1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Seks po ślubie, czyli… co noc? Rozmowa z Katarzyną Miller

Seks po ślubie, czyli… co noc? Rozmowa z Katarzyną Miller

Dziś wiele par żyje ze sobą przed ślubem. Warto jednak pomyśleć też o tym, co będzie się działo w naszej sypialni po założeniu obrączek lub zamieszkaniu razem, bo zmiana sytuacji często zmienia podejście do seksu. (Fot. iStock)
Dziś wiele par żyje ze sobą przed ślubem. Warto jednak pomyśleć też o tym, co będzie się działo w naszej sypialni po założeniu obrączek lub zamieszkaniu razem, bo zmiana sytuacji często zmienia podejście do seksu. (Fot. iStock)
Dziś, kiedy wiele par żyje ze sobą przed ślubem, to temat lekceważony. No bo skoro już razem sypiamy, to czy warto myśleć o tym, co będzie się działo w naszej sypialni, kiedy założymy obrączki? Albo kiedy zamieszkamy razem, połączeni kredytem, kotem albo potomstwem? Warto, bo zmiana sytuacji często zmienia podejście do seksu. Jeśli zawczasu zastanowimy się nad tym, jakie mamy oczekiwania, może uda się nam znaleźć część wspólną. To łatwiejsze, gdy rozumiemy, że czasem coś, co nie ma nic wspólnego z seksem ani z naszym uczuciem do partnera, psuje nam radość seksu z nim – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

W książce „Dlaczego kobiety uprawiają seks” Cindy M. Meston i David Buss piszą, że mężczyźni: bo lubią, a kobiety mają 237 innych powodów. Trudno więc, by nasze oczekiwania były zgodne. A gdybyśmy w sypialni nie przeżywali rozczarowań, nie byłoby tych małych frustracji, które zatruwają życie tak na co dzień…
Zacznę od anegdoty. Tuż przed zawarciem małżeństwa z zakrystii wypada pan młody. Radosny, pospiesznie zapina spodnie. „Coś ty taki zadowolony? – pyta go drużba – za chwilę tracisz wolność!”. „Ty nie wiesz, z kim ja się żenię! To kobieta moich marzeń. Właśnie zrobiła mi najwspanialszą laskę. Teraz będzie tak co noc!”. Po chwili z zakrystii wychodzi panna młoda, także szczęśliwa. Ją z kolei o powód radości pyta druhna. „Przed chwilą zrobiłam ostatnią laskę w życiu!” – odpowiada panna młoda.

Jeśli jednak jest tak jak w tym dowcipie, to nie tylko nasze oczekiwania, ale i upodobania różnią się i to zdecydowanie.
Na pewno. Chłopaki po prostu myślą, że będą mieli to, co chcą, czyli seks w domu ze swoją kobietą, która jest zawsze pod ręką. Dziewczyny jednak zdecydowanie rzadziej marzą, że wreszcie będą miały przy sobie co noc kochanka. W Polsce nadal nie wolno kobietom mieć takich pragnień. I ogromna część nie myśli o tym, że po ślubie będzie mieć co noc seks. Myśli za to i marzy o tym, że wyjdzie wreszcie z domu rodzinnego i będzie mieć swój własny dom.

Dom, ale niekoniecznie z sypialnią?
Sypialnia też ma być w tym wymarzonym domu, ale nie jest tym najważniejszym pomieszczeniem. A jeśli jest, to na pewno nie z powodu seksu. Kobiety więcej uwagi poświęcają urządzaniu jej niż temu, co by tam się mogło zadziać. Ja tę potrzebę, która pcha kobiety do ślubu, nazywam potrzebą gniazdowania. Przez analogię do ptaków, które w okresie godowym budują gniazda. Ludzie też mają potrzebę, by sobie uwić miłe gniazdko. Oczywiście, kobiety cieszą się, że w tym gniazdu jest ich samczyk luby, który będzie im wyśpiewywał miłosne trele. Cieszą się, że ktoś je pragnie, że ktoś je pokochał. I to są te ich całe fantazje.

Seksu w nich co kot napłakał?
Co napłakał, bo ten samczyk luby ma je tylko pieścić i komplementować. Kochać fizycznie, owszem, czasem, ale bez szału, bo też seks nie jest celem życia kobiet. Oczywiście, nie jest też celem życia mężczyzn, choć oni akurat lubią tak o sobie myśleć, jednak nie wszyscy i nie zawsze. Mężczyźni też potrzebują czuć się chciani i kochani. I jeśli któryś jest źle traktowany przez swoją kobietę, to on często ucieka wtedy w romans, w świat prostytucji, pornografii, a najczęściej masturbacji. Znam pięknych mężczyzn, którzy wiążą się z szarymi myszami. Dlaczego? Bo czują się przez nie kochani, doceniani. Przy nich są bezpieczni, nie muszą bać się wielkiej namiętności i zazdrości. A więc te obsesje, motywacje i cele seksualne mężczyzn są mocno podrasowane w naszej kulturze.

Zdziwiłam się, bo z badań wynika, że tylko dla 61 proc. mężczyzn (i 31 proc. kobiet) ważne jest, by druga połowa była sexy.
No właśnie, bo mężczyźni potrafią znacznie bardziej świadomie niż kobiety rozróżnić materiał na żonę i na kochankę... A wracając do sypialni i seksu: on jest często ważny dla kobiet, które mają frajdę z seksu, a to często te, które jako nastolatki odkryły masturbację. One też wiedzą, czego chcą, i nie dadzą się zbyć. Nie są uzależnione od mężczyzny, nie muszą mu się całe oddawać i czekać tylko na to, co dostaną. Oczywiście, masturbację można odkryć i później, a orgazm z kolejnym partnerem, jeśli się nie udało z pierwszym.

W „Dlaczego kobiety uprawiają seks” przeczytałam, że my chcemy czuć się pożądane i atrakcyjne. To sedno naszej seksualności. Nie superorgazmy. A w „Dlaczego mężczyźni pragną seksu, a kobiety potrzebują miłości” Allana i Barbary Pease, znalazłam kolejną różnicę, zdaniem autorów mężczyźni chcą mnóstwo seksu, a kobiety seksu na wyłączność…
Mężczyźni chcą seksu na podniesienie swojej męskości, bo im się od dziecka mówi, że prawdziwy mężczyzna wciąż go chce. Kobiety chcą seksu dla potwierdzenia tego, że dla tego oto mężczyzny są kimś jedynym. Zgadzam się więc z tym, że kobiety chcą być upragnione, a dzieje się tak z powodu, o którym wciąż mówimy: wiele kobiet wynosi z domu rodzinnego ogromną dziurę w poczuciu ważności. W tych domach są tylko tym kimś, kto ma „przynieść, wynieść, pozamiatać”. Są oczywiście królewny, które były słoneczkiem tatusia, i one biorą od mężczyzn to, co chcą i potrzebują, biorą też przyjemność seksualną, bo wiedzą, że im się należy to, co najlepsze, i że mogą to mieć. Ale takich kobiet jest niewiele. Ogromna większość to te, które nazywam wygnanymi z raju. One miały tatusia do pewnego momentu, a potem już nie. Taki tatuś wielbił córeczkę, a jej mamy nie, a potem odszedł i wcale się z córką nie spotykał. A więc ona miała tę wielką miłość, ten raj i go utraciła. A to sprawia, że ma przekonanie, że miłość się traci, że każdy mężczyzna porzuci. Kiedy takie przekonanie się ma, to w każdym związku czeka się na porzucenie i strasznie stara, by to nie nastąpiło. Jednak zabieganie o mężczyznę każdego z nich strasznie zmęczy i znudzi, a na pewno nie zatrzyma.

A seks? To chyba nie jest hobby „wygnanej z raju”?
Kobieta „wygnana z raju” seksem się nie interesuje, jej rozwój został przerwany, kiedy ojciec ją odrzucił, a więc gdy była dziewczynką. Przytulanie, całusy i chwalenie, że śliczna, to wszystko, czego pożąda. A jeśli już myśli o seksie, to seks ma być wtedy, kiedy ona jest gotowa, i taki ma być ten seks, jak ona by chciała. Mężczyzna ma się liczyć z jej złymi dniami, z jej smutkiem, z jej wyobrażeniami o tym, jak powinien wyglądać i się zachowywać. Czyli ona będzie centrum zarządzania ich związkiem. A jeśli nawet przez miesiąc nie będzie miała nastroju, to on nie ma być zniechęcony czy sfrustrowany. Wciąż  tak samo ma być w nią zapatrzony, tak samo jej pożądać i podziwiać. Jedyne, co możemy im poradzić, to żeby zdały sobie sprawę, że tylko pracując nad swoim poczuciem wartości, mogą załatać tę dziurę. A gdy to się im uda, zrozumieją, że seks jest należną i ważną przyjemnością zmysłową. Warto jej poświecić czas i uwagę, fantazjować o seksie, a nie o firankach w oknie... Dziewczyna, kiedy się zakocha w jakimś chłopaku, to marzy, że idą razem na spacer nad jezioro i on mówi jej, że jest cudowna, i ją całuje. Chłopcy w tym czasie myślą o seksie i to wprost. Tego się nie zmieni, to biologia. Ale to, co można zmienić, też okazuje się trudne. Na przykład mężczyźni lubią mówić, że kobiety są nie do zrozumienia. Ale gdyby zadali sobie trud, by je zrozumieć, nie musieliby panicznie się bać i wycofywać, gdy tylko poczują, że ona chce od nich czegoś, ale oni kompletnie nie rozumieją czego.

