fbpx

Agnieszka Cegielska: Pochwała pozytywności

Agnieszka Cegielska: Pochwała pozytywności
archiwum prywatne

Agnieszka Cegielska nie chce tracić życia na niezdrowe jedzenie, stresującą pracę i niewłaściwych doradców. Jej dom to jej twierdza.

Agnieszka Cegielska
archiwum prywatne

Żyje pani w zgodzie ze sobą?

Gdy przekroczyłam wiek chrystusowy, przewartościowało się moje życie. Od tego, magicznego dla mnie, momentu wiem już, czego chcę. Chcę być zdrowa, szczęśliwa, chcę mieć siłę do opiekowania się swoim dzieckiem i mężem. Żeby tak było, muszę o siebie dbać. I na tym etapie życia wiem już, jak to robić.

Gdy jesteśmy młodzi, mamy prawo szaleć i czujemy się z tym dobrze, mamy też czas na popełnianie błędów. W późniejszym wieku też mamy do tego prawo, tylko już dostrzegamy konsekwencje. Bardziej cenimy sobie spokój i bezpieczeństwo. Szkoda nam życia na niezdrowe jedzenie, stresującą pracę, niewłaściwego partnera życiowego czy złych doradców. Pragniemy każdą chwilę celebrować. Im mniej nam czasu zostało, tym lepiej to rozumiemy…

Co jest na pierwszym miejscu w pani świecie?

Dom. To moja twierdza. Czuję się tu bezpiecznie, tu doładowuję baterie i jestem szczęśliwa. Tu mogę posłuchać ciszy i cudownych dźwięków: „Mamo, już jesteśmy, wróciliśmy…”. Tu gotuję obiady i te chwile też są dla mnie bezcenne, na przykład gdy wrzucam główki czosnku na patelnię i czuję rozchodzący się aromat… Myśl o powrocie do domu daje mi siłę i wytchnienie podczas intensywnej pracy. Wyobrażam sobie, że zobaczę na stole piękne cięte kwiaty, które kupuję

w każdy piątek, moją kuchnię, moje przyprawy i rondelki… O każdej rzeczy, na jaką patrzę, myślę: „Jakie to piękne…”.

Piękne rzeczy poprawiają pani nastrój?

Tak, ale najbardziej relaksują mnie zakupy spożywcze. Traktuję jako luksus to, że mogę pozwolić sobie na kupowanie dobrego jedzenia i nie zastanawiam się, czy makaron orkiszowy jest droższy od zwykłego. Wyznaję zasadę, że jesteśmy tym, co jemy, więc jedzenie jest dla mnie ogromnie ważne. I tak jak gotowanie mnie relaksuje, tak stresuje mnie jedzenie w restauracjach. Zastanawiam się, czy mięso było świeże i czy sałata nie była krojona od razu na tej samej desce…

Mamy niedaleko domu delikatesy, w których szczęśliwym trafem mój telefon gubi zasięg. Czasem spędzam tam godzinę między regałami, wybierając sproszkowany imbir i chleb z suszonymi

pomidorami… Dużo większą frajdę sprawiają mi takie zakupy niż para nowych czerwonych szpilek. Odkąd mam dziecko, wolę inwestować w dresy. Zresztą, zawsze ceniłam wygodę. I ciszę. Coraz bardziej jej potrzebuję. Skończyłam szkołę muzyczną i muzyka jest ważna w moim życiu, ale po ośmiu godzinach pracy w hałasie i z odsłuchem w uchu nie chcę mieć włączonego telewizora ani radia. Chcę tylko ciszy. To dla mnie najpiękniejsza muzyka.

Jakim zasadom jest pani wierna w pracy?

Mam prostą zasadę – traktuję widzów tak, jak sama chciałabym być traktowana: z życzliwością. Nikogo nie udaję i zakładam, że mam do czynienia także z kimś mi życzliwym. Od razu płynie dobra energia. Niestety nie nauczyłam się, by pozostawiać odrobinę tej energii dla siebie. Wydaje mi się, że jak dawać serce, to całe. Więc praca mnie wyczerpuje, szczególnie że zderzam się w niej z różnymi opiniami.

W Polsce mamy wyjątkową łatwość krytykowania, a słowo ma wielką siłę. Dlatego uważam, że jeśli komuś mamy powiedzieć, że robi coś źle, najpierw pokażmy mu, co robi dobrze, a dopiero potem dodajmy: „A nad tym mógłbyś popracować”. Trzeba dostrzegać i wzmacniać jasne strony. Ja znajduję szczególną przyjemność w mówieniu miłych rzeczy. A kiedy ktoś przy mnie chwali jakąś osobę, od razu myślę: „Ale będzie się cieszyć, jak jej to przekażę”. Kula dobrej energii ma niesamowitą moc…

Staram się unikać wampirów energetycznych, choć niekiedy współpraca z nimi to koszt uzyskania przychodu. Ale jeśli nie ma takiej konieczności, nie spędzam czasu z osobami, z którymi nie chcę go spędzać. Staram się również nie podejmować dodatkowej pracy z takimi osobami. Uważam, że pieniądze nie są tego warte. Dopóki mogę do swoich garnków wrzucać, co chcę, to życie staram się przyprawiać pozytywną energią. Ale to kwestia etapu, do jakiego dotarłam i asertywności, którą

wyćwiczyłam. Dla mnie wolne godziny są zbyt cenne, by tracić je w niewłaściwym miejscu z niewłaściwymi ludźmi.

Na co je pani przeznacza?

Odkąd Franio jest na świecie, lista dodatkowych zajęć jest krótka: sen, porządki, czytanie. Snu wiecznie mi mało. Gdy się wysypiam, czuję, jakbym dotknęła raju. W sumie dość szybko po urodzeniu Frania wróciłam do pracy i nieraz zdarzyło mi się zasnąć na klawiaturze. Wtedy

wchodziłam na antenę z odciśniętym klawiszem „Enter” na policzku…

Sprzątać lubię, bo to uspokaja, wprowadza ład również we wnętrzu. A czytać chciałabym więcej, szczególnie prasę, która daje mi praktyczną wiedzę, i książki o medycynie naturalnej, chińskiej i zdrowym żywieniu. Jak długo mogę, chcę być lekarzem dla siebie i swojej rodziny. Ale nie obrażam się na medycynę konwencjonalną, uważam, że trzeba po nią sięgać, ale bez przesady. Codzienna troska o siebie nawzajem i dzielenie się pozytywną energią to dla mnie najważniejszy element dbania o siebie. Uważam, że większość poważnych chorób bierze się tak naprawdę

z zawiści i zazdrości.

Mimo obowiązków znajduje pani czas na społeczne działania…

Bo one dają niesamowitą energię. Poza tym, co to znaczy: „nie mam czasu”? Zawsze powtarzam: „Jak nie masz czasu, to dołóż sobie jeszcze jedno zajęcie”. Piszę sobie codziennie na kartce, co mam do zrobienia. I, oczywiście, czasem przepisuję to na drugą stronę… Ale na działania społeczne zawsze znajdę czas. Szczególnie jeśli dotyczą najsłabszych. Odkąd zostałam mamą,

krzywdę dzieci odczuwam wręcz fizycznie. A ich radość sprawia, że góry mogę przenosić. Dlatego zostałam ambasadorką Szkoły Otwartych Serc, integracyjnej szkoły w Malborku, z którego pochodzę. Założyła ją i prowadzi moja „druga mama”, która przygotowywała mnie do matury. To dla mnie wielkie wyróżnienie być pomocnikiem takiego Anioła. Mogę przecież wykorzystać to, że jestem w telewizji, zadzwonić do producenta ubrań dla dzieci i zaproponować, że poprowadzę konferencję w zamian za 30 par butów czy kurtek na zimę. Jaka to radość, gdy te dzieci je potem dostają! Kiedyś przeczytałam takie zdanie: „Ktoś, komu zostało dane więcej, niż tego potrzebuje, powinien w sposób inteligentny dzielić się tym z innymi”. Staram się to robić.

Niedawno byłam w Indiach. To był wstrząs. Prosto ze studia telewizyjnego przeniosłam się na wysypiska śmieci na przedmieściach Delhi, gdzie pracują kilkuletnie dzieci. Wydłubują zdatne części z elektrośmieci – lodówek, telewizorów, telefonów. Siedzą nad oparami, które są piekielnie szkodliwe dla układu oddechowego, i dostają za to dolara dziennie. Siedmioletnia dziewczynka, która od tej pracy ma czarne, spalone ręce, zapewniała: „To nie boli”. Matka czworga dzieci, która miała w chuście półroczne niemowlę, mówiła: „Tak jest lepiej niż wtedy, kiedy nie miałam pracy”. My żyjemy w jakimś plastikowym świecie. Nie widzimy, jak istotna jest kwestia ekologii.

Stara się pani żyć ekologicznie?

Nie jestem stuprocentową ekomamą. Doceniam takie wynalazki jak pampersy i mokre chusteczki. Nie możemy dać się zwariować, ale róbmy, ile możemy na rzecz natury. Segreguję śmieci, zakręcam wodę, wyjmuję wtyczki, używam telefonu, dopóki się nie rozpadnie i oddaję go tam, gdzie jest bezpiecznie recyklingowany. Dbam o otoczenie i w ten sposób – o siebie. Z myślą o tym, w jakim świecie będą żyły moje dzieci…

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze