Cel w życiu mężczyzny: kiedy prowadzi do zniewolenia?

Ambicja może być drogowskazem, ale bywa, że rujnuje życie. Dlatego warto wyzwolić się z tyrani celów. (Fot. iStock)

Cele w życiu? Warto je mieć. Ale trzeba uważać, bo czasem „przestają być drogowskazem, pasją, a stają się bezwzględnym panem poganiającym niewolnika. Cele powinny być dla nas, a nie my dla nich” – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Bez celu i działania on jest całkowicie zgubiony, marnieje w oczach – mówią kobiety, obserwując mężczyzn. Gdy jednak on ustala cele i podejmuje działania, aby je osiągnąć, a mimo to nie widzi efektów tych starań, cierpi. Nie rozumie, co robi nie tak.
My, mężczyźni, zbyt często bywamy niewolnikami swoich celów. Ulegamy ich tyranii. One są, oczywiście, ważne, ponieważ wyznaczają kierunek dążeń, porządkują życie. Jednak mam wrażenie, że trzymamy się ich zbyt sztywno i kurczowo. Gdy przestają służyć realizacji naszego potencjału, a zaczynają pełnić funkcję zastępczą, żyć własnym życiem, szkodzą nam zamiast nas wzmacniać.

Na przykład?
Taki skrajny przypadek, który jednak dobrze ilustruje ten mechanizm. Jeden z moich klientów sformułował swój cel następująco: „Gdy zarobię milion dolarów, poczuję się jak prawdziwy mężczyzna”. To wcale nierzadkie. Mężczyźni zakładają, że realizując jakiś cel – finansowy, materialny, zawodowy czy sportowy – będą mogli o sobie dobrze pomyśleć. Sprawdzą się jako mężczyźni. Popatrzą sobie w oczy w lustrze i powiedzą: „Zrobiłeś to! Jesteś spełniony! Należysz do elity! Teraz możesz już podnosić poprzeczkę!”.

Mężczyzna, który postawił sobie za cel zarobienie miliona dolarów, nie dopiął swego. Musiał sprzedać przedsiębiorstwo, ponieważ zmieniły się warunki rynkowe, zaczął podupadać na zdrowiu. Milion dolarów jako męskie spełnienie to są klapki na oczach konia, który ma nie widzieć tego, co dookoła. Hipnotyzujemy się takimi celami…

…wierząc, że naprawdę dadzą spełnienie?
Spełnienie siebie także jako partnera i ogólnie jako człowieka. A więc spełnienie ma zależeć od arbitralnie narzuconych sobie czynników zewnętrznych. Gdyby tak było, wszyscy milionerzy byliby szczęśliwymi mężczyznami. Pracowałem z wieloma biznesmenami około trzydziestki, którzy osiągnęli materialny sukces: samochody tylko klasy premium, apartamenty tylko w prestiżowych lokalizacjach, wyjazdy na krańce świata. A w głębi poczucie pustki, nieszczęścia, niespełnienia. Związki w ruinie. „Czuję się tak, jakbym już przeżył życie, nic mnie nie cieszy” – powiedział jeden z nich. Szukał pomocy. Na tym właśnie polega tyrania celów. Przestają być dla nas drogowskazem, pasją, a stają się bezwzględnym panem poganiającym niewolnika.

Tymczasem to nieszczęście nie przychodzi z zewnątrz; mężczyzna sam wyznacza sobie takie cele.
To jest ważny moment: gdy niedoszły milioner uświadomił sobie, że nikt nie podsunął mu tego szalonego pomysłu, tylko sam go wymyślił, mógł pójść dalej, zdjąć klapki z oczu, rozejrzeć się dookoła i zobaczyć, ile osiągnął. Udana rodzina, dobre relacje z żoną i z dziećmi, dom, samochód, zabezpieczenie finansowe na przyszłość – docenienie tego, co już się udało, pozwoliło sformułować nowe cele, tym razem w oparciu o wewnętrzne, a nie zewnętrzne priorytety.

To brzmi jak porzucenie marzenia o „byciu kimś”.
Rzeczywiście, mężczyźni chcą „być kimś”, czyli pragną kariery i prestiżu. Warto jednak doprecyzować, co to znaczy „być kimś”, ponieważ to sformułowanie często odnosi się do poczucia własnej wartości, samoakceptacji i pewności siebie. Gdyby mężczyzna akceptował siebie i czuł się ze sobą dobrze, to czy w dalszym ciągu miałby motywację, aby dążyć do prestiżu? Najczęściej gdy odkrywamy poczucie własnej wartości poza karierą i prestiżem, zaczynają mieć znaczenie inne sprawy niż dotąd: przyjaźń, związek, hobby, pasje. Wtedy tak zwane bycie kimś traci na atrakcyjności. Rozpoznajemy je jako pewną koncepcję, której ulegamy, skazując się na przymus: „Muszę to zrobić, żeby być kimś”. Jest jeszcze jedna pułapka, której zazwyczaj nie jesteśmy świadomi: rozglądanie się wokoło i porównywanie z innymi.

To może być rozumiane jako przejaw dobrej ambicji.
Rozmawiam z mężczyzną, który skończył brytyjską szkołę biznesową i od kilku lat pracuje w dużej międzynarodowej korporacji. Był zadowolony do czasu, gdy jego koledzy, którzy w innych firmach zajęli stanowiska prezesów i dyrektorów, zaczęli tłumaczyć mu, że marnuje życie, bo tak naprawdę niczego jeszcze nie osiągnął. Jeśli myślimy, że powinniśmy być dyrektorami czy prezesami, to znaczy, że staliśmy się własnością naszego zawodu. Przecież cele są dla nas, a nie my dla nich. Inny przypadek – menedżer wysokiego szczebla w dobrze prosperującym przedsiębiorstwie słyszy od członków rodziny, że powinien już mieć rozkręconą własną firmę, inwestować w siebie, a nie „pracować na cudzym”.

Mężczyźni biorą do serca takie sugestie?
Przejmują się nimi. Sięgają po książki z psychologii biznesu, żeby nauczyć się być bardziej ambitnymi. A w tych książkach czytają: wyznacz cele, zaplanuj, motywuj siebie, podejmuj działania. Starają się tak postępować, ale bezskutecznie. Szukają pomocy, ponieważ ich poczucie własnej wartości dramatycznie spada. Uruchamia się poczucie winy: „Wszystko mam: cel, narzędzia, sposoby, ale nie działam”. Jedyny wniosek, jaki przychodzi im do głowy, to to, że coś jest z nimi nie w porządku.

A to po prostu efekt ulegania głosom z zewnątrz?
Niewielu mężczyzn ufa wewnętrznemu głosowi, pragnieniom i priorytetom. Poznałem młodego człowieka, któremu ważni dla niego ludzie mówili, że powinien zostać księdzem. Gdy zajrzał w głąb siebie i zapytał, czy to droga dla niego, odpowiedź przyszła natychmiast. „W wyobraźni zobaczyłem wolną przestrzeń, bujną naturę i zrozumiałem, że nie odnajdę się w kościelnej hierarchicznej organizacji”. Często ci, którzy nam doradzają, mówią o własnych preferencjach. Podpowiadają w najlepszej wierze, ponieważ dobrze nam życzą, jednak kierują się swoimi kryteriami oceny. Albo projektują na nas niespełnione marzenia.

Sugestie przyjaciół mogą też inspirować, motywować do działania.
Warto z nich korzystać, gdy wybudzają nas z letargu, dają energię: „Rzeczywiście, to ciekawe, dotąd tak nie myślałem!”. Czy sugestie przyjaciół rezonują z nami? Co podpowiada intuicja? Jak reaguje ciało? Czy pojawiają się dreszcze ekscytacji? Jeśli tak, to sygnały potwierdzające, że usłyszeliśmy coś w sam raz dla siebie.