Pewnie zwyczajne oczekiwania, jaki ten seks ma być, mają kobiety, które w domu dostały sporo miłości i szacunku. Lubią więc siebie i lubią seks.
Są przyzwyczajone do tego, że są dobrze traktowane, szanowane, że okazuje się im sympatię i uczucie. Wybierają więc intuicyjnie odpowiednich facetów. Tych, z którymi dobrze się czują, którzy potrafią kochać, bo sami nie mają dziury w poczuciu wartości. Kobiety wygnane z raju zawsze wezmą na partnera kogoś niewłaściwego. Nauczono je, że jak ktoś jest miły, to na pewno jest fałszywy albo czegoś zaraz będzie chcieć! Trudno im będzie zaznać szczęścia w związku, bo chcą być strasznie mocno kochane! Ale ich faceci też! Wciąż się więc nawzajem rozliczają: ty mnie kochasz za mało, ty mnie kochasz nie tak, ty mnie kochasz nie tak, jak ja potrzebuję! Trwają przy swoich kompleksach i nawzajem oskarżają. Zaczyna się walka. Seks staje się poligonem i coraz częściej pada groźba: „za karę nie będzie seksu!”.

A więc koniecznie trzeba rozmawiać o swoich oczekiwania, ale też o kompleksach i obawach – i to zanim zaczniemy spać razem codziennie, a nie od czasu do czasu, i to zazwyczaj po zabawie w klubie.
Bycie parą uprawiającą seks przed ślubem nie wszystkich uczy, jaki partner jest w seksie. Jeśli para mieszka ze sobą długo przed ślubem, to owszem, oboje już wiedzą, jak im jest. Ale jeśli kochają się z doskoku, w różnych miejscach, w hotelu, w mieszkaniu przyjaciółki, pod nieobecność rodziców we własnym pokoju, to przeważnie się spieszą, stresują. Marzą wtedy o spokoju, nieograniczonym czasie dla siebie, powolnych pieszczotach, wielokrotnych aktach miłosnych, czułych szeptach. Szczególnie kobiety chciałyby, żeby luby poświęcał im dużo czasu i uwagi. Miał czas na rozbieranie, oglądanie, podziwianie, całowanie… Jest taki dowcip, smutny jak i ten poprzedni: „Kiedy kobiety  przestaną udawać orgazm? Wtedy, kiedy mężczyźni przestaną udawać grę wstępną”. Kobiety uwielbiają grę wstępną. Ich całe ciało jest do tego stworzone. To je rozluźnia. Wtedy odpływają od codzienności, o której przecież muszą myśleć znacznie więcej niż mężczyźni. Czują się wtedy sexy i tak odbierają partnera.

Ale tej gry wstępnej we wspólnej sypialni niekoniecznie musi być tyle, ile kobieta oczekiwała...
Jasne! A kobieta, zwłaszcza ta jeszcze nierozwinięta seksualnie, pragnie, by jej partner obdarował ją orgazmem, czyli był skupiony na niej, cierpliwy, czuły, ale i wiedział, czego ona potrzebuje. Kobiety w ogóle marzą, żeby mężczyzna wiedział, czego one pragną. To jest, niestety, marzenie ściętej głowy. Do tego, by sam odgadł marzenia kobiety, potrzebny byłby Don Juan, a taki, nawet jak się trafi, to nie będzie się żenił. I jest pat, bo dziewczyny nie są uczone tego, że mają prawo mówić o swoich potrzebach. Poza tym boją się, że będą posądzone o egoizm. Wstydzą się też prosić na przykład o orgazm łechtaczkowy przed penetracją, a bardzo wiele tego właśnie potrzebuje. Tylko niektórzy mężczyźni o tym wiedzą. Bardzo powszechne jest męski prosty seks, a kobiety wolą żyć bez seksu, jeśli nic innego nie mogą dostać. I tak się często kończy.

To jak to robią ci, którym w łóżku i w życiu się razem układa?
Jeśli para planuje poważny związek, czasem rozmawia o wzajemnych oczekiwaniach i wyobrażeniach, ale niestety rzadko. Częściej myślimy: „jakoś się ułoży”. I w efekcie na przykład dzieci pojawiają się, zanim cokolwiek postanowimy, bo też wiedzę o antykoncepcji mamy taką jak każdy widzi. A kiedy już są dzieci, to bardzo często seks szlag trafia. Z wielu powodów. Związek przestał być przyjemnością, a stał się obowiązkiem, a z tym młodzi ludzie często nie wiedzą, co robić. Najczęściej się „spinają”, boją, denerwują. To nie sprzyja rozkoszy. U nas dzieci wychowuje się bez świadomości tego, że rodzice są istotami seksualnymi. Dzieci też mają być bezpłciowymi aniołkami. Rodzice przestają się przy nich całować, przytulać, dotykać. Taki mają wzór ze swoich domów. Kończy się zabawa, zaczynają się schody. Frustracja seksualna, różnie rozwiązywana. Przez kłótnie, ciche dni, pracoholizm, oddalenie. Skupienie na obowiązkach i jakimś uzgodnieniu mijania się obok. Wtedy we wspólnej sypialni robi się niemiło. Żeby było miło, trzeba się napracować. I bardzo wspierać wzajemnie. A nie bawić w ulubione gry małżeńskie, u wszystkich takie same: „Bo to wszystko twoja wina!”.

Od czego zacząć takie rozmowy przedślubne?
Warto uzgadniać wzajemne postawy i potrzeby. Poznawać siebie i partnera. Nie bać się, kiedy wyjdzie na jaw, że się różnimy. To wcale źle nie rokuje, tyle że nikt nas nie uczy, jak sobie z tym radzić. Te różnice i tak wyjdą w praniu, czyli w życiu. W dodatku to normalne, że się różnimy. I ciekawe. Znacznie bezpieczniej jest zajmować się negocjacjami, uzgodnieniami, na początku, kiedy się lubimy, pożądamy, jesteśmy dla siebie jeszcze atrakcją. A nie gdy już na siebie syczymy ze złości i rozczarowania. Seks to część życia niebagatelna. Można uzgodnić, że jest nam w związku niezbędny albo że mało ważny. Byle byśmy oboje byli z tych uzgodnień zadowoleni i ich świadomi.

Problemy z niedogadaniem co do seksu dotyczą chyba jednak małej grupy kobiet, skoro z badań prof. Wioletty Skrzypulec-Plinty wynika, że 76 proc. tych, które mają mniej niż 40 lat, jest zadowolona z seksu.
Ludzie mówią, że jest dobrze, żeby lepiej się poczuć albo z niewiedzy, że może być naprawdę im w seksualności przyjemnie. Wychowywani jesteśmy „od przyjemności”, a nie „do przyjemności”. No to jakie mamy mieć związki? Może być nam razem dobrze niezależnie od tego, jakie mieliśmy fantazje przedślubne, ale musimy pogodzić się z tym, że ta druga osoba nie jest do spełniania naszych oczekiwań. Każdy sam musi wziąć odpowiedzialność za siebie, także za swoje oczekiwania dotyczące seksu i za ich realizację.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego powtarzamy te same destrukcyjne schematy w kolejnych związkach?

Jak powiedział Karl Gustaw Jung:
Jak powiedział Karl Gustaw Jung: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem". (fot. i Stock)
Jak to się dzieje, że marzymy o dobrym i harmonijnym związku, a odnajdujemy coś zgoła odmiennego – emocjonalną huśtawkę, brak poczucia bezpieczeństwa, pustkę i poczucie, że szczęście konsekwentnie nas omija? Co więcej, każdy kolejny toksyczny partner okazuje się być bardzo podobny do poprzedniego.

Na początku nic na to nie wskazuje - jest romantyczny, czuły, zabiega o nas, wręcz nadskakuje. Aż pewnego dnia staje się zdystansowany, obojętny lub wręcz okrutny. I tak już pozostaje.

Gdy karoca zamienia się w dynię

- Mam wrażenie, że w moim życiu dzieje się coś strasznego – mówi Monika, 39-letnia kierowniczka działu w wydawnictwie. - Jestem dość nieśmiałą osobą, wiem, że moje poczucie własnej wartości jest kruche, stąd też stronię od ludzi, którzy wydają mi się mocno dominujący, natarczywi, agresywni. Jak to możliwe, że takich właśnie partnerów przyciągam? To jest jak scenariusz, który wciąż się powtarza. Zazwyczaj pierwsze dni, miesiące napawają mnie nadzieją, że karta się odwraca. Oto wreszcie spotkałam cudownego opiekuńczego i delikatnego mężczyznę - księcia z bajki. Sielanka trwa do czasu. W pewnym momencie zamiast czułych słów, słyszę tylko uwagi, złośliwości i docinki. Książę okazuje się gburem.

Mam za sobą ośmioletnie okropne małżeństwo. Mój mąż gnębił mnie psychicznie. Potrafił sprowokować kłótnię, doprowadzić mnie do płaczu, a potem wyjść z domu, trzaskając drzwiami, mówiąc, że idzie sobie, bo nie ma ochoty spędzać wieczoru z ryczącą nudziarą. Nie wracał na noc, a ja zamiast zmienić zamki w drzwiach, nie spałam do rana, czekając, że wróci. Nie wiem, jak zdobyłam się na to, aby wnieść sprawę o rozwód.

