fbpx

Nie chce mi się

Nie chce mi się
fot.123rf

Co masz zrobić dzisiaj, zrób pojutrze – będziesz mieć dwa dni wolnego. Niby wiemy, że to żart, ale są osoby, które całkiem serio próbują wcielać tę zasadę w życie. Z tym, że zamiast wolności mają wyrzuty sumienia.

Monika zjawia się u mnie raz na jakiś czas tylko po to, by opowiedzieć mi o kolejnych porażkach. A ma ich na swoim koncie sporo. Zdolna, inteligentna, świetnie wykształcona, robi wszystko, żeby utrudnić sobie życie. Właśnie została zdegradowana – przestała być szefową zespołu, choć ma najwyższe kwalifikacje. Szef jeszcze trochę w nią wierzy, więc nie wyrzucił jej z pracy, choć miał ku temu powody. Monika wszystko robi na ostatnią chwilę. Niedawną prezentację też chciała przygotować w noc przed konferencją. Niestety, padł jej komputer. – Gdyby nie to, na pewno bym zdążyła. Siła wyższa – stwierdza spokojnie.

Tu naprawdę musi działać siła wyższa. Bo jak inaczej zrozumieć fakt, że Monika nigdy na czas nie wysyła PIT-ów, choć wie, że i tak w końcu będzie musiała to zrobić, a w dodatku zapłaci odsetki. Studiuje drugi kierunek, z którym wiąże swoje plany życiowe. Te studia bardzo ją interesują, w odróżnieniu od pracy. Ale do egzaminów uczy się na ostatnią chwilę – ma świadomość, że robi to po łebkach, że po zdanym egzaminie już do tego nie zajrzy… Szkoda, bo naprawdę to lubi, jak już zacznie się uczyć, to nauka bardzo ją wciąga.

Ale jak zacząć bez bata nad głową? Monika nawet nie próbuje. Zna siebie i doskonale wie, że nie robi nic, czego nie musi. Może ma czas zajęty innymi sprawami, trudno wcisnąć coś w napięty grafik…? Nic z tych rzeczy.

– Jestem wdzięczna szefowi, że mnie nie wyrzucił, ale chyba zmienię tę pracę – mówi.

– Dlaczego? – pytam.

– Strasznie się tam nudzę. Muszę siedzieć osiem godzin i udawać, że coś robię.

– A tam nie ma nic do roboty?

– Niby jest, ale nie na tyle godzin. No to czekam, aż coś będzie naprawdę konieczne. Póki nie jest, trudno mi się zabrać.

Monika do perfekcji opanowała sztukę zwlekania. W jej przypadku można wręcz mówić o prokrastynacji, czyli chorobliwej tendencji do przekładania na jutro tego, co warto, albo nawet trzeba, zrobić dziś. Z czego to wynika?

W dzieciństwie nikt nie pytał Moniki, czego chce. Rodzice kierowali jej życiem, nie zostawiając miejsca na wybory córki. Słowo „chcę” właściwie nie istnieje w jej słowniku. Za to obowiązuje „muszę” i „powinnam”. Ale tych słów Monika nie znosi. Na każde „muszę” dostaje gęsiej skórki i stosuje bierny opór. Nigdy nie zbuntowała się przeciwko rodzicom, a dziś bunt kieruje przeciwko sobie. Sama ponosi jego konsekwencje, czasem naprawdę duże. Jak w przypadku kupowania mieszkania: umowa przedwstępna została zawarta, Monika miała postarać się o kredyt, termin umowy ostatecznej dość odległy. Do załatwiania kredytu zabrała się jednak za późno. Gdyby nie to, że sprzedający zdecydowali się na nią poczekać, straciłaby niemały zadatek i szansę na fajne mieszkanie.

Na warsztatach motywacji szukaliśmy ostatnio czasowników, które popychają nas do działania. Okazało się, że najmniej zachęcająco i energetyzująco brzmią dla większości zdania ze słowami „muszę” i „powinnam/powinienem”. A właśnie tych słów wielu z nas używa nawykowo, żeby się nakłonić do pracy.

Powinnam dziś napisać felieton. Brrr! Natychmiast czuję opór. Z wysiłkiem uruchamiam pokłady silnej woli, żeby to zrobić. A może lepiej odłożyć go do jutra? Pokusa jest silna. Ratuje mnie tylko świadomość, że jutro tak samo nie będzie mi się chciało. „Muszę” też jest kiepskie i aż zaprasza do dyskusji z samym sobą. Bo tak naprawdę nic nie musimy. Większość spraw podejmujemy z własnego wyboru. Oczywiście, niepodjęcie ich grozi zwykle konsekwencjami. Ale to też nasz wybór, że wolimy ich uniknąć. Znacznie bardziej chce nam się działać, gdy słowa „muszę” lub „powinnam” zastąpimy słowami: „chcę”, „zrobię to”, „wolę to zrobić dzisiaj”, „potrafię to zrobić”. Wolę dziś napisać felieton i jutro mieć wolne. Jasne, że tak!

Monika dobrze wie, że szkodzi samej sobie. Szef, jak będzie miał dosyć, to po prostu ją zwolni.
Co wtedy zrobi, obciążona sporym kredytem? Będzie „musiała” znaleźć nową pracę. Pewnie trudno będzie jej się zabrać do szukania. A gdyby „chciała” znaleźć nową pracę? Wtedy pewnie szybko ją znajdzie. Bo Monika jest naprawdę zdolna.

Warto zmienić słowa, których używamy, by poczuć większą ochotę do działania. Zająć się choć przez chwilę tym, co nas od tego działania oddala. „Nie chce mi się”, „to bez sensu”, „niby dlaczego mam to robić”… – to częste argumenty przeciw. Jeśli nie traktujemy ich poważnie, nadal w nas są i utrudniają wzięcie się do pracy. Być może mam powody, żeby nie robić tego teraz? Dlatego powinno się serio o nich ze sobą porozmawiać. Przyjrzeć im się, podjąć decyzję dopiero po rozpatrzeniu przyczyn oporu. I wziąć odpowiedzialność za to, że „mi się nie chce” – bo tak naprawdę to nie mi, tylko ja nie mam ochoty czegoś robić.

Wśród przyczyn prokrastynacji wymienia się lęk przed porażką, lęk przed sukcesem, perfekcjonizm, potrzebę ryzyka. Każdy z nas ma jakieś swoje powody, żeby z czymś zwlekać. Najprostsze wyjaśnienie tkwi w tym, że nasz mózg woli przyjemność teraz niż nagrodę w dalekiej przyszłości. Zamiast więc pisać felieton, błądzę po internecie, bo to pozornie przyjemniejsze. Ale co to za przyjemność, gdy dręczą mnie wyrzuty sumienia i złość na siebie? W końcu zmuszę się, by to zrobić – co prawda w przyszłej, ale jednak teraźniejszości.

Właśnie to złe samopoczucie, wyrzuty sumienia, złość na siebie i niepokój odróżniają prokrastynatora od zwykłego lenia. Leń siedzi na tapczanie i nie zamierza robić nic. Z kolei prokrastynator chce się wziąć do pracy, zamierza zaraz to zrobić, ale pokusa zwłoki jest zbyt silna.

Problem prokrastynacji jest stary jak świat.
„Co masz zrobić dziś, nie odkładaj na jutro” – radził Hezjod kilka wieków przed naszą erą. Skorzystałam z tej rady i dziś napisałam felieton. A jutro? Jutro mam wolne, w dodatku z czystym sumieniem.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze