Moje niepokoje

Jak pozbyc sie leku
123rf.com

Kiedyś ludzie obawiali się realnych zagrożeń: wojny, głodu, nieuleczalnych chorób. Dzisiaj wiele z tych niebezpieczeństw zniknęło, a lęki pozostały. Często z wyimaginowanych, absurdalnych powodów. Czy jesteśmy na nie skazani? Oswajać je czy walczyć z nimi?
Annę, 33 lata, menedżerkę w firmie farmaceutycznej, kilka razy dziennie dopada lęk, że za chwilę umrze, choć fizycznie jest całkowicie zdrowa. Joasia, 23 lata, studentka architektury, boi się wyjść z domu, ponieważ ma poczucie, że w miejscach publicznych czyha na nią niebezpieczeństwo. Jacek, 54 lata, fotograf, panicznie boi się zarazków, unika podawania ręki, a do restauracji zabiera swoje sztućce.

Psycholog Jarosław Przybylski wyjaśnia: – Lęki, które trapią tych ludzi, mają niewiele wspólnego z rzeczywistym zagrożeniem. W ogóle lęk jest stanem emocjonalnym nieadekwatnym do bodźców go wywołujących. Powstaje jako reakcja na przewidywane przez człowieka niebezpieczeństwo, które może nadejść z zewnątrz lub powstać w nim samym. Towarzyszą mu niepokój, napięcie, uczucie skrępowania, zagrożenia. Lęk – w przeciwieństwie do strachu, który pojawia się w odpowiedzi na realne niebezpieczeństwo, mobilizuje do działania i często ratuje życie – nie jest związany z bezpośrednim zagrożeniem lub bólem. Dzisiaj często boimy się czegoś wyimaginowanego.

Obawy jak przyprawy

Na drugim biegunie są ludzie – wydawałoby się – zupełnie lęku pozbawieni. Jak Evel Knievel, okrzyknięty największym ryzykantem i najlepszym kaskaderem na świecie, który przeskakiwał na motocyklu nad 50 samochodami, nad basenem z głodnymi rekinami, nad fontannami w Las Vegas. Znalazł się w Księdze rekordów Guinnessa jako człowiek, który doznał najwięcej złamań. Albo Reinhold Messner, alpinista, który pierwszy wszedł na Mount Everest bez butli tlenowej, co zagrażało jego życiu. Albo terroryści kamikadze wysadzający się w powietrze.

Lekarz specjalista w leczeniu zaburzeń lękowych, prof. Borwin Bandelow z Kliniki Psychiatrii w Getyndze, uważa, że odważni ludzie też odczuwają lęk, tylko jest on ulokowany gdzie indziej. Kaskader nie boi się skakać na motocyklu, ale boi się braku uznania. Terroryści nie obawiają się śmierci, która jest według ich religii wybawieniem, ale wiecznego potępienia.

Lękają się także ludzie przeżywający pozytywne uczucia: miłość, potrzebę ciepła, bliskości fizycznej. Zwyczajnie boją się utracić to, co jest im bliskie i co daje tyle przyjemności. Inni (zdecydowana mniejszość) zachowują się tak, jakby kochali się bać. Sami prowokują niebezpieczne sytuacje: skaczą na bungee, serfują na kilkumetrowych falach, wspinają się bez zabezpieczenia na wysokie budynki. Dlaczego ich to kręci?

Jarosław Przybylski: – Dlatego, że przezwyciężenie strachu jest zawsze bardzo przyjemne. Nie bez powodu Winston Churchill powiedział, że nie ma piękniejszego doznania, niż być pod obstrzałem i nie zostać trafionym.

Bandelow nie przesadza zatem, uważając, że lęk jest wszechobecny, że jest częścią nas. Twierdzi nawet, że gdyby nie on, życie byłoby banalne, niesmaczne jak zupa bez przyprawy. Według tego wybitnego znawcy tematu to lęk właśnie decyduje o tym, czy staniemy się zrezygnowani, czy też odważni, bierni albo aktywni, spokojni czy szukający zwady, weseli lub przygnębieni. „Bieg naszego życia określany jest przede wszystkim przez lęk. Jeżeli ludzie stają się słynnymi sportowcami, wybitnymi artystami, naukowcami, to w dużym stopniu przyczyniły się do tego uświadomione i nieuświadomione obawy” – pisze w książce „5 prostych sposobów radzenia sobie z lękiem”.
Z wieloletniej praktyki lekarskiej Bandelowa wynika, że lęk jest nie tylko przeszkodą w naszym życiu, ale także naszą szansą. Mobilizuje do twórczego działania, ożywia naszą wyobraźnię i kreatywność, co potwierdzają historie wielu wybitnych osób, jak Darwin, Goethe, Brecht, Beckett, Kafka, którzy cierpieli na napady lęku. Także współcześni sławni artyści przyznają się do swoich fobii. Michael Jackson panicznie unikał zarazków i bakterii, dlatego zakładał maskę ochronną. Duński reżyser Lars von Trier obsesyjnie boi się latać samolotami.

Jak wynika z badań Bandelowa, to nie sława rodzi lęk. Raczej odwrotnie – ludzie lękliwi łatwiej stają się sławni. A to dlatego, że usiłują go zwalczyć poprzez tworzenie. Lęk daje im motywację do pracy nad sobą. Gdy na przykład muzyk boi się, że może zawieść fanów, ćwiczy, aż gra coraz lepiej.
Amerykańscy psychologowie Robert M. Yerkes i John D. Dodson odkryli, że średni poziom lęku może popychać do najwyższych osiągnięć. Gdy na przykład zdajemy egzaminy, wygłaszamy wykład, czyli gdy przeżywamy mały dreszczyk emocji, lęk działa stymulująco.

Różne oblicza fobii

Co innego, gdy ten dreszczyk zamienia się w paraliżujące uczucie. Ale granica między tym, co „normalne”, a stanem patologicznym pozostaje płynna. Nie jest patologią to, że ktoś krzyczy na widok pająka, poci się przed spotkaniem z dziewczyną. A raczej na pewno jest wtedy, gdy człowiek boi się wyjść z domu, traci oddech w windzie, za żadne skarby nie usiądzie w fotelu dentystycznym.

Judith Bemis i Amr Barrada w książce „Pokonać lęki i fobie” opisują pięć rodzajów zaburzeń lękowych: agorafobię (lęk przed przebywaniem w tłumie i ciasnych pomieszczeniach), lęki dotyczące funkcjonowania własnego organizmu, fobię społeczną, fobię prostą i uogólnione zaburzenia lękowe. Pierwszy rodzaj – agorafobia, zwana też lękiem przed lękiem – jest najczęstszym i najbardziej dotkliwym w skutkach zaburzeniem. Choć pierwszy atak dopada nas w określonym miejscu, kolejny może zdarzyć się wszędzie, co wywołuje paniczny lęk, że sobie nie poradzimy. I nic dziwnego, bo tym atakom towarzyszą nieprzyjemne reakcje organizmu – przyśpieszone bicie serca, zawroty głowy, duszności, bóle brzucha, drgawki, pogorszenie widzenia. Czujemy się bezradni i pozbawieni kontroli nad swoim zachowaniem. Dlatego wprowadzamy do swojego życia mnóstwo ograniczeń – zero dalekich podróży, jazdy samochodem, wyjść do kina, teatru, a nawet na spacer, bo w razie napadu bylibyśmy pozbawieni opieki. Pewną ulgę (choć nie zawsze) przynosi obecność drugiego człowieka.

Inaczej niż u chorych na fobię społeczną – oni z kolei unikają wszelkich kontaktów. Boją się, że będą oceniani, narażeni na ośmieszenie, kompromitację. Człowiek dotknięty panicznym lękiem o swoje zdrowie mawia: „Po trzydziestce nie jest się zdrowym, tylko źle przebadanym”. I odwiedza lekarza za lekarzem. Wykańczają go psychicznie jednak nie te wizyty, ale sprzeczność między uspokajającymi diagnozami lekarzy a śmiertelnym lękiem przed chorobą. W końcu naprawdę może się rozchorować, właśnie z tego powodu, że tak bardzo nie chciał.

Ludzie cierpiący na kolejny rodzaj zaburzeń, fobię prostą, boją się konkretnych sytuacji: kontaktu z określonymi zwierzętami, wysokości, zamkniętych pomieszczeń. Na stronach internetowych poświęconych tym zaburzeniom wymienia się wiele egzotycznych rodzajów fobii, jak na przykład: alliumfobia (lęk przed czosnkiem), alektorofobia (przed drobiem), paraskavedekatriafobia (przed piątkiem, trzynastego). Są to jednak rzadkie przypadłości i dość łatwo je okiełznać. Ktoś, kto nie lubi czosnku, po prostu go nie je. Ktoś, kto ma lęk wysokości, nie chodzi po górach.
O wiele trudniej jest poradzić sobie z fobią przed zarażeniem się wirusami czy bakteriami (przypadek Michaela Jacksona). Ten lęk jest częstym symptomem zagadkowego schorzenia obsesyjno-kompulsywnego. Ktoś myje ręce kilkadziesiąt razy dziennie, kilka godzin porządkuje w łazience szczoteczki do zębów, sprawdza pięć razy z rzędu, czy wyłączył światło lub żelazko.

Skąd przychodzą?

Niemiecki psychoanalityk Fritz Reimann w książce „Oblicza lęku” (1961 rok) przedstawił teorię, że lęk uwarunkowany jest głównie przez wczesne wychowanie. Podzielił ludzi na cztery typy odpowiadające czterem formom lęku: osoby depresyjne, schizoidalne (niedostępne), neurotyczne, histeryczne. Według niego z tych czterech form można wyprowadzić wszystkie nasze dobre i złe cechy. Na przykład neurotyk jest pedantyczny, nieustępliwy, skąpy, ale także porządny, konsekwentny, uczciwy. Z kolei histeryk jest nieobliczalny, niepunktualny, egoistyczny, ale także namiętny i pełen fantazji.

Dzisiaj uważa się, że zaburzenia lękowe powstają w wyniku złożonego powiązania różnorakich czynników: genetycznych, wychowania, stresu, uwarunkowań społecznych. W wyjaśnieniu zagadek lęku coraz większą rolę odgrywa neurobiologia. Ale nadal nie da się odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie: Dlaczego ludzie panicznie czegoś się boją? Więcej na temat lęku nie wiadomo, niż wiadomo. Jedno jest bezsprzeczne: u kobiet zaburzenia lękowe diagnozuje się zdecydowanie częściej niż u mężczyzn. Ale statystyki mogą nie oddawać rzeczywistej sytuacji. Jak wiadomo, mężczyźni wstydzą się przyznawać do swoich słabości, tym bardziej do tego, że się boją.
Psychiatra Borwin Bandelow przestrzega przed uproszczonymi teoriami na temat przyczyn lęków (nazywa je teoriami stempla pocztowego, bo próbują maksimum fenomenów wyjaśnić za pomocą minimum przyczyn). Jeśli na przykład lek, który podwyższa w mózgu poziom serotoniny, okazuje się skuteczny, to nie należy automatycznie zakładać, że przyczyną problemów jest zakłócenie gospodarki serotoniną, i rezygnować z szukania innych przyczyn. Gdy z kolei pomocna bywa teoria behawioralna (oparta na prawach uczenia się, na treningu), nie musi to oznaczać, że proces powstawania lęków można wyjaśnić wyłącznie na podstawie teorii uczenia się.

Czas leczy lęki? Borwin Bandelow uważa, że tak. Rozkład wiekowy jego pacjentów ma formę piramidy, a jej wierzchołek wypada w połowie trzydziestki. Po czterdziestce stan jego pacjentów się poprawia, a bardzo rzadko zgłaszają takie problemy ludzie po pięćdziesiątce. Co nie oznacza, że seniorzy nie cierpią na lęki. Wraz z wiekiem wzmagają się lęki realne – że zachoruję, ulegnę wypadkowi, stracę ukochaną osobę – podczas gdy zmniejszają się lęki urojone, nierzeczywiste, charakterystyczne dla zaburzeń lękowych.

Pływaj albo toń

Jak opanować to paraliżujące uczucie? Pewne lęki (na przykład na tle obsesyjno-kompulsywnym) wymagają leczenia u lekarza psychiatry. W przypadku innych pomaga psychoterapia, na przykład behawioralna. Psychoterapeuci behawioralni dowodzą, że można oduczyć się lęku, na przykład metodą desensytyzacji (odwrażliwiania). Człowieka cierpiącego na przykład na fobię wobec psów stopniowo oswajają z małymi, potem coraz większymi psami. Inni leczą fobie końską dawką „lekarstwa”, które chorobę wywołało. Terapia ta nazywa się floodingiem (zatapianiem), ponieważ pacjenta wystawia się na bodziec, którego panicznie się boi. I na przykład tego z psią fobią zamyka się w klatce z dobermanem, a temu z lękiem przed wężami wiesza kilka tych gadów na szyi. Niektórzy doświadczyli tej metody przy nauce pływania. „Pływaj albo toń”, krzyczał kiedyś trener, wpychając ucznia do wody. I albo człowiek uczył się pływać, albo nabawiał lęku przed wodą na całe życie.

Amr Barrada i Judith Bemis, autorzy książki „Pokonać lęki i fobie”, proponują trzyczęściowy program autoterapii. Pierwsza część polega na zaakceptowaniu choroby, przyznaniu się, że cierpimy na zaburzenia lękowe, że straciliśmy kontrolę nad swoim życiem. Dlaczego to jest takie ważne? Ponieważ oznacza pogodzenie się z tym, że nie istnieje żadne cudowne lekarstwo, które spowodowałoby nagłe ozdrowienie. Wmawianie sobie, że problem nas nie dotyczy albo że powinniśmy jak najszybciej przestać odczuwać lęk, powoduje tylko, że stajemy się coraz bardziej przerażeni i niepewni. Tak naprawdę musimy nauczyć się, jak zaakceptować swój lęk. Pierwszy krok w tym kierunku to właśnie przyzwolenie sobie na odczuwanie niepokoju. Bemis i Barrada radzą: Nie przeciwstawiajmy się atakom lęku, spróbujmy się nimi nie martwić. Nie opanowujmy napadów paniki, bo im mniej będziemy je kontrolować, tym łatwiej nam to przyjdzie. Zaryzykujmy i skonfrontujmy się z miejscami (i sytuacjami), które wywołują nasz niepokój. Gdy już tam (w tych sytuacjach lub miejscach) się znajdziemy, powtarzajmy sobie: „Nic nam nie grozi, potrafimy zachować się naturalnie nawet teraz, gdy czujemy się niezbyt dobrze”. Nie walczmy z katastroficznymi myślami, pozwalajmy im swobodnie przepłynąć przez głowę, jednocześnie pamiętając, że to tylko przeczucia. Postarajmy się jak najwięcej dowiedzieć o naszej chorobie. Traktujmy każdy nawrót jako naturalny i niezbędny, ale przejściowy etap na drodze do wyleczenia. Nie zakładajmy jednak żadnych ram czasowych. Przyjmijmy zasadę, że każdy ma w sobie siłę, którą może wykorzystać, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Druga część programu autoterapii autorstwa Bemis i Barrady to prowadzenie dialogu wewnętrznego. Umiejętnie stosowany stanowi przeciwwagę dla samooskarżania, jakie nieustannie funduje sobie chory, obwiniając się o wszystko i tym samym pogłębiając swoje stany lękowe. Gdy na przykład dopada nas lęk, na ogół mówimy do siebie rozkazującym tonem, który wywołuje poczucie winy: „To straszne! Przecież nie powinienem się tego bać! Musi się ze mną dziać coś okropnego! Jestem do niczego”.

Powrót do zdrowia zależy od tego, czy będziemy w stanie w inny sposób kierować swoimi myślami. Tak aby nie wywoływać w sobie wstydu, nie karcić się, nie kontrolować, nie oskarżać, tylko akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy, razem ze swoimi niedoskonałościami czy przewrażliwionym stosunkiem do otoczenia. Ten nowy sposób prowadzenia wewnętrznych rozmów powoli odbuduje nasze poczucie własnej wartości, które ma fundamentalne znaczenie w leczeniu zaburzeń lękowych.

I ostatnia część programu autoterapii – analiza stylu naszego życia. Przyjrzyjmy się, jak próbujemy rozwiązywać nasze codzienne kłopoty i jak to wpływa na natężenie lęku, jaki odczuwamy. Może okazać się, że pewna dziedzina życia – może to być rodzina, praca, relacje z przyjaciółmi, religia – stała się dla nas pułapką, z której nie potrafimy się wydostać.
W pewnym sensie jesteśmy skazani na lęki. Akceptujmy je, ale nie bądźmy wobec nich bezradni. To część naszego człowieczego doświadczenia.