Monika po roku spotkała Michała, który wydawał się całkowitym przeciwieństwem jej eks.

- Byłam jeszcze trochę w rozsypce - wspomina. - Michał wspierał mnie, podnosił na duchu, a kiedy opowiedziałam mu swoją historię, wydawało się, że ma niemal łzy w oczach. Nie wiem, czy to jego perfidia, czy tak można się zmienić, ale kiedy zamieszkaliśmy razem od razu pożałowałam swojej decyzji. Stał się gburowaty, oschły, wydawał mi polecenia, krytykował i poniżał. Nie mogłam w to uwierzyć, ale po przejściach z mężem zdobyłam się na to, żeby z nim zerwać. Mówiąc szczerze uciekłam z naszego wspólnie wynajętego mieszkania. Bałam się jego złości.

Potem byłam sama przez półtora roku, obiecując sobie, że nigdy nie zaufam już mężczyźnie, do chwili gdy poznałam Roberta. Był starszy ode mnie o osiem lat, spokojny, wyważony, też po rozwodzie. Zaczęliśmy się spotykać, a moje dobre mniemanie na jego temat zaczęło się umacniać i znowu poczułam nadzieję w sercu. Do chwili, gdy nie usłyszałam w jego głosie zupełnie innego tonu. Otóż dostałam szansę na awans, bo w pracy radzę sobie naprawdę dobrze. Zaproponowano mi kierownicze stanowisko. Ucieszyłam się, ale miałam wątpliwości. Liczyłam na to, że Robert pomoże mi je rozwiać. Ale on wydawał się wręcz oburzony moim sukcesem. Stwierdził, że nie mam do tego predyspozycji, porywam się na coś, co mnie przerasta, że się zbłaźnię. Wtedy po prostu mnie zatkało. Zrozumiałam, że ponownie związałam się z kimś, kto próbuje mnie poniżyć… Przepłakałam całą noc, ale nigdy już się z nim nie spotkałam. Wiesz, co jest w tym najgorsze? – kończy Monika. - To, że straciłam zaufanie do samej siebie. Gdzie moja intuicja, gdzie wyczucie? Jak to możliwe, że ufałam facetom, którzy byli moimi wrogami?

W oczach Moniki pojawiły się łzy.

Przyczyny tkwienia w toksycznym schemacie

Przyciąganie parterów, którzy ranią, wynika z nierozwiązanych problemów i naszych życiowych postaw, których czasem sobie nie uświadamiamy.

Najczęściej powodują to wzorce wyniesione z domu. Jeśli między rodzicami czy opiekunami nie było głębokiej więzi i wzajemnego szacunku, a za to wiele sytuacji konfliktowych, w których padały raniące słowa, pojawiały się akty przemocy psychicznej lub fizycznej, próbujemy po prostu naśladować ten schemat. Monika przyznała, że relacje między rodzicami były chłodne. Kiedy miała 14 lat, ojciec odszedł z inną kobietą, a mama nie wydawała się nigdy szczęśliwą kobietą.

Czasem świadomie przejmujemy postawę dominującą, szukając okazji do konfrontacji. Alternatywą dla tej postawy jest rola ofiary. Oczywiście nie decydujemy się na nią z rozmysłem. Najczęściej obiecujemy sobie: nigdy nie popełnię błędu rodziców, stworzę kochający związek. Tymczasem jednak partnerstwo jawi się nam jako porażka, próba sił itp., więc nieświadomie do tego dążymy. Kiedy nie jesteśmy świadomi swoich motywów, wybieramy równie nieświadomie. Poznając partnera, koncentrujemy się na jego dobrych stronach, czasem też jesteśmy nieco naiwni i pomijamy sygnały, które mogłyby stanowić ostrzeżenie. W końcu "miły i sympatyczny" partner zdejmuje maskę i zmusza nas do podjęcia rękawicy.

Obie postawy prowadzą do uwięzienia w schemacie. Aby zacząć żyć szczęśliwie, trzeba uzyskać wgląd w sytuację. Jak powiedział Karl Gustaw Jung: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem".

Co możesz zrobić, jeśli widzisz, że „historia” się powtarza?

Czasem doświadczenia i pojawiające się w ich wyniku refleksje stymulują nasz rozwój, stajemy się bardziej świadomi siebie i w końcu udaje się nam wyjść z zaklętego kręgu samodzielnie.

- Na początek podejmij wyzwanie i zerwij toksyczną relację, ponieważ ona sprawia, że dużo więcej tracisz, niż zyskujesz.

- Prześledź swoją historię (może ci w tym pomóc metoda dysocjacji – usiądź wygodnie i wyobraź sobie, że oglądasz a telebimie film o sobie) po to, aby znaleźć wspólne elementy i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie uczucia towarzyszą mi w moich relacjach (opuszczenie, bezradność, smutek itp.) i zadaj sobie pytanie – co sprawia, że potrzebuję czuć takie uczucia. Choć wydaje się to paradoksem, dążysz do tych emocji.

- A teraz pomyśl – jakie uczucia chciałabyś czuć (radość, przyjemność, bezpieczeństwo). Zamknij oczy i wyobraź sobie siebie uśmiechniętą i radosną. Niech te uczucia staną się twoim drogowskazem. Czujesz je? Wspaniale, idź dalej. Nie czujesz? Zatrzymaj się… Być może po raz kolejny wchodzisz w znaną rzeczywistość.

- Okazuj sobie szacunek, dbaj o to i wybieraj tylko te sytuacje, w których go do siebie czujesz. Jeśli coś powoduje, że go tracisz (np. godzisz się na złe traktowanie) od razu powiedz "stop".

- Wzmacniaj swoją samoocenę.

Jeśli jednak powtarzające się schematy powodują coraz większą bezradność i brak zaufania, warto poszukać profesjonalnej pomocy. Polecam ci metodę Integracji Oddechem i Integrującą Obecność – jest to metoda alternatywna dla terapii.

  1. Seks

Seksualne pragnienia i zabawy – jakie są granice?

Czym są dla nas seksualne normy? (fot. iStock)
Czym są dla nas seksualne normy? (fot. iStock)
Gdy w życiu seksualnym pojawia się potrzeba zmiany, przygody, to ważny sygnał o naszym związku. Nie można go ignorować. Bo nawołuje do przyjrzenia się swoim najgłębszym pragnieniom i potrzebom – mówi terapeutka Olga Haller.

Co to jest norma w seksie? To chyba zależy od czasu, miejsca na ziemi, w końcu od naszej osobowości. Co kiedyś było uznawane za zboczenie, np. seks oralny, pozycje inne niż klasyczna, dzisiaj stało się powszechne, jest więc normą.
Mówi się, że w seksie dopuszczalne jest wszystko, na co zgadzają się odpowiedzialni partnerzy. Nie musimy na szczęście wyznaczać norm i zasad. Popatrzmy na seks z indywidualnej perspektywy właśnie pod kątem rozwiązywania dylematu komfort – ryzyko. Zgadzam się, że to, jak zapatrujemy się na nowe doświadczenia w sferze erotyki, zależy od dotychczasowych doświadczeń i od naszych potrzeb. Literatura, kino i zwyczajne życie pełne są przykładów, jak ludzie zagospodarowują ten teren. Dla jednego nowym doświadczeniem, budzącym obawy i wymagającym dyscypliny, będzie budowanie jednej relacji z deklaracją wierności. Dla innej osoby nowe będzie wypowiedzenie w łóżku swoich pragnień lub niezgoda na coś, co stało się rutyną. Znam pary, które świadomie uczą się wstrzemięźliwości, dawkują sobie intymność seksualną, starają się szanować swoje granice. A to dla nich nowe doświadczenie. I pary, które podejmując zabawy seksualne z inną parą w celu urozmaicenia życia, prowokują ostry kryzys. Znam też sytuacje, kiedy dla jednego z partnerów seks poza związkiem jest wyzwalającym doświadczeniem, prowadzącym do dojrzałości, a także – paradoksalnie – katalizującym przemianę i rozwój związku.

Mimo zwiększenia swobody seksualnej zdrada nadal jest eksperymentem i ryzykiem?
Jest ryzykownym eksperymentem dla wszystkich zaangażowanych pośrednio i bezpośrednio. Jeśli jednak w życiu seksualnym pojawia się potrzeba zmiany, przygody, tęsknota za odmiennością, to ważny sygnał o naszym związku. Nie można go ignorować. Bo nawołuje do skontaktowania się ze swoimi najgłębszymi pragnieniami i potrzebami oraz podjęcia świadomych, odpowiedzialnych decyzji. Wtedy łatwiej nam znaleźć odwagę, by zrobić coś inaczej, albo powstrzymać się i docenić to, co jest. Łatwiej oszacować sytuację, w tym ewentualne ryzyko.

Zanika pojęcie grzechu, ale na szczęście nie zanika pojęcie smaku. Moralność była kiedyś pilnowana przez religie, teraz dla wielu zostają tylko wolna wola i sumienie, jak się okazuje – dosyć słabe. I są potrzeby seksualne, a w tej sferze kultura nie zawsze harmonijnie łączy się z naszą naturą, na którą składają się też demony, marzenia, czasami fantastyczne i perwersyjne...
Zakazy, restrykcje i strach przed karą na dłuższą metę nie uregulują skutecznie ludzkiego życia, a tym bardziej nie okiełznają seksualności. Mądra pomoc rodziców, wychowawców, autorytetów moralnych, duchowych itd. jest potrzebna, abyśmy mogli wziąć odpowiedzialność za swoje działania w tej sferze. Kiedy pomocy nie ma, a popędowość napiera, wielu z nas spycha do podziemi seksualne uczucia, potrzeby i zaczyna żyć podwójnym życiem. Na pokaz jedno, a w ukryciu drugie. Kiedy strażnik moralności jest na zewnątrz, jesteśmy w stanie zrobić wiele, by go oszukać.

Na ile powinniśmy realizować marzenia seksualne? Czy mówią prawdę o nas, o naszych potrzebach?
Głównym celem fantazji erotycznych nie jest przeniesienie ich do życia. One pozwalają nam ominąć lęki, zahamowania i przeżyć „zakazane” uczucia. Np. częsta fantazja kobiet o gwałcie pozwala doświadczyć rozkoszy bez winy, a o seksie z nieznajomym – rozkoszy bez zobowiązań. Mapa erotycznego reagowania tworzy się w nas od początku życia, odbijając się w treści i fabułach fantazji, choć oczywiście nie wprost. Często oddajemy się im na pograniczu świadomości, co pozwala uniknąć poczucia winy, ale też refleksji.

Współczesny świat zachęca i kusi: spróbuj, zanim będzie za późno.
No właśnie, popkultura i komercja zrobiły z seksu towar eksploatowany bez umiaru. Seksualny wizerunek i zachowania stają się sposobem na dobre samopoczucie, na atrakcyjność, zabicie nudy, oderwanie od problemów, popularność. Na dodatek dostęp do tego wspaniałego środka ma teoretycznie każdy. Wystarczy trochę wydatków i zabiegów – wyzywające ciuchy, fryzura, makijaż, kolczyk, tatuaż tu i tam, gadżety i używki. Z tym wszystkim w odpowiednim miejscu – na dyskotece, w pubie, klubie, na skwerze czy imprezie integracyjnej albo w galerii handlowej – można poczuć się gwiazdą, aktorem w blasku świateł, kimś pożądanym, jeśli nie dziś, to jutro. W tym czy innym łóżku. Świat seksualnych kontaktów wygląda ekscytująco, obiecuje szybką nagrodę i co więcej, na poziomie fizjologicznym na ogół ją daje. Działa to w prosty sposób – narastanie podniecenia, rozładowanie i ulga. Trudno się dziwić, że młodzi, dorastający ludzie rzucają się na seks jak na łatwo dostępny, upragniony deser. Nie tylko oni. W życiu człowieka są dwa krytyczne okresy, kiedy jest bardziej prawdopodobne, że bez opamiętania odda się on seksualnym ekscesom. Pierwszy to czas dorastania i wczesnej młodości, kiedy nagle dostajemy „nowe zabawki”. A potem jest ten okres przejściowy, kiedy się starzejemy i zaczynamy czuć, że zabawki zaraz nam odbiorą.

U niektórych ten krytyczny okres trwa przez cały czas. Ale jest też w życiu przypadek, nagłe okazje, impulsy i pokusy...
Bywają okoliczności życiowe, w których możemy rzucać się na seksualne eksperymenty, jakby były ostatnią deską ratunku. Powodem jest dojmujący niedobór w jakiejś dziedzinie życia w związkach, który dotyczy poczucia własnej wartości, ale też kontaktu ze sobą. Uprawiamy wtedy seks z wielu powodów, czasami zupełnie nieseksualnych. Używamy siebie i innych jak przedmiotów dla swoich celów, nieświadomi prawdziwych uczuć i potrzeb, dorabiając do tego jakąś ideologię: poświęcenia, wolnej miłości, nowoczesności, nihilizmu itd. Zarówno świętoszkowatość, jak i rozwiązłość to dwie strony tego samego problemu – braku kontaktu ze swoją seksualnością.

Jakoś nie żałuję swoich szaleństw, no, może czasami. Częściej zmarnowanych okazji, przeoczeń, zagapień...
Ja też nie żałuję niczego, nawet traumatycznych doświadczeń, bo wszystko to mnie budowało. Przez lata dzięki pracy przetransformowałam doświadczenia na zasoby, choć jasne, że poniosłam też koszty. Ożywczą moc miało odkrycie na nowo sytuacji z przeszłości, którym przypięłam etykietki „ekscesów”. Zrobiłam z nimi, co mogłam – zrozumiałam mechanizmy, odżałowałam i spisałam na straty. Aż nagle po latach pod tym wszystkim znalazłam, naprawdę jak diament w popiele, moją żywą kobiecą seksualność! I wyrastające z niej uczucia, potrzeby w samej swojej istocie niewinne i uprawnione!

Na ile więc powinniśmy realizować swoje seksualne fantazje? Seks grupowy, uwiedzenie listonosza, seks w windzie. Ach, można sobie pohulać...
Znane mi są przypadki, kiedy zrealizowane fantazje nie przyniosły niczego dobrego, tylko niesmak i poczucie winy. Fantazje mogą nam pokazać drogę do rozkoszy, pomóc poznać meandry naszych upodobań, zahamowań, lęków. To intymna sfera, więc jeśli mamy ją z kimś dzielić, odkrywać nasze tajemnice, odważyć się wyrazić pragnienia, to tylko wtedy, kiedy naprawdę chcemy podjąć to ryzyko. I znowu – dzielenie się tą intymnością może budować relacje, przekraczanie granic może służyć miłosnemu związkowi. Z drugiej strony to paradoks – w bliskiej relacji partnerskiej z kochaną osobą na ogół trudniej wyjść z roli. Często fascynacja seksualna inną osobą czy podniecające marzenia o seksie z nowym partnerem tak naprawdę wyrażają nasze pragnienie bycia kimś innym w łóżku. Marzymy o uwolnieniu się ze zbyt ciasnych ram – o puszczeniu, rozluźnieniu, lataniu i lekkości w łóżku. Brzmi to kusząco, ale i groźnie. Nie przypadkiem określenia „puszczać się”, „rozwiązłość”, „osoba lekkich obyczajów”, „latawica” nadają pejoratywne znaczenie swobod-nym zachowaniom seksualnym, szczególnie w odniesieniu do kobiet.

Na razie skupiliśmy się bardziej na niebezpieczeństwach eksperymentowania w seksie, na zagrożeniach i przestrogach. A bywa, że nowość to jest coś!
Czasami jest to sięganie po nowe możliwości. W związku tworzenie relacji seksualnej to jak wyprawa w świat i poznawanie nowych lądów, oswajanie przestrzeni. Opanowujemy terytorium, poznajemy je, eksploatujemy, a kiedy się już nim nacieszymy albo gdy czegoś nie wystarcza, pojawia się impuls, by szukać dalej. Częsty kłopot to rozbieżność – jedno chce zmiany i nowości, a drugie nie.

Bo w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało naraz. Unikać więc ekscesów seksualnych czy nie?
Na szczęście nie wszystko da się w życiu zaplanować, skontrolować, przewidzieć. Takie ekscesy, które nam się przydarzają i które nas zaskakują, mogą nam uświadomić, czego chcemy, a czego nie. Eksperymentować, poszukiwać nowego czy zadowolić się tym, co jest? Zmiana jest częścią życia, a więc balansowanie pomiędzy jednym a drugim to rozwój. Na jednym krańcu stałość, pewność i bezpieczeństwo, wszystko wiadome, przewidywalne i ze mną, i z partnerem. Na drugim – zmienność, nowe możliwości, nowi partnerzy, nowe doznania, ekscytująca niepewność, podniecające niebezpieczeństwo. A pomiędzy tyle możliwości. Jeśli odważymy się je zobaczyć!

I oto my, ludzie liberalni, niechętni konserwatyzmowi, zamieniamy się nagle w moralizatorów. Problem w tym, że bez norm i zasad rozpadnie się nasza cywilizacja.
Z jednej strony jako humanistce „nic, co ludzkie, nie jest mi obce”. Wszystko może się zdarzyć w naszym ludzkim doświadczeniu. Mamy prawo przeżywać, odczuwać, eksperymentować i błądzić, mieć potrzeby, pragnienia, fantazje. I różne doświadczenia, nawet związane z ekscesami. Ważne, co z tym zrobimy, jak skorzystamy z tego majątku. Nic nie zwolni nas z konsekwencji naszych wyborów. Warto więc wziąć odpowiedzialność za własny seks. I zacząć go „uprawiać” jak prawdziwy, własny, cenny ogród, z miłością.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o zachwycie – karty emocji Katarzyny Miller

Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Wyrywają się z naszych ust, a nawet wprost z serc, kiedy odurza nas jakiś widok, zapach, dźwięk lub dotyk. Bo zachwyt ma wiele wspólnego ze zmysłami, z ich budzeniem, ale i traceniem. A nie każdy jest na to gotowy. Pora na kolejną kartę emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Zachwyt…

…to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Mówi się przecież o mdleniu z zachwytu, o byciu posągiem zachwytu czy cielęcym zachwycie. Zachwyt wprawia nas więc w stan odurzenia, oczarowania kimś lub czymś do tego stopnia, że tracimy przytomność, rozum czy możliwość ruchu – zastygamy oniemiali, zaskoczeni, a nawet wstrząśnięci tym, że coś może na nas tak silnie pozytywnie oddziaływać. Zachwyt jest mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły – kiedy jesteśmy w stanie zachwytu, są one wytężone do granic możliwości i w pełni zaspokojone. Zachwyt jest emanacją radości i przyjemności, ale też ma w sobie chęć podporządkowania się temu, co nas zachwyca, oddania się temu kompletnie we władanie, a nawet uznania swojej mniejszości wobec obiektu wzbudzającego w nas to uczucie.

Po co nam to uczucie?

Ukazuje nam bogactwo i piękno otaczającego świata, ale też naszego świata wewnętrznego. Pokazuje, że coś może spełniać wszystkie nasze wymagania zarówno estetyczne, jak i intelektualne, poruszać każdy z naszych zmysłów. Duża w tym rola naszej woli – zachwyt pojawia się bowiem wtedy, gdy to my uznamy coś za idealne, mamy więc moc, by samemu się wprawiać w ten stan.

Zadania

  • Przypomnij sobie, co ostatnio wprawiło cię w największy zachwyt albo co zwykle cię w niego wprawia? Sztuka? Muzyka? Przyroda? A może ktoś? Zastanów się, co sprawia, że się czymś zachwycasz. Czy zawsze jest to ten sam element?
  • Jak zwykle wyraża się twój zachwyt? Poprzez wow? Okrzyk? A może przymknięcie oczu i głębokie westchnienie? Czy to uczucie jest tak silne, że tobą włada, czy może jest intensywne, ale na tyle, by cały czas być go świadomym?
  • Czy łatwo się czymś zachwycasz? Czy jesteś w stanie wzniecić w sobie to uczucie w obliczu elementów swojego codziennego życia: zachowania bliskiej ci osoby, krajobrazu mijanego w drodze do pracy, smacznego obiadu? Jeśli nie, spróbuj…

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Dlaczego grzeczne dziewczynki nie wiedzą, czego pragną w miłości?

Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
O czym marzą grzeczne dziewczynki? O tym, czego nigdy nie dostaną. Co zatem zrobić, by nie być grzeczną, ale szczęśliwą? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Przychodzą do pani kobiety, które mówią: „Pani Kasiu, ja nie wiem, czego chcę”?
Ależ oczywiście! Masami (śmiech). Tylko one nie mówią tego na początku spotkania. Po prostu podczas rozmowy czy terapii dochodzimy do takiego punktu, w którym padają słowa: „No tak, ale ja nie wiem, czego ja chcę”. Kobiety zwykle nie mają świadomości, że ich problemem jest to, że nie wiedzą, czego chcą. Mówią, że jest im źle, że nie mają tego, co by chciały, że są smutne albo zrozpaczone, bo jedną rzucił facet, a druga sama rzuciła, albo się wyniosły od rodziców, albo nie mogą się od nich wynieść… Wszystkie są niezadowolone. I bierze się to z wychowania czy też tresowania, jakiego doświadczyły w rodzinnym domu. Oczywiście, jest znaczna część oświeconych, nowoczesnych rodziców, którzy traktują swoje dzieci z dużą uważnością, jednak większość leci tym starym ściegiem pt. „dzieci i ryby głosu nie mają”.

Dzieci i ryby, a zwłaszcza dziewczynki.
Oj tak, nadal jest ogromna różnica między wychowaniem chłopców i dziewczynek. I Miłosz Brzeziński, z którym pisaliśmy „Jak pies z kotem”, mi to potwierdził. Chłopiec to książę. On twierdzi, że każdy młody chłopak jest tak pewny siebie, że jest przekonany, że gdyby tylko Angelina Jolie dowiedziała się, gdzie on mieszka, to od razu zaciągnęłaby go do łóżka. Może to więcej mówi o pewności siebie Miłosza niż każdego młodego chłopca, ale brzmi mocno, prawda? Warto to przeczytać, naprawdę! A co do dziewczyn – rodzice przynajmniej już się nauczyli, że dziewczyna ma mieć wykształcenie, fach, pieniądze i mieszkanie, czyli ten cudowny, napisany kiedyś przez Virginię Woolf dezyderat, że kobiecie wystarczy własny pokój i 500 funtów rocznego dochodu. Owszem, niech córka spotka fajnego faceta, niech wyjdzie za mąż, ale jeśli będzie miała swoje mieszkanie i zarobki, to zawsze sobie poradzi. I ona rzeczywiście sobie radzi. Mało tego, ona radzi sobie nawet świetnie, znacznie lepiej niż facet. Uczy się, jest zdolna, szybko pnie się po szczeblach kariery, dobrze zarabia, bardzo dobrze wyrabia się w sytuacjach społeczno obyczajowych. Jest miła, uprzejma, potrafi się kolegować, bawić. Chodzi do fajnych knajp, wyjeżdża za granicę, kupuje sobie ładne rzeczy… a w środku dzidzia maleńka marzy o miłości. I to jest nieprawdopodobna przepaść. Bo dzidzia tak naprawdę nic o tej miłości nie wie. Spytam panią: ile pani zna naprawdę szczęśliwych małżeństw?

Nie no, kilka znam. Dwa-trzy…
Ho, ho, dwa-trzy?! Zawsze pada taka odpowiedź. A ile pani zna w ogóle małżeństw? Setki, prawda?! Jest naprawdę niewielki procent par, które są pogodne, lubią się, nie marudzą i cieszą się z tego, co mają. Jest ich mało, ale są i na szczęście jakiś ułamek dzieci z takich domów wychodzi. A co zwykle znamy z domów? Mama i tata kłócą się, dogryzają sobie nawzajem, nie mówiąc już o tym, że niektórzy też stosują przemoc i nadużywają alkoholu, ale to już osobny rozdział. Ludzie nie wiedzą, jak żyć ze sobą w małżeństwie. Ich się tego nie uczy. W ogóle nie uczy się ich o emocjach, a powinno się to robić już w przedszkolach. Potem ci ludzie dobierają się w pary na szast-prast i rodzą dzieci – no bo trzeba. W typowym polskim domu dzieci nasiąkają przekazem, że tylko rodzina jest bliska i życzliwa człowiekowi, a to jest – za przeproszeniem – gówno prawda. Rodzina jest źródłem całej patologii. Oczywiście, jeśli jest dobra – to tylko dziękować Bogu, bo to skarb na całe życie. Natomiast bezsprzecznie jest miejscem, gdzie jest najwięcej nieszczęść, toksyn, bólu i złych emocji. Dziecko się rodzi skazane na rodziców i nawet nie ma się komu na nich poskarżyć. Ba, ono nie wie, że można się na nich skarżyć. A zwłaszcza jeśli jest grzeczną dziewczynką. I tu wracamy do tematu, który nas najbardziej interesuje.

Czyli dlaczego nie wiemy, czego chcemy.
A dlaczego nie wiemy? Bo rodzice wiedzą to za nas. Chcą mieć święty spokój. Grzeczną córeczkę, która robi to, czego od niej oczekują. Wtedy ją chwalą i kochają lub tolerują. Dziewczynka siedzi w pokoju i płacze – nikogo to nie obchodzi, dziewczynka się głodzi – rodzice reagują dopiero, gdy waży 30 kg. Rzyga po każdym posiłku? Nikt nie słyszy, nie zauważa. To są wstrząsające rzeczy! Dziecko coś przeżywa, ale to nie jest ważne. Ono ma być cicho i nie przeszkadzać. Mama zwraca uwagę jedynie, czy się nie pobrudziło, czy ma co jeść i – ewentualnie – czy nie mówi brzydkich słów. Jak słyszę taki tekst: „Moje dziecko ma cudownie, ja tak nigdy nie miałam, ono ma tylko siedzieć i się uczyć”, to mnie coś strzela. Myślę sobie, że dla tej kobiety dziecko jest tylko robotem do uczenia, ono nie ma cech człowieka. Zgroza! To oczywiście oznacza, że ona sama siebie tak traktuje i że tak była traktowana. Rodzice są tubą kultury, byli przez nią kształtowani i przekazują to dalej. Nie wiedzą, co się dzieje w ich dzieciach, bo nie wiedzą, co się dzieje w nich samych. My w Polsce jesteśmy analfabetami emocjonalnymi. Nie umiemy przekazywać sobie wsparcia, jesteśmy specjalistami w komunikacji nie wprost. Fajne cechy też mamy, jasne, na przykład jesteśmy dowcipni, ale nie z siebie się śmiejemy. Jak ktoś się z nas śmieje, to zaraz robi się nam przykro. Poza tym jesteśmy ironiczni. Skrywamy złość i sprzedajemy ją w postaci ironii.

Można się tej właściwej komunikacji nauczyć?
Ależ oczywiście! To nawet nie jest trudne. W szkołach i na wszystkich studiach powinna być obowiązkowo podstawowa psychologia komunikacji! Czyli: jak się kłócić, jak się godzić, jak negocjować. Weźmy taką dziewczynę, która w pracy fantastycznie negocjuje umowy, a w domu nie potrafi dogadać się ze swoim partnerem w sprawie podziału obowiązków. Nikt jej nie nauczył, że to jest ta sama umiejętność. Na szczęście ta nasza głupia cywilizacja przynajmniej wymyśliła psychoterapeutów. I Bogu za to dzięki! Ale powiem pani, że ja na przykład wolałabym się zajmować ogrodem. Naprawdę. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby świat umiał się naprawdę komunikować. Bo byśmy gadali ze sobą jak normalni ludzie. Nie tak jak teraz: „Co u ciebie?”. „A, beznadziejnie” albo: „A, słuchaj, świetnie, cudownie”. A gdzie jest prawda?

Wróćmy do tej kobiety, która mówi: „Nie wiem, czego chcę”. Jak rozumiem, w tym momencie zaczyna się praca…
W tym momencie zaczyna się nauka chodzenia. Oczywiście ona dużo umie i wie, ale po pierwsze, nie w kwestii emocji i komunikacji, tylko jakiejś konkretnej profesji, a po drugie – ona tego w ogóle nie docenia. To też jest typowa kobieca przypadłość: nie cenimy siebie. I jeszcze jedno: dlatego nie wiemy, czego chcemy, bo od dziecka mamy być prymuskami we wszystkim. Mnie to doprowadza do szewskiej pasji, bo wszędzie się pisze, że prymusi nie są szczęśliwi, nie mają frajdy z życia i nie robią kariery – a rodzice swoje. Jeżeli kobitka jest we wszystkim dobra, to skąd ma wiedzieć, czego chce? Jeżeli jest dla wszystkich miła, to skąd ma wiedzieć, kogo lubi? Mało tego, wychodzi za mąż za pierwszego, który będzie się o nią wystarczająco długo starał. Ile razy ja to słyszałam: „on sobie mnie wychodził”! Albo: „pierwszy, który mnie wyrwał z domu”. A potem ma pretensje, że on nie jest tym wymarzonym. Ależ żaden nie jest twoim wymarzonym, bo twoje marzenia są nierealne! Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. Ona zna tylko swój dom rodzinny. Więc chce, żeby było inaczej. Na przykład wymyśla sobie, że on zawsze będzie czuły. „Przecież on ma mnie rozumieć” – mówią dziewczyny, które do mnie przychodzą. Ale jak on ma ciebie rozumieć, skoro ty sama siebie nie rozumiesz i na dodatek on też siebie nie rozumie? Grzeczne dziewczynki wynoszą z domu mnóstwo błędnych przekonań. Na przykład: „Żeby się z nim puknąć, muszę go kochać”. I wie pani, ile one potem robią, żeby go pokochać i wreszcie móc się puknąć?! Taki typowy facet myśli: „Nie no, fajna z ciebie dupa, kręcisz mnie, ładnie wyglądasz, podobasz się moim kolegom i jest z tobą nawet o czym porozmawiać”. A że ona w środku jest zagubioną dziewczynką, to on już tego nie wie.

A ona, mimo że obiecywała sobie, że będzie inaczej, traktuje go dokładnie tak samo, jak jej matka traktowała ojca.
Albo odwrotnie. Co jest przecież tym samym. Ona nie jest sobą, bo nie wie, kim jest. Poza tym nie wierzy w siebie, no bo jak ma wierzyć w siebie – ona wierzy w grzeczną dziewczynkę! Rodzice obiecywali, że jak będzie miła, to wszystko się jej w życiu ułoży. Owszem, ułożyło jej się w takich dziedzinach jak praca i ładny dom. Bo to są rzeczy, którymi ona może władać. Ale nie włada sobą, swoimi potrzebami, intymnością, czyli tym, co nadaje kolor życiu. Przytoczę pani taką metaforę, którą lubię się posługiwać w pracy. Przypuśćmy, że masz bardzo dużo pieniędzy i stawiasz dom, ile kuchni w nim zrobisz? Jedną! Możesz zrobić kilka łazienek czy pokoi, ale salon, w którym przyjmujesz gości, też będzie tylko jeden. A teraz proszę zobaczyć: gdy kobieta chce miłości, to odda wszystko. A przecież na miłość ma być jeden pokój! Niech on będzie wielki, przestronny, bogato urządzony, z ładnym widokiem, ale dlaczego całość?! I tak on ma przyjaciół, pracę, hobby, podróżuje, interesuje się nowinkami, a ona w kółko tylko: miłość, miłość, miłość. Mała głupia dziewczynka. Oczywiście mam tu na myśli głupotę emocjonalną.

No ale od czego ona ma zacząć, żeby to zmienić?
Tak jak powiedziałam, musi nauczyć się chodzić. Czyli podpierając się o coś, co zna, zacząć stawiać nowe kroki. I sprawdzać podstawowe rzeczy: co mi smakuje, kiedy mi zimno, a kiedy ciepło, czego lubię słuchać, z kim lubię rozmawiać, na co lubię patrzeć, po spotkaniu z kim czuję się fajnie, a po jakim boli mnie brzuch. Bo ona odcięła się od takich oczywistości. Małe dzieci doskonale to wiedzą. Mówią przecież: „Ale ja tego nie chcę”. Tylko że w zamian słyszą: „Ale musisz”, „Ja się ciebie nie pytam o zdanie. Ty masz to zrobić”. I jeszcze tata dorzuca: „Słuchaj matki”, bo chce mieć święty spokój. Tylko że takich rzeczy, które lepiej wie matka, takich zasad, powinno być maksymalnie pięć. Czyli: nie bijesz, nie kradniesz, nie robisz ludziom krzywdy (chyba że się bronisz), pomagasz w domu w tym zakresie, jaki razem ustalimy, plus wszyscy w stosunku do siebie wyrażamy miłość. I tyle! A poza tym rób, co chcesz. Dlatego w nauce chodzenia na nowo dobrze skupić się na tym, co sprawia ci największą przyjemność, nie co musisz, ale co lubisz robić.

A stworzenie listy priorytetów – to dobry pomysł?
Oczywiście. I sprawdzanie, bez czego sobie nie wyobrażasz nawet nie życia, ale siebie. Do tego zapisywanie wszystkiego, co cię trapi i nurtuje. Na przykład: czego nie powiedziałaś wczoraj w tej rozmowie, po której byłaś w złym nastroju. Połknęłaś żabę, prawda? Chciałaś powiedzieć coś innego, ale nie powiedziałaś. Nie chciałaś się umówić, ale się umówiłaś. Przecież my bez przerwy to robimy! Dlaczego? Bo rodzice i szkoły w Polsce kształtują w dzieciach głównie Rodzica Wewnętrznego – surowego, poganiającego, pilnującego („Skończyłaś? To teraz zabierz się za coś innego!”. „No tak, znowu tego nie zrobiłaś”) zamiast Rodzica Kochającego, życzliwego, wspierającego, dumnego z Dziecka. No i to wieczne obwinianie się. „Boże, co ze mną jest nie tak, że przyciągam samych dupków?”. Nie z tobą jest coś nie tak, tylko po prostu jest tylu dupków. Dupków w sensie emocjonalnych analfabetów, syneczków mamusi.

Słyszałam, że kobiety, żeby wiedzieć, co sądzą na dany temat, muszą odbyć liczne konsultacje. Pogadać. Mężczyźni szybciej wyrabiają sobie opinię.
Bo kobiety lubią rozmawiać, potrzebują kontaktu, bliskości. Lubią też zbierać się w kupki. Chłopcy, jak już się zbiorą w kupkę, to zaraz gdzieś pędzą albo zaczynają w coś grać. Dziewczynki – przeciwnie. Siedzą sobie, oglądają się wzajemnie, śmieją się, płaczą, coś sobie opowiadają. Oczywiście, są przykłady na zupełnie inne sytuacje. Motoryczne dziewczyny trzymają się z chłopakami, a wrażliwi chłopcy – z dziewczętami, mawia się nawet o nich „babski król”. Dziewczyny lubią się z nimi przyjaźnić, ja też, bo łatwiej się z nimi dogadać.

A co by pani poradziła mojej znajomej? Zawsze ma problem z tym, komu przyznać rację w konflikcie. Słucha jednej strony i się z nią zgadza, słucha drugiej, i też się z nią zgadza…
Według bardzo fajnej koncepcji Enneagramu pani znajoma jest Dwójeczką, czyli Dawcą. Rodzice ją tak wychowali – bo początek jest zawsze w domu – że chce zadowalać wszystkich. To częsty typ wśród kobiet. Taka dziewczyna będzie miała trzech chłopaków i z jednym będzie chodzić na mecze i będzie jej się to podobać, z drugim – na wystawy, a z trzecim będzie gotować w domu – i też będzie zadowolona. I gdyby oni się wszyscy razem spotkali, to nie wiedziałaby, jak się wobec nich zachować. Bo ona jest jak plaster, który się przylepia do innych, przyjmuje kształt przystosowujący. A jak tylko się rozstanie z tym od piłki, to przestanie lubić mecze. Bo jej tak naprawdę zależało na tym, żeby on ją chciał. I żeby był z niej zadowolony.

