fbpx

Kiedy stajemy się dojrzałymi ludźmi i co z tego wynika? Opowiada Katarzyna Miller

Kiedy stajemy się dojrzałymi ludźmi i co z tego wynika? Opowiada Katarzyna Miller
fot. iStock

Z domu, od mamy, wyjechałam na studia do Warszawy od razu po maturze. Ale zaczęłam o sobie myśleć jak o osobie dojrzałej dużo później. Skończyłam dwa kierunki, co trwało w sumie 11 lat, rozkosznych lat.

W trakcie psychologii zrobiłam sobie roczną przerwę, a potem miałam jeszcze pięć lat studiów doktoranckich na filozofii. Wtedy byłam szczęśliwą, wyrwaną z domu studentką. W dodatku z pieniędzmi, bo miałam rentę po tacie, a później dobre stypendium. Żyć nie umierać. Gdy przyjeżdżali koledzy z Łodzi, to pętaliśmy się po Krakowskim Przedmieściu, co chwilę pojawiał się ktoś znajomy, i szło się na piwo albo na balangę. Oni bardzo mi zazdrościli takiego życia, bo sami już pracowali. Uważam, że ludzie powinni mieć taki czas. Jeśli wcześniej doświadczy się stan młodzieńczej radości życia, sprawdzania otaczającego nas świata, potem łatwiej się przechodzi w stan dojrzałości. Bez tego trudno o kolejne etapy. Bo dojrzewanie to proces.

Trwa aż do ostatniej chwili życia. Słyszymy na okrągło, że trzeba być dojrzałym i być prawdziwym sobą, tylko co to znaczy. Powinno się mówić raczej o byciu coraz bardziej sobą. Człowiek do siebie dociera każdego dnia, poza tym się zmienia, rozwija. Później był długi, 20-letni, etap pracy z alkoholikami. Znalazłam swój cel na ziemi w sensie zawodowym. Zrozumiałam, że chcę pomagać ludziom, że jestem potrzebna, a oni mnie chcą. Doszło też do mnie, że mam już pensję, a nie rentę czy stypendium. I te pieniądze są absolutnie moje, mogę z nimi zrobić, co chcę, mogę je marnotrawić, wydawać fajnie, oszczędzać, w każdym razie ja decyduję.

Wiem, co wybierać, co mi służy. Wtedy właśnie poczułam również, że moja wewnętrzna oś zainteresowań i hierarchii wartości jest ważniejsza niż to wcześniejsze fajne życie. To był ważny moment, wtedy zaczął się mój świadomy rozwój i kierunek, że najważniejsze w życiu jest po pierwsze, poznaj siebie, po drugie, wiedz, po co robisz to, co robisz, i miej z tego satysfakcję. I niech inni ludzie coś z tego mają. To były moje lata powyżej trzydziestki, zdałam sobie sprawę, że zaczęłam być jednostką, która wie, co robi. Odtąd mogłam o sobie myśleć jako o osobie dojrzałej.

Od czasu gdy zamieszkałam w Warszawie, poszłam na swoje, oderwałam się od mamy, czułam, że mi się układa. Moje wybory są trafne, nie robię wielkich błędów, jestem zgodna sama z sobą i z tym, do czego się nadaję. Miałam szczęście iść konsekwentnie w jedną stronę. Zawsze było dla mnie jasne, że muszę pogłębiać swoją wiedzę i umiejętności. Najważniejsze było spostrzeżenie, ile to mi daje spokoju w życiu, odchodzą lęki, zmniejszają się napięcia. Zmieniłam też stosunek do tego, co przeżywam. Każdy z nas jest wypełniony wszystkimi możliwymi uczuciami, ale wraz z dojrzałością przestajemy być ich ofiarami, nie pozwalamy im nad nami panować. To taka samoświadomość, no odpowiedzialność za siebie. Jako młoda osoba nie spodziewałam się, że poczuję rozkosz odpowiedzialności za siebie. Ludzie przecież bardzo często jej nie chcą, boją się jej. Bywa tak, że ucieczką od odpowiedzialności jest na przykład religijność. Już jako 12-letnia dziewczynka doszłam do wniosku, że ludzie chodzą do spowiedzi, żeby pozbyć się odpowiedzialności za swoje uczynki, ja tak nie chciałam, wolałam odpowiadać za siebie. Wiedzieć po co i dlaczego. Wtedy zdecydowałam, że nie będę chodzić na religię. Chociaż do dziś uważam się za istotę duchową.

Ale wróćmy do tego, co stanowi rdzeń dojrzałości. Dojrzały człowiek jest pewny siebie, skłonny do autorefleksji, wie, kim jest, czego chce, czego nie, i akceptuje siebie. Przeciwieństwem odpowiedzialności jest pragnienie władzy. Ktoś, kto pragnie władzy, chce zrekompensować swoje braki i niewiarę w siebie. Odpowiedzialność to bycie wewnątrz struktur, które ja mam wspierać, a nie zdobywać. Mam współuczestniczyć, a nie dominować, nie zawłaszczać. Głód władzy charakteryzuje osoby bardzo niedojrzałe. Osoba żądna władzy nienawidzi swoich słabości, boi się ich. Uważa, że jest możliwe, żeby ich nie mieć, a to bzdura. Dojrzałość to właśnie zgoda na własne ograniczenia, na to, co jest.

Ja to też nazywam pokorą, miałam z nią przejścia jak każde zbuntowane dziecko. Myślałam sobie: „Jaka pokora?! Co, głowę mam schylić?!”. A potem się okazało, że to jest cud, wiem to od leczących się alkoholików i zawsze im za to dziękuję. Zobaczyłam, że pokora to nie żadne schylanie karku, tylko mądrość. Bo jak się będę kopać z koniem, to on mi zawsze zęby wybije albo głowę przetrąci. Albo będę musiała zakładać zbroję, żeby mi nie przetrącił. Natomiast życie, bycie w środku czegoś, co płynie, wymaga zgody na to, że raz jest tak, a raz inaczej, raz wyszło, raz nie wyszło. To dlatego mi się właśnie wszystko zawsze układało, dzięki tej pokorze, zgodzie na to, co przychodzi. Wtedy wszystko się układa.

Więcej w książce:

Życie od A do Z
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze