafinowanych – wedle twojego upodobania. Wykonaj taniec radości. Puść swoją ulubioną piosenkę. Idź na szybki, krótki spacer. Zrób sobie dziesięciominutową przerwę, żeby przeczytać rozdział dobrej książki. Narysuj coś. Te rytuały wzmacniają pozytywne doświadczenia i są doskonałym narzędziem treningowym dla mózgu w walce z lękiem.

Wzmocnij poczucie własnej wartości

Możesz zmienić sposób, w jaki o sobie myślisz, analizując, czy twoje myśli są słuszne. Ta metoda może skutecznie zmienić nasz autowizerunek; czasem jednak lęk wywołuje tak silną niechęć do siebie, że potrzebujemy dodatkowych narzędzi, aby zaakceptować swoją osobę. Pomocnym narzędziem jest generowanie realistycznych myśli na swój temat, które pozwolą ci konsekwentnie umocnić poczucie własnej wartości w oparciu o obiektywne dowody.

Afirmacje to krótkie stwierdzenia oparte o autoobserwacje lub obserwacje innych na twój temat. Aby z nich korzystać, najpierw spisz jak najwięcej pozytywnych opinii o sobie. Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. Początkowo może ci się to wydawać dziwne i trudne. Nie szkodzi. To znak, że twoje lęki prześladują cię już od dłuższego czasu i afirmacja nie przychodzi ci naturalnie. Nie przejmuj się tym.

Spisując swoje afirmacje, możesz je łączyć ze swoimi najbardziej dokuczliwymi obawami. Jeśli często zdarza ci się martwić, że „nic ci się nie udaje i chyba niedługo wyrzucą cię z pracy”, zapisz afirmacje, które ukażą ab- surdalność tego stwierdzenia. Na przykład:

  • Nigdy się nie spóźniam, inni mogą na mnie polegać.
  • Jestem kreatywny i dobry w... (wymień przykłady obowiązków zawodowych).
  • Szef dziękuje mi za ciężką pracę.
Gotową listę afirmacji umieść w dobrze widocznym miejscu. Przyklej ją taśmą klejącą do lustra, osłony tele- fonu, lodówki albo włóż do szuflady. Jeśli nie chcesz, żeby widzieli ją inni, trzymaj ją schowaną, ale w łatwo dostępnym miejscu, tak żeby często móc po nią sięgać. Z czasem, dzięki codziennemu powtarzaniu, afirmacje staną się częścią twojego naturalnego toku myślenia. Poczujesz spadek lęku i większą pewność siebie i zastąpisz negatywne, nieprzyjemne myśli o samym sobie pozytywnymi, zgodnymi z prawdą stwierdzeniami.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Bliskość - czy można się bać czegoś, czego wszyscy pragniemy?

Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Ludzie unikający bliskości powtarzają ten sam życiowy refren, który powoduje, że tak naprawdę dążą do rozpadu związku, a nie do jego spojenia – mówi psychoterapeutka Sylwia Sitkowska.

Czy to nie paradoks, że boimy się czegoś, czego wszyscy pragniemy?
To rzeczywiście paradoks, ale lęk przed bliskością nie bierze się znikąd. Jednym ze sposobów jego zrozumienia jest teoria więzi Johna Bowlby’ego, lekarza psychoanalityka. Otóż doszedł on do wniosku, na podstawie badań, że jeżeli pierwsza nasza relacja z najważniejszą osobą była bezpieczna, przewidywalna, pełna miłości, szacunku, to najprawdopodobniej bliskie relacje w dorosłości będą podobne.

Lęk przed bliskością się wtedy nie pojawi?
Będzie adekwatny do sytuacji. Bo każdy z nas czasami się boi, że zostanie skrzywdzony przez drugą osobę. A to dlatego, że oddając się w pełni drugiemu człowiekowi, odsłaniamy „miękki brzuszek”, a związek może nas uszczęśliwić, ale też zranić. Według Bowlby’ego, ludzie z doświadczeniem pierwszej bezpiecznej relacji są w stanie zaakceptować ewentualne trudności, wliczyć w koszty to, że czasami będzie nudno, czasami wesoło, a czasami zwyczajnie. Ale mimo to będziemy się wspierać.

A jeżeli pierwsza więź była pozabezpieczna?
Wtedy nawet mały kryzys może być interpretowany jako koniec świata, może spowodować olbrzymie cierpienie. Lęk przed bliskością, przed porzuceniem może się przejawiać w bardzo wielu różnych, czasami dziwnych zachowaniach.

Na przykład?
Możemy na przykład być bardzo zaangażowani w relację, czuć, że nam na niej zależy, ale przez to, że boimy się porzucenia, nie okazywać naszych prawdziwych emocji. Czyli z jednej strony deklarować, że chcemy tworzyć dobry związek, ale jednocześnie swoim zachowaniem tego nie potwierdzać. Jest coś takiego jak pakiet zachowań, które tworzą dobry związek, na przykład: okazywanie sobie czułości, przytulanie się, robienie czegoś dla drugiej osoby, wyciąganie ręki na zgodę, przebaczanie. Wiele par rozbija się o to, że jedna strona myśli: „Potrzebuję więcej czułości”, a druga: „Jak mu okażę czułość, to mnie skrzywdzi i porzuci”.

Jak rozpoznać, że boimy się bliskości? Czy rozkochiwanie i porzucanie to jeden z syndromów?
Takie zachowanie, o jakim pani mówi, może oczywiście wynikać z lęku przed bliskością, ale może być też przejawem osobowości chwiejnej czy seksoholizmu. W lęku przed bliskością jest dużo obaw przed zranieniem, myślenia, że trzeba uważać na partnera, budować mur nas oddzielający albo specjalnie zabiegać o niego, zasłużyć na jego miłość. Jeżeli złapiemy się na budowaniu tego muru, na postawie ucieczkowej z relacji, to warto zastanowić się, czy nie cierpimy na lęk przed bliskością. Najważniejsza jest tu motywacja. Boję się, że ktoś mnie skrzywdzi, porzuci? Więc ja pierwsza go sobie obrzydzę, porzucę – to może być przejaw lęku przed bliskością.

A obawa kobiet przed odsłonięciem się, bo uważają się za niewystarczająco godne miłości?
Takie przekonanie żywią też mężczyźni, jest ono mocno związane z poczuciem własnej wartości. Miałam kiedyś w terapii utytułowanego profesora, który uważał się za głupiego i przez całe życie bał się, że prawda wyjdzie na jaw. Te wyimaginowane braki kompensował sobie zdobywaniem kolejnych tytułów, a mimo to miał poczucie, że swoje osiągnięcia zawdzięcza szczęściu, a nie pracy.

Skąd bierze się takie poczucie?
Na przykład z tego, w jaki sposób byliśmy traktowani jako dzieci. Bo dzieci przyjmują opinie matki, ojca, ciotki czy nauczyciela na swój temat jako fakt i potem wkraczają w dorosłość, patrząc na siebie ich oczami. Kiedyś dość powszechnie uważano, że dzieci i ryby głosu nie mają. Jeżeli dziecko wyrażało swoją opinię, było sobą, to uznawano je za niegrzeczne. I oto wyrasta piękna kobieta, która myśli o sobie, że jest niegodna miłości i nie wie dlaczego. Czuje, że w związku nie może pozwolić sobie na bycie sobą, bo to kojarzy jej się z etykietką niegrzecznej dziewczynki, a takiej – uważa – nikt nie pokocha. Partner nie musi formułować żadnych oczekiwań, to ona tkwi w gorsecie swoich własnych wyobrażeń, jaka powinna być, żeby zasłużyć na miłość. A jeżeli myśli o sobie, że jest niefajna, to nic dziwnego, że inni też mogą tak o niej myśleć.

Jest pani współautorką książki „Niekochalni”? Co to znaczy „niekochalny”? Ten, kto nie daje się kochać, czy ten, kto tego nie potrafi?
I jeden, i drugi. Jeżeli ktoś nie da się pokochać, to też może oznaczać, że nie umie kochać, te wektory działają w dwie strony. Niekochalność to dla mnie taka powtarzająca się melodia, którą nazywam refrenem życiowym. Zmienia się zwrotka – partner, a ja znowu śpiewam ten sam refren, który powoduje, że związek okazuje się niesatysfakcjonujący, że tak naprawdę dążę do jego rozpadu, a nie do jego sklejenia. Jestem niekochalna, bo nawet jeżeli bardzo chcę pokochać i być kochaną, to pakiet zachowań, który noszę, powoduje, że nie potrafię utrzymać uczucia. Trudno kochać, jeżeli nie było się kochanym w mądry sposób przez najbliższe osoby. Czasami powtarzam moim klientkom, że zmiana męża nic nie zmieni, jeśli w kolejny związek wniesiemy swoje nieprzepracowane problemy.

Dlatego pracę nad lękiem przed bliskością trzeba zacząć od siebie?
Tak, trzeba zacząć od pracy nad swoim poczuciem wartości, nad miłością własną, choć może brzmi to jak wyświechtany frazes. Głęboko jednak wierzę, że jeżeli jesteśmy dobrzy dla siebie, to czujemy się lepiej ze sobą i możemy dać dużo więcej dobrego osobom dookoła nas. Proponuję zacząć od uszczęśliwiania siebie – i nie myślę tu o płytkim pojmowaniu szczęścia, konsumpcjonizmie, zaspokajaniu własnych zachcianek bez względu na potrzeby bliskich czy o takiej postawie, że moje zdanie ma być na wierzchu i mam dbać tylko o siebie. Ludzie czasem mają takie wyobrażenie, że dbać o siebie to znaczy nie myśleć o świecie. Nie, cały świat jest też szalenie ważny, człowiek nie jest samotną wyspą, jest istotą stadną, więc warto dbać o innych. Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy.

A może pomocne okaże się związanie z partnerem o bezpiecznym stylu przywiązania?
Na ogół osoby o bezpiecznym stylu przywiązania wybierają ludzi podobnych do siebie. Badania pokazują jednak, że jeżeli wiążę się z osobą o innym stylu, to jest szansa, że mogę przejąć jej styl przywiązania, a ona – mój. Na przykład ktoś o stylu unikającym może przejąć styl bezpieczny, ale może też być odwrotnie. Tak więc jest szansa, że życie nam trochę pomoże lub trochę zaszkodzi. Ale myślę, że dużo bardziej budujące będzie uświadomienie sobie problemu i wzięcie sprawy w swoje ręce. Czyli zmierzenie się z tym, że co prawda chcę mieć dobry związek, ale jednocześnie siedzę w telefonie, nie poświęcam uwagi mojemu partnerowi, robię sceny zazdrości, nie celebruję okazji do świętowania czy jestem ciągle zajęta pracą i nie mam dla niego czasu. W pracy nad sobą można się wesprzeć moją nową książką „Dzieciństwo do poprawki”, w której opisuję, w jaki sposób popracować nad swoim dzieciństwem, żeby zmodyfikować wtłoczone nam wtedy schematy.

Czy nie uważa pani, że pandemia pogarsza sytuację ludzi bojących się bliskości? Mają teraz świetne alibi, żeby się do nikogo nie zbliżać.
Dla osób, które nie mają partnera i boją się nawiązywania relacji, zamknięcie w domu to rzeczywiście dobra wymówka. Ale co z tymi, którzy zostali zamknięci w domu razem ze swoimi partnerami? Oni mogą unikać bliskości w sposób niebezpośredni: poprzez siedzenie przy komputerze, telewizorze, w telefonie. Unikać się można, nawet mieszkając w kawalerce z dzieckiem i psem, bo unikanie się nie musi być jedynie fizyczne, dużo trudniejsze jest to emocjonalne. Najbardziej dojmującą samotność odczuwa się wśród ludzi. Słyszę często w terapii: „Mam męża, żonę, ale czuję się samotny”, i to jest najgorsza samotność.

Jak powszechny jest lęk przed bliskością?
Badania mówią, że dwie trzecie z nas ma bezpieczny styl przywiązania, czyli nie jest źle. Chociaż gdy uświadomimy sobie, że co trzeci z nas prezentuje styl pozabezpieczny, to już przejmuje trwogą. Natomiast patrzyłabym na ten problem szerzej. Każdy z nas czasami, nawet jeżeli ma bezpieczny styl przywiązania, z obawy przed odrzuceniem, zranieniem może przejawiać zachowania, które oddalają go od drugiej osoby. Pamiętajmy, że związek i emocje z nim związane to kontinuum. Mało osób pozostaje gdzieś na krańcach krzywej Gaussa, czyli albo w ogóle nie nawiązuje bliskich relacji, albo ma jednego partnera emocjonalnego oraz fizycznego przez całe życie. Raczej jesteśmy gdzieś pomiędzy, z różnym natężeniem lęku przed bliskością i różnymi zachowaniami ten lęk przejawiającymi.

Coraz więcej jednak ludzi, szacuje się, że w Polsce to już około jednej czwartej dorosłych, wybiera życie w pojedynkę. Czy za takimi wyborami stoi lęk przed bliskością?
Nie stawiałabym tutaj znaku równości, ale jestem przekonana, że bardzo duża grupa singli ma problem z lękiem przed bliskością. Miałam w terapii osoby, które deklarowały, że jako single czują się świetnie, ale prędzej czy później dochodziliśmy do takiego momentu, kiedy ujawniał się lęk przed byciem samemu, ale też lęk przed byciem w związku. Dlatego zawsze proponuję, żeby zdejmować z siebie te „łuski”, którymi się przykryliśmy, i sprawdzać, co tak naprawdę motywuje nas do takiego czy innego zachowania. Bo proszę mi wierzyć, przez lata prowadzenia psychoterapii widzę, jak duże i dobre zmiany można dzięki niej wprowadzić w swoje relacje z innymi. Pamiętam pana, który przyszedł do mnie, bo cierpiał na trudną, widoczną chorobę i chciał się pozbyć wstydu i lęku z nią związanego. Twierdził, że związek jest poza jego zasięgiem i on się z tym pogodził. Ale gdy zaczęliśmy pracować, to okazało się, że ów pan bardzo potrzebował bliskości. Po półtora roku terapii poznał panią, mają dzieci, tworzą fajny związek.

A wracając do singli. Myślę, że ogromna rzesza świadomie podejmuje taką decyzję. Wiedzą, co tracą, a co zyskują. Część z nich ma za sobą trudne doświadczenia w relacjach, więc dochodzą do wniosku, że nie chcą się wiązać, bo to jest trudne, a do tego czasami boli, wolą spotkać się z kimś raz na jakiś czas w miłych okolicznościach niż decydować się na codzienność z drugą osobą. Bo przecież życie razem to nie sielanka. Bywa, że jest pięknie, ale też bywa bardzo trudno. Jeżeli więc jestem singlem i jest mi z tym okej – to nic na siłę. Ale jeżeli jestem singlem, bo boję się, że mi znów nie wyjdzie, więc chciałabym i boję się, to może warto nad tym popracować.

Lęk w relacji to jednak nie wyrok.
Zgadzam się. Nikt nie jest ideałem, każdy czasem zachowuje się niefajnie czy nawet krzywdząco dla drugiej strony. Coś odburknie, wkurzy się. Takie jest życie, warto to zaakceptować, jeśli nasza relacja ma też dobre strony. Nawet w dobrym związku przeplatają się zażyłość i separacja, zależność i wolność, bycie blisko i daleko, gorsze i lepsze dni. I wszyscy od czasu do czasu odczuwamy lęk przed odrzuceniem. I to nie musi być lęk przed bliskością, który na ogół przejawia się zachowaniami rujnującymi związek. Ale nawet wtedy można go przepracować. Pod warunkiem że tego chcemy. 

Sylwia Sitkowska, psycholożka i psychoterapeutka z Przystani Psychologicznej, współautorka książki „Niekochalni”, autorka „Dzieciństwa do poprawki”, prezeska Fundacji „Terapeutyczna”.