Czujność – twoja nowa supermoc

Czujność oznacza,że czasem możesz nie odpowiadać na jakiś bodziec. Pamiętaj, że możesz wszystko, nie wszystko musisz. (Fot. iStock)

Możesz wszystko. Ale czy wszystko musisz? Czy istotą szczęśliwego życia jest wykorzystywanie każdej okazji, czy może raczej selekcja, a czasem wręcz odcięcie się od świata? Psychoterapeutka Zofia Milska-Wrzosińska wyjaśnia, że wszyscy potrzebujemy działania i odpoczynku, a w przełączaniu się między jednym a drugim pomaga czujność na siebie i świat. Jak ją opanować?

Po sloganach „możesz więcej, niż ci się wydaje” oraz „wykorzystaj swój potencjał”, w rozwojowych trendach przyszedł czas na hasła zgoła przeciwne: „zatrzymaj się”, „wsłuchaj się w siebie”. Modne stają się wyjazdy odosobnienia, warsztaty medytacyjne oraz pochwała nicnierobienia. Ja tę zmianę postrzegam bardzo pozytywnie. A pani?
To, że czasem wycofujemy się z aktywnego udziału w otaczającym zgiełku, może mieć bardzo pozytywny wymiar, ale jako psychoterapeutka chcę najpierw przypomnieć o drugiej stronie. Bo brak aktywności może wynikać nie tylko z mądrego dbania o siebie i rozwojowych decyzji, ale – przeciwnie – z trudności, niemożności albo nawet cierpienia. Wtedy nie tyle jest naszym wyborem, ile koniecznością. Wyrazistym przykładem jest depresja – człowiek w depresji nie jest aktywny, ale nie oznacza to, że w tym braku aktywności twórczo się rozwija. Inny przykład – ludzie, którzy z powodu wysokiego poziomu lęku wycofują się z życia, nie mając siły lub odwagi, by realizować to, na czym im zależy. Nie uczestniczą w tym, jak niekiedy mówią, wyścigu szczurów czy opętańczym tańcu, ale to nie zawsze jest ich wybór. Czasem boją się, że gdyby w to weszli, to i tak by nie wygrali, albo wolą się nie angażować, bo przewidują, że i tak zostaną odrzuceni.
Podsumowując, to, że ktoś nie jest aktywny w jakimś momencie życia, może być świadomym wyborem konkretnych wartości, niechęcią wobec trendu, by spędzać produktywnie każdą minutę swojego życia, ale z drugiej strony może oznaczać, że ktoś widzi przed sobą trudną do przekroczenia barierę i jego wycofanie jest rodzajem ucieczki.
Dlatego nie da się jednoznacznie powiedzieć, że u każdego i w każdej sytuacji duża aktywność jest zła, a spokojna bierność dobra. Tak jak zauważył wybitny psycholog amerykański John Norcross: „Nie patrz na to, jaką ma pacjent chorobę, tylko patrz, jaki pacjent ma chorobę”. Gorączkowa aktywność czy zdystansowane spowolnienie u różnych osób i w odmiennych momentach życia może być równie dobrze wartością, jak i niepokojącym sygnałem.

Może wszyscy jako ludzie mamy coś w rodzaju atawistycznego lęku przed bezczynnością. Może jest w nas siła witalna, która zachęca do tego, by korzystać z życia i przejawiać się aktywnie w świecie.
Ciekawa uwaga, ma pani rację, to może wiązać się z naszą witalnością. Jeśli spojrzymy, jak ludzie odchodzą z tego świata – wtedy, gdy dzieje się to powoli i spokojnie – to zauważymy, że ich obszar zainteresowań, kiedyś bardzo szeroki, stopniowo się zawęża. To naturalny proces przygotowywania się do kończenia, zamykania, gaśnięcia. Dlatego wycofanie, wyciszenie może wzbudzić lęk, jeśli przeżywamy to jako sygnał, że już nie dajemy rady, że coś się kończy i jesteśmy na przykład w ostatniej ćwiartce życia. Wtedy zryw aktywności da nam poczucie – prawdziwe lub złudne – że jednak
żyjemy pełną piersią. Pewnie wszyscy znamy ludzi, którzy są aktywni non stop. I mało tego, że mają grafik wypchany po brzegi, to trudno im nawet nie tyle zatrzymać się w tym pędzie, co pobyć dłużej w bliskim kontakcie z kimś, na przykład w spokojnej rozmowie.

Ja zawsze postrzegałam takie osoby jako wewnętrznie rozedrgane.
One są bardzo niecierpliwe. Na przykład w rozmowie próbują od razu dojść do konkluzji: „Aha, już rozumiem” i pędzą dalej. Trudno im zgodzić się na sytuację, w której jest namysł, czegoś nie wiadomo, raczej potrzebują konkretu, jednoznaczności, gotowych odpowiedzi. Obserwujemy to w gabinetach psychoterapeutów: ktoś przychodzi na przykład ze sprawą dotyczącą dziecka – bo on sam ze sobą nie ma przecież żadnych problemów – ale w trakcie pracy okazuje się, że trudność dziecka jest zadawniona, wiąże się z sytuacją rodzinną, nie da się tego uzdrowić ot tak. I wtedy widać, jak rodzic lub para rodziców robi się niecierpliwa: „Może i pani ma rację, ale co mi z tego na teraz? Co my mamy zrobić?”. Nie dociera do nich, że na ten stan pracowali przez lata i że może teraz trzeba najpierw porozmawiać, potem spytać, co na to dziecko i próbować szukać różnych rozwiązań – dla nich to dzieje się za wolno, to nie jest aktywność, jakiej oni by najbardziej chcieli.
W podobnym duchu można scharakteryzować osoby, które poszukują ekstremalnych doznań, bo ich potrzeba stymulacji jest bardzo duża, a próg stymulacji naprawdę wysoki. Takie osoby lubią ostrą rywalizację zawodową, a w bliskich relacjach często doprowadzają do konfliktów. Ktoś taki niby coś ogląda, niby słucha, ale już przestępuje z nogi na nogę i wierci się na krześle, przerywa i dopowiada nam wnioski, bo to przecież powinno zmierzać do sedna. Wtedy będzie mógł odfajkować i pójść dalej.

Hiperaktywni lubią też chyba widzieć natychmiastowe skutki swoich działań.
Tak, i nie są gotowi uznać, że stan „nie wiem” ma znaczenie. Lubią podejmować decyzję już, teraz, a czasami jest to jeszcze niegotowe – w nich nie jest to gotowe.

Czy to nie nasze czasy skłaniają do takich postaw?
W Polsce w latach 90. XX wieku, kiedy wielu ludzi miało poczucie, że ten pociąg już odjeżdża, więc jak nie wsiądę do niego, to koniec, moglibyśmy może powiedzieć, że hiperaktywność miała przynajmniej częściowo podłoże społeczno-kulturowe, pewnie też ekonomiczne, bo przecież to był czas szybkich biznesów, błyskawicznych karier. Dziś to są już raczej kwestie osobowościowe.
W ogóle nacisk, by wykorzystywać jak najlepiej swój czas, to wymysł nowoczesny. W ostatnim stuleciu nasilił się przekaz w duchu: „Jest coraz więcej możliwości, skorzystaj z tego”, „Masz wpływ na swoje życie, od ciebie wszystko zależy”. A potem pojawiły się tendencje przeciwne. W czasach rewolucji hipisowskiej część pokolenia odwróciła się od modelu jak najlepszego wykorzystywania swojego potencjału, na zasadzie kontestacji: „Nie chcę żyć w taki sposób jak moi zaharowani rodzice”. Oczywiście taka postawa miała drugą stronę: chaos życiowy, brak stabilnej bazy dla dzieci, wspieranie się w tym dolce far niente substancjami psychoaktywnymi, wypadnięcie z ról społecznych. Niektórzy przesadzili w tej odmowie życia w społeczeństwie, tak jak dziś jest wiele osób popadających w drugą skrajność – gnających bez wytchnienia.

Dlaczego? Skąd w nich ta potrzeba, skoro czasy już tego nie wymagają?
Gdy coś jest niedookreślone lub niezaplanowane, takie osoby doświadczają niepokoju – coś nie jest tak, jak powinno być, a oni marnują czas i energię. Trochę z myślą o nich przygotowujemy właśnie w Laboratorium Psychoedukacji blok rozwojowy, który nazywamy „treningiem czujności”. Chodzi nam o czujność jako umiejętność przechodzenia od stanu pobudzenia do stanu wycofania. To jest czujność na siebie i na świat. Aby była zachowana, człowiek nie może znajdować się stale w pogotowiu. Jeśli jesteś w trybie ciągłego alarmu, to nie możesz być uważny i czujny, bo masz głowę zaprzątniętą lawiną bodźców. Czujność, której chcemy uczyć, polega na gotowości do tego, by zajrzeć w siebie, wycofać się do środka, popatrzeć od czasu do czasu na świat z perspektywy spokojnej refleksji, bez presji na natychmiastowe działanie. Jeśli jednak coś będzie wymagało mojej reakcji, to czujność pomoże mi zauważyć te momenty i skłoni do sprawnej, szybkiej akcji. Inaczej mówiąc, umiejętność bycia nieaktywnym jest warunkiem do tego, by czujnie reagować wtedy, kiedy nasza aktywność jest potrzebna.

Jak rozumiem, chodzi o umiejętność łagodnego przełączania się pomiędzy dwoma stanami, bez zgrzytów?
Człowiek potrzebuje funkcjonować w rytmie kontaktu i wycofania. Jeśli jest stale w rytmie kontaktu, a w rytmie wycofania tylko wtedy, gdy wypije pięć piw i zachrapie przed telewizorem, to takie chemiczne wycofanie nie daje mózgowi szansy. Z dokonań neuronauki wiemy, że nasz umysł potrzebuje odpoczynku nie tylko podczas snu. Może się zdawać, że marnujemy wtedy czas, ale nasz mózg go nie marnuje, on przetwarza informacje.
Niektórzy mają takie doświadczenie, że kiedy są w półśnie, to przebiega im przez głowę mnóstwo dialogów, myśli, wspomnień itd. I jeśli ich coś wtedy obudzi, to orientują się, że ten stan trwał minutę lub półtorej, a umysł wyprodukował tyle, jakby działał co najmniej przez godzinę. Jeśli my wciąż dostarczamy bodźców, nie dajemy umysłowi chwili spokoju na ich asymilację, to on zaczyna generować fałszywe informacje lub nie zauważa czegoś, co jest ważne – czyli uszkadza się czujność.