U mężczyzny intuicja rzadko ma siłę przebicia. Bardziej liczą się osiągnięcia. (Fot. iStock)

Wewnętrzny głos wydaje się czymś enigmatycznym, nieokreślonym.
Tak, większość mężczyzn nie uświadamia sobie własnej wrażliwości na wewnętrzne powołanie, wezwanie: „Tak, to twoje, tego właśnie potrzebujesz”. Znawca mitów Joseph Campbell w książce „Bohater o tysiącu twarzy” zwraca uwagę na mity związane z życiową podróżą. Ich istotą są wezwanie, potrzeba dokonania czegoś ważnego, realizacja zadania. Archetyp podróży bohatera związany jest z męskimi wzorcami wojownika, podróżnika, myśliwego, odkrywcy. Nie można bezkarnie odrzucić wezwania. Rezygnacja z prawdziwych pragnień, z powołania dużo kosztuje, skutkuje poczuciem frustracji, przegranej, niezadowolenia z życia.

W jaki sposób powołanie przekształcić w cel?
Powołanie to wewnętrzny nakaz: „Wyjdź z miejsca, które znasz, opuść bezpieczny teren. Idź po złote runo”. Cel jest tym złotym runem. Chodzi o to, aby mu zaufać, ponieważ jest nasz, prawdziwy. Po drodze może pojawić się wiele przeszkód. Bohater wyrusza w podróż, ponieważ zaakceptował powołanie, jednak po drodze napotyka demony, czyli na przykład głosy wewnętrznego krytyka, wątpliwości, poczucie beznadziei. Spotyka także sprzymierzeńców. Jeśli skorzysta z ich wsparcia, okaże się, że przeszkody można zamienić w zasoby. Inspirujący jest tu mit o podróży Odyseusza. Odys zbłądził, podążył za śpiewem syren, na jakiś czas stracił kierunek. Syreny, czyli te zewnętrzne głosy, którym ulegamy, nawołują: „Chodź do nas, my mamy upragnione miliony, karierę, prestiż, sławę, władzę”. Odyseusz nie mógł uwolnić się od głosów syren do tego stopnia, że towarzysze podróży przywiązali go do masztu. Został tak silnie uwiedziony, że zerwał więzy i dopłynął do wyspy nimfy Kalipso, gdzie ugrzązł wraz z załogą na długi czas. Pogrążyli się w iluzjach, stracili czas, siły, energię, zanim Odys mógł wrócić na właściwy kurs wiodący do Itaki, do domu, do żony Penelopy i syna.

Jednak powołanie się zmienia.
I wtedy wyruszamy po kolejne złote runo. Tyrania celów, o której mówimy, dotyczy także uporczywego przywiązania do przeszłych zamierzeń i nieuznawania faktu, że wszystko się zmienia: my sami, nasze życie i świat wokół nas. Przemiany są czymś naturalnym. Coś, co kiedyś było ekscytujące, obojętnieje, przemija. Gdybyśmy chcieli pozostać jedynym niezmiennym elementem i takim uczynić nasz cel, to byłoby szaleństwo. Nasze życie to nieustające podróże bohatera. Wciąż na nowo z głębi nas wyłaniają się fascynujące wyzwania. Mężczyzna, który przez 20 lat był dyrektorem przedsiębiorstwa handlowego, pragnie założyć własną firmę agroturystyczną, ponieważ zachwycił się górami, pięknem natury, przestrzenią. W jego życiu zaczyna się kolejna podróż.

Jak zaufać nowemu powołaniu?
Ono zawsze poszerza nasze horyzonty. Nic nie zostaje zaprzepaszczone. Uruchamiając firmę agroturystyczną, ten mężczyzna wykorzystuje swoje kompetencje, umiejętności i wszelkie zdobycze z poprzedniego etapu drogi zawodowej. Umie zarządzać własną energią życiową, finansami, motywować współpracowników. Ale jest jeszcze coś. Często lekceważymy tzw. szalone podszepty wewnętrznego głosu. Na przykład intuicja podpowiada mi, że dobrze byłoby nauczyć się grać na instrumencie. Przypominam sobie, że w dzieciństwie chciałem być pianistą. Dlaczego nie podjąć tego wyzwania? Dlaczego nie nauczyć się grać na pianinie w takim stopniu, aby sprawiać sobie przyjemność? Poza tym to doskonały sposób na odmłodzenie mózgu – uczymy się czegoś nowego, ćwiczymy elastyczność, zmienia się nasze postrzeganie tego, co możliwe.