A jak to było z panią? Zawsze pani wiedziała, czego chce?
Jestem nietypową jednostką damską. I byłam nietypowym dzieckiem. Dużo wynikało z ogromnego napięcia między moją mamą a moim ojcem. Urodziłam się dobrze wyposażona i za to jestem im wdzięczna. Ale różnice między moimi rodzicami były wielkie. Mama była lękliwa, bardzo prowincjonalna wewnętrznie i bardzo źle traktowana przez swoją matkę. Nie lubiła siebie, nie lubiła mnie i chyba też nie lubiła mojego ojca. Do tego była piękną, wytworną i elegancką kobietą, po której tego w ogóle nie było widać, bo to siedziało w środku. Natomiast tata był ciepłym, pogodnym i bardzo naturalnym facetem. Podczas wojny wybili mu prawie całą rodzinę, był w AK, był w obozie koncentracyjnym. Miał na życie spojrzenie filozoficzne – głębokie i mądre. I ja to jego spojrzenie od razu poczułam. Myśmy mieli z ojcem kontakt tak bliski i wyjątkowy i tak obca nam była mama, że to musiało rodzić napięcia. Na szczęście mama zafundowała mi wielki prezent, czyli kochaną, cudowną nianię. Nianię, która jednak nie była mamą... Więc były nieporozumienia, ale z drugiej strony od początku miałam bardzo wysoką samoświadomość. Od małego, kiedy mnie pytano: „A kogo ty najbardziej kochasz? Czyja ty jesteś?”, odpowiadałam: „Ja jestem swoja”. Bardzo dużo rozumiałam, widziałam, myślałam. Czytałam wszystko. Oczywiście rodzice wpuszczali mnie też w maliny. To, co było fajne, to to, że od dziecka przebywałam dużo z dorosłymi i że oni mnie fajnie traktowali i lubili ze mną rozmawiać. Kolegowałam się i z chłopakami, i z dziewczynami. Zawsze czułam ludzi, rozumiałam ich, lubiłam, kochałam. Ale nad sobą musiałam solidnie popracować i ciągle to robię. Im jestem starsza, tym mi lepiej. A więc dobra matka mówi: „Próbuj, sprawdzaj, co lubisz. Chcesz się puknąć z tym chłopakiem, to się puknij, chcesz z tamtym, to też. Próbuj, szukaj, masz wszystko, co trzeba”. I ja tak mówię kobietom, z którymi się spotykam: „Macie wszystko, co trzeba. Próbujcie, ale róbcie to świadomie. Jak chcesz stąd wyjść, to po cholerę tu siedzisz?!”.

Chyba myślimy, że skoro już coś zaczęłyśmy, to nie wypada przerywać, bo wyjdziemy na niezdecydowane.
A co ma wspólnego zdecydowanie z tkwieniem w czymś, czego nie chcemy?! W czymś, co nam źle robi? Powinnyśmy się chwalić za to, co nam się udaje i nie ganić za to, co nie wyszło. Tylko mówić sobie: „dziś nie wyszło, wyjdzie jutro lub pojutrze”. Bo złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

"Wyluzuj wszystko, co się da" – radzi psycholożka Katarzyna Miller

– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
A co się da, ty sama dobrze wiesz. Jeśli coś jest dla ciebie ważne, nie odpuszczaj. Ale reszta? Po co ci toksyczne relacje, opinia tych, na których ci nie zależy, czy dowalanie sobie albo wstyd? Pyta psychoterapeutka Katarzyna Miller. Ale najpierw o tym, czym się różni praca nad sobą od umniejszania sobie.

Pomyślałam, że zacznę od wątku, który może się wydawać daleki od umniejszania sobie, ale moim zdaniem ma z nim wiele wspólnego. Chodzi mi o to, co dzieje się teraz na uczelniach artystycznych, w jaki sposób łamie się tam studentów, jak się nimi poniewiera, jak się im ubliża i ciągle przekracza ich granice. Bardzo to smutne, że nadal w wielu szkołach, ale i wielu domach uważa się, że tak trzeba hartować charaktery.
Nie powiedziałabym, że celem takiej pedagogiki czy wychowania jest nas złamać, tylko że to bezmyślne powtarzanie wzorów. Jeśli już, to powszechnym celem jest posłuszeństwo rodzicom czy wyższym celom, w tym wypadku, jak rozumiem, sztuce. Świadome łamanie bardziej jest związane ze sportem, wojskiem – czyli wszędzie tam, gdzie wymaga się żelaznej dyscypliny. Choć pamiętam jednego nauczyciela z czasów, kiedy uczyłam się psychoterapii, którego do dzisiaj szczerze nienawidzę – on właśnie tak nas traktował. Mieliśmy nie paść, być dzielni i znieść wszystko. Długo się potem z tego wyzwalałam. Kolejni pedagodzy mnie trochę „rozluźnili”, a już najbardziej zrobiło to spotkanie z Carlem Rogersem, który pokazał nam szkołę pracy z ludźmi opartą na empatii. Zrozumiałam, że najlepsze wyniki można osiągnąć, traktując ludzi po ludzku.

Przypomina mi się scena z serialu „The Crown”, w której książę Filip posyła delikatnego Karola do surowej szkoły w Szkocji. Uważa, że skoro zahartowała jego charakter, to samo zrobi z charakterem jego syna. Mimo że Karol błaga, protestuje i bardzo tam cierpi. Tak à propos bezmyślnie powtarzanych wzorców...
Kiedy się trochę poczyta o potomkach rodów królewskich czy wielkiej arystokracji, to naprawdę nie ma im czego zazdrościć. Przez swoje rodziny byli przeważnie traktowani w sposób nieludzki, od maleńkiego przystosowywano ich do pełnienia roli kogoś, kogo nic nie dotyka i kto jest ponad wszystko. A ponieważ żadne dziecko nie może być ponad wszystko, więc głównie musi sobie poradzić ze swoimi uczuciami, zacząć je tłamsić, ukrywać. Królowa Elżbieta II też jest wytworem takiego wychowania.

No ale czy to słuszne jest myśleć, że najbardziej uodporni nas na krytykę ciągłe bycie jej poddawanym?
Niektórzy stają się wtedy na nią odporni, a inni się łamią – tak się zawsze dzieje. Pewne aspekty treningu wytrwałości, dzielności czy odporności się przydają, ale jedynie wtedy, gdy mamy życzliwą wiedzę o możliwościach danej osoby, o jej wytrzymałości – psychicznej i fizycznej. Są ojcowie, którzy wrzucają swoje dzieci na głęboką wodę, nie patrząc na to, jaką mają wrażliwość, odporność na stres, jakie lęki...

Wrzucają nawet dosłownie, mam tu na myśli naukę pływania.
Tak, ja też mam to na myśli. Mnie tak zrobił kiedyś mój tatuś. Nie był głupim facetem i naprawdę dużo dobrego mu zawdzięczam, natomiast wepchnął mnie pod wodę w taki sposób, że mało się nie utopiłam i przeraziłam się strasznie. Ale też się wtedy zaparłam, że się nauczę pływać sama, i się nauczyłam. Nocami wyobrażałam sobie, że pływam i tak sobie to przyswoiłam. Serio, to jedno z moich większych osiągnięć. Choć mogłam się też nauczyć pływać bez tego. Ja dałam radę, ktoś inny może by się nie zaparł, tylko pozostał z lękiem przed wodą.

Wracając do szkół aktorskich, to pomyślałam sobie, że jeśli takie rzeczy dzieją się przed całą grupą, to ci pedagodzy robią coś jeszcze – uczą chamstwa, prostactwa, braku empatii, niehumanitarnych wartości. A przecież żadna szkoła, nie tylko artystyczna, nie tego powinna uczyć. Zobacz, co chwila docierają do nas ze świata informacje o tym, że ludzie pokazują swoją nieludzką twarz. I jeszcze mają dla swojego zachowania bardzo dużo uzasadnień i wyższych racji. Jestem za tym, by uczyć dzieci dawania sobie rady, ale nie w ten sposób, że podpala się im mieszkanie, żeby umiały uciec z pożaru.

Czasem już malutkim dzieciom mówi się, chcąc je zmotywować: „A ja myślę, że ci się nie uda, że nie dasz rady”. Jedno dziecko się zaprze i będzie chciało udowodnić, że jest inaczej, a inne uzna, że skoro mama, tata czy pani w przedszkolu uważają, że nie dam rady, to może mają rację.
Akurat jestem po weekendowej grupie terapeutycznej, gdzie wspólny mianownik wszystkich uczestniczek był następujący: „mama we mnie nie wierzyła i cały czas mnie sekowała”. Owszem, te dziewczyny pokazały, że potrafią – pokończyły studia, świetnie zarabiają i wyglądają, ale w środku są bardzo powichrowane. Nie połamane, bo przecież w końcu sobie radzą i umieją szukać pomocy, skoro na takie warsztaty przyjeżdżają, ale niewątpliwie cierpią. A przecież ta ich energia mogłaby się cudownie przydać przy innych rzeczach, niekoniecznie przy wychodzeniu z ciemnego dołka. Powinniśmy się opierać w życiu na czymś pozytywnym, nie negatywnym.

Mówiłam już kiedyś o pewnych warsztatach, w których brałam udział jako młoda dziewczyna. Prowadzący poprosił, żebyśmy dobrali się w pary i sprawdzili na sobie to, co chcemy, tylko oczywiście musimy to wcześniej między sobą ustalić, żeby dla wszystkich było to bezpieczne. I pamiętam, że wybrałam sobie taką drobniutką dziewczynkę i powiedziałam: „Pokaż mi, że się mnie boisz”. Po czym zaczęłam iść na nią jak jakiś potwór, i ona weszła pod stolik, zakryła sobie głowę. Przerwałam to i powiedziałam: „Wystarczy, dziękuję ci bardzo, wiem, że tego nie chcę”. Zrozumiałam, że ani mnie to bawi, ani cieszy, ani karmi, ani buduje poczucie wartości. Ale ważne było, że mogłam to zrobić i że to było umówione.

Bo ona tylko udawała.
Oczywiście. Obie strony były na to przygotowane. A ja bałam się mojej mamy i chciałam sprawdzić, czy może poczuję się lepiej, kiedy ktoś mnie będzie się bał. Działanie motywowane strachem nie jest dobre dla nikogo, dlatego rodzice mogliby swoim dzieciom, a zwłaszcza dziewczynkom, częściej wpajać pewność siebie, przekonanie, że mają się czym obronić i że mają prawo siebie bronić oraz wspierać innych. Tego też uczę na moich warsztatach – budowania swojej siły na przykład poprzez mówienie „nie”. Znajomym, partnerowi, szefom, rodzicom. Choćby takiemu nauczycielowi, który bez uprzedzenia daje mi w twarz, żeby pokazać, jak trzeba zagrać.

Podajemy te przykłady krytykujących i umniejszających nauczycieli i rodziców, by powiedzieć też o tym, że i my często ich uwewnętrzniamy i sami sobie dowalamy: „Znowu ci się nie udało”, „Nie nadajesz się do tego”.
W dodatku robimy to niezwykle celnie, bo najlepiej wiemy, w co uderzyć, by najbardziej bolało. Oczywiście nauczyli nas tego nasi wychowawcy czy opiekunowie, ale my to ciągniemy, co więcej – my to udoskonalamy, cyzelujemy. Jesteśmy w tym dobrzy, to nam wychodzi i ma to swój diabelski urok. Zobacz, ile ludzie sobie mówią nieprzyjemnych rzeczy, a ile dobrych. A nawet jest taki zwyczaj, że jeśli masz powiedzieć o sobie coś dobrego, to trzeba zastrzec, „Przepraszam, że to powiem, ale dlatego, że się na tym znam”, „Nie chcę wyjść na nieskromną, ale naprawdę mi to wychodzi”. Rzadko kto mówi: „Jestem w tym najlepszy, świetny; jestem genialna” i jeszcze się sobie w tym podoba.

Jako młoda dziewczyna często wyrzucałam sobie coś, co zrobiłam komuś kilka lat wcześniej i czego się bardzo wstydziłam.
O, to szalenie powszechne. Masami do mnie przychodzą ludzie ze wstydem dotyczącym czegoś, co kiedyś zrobili. Ludzie hołubią wstyd, podlewają go, pielęgnują, trudno im się z nim rozstać. Pytam czasem: „Taka jesteś do tego przywiązana, a co będzie, kiedy to stracisz?”. „No dobrze będzie”. „To skoro chcesz, by było dobrze, czemu tego nie puszczasz?”. Naprawdę czasem wystarczy puścić.

Ale jeśli zawstydzano cię w dzieciństwie, nic dziwnego, że nie wierzysz, że wolno. Jakby się przyjrzeć temu, co rodzice robią dzieciom w tej materii, to aż się włos na głowie jeży: obgadują ich, mówią tak, jakby ich nie było, wyśmiewają się z nich, krytykują, klepią po pupie albo chwalą tak, że dziecko nie wie, co z tym zrobić. W ogóle nie ma szacunku do dzieci jako do osób. Dziecko też trzeba spytać o to, czy mu to odpowiada i pasuje. A nie: przynieś, podaj, pozamiataj. Albo: jak ty wyglądasz?; nie podsłuchuj; chodź tu w tej chwili; a czego ty chcesz?; wyjdź stąd natychmiast, nie przeszkadzaj. Dzieci wiedzą, kiedy się mówi do nich jak do osoby, a kiedy się je lekceważy.

Krytykują ci, którzy byli krytykowani, a poniżają ci, których poniżano...
Ależ oczywiście, wyłącznie ci.

Powiedziałaś niedawno, że zrobiłaś sobie życiowy bilans i rozprawiłaś się z kilkoma rzeczami, które się tobie w sobie nie podobały, że było to trudne, ale ostatecznie dało ci oczyszczenie i nowy początek. Myślę, że to świetna sprawa, ale i ryzykowna. Jak nie przegiąć z takim bilansem czy rachunkiem sumienia?
Jest wielka różnica między świadomym rachunkiem sumienia a wyrzucaniem sobie czegoś i gnębieniem samego siebie. W ogóle uważam, że warto raz na jakiś czas zatrzymać się i zastanowić, czy jestem zadowolona z kierunku, w którym zmierza moje życie; czy moje relacje mi się podobają; czy to, co ostatnio osiągnęłam, jest tym, co chciałam osiągnąć. Z tym że nad czymś takim zastanawiają się tylko osoby z refleksją, bo dużo ludzi po prostu żyje z dnia na dzień. Niektórzy żyją z wielką prostotą, wręcz filozoficznie, ale większość żyje bezrefleksyjnie. Również jest tak, że wielu ludziom się wydaje, że spojrzenie na siebie warto mieć wyłącznie bardzo krytyczne. I że jeżeli mówisz o sobie, że jesteś fajna, to znaczy, żeś zepsuta albo kretynka.

Ja na przykład jednej dziewczynie z grupy warsztatowej powiedziałam: „Kochana, na razie to ty przestań pracować nad sobą, bo ty siebie nadwyrężasz. Masz spać, jeść, leżeć, siusiu robić, śmiać się i robić najprostsze rzeczy”. Bo trzeba powiedzieć, że są osoby, które tak się przepracowują na swój temat, że nie ma już tam wręcz powietrza. Ledwo żyją i ciągle nie są szczęśliwe ani spokojne. Nie mają w sobie takiej pogody, stanu pod tytułem „jest OK”.

Bo ciągle nie jest OK.
I to przykład, że tego rachunku jest za dużo i że idzie w złym kierunku. Głównie – perfekcjonizmu. Wiesz, co mi odpowiedziała ta dziewczyna? „Marzę, by być wreszcie zadowoloną z siebie”. Ale perfekcjonista nigdy nie jest z siebie zadowolony, dlatego trzeba rozstać się z perfekcjonizmem. Są oczywiście bardzo różne powody, dla których ludzie się katują. Z pozoru bardzo pozytywne, no bo przecież ja się rozwijam – kolejne książki czytam, na kolejną terapię poszłam, kolejny warsztat zaliczam... Ale co z tego? Uspokój się i usiądź na pupie, oddychaj. Tyle wystarczy.

Czasem myślę, że można podzielić ludzi na tych, co obwiniają o wszystko świat i innych, oraz na tych, którzy za wszystko obwiniają siebie.
A są jeszcze ci, którzy obwiniają i świat, i siebie. Nic im się nie podoba. Ale na pewno na próżno ich szukać na grupach terapeutycznych, już prędzej na wysokich stołkach (śmiech).

A dałoby się to ująć w proporcje: ile sobie mówić dobrych rzeczy, a ile tych sprowadzających do pionu?
Najfajniej oczywiście być adekwatnym, ale do tego potrzeba albo mądrego wychowania, albo dobrej pracy nad sobą, żeby się dopracować takiego poczucia, że po pierwsze, nie wszystko muszę, po drugie, to, co potrafię i dobrze robię, mam jak najczęściej robić i mam z tego czerpać satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – i mam ich za to szanować, podziwiać i dziękować im za to. Natomiast jest jakiś procent rzeczy, nad którymi warto popracować. W ogóle warto pracować nad sobą całe życie, żeby się nie zaśniedzieć, nie zmurszeć, nie zestarzeć w ten niedobry sposób – czyli kiedy myślisz, że wszystko się skończyło, a świat zszedł na psy. I nie chodzi o to, by mieć sobie coś za złe, ale by mieć przed sobą jakieś cele. Na przykład: jeszcze się nauczę tego, żeby wobec mojej rodziny zachowywać się w sposób uprzejmy, z klasą, ale też taki, który mnie nie kosztuje emocjonalnie. Albo: jeszcze się nauczę być asertywnym, najpierw wobec znajomych, potem wobec przyjaciół, a potem wobec męża.

Chodzi o cele, które dają nam więcej luzu w życiu?
I czynią je lepszym, a tym samym też czynią lepszym życie osób wokół nas. Bo na przykład uczę się być bardziej tolerancyjna, a jednocześnie nie mówić sobie w kółko: „Boże, jak on mógł mi to powiedzieć?!”. No skoro powiedział, to znaczy, że mógł. To jest tak proste, ale wpaść na to trudno, a przestać się tym przejmować – jeszcze trudniej. Albo to słynne: „A może ja robię błąd? I za parę lat będę żałowała?”. Kochana, a gdzie ty jesteś? W którym miejscu? I jaki błąd? Robisz coś, co w tej chwili wybierasz. Jeżeli ci się to nie spodoba, zmienisz to i już. Jeżeli weszłaś nie w tę uliczkę, to z niej wyjdź. Jak poszłaś na złe studia, to je zmień. Jak jesteś nie z tym facetem, to przestań z nim być. Czujesz, że terapia ci nie odpowiada, zmień terapeutę. Oczywiście nie w sekundę, trzeba to najpierw sprawdzić, przetestować, porozmawiać...

W jakich kwestiach warto jeszcze wrzucić sobie na luz?
Ja w ogóle mówię: wyluzuj wszystko, co się da. A co to znaczy? To, co się da. Ty już wiesz, co należy do tej kategorii. Jeśli coś jest dla ciebie cholernie ważne, to tego za nic nie puścisz. Natomiast zdecydowanie warto puścić toksyczne relacje. Najpierw zastanawiając się, czy to może ja nie jestem w nich toksyczna. Oraz warto odpuścić „co sobie ludzie pomyślą”. Oczywiście jeśli są to ważni dla mnie ludzie i mówią coś dla mnie cennego – to nie odpuszczać. To wszystko jest do sprawdzenia i wyważenia. Znów to powtórzę: mamy być adekwatni, czyli obecni w tym, co się dzieje, a jednocześnie umieć spojrzeć na to z boku.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).