Albo na wszystkie bodźce reaguje tak samo, nie odróżniając tych ważnych od tych nieistotnych.
Czujność oznacza, że czasem mogę nie odpowiadać na jakiś bodziec, bo rozpoznaję w sobie, że nie ma powodu, by na niego reagować. Ktoś coś mi proponuje i już gra we mnie trąbka bojowa, już coś się we mnie podrywa, ale przychodzi mi jednak do głowy, że właściwie nie chcę, nie muszę, nie mam potrzeby.
Niedawno przeglądałam na Facebooku różne posty, od wyrazistych opinii politycznych po dyskusję o przedłużaniu rzęs w miejscowości Dębki, i w pierwszym odruchu chciałam wszystko skomentować, ale chwilę potem zdałam sobie sprawę, że przecież moja wypowiedź w każdej z tych kwestii nie jest niezbędna, ludzkość nic nie straci, jeśli jej nie napiszę, a ja się nie wciągnę w jakieś zapętlające się rozmowy, i z ulgą zrezygnowałam. Ale to nie takie łatwe, bo niektórzy z nas mają potrzebę natychmiastowego uzewnętrznienia reakcji. Kiedyś ludzie, którym trudno było przejść do porządku dziennego nad różnymi wydarzeniami, pisali listy do redakcji. Wymagało to znalezienia czasu, skupienia, w zasadzie reakcja natychmiastowa nie była możliwa, trzeba było swoje emocje zawrzeć, spisać – innymi słowy odroczyć rozładowanie impulsu. Dziś nie dajemy sobie szansy na to, by uczucia czy myśli w nas pobyły, byśmy się im uważnie przyglądali, zanim zdecydujemy, czy i jak chcemy je wyrazić. We współczesnym świecie można zareagować od razu, okazując swoją furię, pogardę lub zachwyt. Ta możliwość natychmiastowego działania utrzymuje nas w stanie nieustannego przegrzania, nadmiernej aktywności. A wycofanie się z tego jest coraz trudniejsze, bo im bardziej jesteśmy aktywni wobec świata, tym bardziej świat jest aktywny wobec nas.

Świat zaprasza nas do nieustannej interakcji, więc my ją bezrefleksyjnie podejmujemy. Po fakcie dochodząc do wniosku, że w większości z tych rzeczy nawet nie chcieliśmy brać udziału…
Albo być może część z nas impulsywnie zachciała, ale tak naprawdę gdybyśmy potrafili na chwilę czujnie odroczyć naszą reakcję, to ostatecznie nie widzielibyśmy w tym potrzeby czy sensu. Ani dla nas, ani dla świata. Tymczasem nasz układ nerwowy się przegrzewa i nie jesteśmy uważni na to, na co chcielibyśmy. Robi się wokół czegoś dużo hałasu i nasza reakcja jest taka: „Muszę coś do tego dołożyć, nie mogę tego pominąć”. Zamiast: „Ale zaraz, czy ja naprawdę muszę i czy w ogóle mam na to ochotę? A jeśli mam ochotę, to z jakiej perspektywy? Czy żeby być obecną (bo wszyscy są), czy może rzeczywiście mam coś ważnego do zrobienia, dania, przekazania?”. A poza wszystkim, jeśli ktoś dostarcza sobie intensywnej stymulacji przez całe dorosłe życie, to kiedy próbuje tego zaprzestać, może mieć objawy odstawienne. To tak jakby odebrać kawę komuś, kto wypija sześć filiżanek dziennie. Dlatego to nie jest takie proste.

Może wszystkiemu winien nasz lęk przed pustką, czyli horror vacui. A przecież już starożytni Grecy mówili, że nie ma próżni w przyrodzie, a każda pustka się wypełnia.
Ale ona może wypełniać się czymś dla nas nie do zniesienia, czyli np. myślami w rodzaju „Jestem do niczego, jestem beznadziejna”, zaraz potem pojawiają się przykre wspomnienia sprzed dwóch dni: „I na zebraniu w pracy powiedziałam takie głupstwo, co oni o mnie pomyśleli?!”. „A jeszcze w tym tygodniu muszę iść na wywiadówkę do szkoły mojej córki i znowu usłyszę, że o czymś zapomniała i nie jest tak dobra z matematyki jak jej koleżanki”. W rezultacie ta pustka powoli wypełnia się wstydem, upokorzeniem, poczuciem winy. Niektórzy boją się pustki, bo wtedy świat wewnętrzny nęka ich własnymi upiorami. Tak jakby myśleli „To już lepiej gonić za światem, niż z tymi upiorami się mierzyć”. A przecież można by się tym swoim demonom przyjrzeć i zobaczyć, czy jednak nie można ich jakoś oswoić albo przegonić.