1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Oczekiwana zamiana miejsc: mąż i żona w nowych rolach

Oczekiwana zamiana miejsc: mąż i żona w nowych rolach

fot. istock
fot. istock
„Postaw się na moim miejscu” – zwykliśmy mówić z wyrzutem. Pomysł swoistej zamiany ról, gdy on staje się nią, a ona nim – wykorzystywany jest przez komedie romantyczne. W życiu coraz większej liczby polskich par taki twist skutkuje raczej dramatem niż komedią. Dziennikarka Katarzyna Kazimierowska przetestowała go na własnym przypadku. Z jakim efektem?

Gdy dzwoni budzik, to on pierwszy wstaje z łóżka. Zbiera ubrania z podłogi, szykuje śniadanie, herbatę w dzbanku, ubiera ich kilkuletnie dziecko. Ona schodzi już w szpilkach, wypija kawę, daje buziaka synkowi i wychodzi. Do pracy. Podczas gdy on bawi się z małym, odkurza, wiesza pranie i sprząta, ona jest na ważnych zebraniach i konferencjach, bardzo zajęta. Tak bardzo, że gdy wraca do domu, i on, i dziecko już śpią. I tak każdego dnia.

Znamy to? No pewnie, wystarczy zamienić osoby lub jak kto woli, odwrócić role. W swoim teledysku zespół Mikromusic w sposób prześmiewczy pokazuje relacje w związku, w którym zarysowany jest wyraźny podział ról. Ona i on, świat pracy i świat domowy, bardzo ważny „męski” świat biznesu i zarobków oraz mało ważny i nieatrakcyjny, zazwyczaj „kobiecy” świat domowych porządków, gotowania obiadków i zajmowania się dzieckiem. Z tym wyjątkiem, że tu mężczyzna dwoi się i troi, by podać śniadanie i nakłada maseczkę na twarz – może żona zauważy, że jest jeszcze sexy? W prawdziwym życiu to tak karykaturalnie nie wygląda, choć gdy dojdzie do zamiany ról, zmienia się cała dynamika.

Małżeństwo, porządki a czas wolny

Wiem o tym, bo w ciągu ostatnich czterech lat obserwowałam dynamikę własnego związku. Kiedy na świecie pojawił się nasz pierwszy syn, mąż po dwóch tygodniach tzw. urlopu dla świeżo upieczonych ojców, wrócił do pracy. W tym czasie obowiązki domowe, które jako młode małżeństwo do tej pory radośnie dzieliliśmy między siebie, powoli zaczęły przesuwać się w jedną stronę. Pranie i prasowanie, jako że potomek regularnie potrzebował opierunku, sprzątanie – jeśli chciałam, żeby malec pełzał po czystej podłodze, musiałam ją umyć. No i gotowanie – bo skończyły się czasy pod tytułem „kupię po drodze pizzę/hinduskie/ugotujemy coś razem”. Pewnego dnia rozejrzałam się po naszym czystym, pachnącym praniem mieszkaniu, zadbany syn gaworzył wśród zabawek i książeczek, a ja stałam w tzw. garach. Gdybym wówczas znała kawałek Mikromusic, pewnie bym go zanuciła. Choć nie, wtedy jeszcze nie chciałam być sexy, albo już nie, bo okazało się, że nadchodzi potomek numer dwa.

Jakkolwiek usilnie perfekcyjne panie domu czy konserwatywni politycy wmawialiby nam, że cudownie jest być boginią domowego ogniska, a kobieta z zawodowym sukcesem jest mało męska, to wszyscy to wiemy – prace domowe, te codzienne, powtarzające się obowiązki, są po prostu nudne. Oczywiście, ktoś je musi wykonywać, ale dlaczego ma je robić zawsze ta sama osoba? Gdy dochodzi do nich cały zestaw czynności pielęgnacyjno-jedzeniowo-opiekuńczych wokół dziecka, obowiązki rozrastają się i zdają nie mieć końca.

W książce „Marriage, a history”  historyczka Stephanie Coontz przytacza badania, które pokazują, że kobiety zamężne wykonują więcej czynności domowych po ślubie niż przed. Małżeństwo, dowodzi autorka, odbiera kobietom czas wolny. Za to mężczyźni nic nie tracą. Dlatego kobiety po ślubie tak chętnie, jeśli nie desperacko, podejmują próby przekonania mężów do zmiany podziału domowych obowiązków, bo dla nich oznacza to zawsze zmianę na lepsze. Co ciekawe, badania w Stanach  Zjednoczonych pokazują też, że gdy mężowie reagowali na te propozycje pozytywnie i brali na siebie więcej zadań typowych dla  domowej krzątaniny, skutkowało to szczęśliwszym, a na pewno dłuższym pożyciem małżeńskim. Dlaczego? Bo żony były mniej zmęczone, a przez to bardziej zadowolone.

Kiedyś podział ról był jasny. Jeszcze 30–40 lat temu na ulicach raczej nie spotykało się mężczyzn z wózkiem, bawiących się z dziećmi na placu zabaw czy na podłodze w domu – tłumaczy psycholożka Bianca-Beata Kotoro. – Były jasne oczekiwania społeczne: mężczyzna przynosi pieniądze, pracuje, a w domu ma obsługę. Żona, nawet jeśli pracowała, to i tak potem musiała zająć się domem i dziećmi. Inny podział ról czy inne oczekiwania byłyby uważane za dziwne. A przecież tak niedoceniane zajmowanie się domem jest ciężką pracą, która męczy fizycznie, ale też emocjonalnie. Codzienna powtarzalność i monotonia, a gdy są dzieci, jest podwójnie trudniej – dodaje.

Co powiedzą koledzy

Na miesiąc przed narodzinami drugiego potomka mąż rzucił pracę, by wspólnie dbać o szczęście naszych dzieci. Przejął zabawy ze starszym, zaczął biegać po dzielnicy z młodszym w wózku, gotować i robić zakupy. Po pół roku tych dość jednostajnych, acz koniecznych zajęć stwierdził, że przeżywa „wypalenie zawodowe”, że rutyna zabija, a młode matki to bohaterki. Po czym zaczął rozglądać się za przedszkolem dla starszego.

Podobny ruch wykonały dwie pary znajomych. Z różnym skutkiem. U pierwszej, gdy partner zmienił etat na działalność gospodarczą w domowych pieleszach, młoda mama odczuła wyraźną zmianę. Mogła skupić się na obsłudze maluszka, bo rano mąż podawał śniadanie i wyprawiał starsze dziecko do przedszkola, wracał z zakupami i jeszcze gotował obiad, a potem dopiero siadał do komputera. Nagle okazało się, że sił starcza na cały dzień, a nie tylko do godziny 18, jak dawniej, kiedy mąż wracał z pracy, bo dopiero wtedy mogła przez chwilę odpocząć.

Do niedawna mężczyzn stawiano na piedestale za to, że pomagają w czymkolwiek w domu. Z czasem zaczęto przyjmować to jako normalne, a teraz o równości w funkcjonowaniu w społeczeństwie mówi się jako o czymś oczywistym. Ale to, że mężczyzna może spełniać taką samą rolę w domu jak kobieta, że może współwychowywać dzieci, jest pomysłem młodym. Dziś zachęca się mężczyzn, by aktywnie zajmowali się dziećmi, obserwujemy modę na bycie tatą na pełny etat  – mówi Kotoro. I dodaje, że zawsze będą różnice w rolach męskich i żeńskich, ale ważne, by tych ról nie wartościować, że coś jest lepsze albo gorsze. – Gdy przyjmiemy, że coś jest po prostu inne, poznamy te różnice, wówczas łatwiej można się wymieniać zadaniami. I to jest dobry punkt wyjścia – tłumaczy.

Druga para znajomych wspólne bycie w domu, opiekę nad dzieckiem i pracę dorywczą zniosła gorzej. – Mąż nie miał cierpliwości do syna, nudził się w domu, kwestionował konieczność połowy obowiązków domowych – opowiada Ania. – W dodatku u niego zajmowanie się domem wiązało się z frustracją, bo nie mógł znaleźć wymarzonej pracy, więc chwilami było nerwowo. Uznaliśmy, że jednak model, kiedy on ma stałą pracę i wychodzi z domu, jest dla niego lepszy, a dla nas oznacza zdrowsze relacje – przyznaje.

Ważne, by wszystko, na co się decydujemy w związku, także zamiana ról czy nawet dzielenie obowiązków po równo, odbywało się zgodnie z naszymi potrzebami i możliwościami – to znów Bianca-Beata Kotoro. – Możemy bardzo dobrze funkcjonować w związku, w którym doszło do zamiany ról, ale też należy się na to przygotować. Trzeba być wyrozumiałym na błędy drugiej strony, inne priorytety, czasem zniechęcenie. A kiedy coś idzie nie tak – być otwartym na konstruktywną rozmowę i zmianę  – dodaje. Psycholożka zauważa, że czasem o nastawieniu mężczyzn decydują... koledzy. – Miałam pacjentów, dla których to był problem. Bo znajomi wyśmiewali to, że oni zmieniają pieluchy, że to takie niemęskie. Jeśli ktoś ma wysokie poczucie własnej wartości, poradzi sobie z takimi docinkami, nie będzie się tym przejmował, ale jeśli nie, będzie miał twardy orzech do zgryzienia. Niektórzy panowie decydowali się nawet na wymianę kilku kolegów w swoim otoczeniu  – opowiada Bianca-Beata Kotoro. – Ale miałam też pacjentów, którzy widzieli wręcz same plusy tego, że zostają w domu, bo poznawali dobrze wspólnotę w bloku, okolicę. Zaczęli pomagać w drobnych pracach sąsiadom, czuć, że są częścią grupy, a ludzie liczą się z ich zdaniem. A tymczasem kobiety odradzały się, odzyskiwały wiarę w siebie, rozwijały skrzydła w nauce czy firmie, wchodziły w to ze zdwojoną energią, jednocześnie mając poczucie bezpieczeństwa, że ich dzieckiem, domem zajmuje się ojciec, a nie obca osoba czy instytucja.

Mój mąż, feminista

Kiedy młodszy syn skończył 1,5 roku, uznaliśmy z mężem, że jemu, mimo obowiązków domowych, jest dobrze w domu i że teraz ja mogę rozwinąć zawodowe skrzydła. Chwilę później otrzymałam propozycję pracy. Wyrzuty sumienia, że porzucam dzieci z egoistycznych pobudek, szybko poszły w kąt, euforia zadziałała jak laserowy zabieg upiększający. Odzyskałam wigor i chęć życia. Wracam do domu na gotowy obiad, po którym mąż z automatu ładuje zmywarkę. Gdy rano zastanawiam się, co na siebie założyć, on głowi się nad obiadem. Po pół roku takiego życia mąż uznał, że jest feministą i zażądał płatnych urlopów wychowawczych dla kobiet. Gdy w towarzystwie rozmowa schodzi na temat dzieci plus dom, on wiedzie prym. Został specjalistą od chorób i leków dla dzieci, lepiej zna wszystkie ciocie w przedszkolu niż ja. Tylko czasem dzwoni do mnie, chcąc usłyszeć jakiś dorosły głos i odlicza godziny do mojego powrotu. Skąd ja to znam... – Równowaga i dynamika relacji zależy od wielu czynników. Inaczej funkcjonuje związek z bardzo małymi dziećmi, inaczej gdy dzieci idą do szkoły, dorastają czy wyfruwają z domu – tłumaczy Bianca-Beata Kotoro. – Czasem ktoś więcej pracuje albo zarabia tyle, ile do niedawna zarabiali razem. Wówczas warto zastanowić się, czy nie podzielić się tak, by jedno z partnerów zostało w domu, zajęło się nim i dziećmi. Jeśli to się dzieje w pełnym porozumieniu, to taka zmiana się uda. Ważne, by jedna ze stron nie chciała w ten sposób sobie czegoś udowodnić kosztem drugiej – zaznacza psycholożka.

Zamiana ról idzie gładko, choć odkąd mąż odkrył teledysk Mikromusic, chodzi po domu i śpiewa „Tak mi się nieeee chceeee” i sam przyznaje, że czasem z mopem czuje się mało sexy. Czy słusznie?

Głośne i szeroko komentowane w mediach na całym świecie wyniki badań amerykańskich pt. „Równość, prace domowe i częstotliwość seksualna w małżeństwie” wskazywały na to, że w związkach, gdzie mężczyźni wykonują obowiązki domowe na równi z kobietami, jest mniej seksu. Może dlatego, że mężczyźni po całym dniu spędzonym z mopem i w kuchni są po prostu zmęczeni? W wywiadzie dla SENSu z 2017 roku psychoterapeutka Katarzyna Miller przyznała, że jeśli „mężczyzna chce dobrze zrobić kobiecie, powinien ogarnąć jej dom i dzieci. Będzie miała i czas i ochotę na seks”. – Pod warunkiem że ona nie ma właśnie olbrzymich stresów w pracy i nadgodzin, bo nie będą wpływały pobudzająco – śmieje się Kotoro. – Harmonia domowego ogniska działa na kobietę stymulująco. Gdy do tego ma sukcesy w pracy i dba o siebie na co dzień – to wszystko sprzyja ochocie na seks. Jeśli tylko mężczyzna w ferworze obowiązków nie zapomni o chwili dla siebie, czasie na kąpiel, sport, a poplamiony dres nie będzie jego jedynym strojem – znów zaznacza ekspertka.

Kolejny twist?

Lata mijają, a młodszy potomek dorósł do przedszkola. Mąż uznał, że zostaje. W domu zostaje, oczywiście. Spodobały mu się powolne poranki z kawą, rytm dnia, którego nikt mu nie narzuca. Chce sprzątać, gotować i odbierać dzieci z przedszkola. Polubił nawet zakupy. A ja ucieszyłam się, że nie powrócą boje o czas wolny, o to, kto dziś robi obiad i czemu śmieci niewyniesione. Że nie trzeba godzić się na zwietrzałe kompromisy, bo obie strony są zadowolone.

Pamiętajmy też, że jeśli jesteśmy otwarci na to, że nasze oczekiwania się zmienią, to będziemy umieli porozmawiać i szukać rozwiązań dobrych dla obu stron. Na tym polega szczęście w wieloletnich związkach – mówi psycholożka.

Bianca-Beata Kotoro- psycholog społeczna, psychoseksuolożką, terapeutka. Założycielka Instytutu Psychologiczno- Psychoseksualno- Szkoleniowego w Warszawie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Świat u naszych stóp

Chodź boso po plaży, trawie lub podłodze. Na początku stopy będą unikać nierówności, kamyków i gałązek, ale z czasem się do nich przyzwyczają. Poczuj swoje kroki tu i teraz. (Fot. iStock)
Chodź boso po plaży, trawie lub podłodze. Na początku stopy będą unikać nierówności, kamyków i gałązek, ale z czasem się do nich przyzwyczają. Poczuj swoje kroki tu i teraz. (Fot. iStock)
Stopy komunikują się z nami codziennie, sygnalizując problemy na poziomie ciała i emocji. Są naszym symbolem obecności w świecie, a i tak najczęściej chowamy je w skarpetkach i butach. Wstydzimy się ich, nie lubimy. Dziennikarka i fotografka Katarzyna Sołtan pyta kobiety o ich stopy. A potem je fotografuje.

Ludzka stopa składa się z 33 stawów, 107 ścięgien i więzadeł oraz 26 kości, co oznacza, że w samych tylko stopach znajduje się jedna czwarta wszystkich kości naszego organizmu. Ich niewielka powierzchnia utrzymuje nasze ciało nawet w bardzo trudnych warunkach. A nie mają z nami lekko – codziennie robimy średnio 5 tysięcy kroków, a w ciągu całego życia uderzamy nimi o podłoże średnio 10 milionów razy. Do tego dochodzi jeszcze poruszanie się po twardej powierzchni, czasem w niewygodnych lub niewłaściwie dobranych butach.
Powiedzmy sobie szczerze − na co dzień nie dbamy o stopy tak, jak o włosy, cerę czy ręce. Przypominamy sobie o nich dopiero wtedy, gdy nadchodzi lato lub dzieje się z nimi coś nie tak. Tak było w moim przypadku. Miałam kompleks na punkcie stóp. Cieszyłam się, kiedy nadchodziły chłodniejsze miesiące, bo mogłam ukryć je w szczelnym pancerzu martensów. W gorące miesiące przeżywałam katusze – zakryte buty były prawdziwą męczarnią, ale wolałam odczuwać dyskomfort niż włożyć sandały. Byłam przekonana, że odsłaniam w ten sposób bardzo intymną część ciała, w dodatku – w mojej ocenie – nieładną. Dopiero całkiem niedawno, gdy otworzyłam się na medytację i jogę, poczułam, jak ważne są stopy. W jodze stopa jest podstawą i każdy brak równowagi w życiu zaczyna się właśnie od niej.

Medytacja drzewa

− Stopy są dla mnie cudem, dzięki któremu mogę w ogóle doświadczać chodzenia po ziemi – mówi Green, tancerka i projektantka tworząca w duchu recyklingu. Green uważa, że największą mocą stóp jest możliwość kontaktu z ziemią. To właśnie przez stopy ziemia przekazuje nam energię, dzięki której łączymy się z naturą. − Wystarczy stanąć boso na ziemi i już mamy dostęp do bezpośredniej wiedzy − przekonuje.

Podobne odczucia ma Kinga Wdowiak, którą od zawsze fascynowała właśnie ta część ciała. W liceum lubiła robić rysunki swoich stóp, a latem biegała boso wszędzie, gdzie tylko się dało. Chciała mieć kontakt z ziemią. Skupiała się wtedy na samej czynności chodzenia, co przeradzało się w medytację. Kinga praktykuje to do dziś, ale już świadomie jako buddystka i nauczycielka jogi. – Stopa to nasz fundament, miejsce zapuszczania energetycznych korzeni – tłumaczy. – Dlatego w jodze zaczynamy skanowanie całego ciała od stóp i w ten sposób przyciągamy do siebie energię.

Filozofie Wschodu od dawna podkreślają, jak ważna jest interakcja pomiędzy energią ziemi a energią ciała człowieka. Według niektórych wschodnich wierzeń żeńska energia jest energią przyciągania, czyli „siłą dośrodkową” wpływającą do ciała kobiety przez stopy, dlatego też nazywana jest siłą uziemienia. Ta potężna energia sprawia, że domownicy chcą przebywać blisko osoby o najwyższej energii dośrodkowej, czyli zwykle wokół matki. Kinga uważa, że świadome skierowanie uwagi na stopy może być też świetnym sposobem na wyciszenie w stresujących momentach. Wystarczy wyobrazić sobie, że nasz oddech zaczyna się od stóp i wędruje przez całe ciało. Odczucia płynące z podstawy naszych nóg wygłuszą natrętne myśli, pozwolą nawiązać kontakt ze sobą i przywrócą równowagę. – Stopy nauczyły mnie, jak wiele energii jest dostępnej w asanach. Gdy stoję w pozycji drzewa i łapię równowagę, moja silna stopa utrzymuje mnie, jestem stabilna i nic nie jest w stanie mnie ruszyć – twierdzi Kinga.

Kinga uważa, że stopy, podobnie jak ręce, są przepiękną częścią kobiecego ciała. Tym bardziej dziwi ją to, że kobiety mają na ich punkcie kompleksy. Tak było w przypadku Pauliny Wycichowskiej, tancerki i choreografki. Już od dzieciństwa katowała je ćwiczeniami w szkole baletowej, ale nie widziała efektów – były twarde i nieustępliwe. Zabezpieczyły ją przed wieloma kontuzjami, ale wtedy nie potrafiła tego docenić. Wstydziła się ich. Wszystko zmieniło się w trakcie studiów tańca współczesnego w Londynie. Zaczęła pracować z nimi świadomie i z wyczuciem – i wtedy nawet trochę zmieniły swój kształt. Ta wzmocniona uwaga zwrócona na stopy pozostała jej do dzisiaj, a gdy przypominają o sobie bólem, Paulina już wie, że chcą uwagi i dotyku. W tańcu natomiast są jej łącznikiem z ziemią. – To niesamowite, że tak misterne konstrukcje, jakimi są stopy, absorbują duże siły uderzenia, na przykład podczas skoku, gdy przyjmują zwielokrotniony siłą przyciągania ciężar naszego opadającego ciała – zachwyca się.
Prowadzi warsztaty rozwijania świadomości ciała, które nazwała „I mind the step”. − Uważam, że świadomość każdego kroku przekłada się na świadomość ruchu i ciała, a może nawet na świadomość poszczególnych chwil życia − podsumowuje. Praca ze stopami sprawia, że lubi patrzeć na stopy innych, szczególnie latem, bose i w sandałkach, naturalne lub z pomalowanymi paznokciami. Żałuje jednak, że kobiety wciąż rzadko podkreślają ich piękno pierścionkami lub bransoletkami.

Śladami bogów

Magda Adamow, nauczycielka i fotografka, należy do tych kobiet, które uwielbiają ozdabiać swoje stopy subtelną biżuterią. Uważa, że jest w nich, podobnie jak w dłoniach, niezwykła zdolność zmysłowego odbierania świata. − Są niesamowicie chwytne i wrażliwe na bodźce sensualne, chociażby wtedy, gdy chodzimy boso po piasku, zanurzamy je w ciepłej wodzie lub dotyka ich ktoś bliski. Kontakt ze światem przez stopy to niemal metafizyczne doznanie – mówi Magda. I chociaż stopy w niczym nie ustępują dłoniom, notorycznie zakrywamy je skarpetami, wciskamy w buty i chowamy przed innymi. Może dlatego, że są daleko od głowy, którą uznajemy w naszej kulturze za niezwykle ważną? Traktujemy je bardziej instrumentalnie jako część ciała służącą do przemieszczania się z punktu A do punktu B. Tymczasem stopy były i są bardzo ważnym elementem świata duchowego. W wielu tradycjach to właśnie one są ucieleśnieniem naszej duszy i przypominają, że gdy bogowie zeszli na Ziemię, pozostawili na niej swoje święte ślady, którymi obecnie podążamy. W niektórych kulturach pokłony składane guru lub starszym osobom w rodzinie połączone są z dotknięciem ręką ich stóp – tworzy to delikatny krąg wymiany energii i jest oznaką najwyższego szacunku. W buddyzmie guru witany jest przez wyznawców przez pokłon lub pocałunek w stopy. Co ciekawe, wizerunek samego Buddy był niegdyś tabu, dlatego symbolem jego obecności były odciski stóp, które do dziś możemy oglądać w postaci grawerunków pokrytych rozmaitymi symbolami. Znaczenie stóp zakodowane jest również w języku, kiedy mówimy o miejscach „nietkniętych ludzką stopą”, gdy „składamy cały świat u stóp” ukochanej osoby lub gdy „mamy coś lub kogoś u swych stóp”.

stopy to nasz fundament, miejsce łączności z ziemią, zapuszczania energetycznych korzeni. (Fot. Katarzyna Sołtan)stopy to nasz fundament, miejsce łączności z ziemią, zapuszczania energetycznych korzeni. (Fot. Katarzyna Sołtan)

W cieniu Kopciuszka

Historia zna też mniej chlubne i dalekie od metafizyki przykłady, w których stopa sprowadzona była do atrybutu męskości lub kobiecości. W średniowieczu duża męska stopa oznaczała siłę, dlatego panowie z upodobaniem nosili ciżmy. Buty z długim noskiem, mające podkreślać walory i pozycję mężczyzny, nie weszły do mody na stałe, może dlatego, że utrudniały swobodne przemieszczanie się nie tylko ich właścicielowi, lecz także reszcie otoczenia.
Z kolei wabikiem średniowiecznej damy była mała stopa. Również przez wiele stuleci wielkością stopy mierzono wartość kobiety w Chinach. Fetysz miniaturowych stóp zawładnął wyobraźnią Chińczyków do tego stopnia, że zaczęto krępować kobiece stopy bandażami w taki sposób, by zatrzymać ich naturalny proces rośnięcia, o czym opowiada chociażby książka „Kwiat śniegu i sekretny wachlarz” Lisy See. Miniaturowe stopy były symbolem piękna i wyjątkowości, zupełnie jak w baśni o Kopciuszku, którego stopa była tak mała, że jej pantofelek nie pasował na żadną inną kobietę.

Dziś, bardziej niż o wciskaniu stopy w trzewiczek, marzymy o jej nienagannym wyglądzie. I choć w reklamach pojawia się zwykle proporcjonalna, gładka i smukła stopa, w rzeczywistości wyróżniamy trzy jej typy: egipską, rzymską i grecką. Stopa egipska uznawana jest za idealną ze względu na jej harmonijną budowę i smukłość. Paluch jest w niej najdłuższy, a reszta proporcjonalnie maleje. Z kolei grecki typ ma najdłuższy drugi palec. W starożytnej Grecji taki układ palców oznaczał inteligencję i wysokie pochodzenie. Typ rzymski jest najrzadszy − pierwsze trzy palce są niemal identycznej długości, a dwa ostatnie wyraźnie krótsze od pozostałych.
Niezależnie od kształtu stopa to lustro wszystkich naszych organów wewnętrznych. To właśnie tutaj znajduje się mnóstwo receptorów, mapa ludzkiego ciała. Doskonałym znawcą tej mapy jest refleksolog, który leczy rozmaite dolegliwości, uciskając poszczególne receptory na stopach. Może to pomóc między innymi w: bezsenności, migrenie, bólach stawów i kręgosłupa, w problemach skórnych i żołądkowo-jelitowych. Na śródstopiu w ujęciu refleksologii znajdują się nasze narządy wewnętrzne, więc przyciskając piętę do śródstopia masujemy żołądek, jelita czy śledzionę. Dlatego tak ważne są codzienny masaż stóp, gimnastyka i chodzenie boso.

Historie w stopach zapisane

Techniki automasażu wykorzystuje coraz popularniejsza w Polsce gimnastyka słowiańska. Stopy, podobnie jak w jodze, służą tu do uziemiania się, więc dobrze ćwiczyć w bliskim kontakcie z ziemią, żeby otworzyć się na płynącą z niej energię. − Stopa w relacji z ziemią odzwierciedla naszą relację z matką. Jeśli coś pojawia się na stopach, to sygnał, że coś w tej relacji jest nie tak − tłumaczy Kasia Muchowska, terapeutka Mizan. – Na przykład przy płaskostopiu większa część stopy dotyka ziemi, co wyraża pragnienie bliskości z matką, więc to znak, że prawdopodobnie nasza matka jest emocjonalnie nieosiągalna. Z kolei narastanie naskórka to otoczenie się skorupką przed teraźniejszością.
Kasia przyznaje, że stopa to część ciała, którą najłatwiej zakryć, a nasze kompleksy biorą się z porównywania i przekonania, że to, co mamy, nie jest wystarczająco dobre. − Gdy ćwiczę gimnastykę słowiańską z dziewczynami, często zdarza się, że mają stopy zakryte rajstopami lub skarpetkami – zauważa. Przyznaje, że zanim pokochała swoje stopy, karmiła się obrazami z prasy i telewizji. – Wiedziałam, że latem muszę o nie zadbać, pomalować paznokcie i wygładzić pumeksem, a jeśli są suche, wetrzeć krem – mówi. − Podczas pracy z gimnastyką słowiańską zaczęłam się zastanawiać, dlaczego skóra na moich stopach jest taka sucha. Gdy zaczęłam ćwiczyć i doceniać moje stopy, to się zmieniło. Narodziła się we mnie wdzięczność za moje stopy. Przestałam je oceniać i traktować przedmiotowo.
Kasia mówi, że jej stopy wyglądają teraz inaczej. Wie już, że krem jest tylko czymś w rodzaju plastra, ale nie zmieni energetycznej kondycji stóp.
O tym, jak trudno jest pokochać swoje stopy, przekonała się również Green. – Moje kompleksy na ich punkcie wynikają z tego, że w mojej rodzinie kobiety mają dość żylaste stopy, więc jeśli założę buty na obcasie, to wygląda to mało estetycznie. Ale moje stopy są też tym, co pozwala mi się ugruntować, poczuć siebie, ustabilizować i za to jestem im wdzięczna – podsumowuje.

Zbawienne rytuały

− Stopa i jej wygląd mówią wiele o budowie ciała, wadach postawy, problemach z układem kostno-stawowym i chorobach układu krążenia – mówi Lidia Zerek, podolog. Podpowiada, jak pielęgnować stopy i paznokcie w zaciszu domowym oraz jak dobierać obuwie i wkładki korygujące. − Wiele moich klientek nie lubi swoich stóp. Wynika to najczęściej z utrwalonych kanonów piękna pokazywanych w mediach. Każda reklama dotycząca pielęgnacji stóp to obrazek młodej, zgrabnej kobiety, która pokazuje nienagannie wypielęgnowane stopy. W rzeczywistości każdy z nas jest inny, więc i nasze stopy się różnią – przekonuje. Ważne, żeby o nie właściwie zadbać. Nie zakrywajmy zmienionych chorobowo paznokci lakierem i nie kupujmy skarpetek złuszczających, ponieważ w ich składzie są kwasy, które zaburzają procesy prawidłowej keratynizacji naskórka. Powinniśmy też unikać tarek i pumeksów, ponieważ pocieranie stopy powoduje wzrost temperatury, a to również zaburza keratynizację i nasze stopy zamiast być gładkie, robią się szorstkie. Naskórek złuszcza się samodzielnie i odbudowuje co 28 dni. Jeśli proces ten przebiega prawidłowo, trudno go nawet zauważyć. Rytuałem powinno stać się codzienne mycie stóp w ciepłej (ale nie gorącej) wodzie, do której możemy dodać odrobinę specjalistycznej soli lub olejku, a po umyciu dokładne wycieranie stóp i przestrzeni międzypalcowych. Pielęgnację warto zakończyć delikatnym masażem, podczas którego wetrzemy preparaty podologiczne mające w składzie odpowiednio skoncentrowane naturalne tłuszcze, delikatną lanolinę, ekstrakty z owoców, preparaty zwalczające działanie wolnych rodników i kompleksy witaminowe, które łagodzą podrażnienia naskórka i wspomagają jego odbudowę.
Co dzieje się, kiedy zapominamy o fundamencie naszego ciała? − Stopy, nieustannie narażone na przeciążenia i tarcie w nieodpowiednim obuwiu, buntują się – tłumaczy Lidia. Powstają odciski, nagniotki, pękają pięty, rosną haluksy, odczuwamy piekący, kłujący ból w obrębie pięt, a nawet całej kończyny dolnej i układu szkieletowego. Unikajmy zatem obuwia, które jest za ciasne i za ciężkie. Szpilki zostawmy na specjalne okazje. Przy zakupie nowych butów zwróćmy uwagę przede wszystkim na wygodę, aby stopa miała odpowiednią ilość miejsca i nie była ściśnięta, oraz na podeszwy, które powinny być elastyczne i lekko amortyzujące. Jeśli do tego będziemy myśleć o swoich stopach z wdzięcznością, zabiorą nas w niejedną fascynującą podróż. Bo niezależnie od wielkości i kształtu stopy komunikują się z nami codziennie i dzielą się mądrością na temat naszego zdrowia, sił życiowych i blokad emocjonalnych.
Zacznij od ćwiczenia: przejdź się boso po plaży, trawie lub podłodze. Na początku stopy będą unikać nierówności, kamyków i gałązek, ale z czasem się do nich przyzwyczają. Poczuj swoje kroki tu i teraz. Za tydzień będą pewnie inne. Podobają ci się ślady, które zostawiasz na ziemi? 

  1. Psychologia

Macierzyństwo pod presją

Macierzyństwo jest takim momentem w życiu, kiedy wszystko staje na głowie.(Ilustracja Aneta Klejnowska)
Macierzyństwo jest takim momentem w życiu, kiedy wszystko staje na głowie.(Ilustracja Aneta Klejnowska)
Mają wszystko to, czego nie miały ich matki: roczne płatne urlopy macierzyńskie, 500 plus, zaangażowanych partnerów. Mogą przebierać w teoriach i nowinkach technicznych. Ale matki czują się dzisiaj przytłoczone. Możliwościami wyboru, wymaganiami społeczeństwa i rodziny, ocenami innych mam. Są zmęczone, niepewne. Ale bardzo dzielne.  

Beszta się dzisiaj kobiety, że nie chcą rodzić. A może by je tak zapytać, jak im się żyje, wychowuje, łączy macierzyństwo z pracą? Z odpowiedzi na te pytania mógłby powstać portret współczesnej matki. W pewnym sensie już powstał, stworzyła go na podstawie badań socjolożka Dorota Peretiatkowicz. – To nie jest tak, że mamy jeden typ matki, bo kobiety są różne – mówi. – Starają się dopasować do zmian, a macierzyństwo jest takim momentem w życiu, kiedy wszystko staje na głowie.

Matka nie jest jedna

Socjolożka wyodrębniła kilka typów kobiet. Pierwszy to takie, które uwielbiają, jak to się powszechnie mówi, siedzieć w domu i uważają, że zajmowanie się rodziną i dziećmi to ich najważniejsza rola społeczna, a dom – twierdza, której trzeba bronić. – Widzę tu powrót do tradycji – mówi socjolożka. – Spora grupa kobiet, około 40 proc., odstawia pracę na boczny tor albo podejmuje się takiej, która nie przeszkadza być matką i żoną na pełny etat. Te mamy są skoncentrowane na dzieciach i domu, co czyni ich życie uporządkowanym, bo wiadomo, co jest ważne, a co mniej.

Drugi typ to „ogarniaczki”. One każdą czynność traktują jako zadanie do wykonania. A zadań jest mnóstwo: nakarmić dziecko, przewinąć, wyjść z nim na spacer, zapisać na szczepienia. Ale także ogarnąć domowe sprawy, zadbać o zdrowe żywienie, ekologię… – Ogarniaczki czują się spełnione nawet w pandemii, kiedy do stałych spraw do załatwienia doszło wiele nowych, i one są w stanie im sprostać – komentuje ekspertka.

Kolejny typ kobiet wprost przeciwnie – nie ogarnia, nie radzi sobie, męczy się. Ich codzienne życie to ciągłe zmaganie. Z obowiązkami, których za dużo, rodziną, która nie rozumie, z innymi kobietami, które krytykują, wyszydzają. Są jak chodzące nieszczęście, łatwo je zranić. – Każdą z nas łatwo zranić, co warto podkreślić – zauważa socjolożka. – Bez większego trudu udaje się ludziom wzbudzić w nas poczucie winy nawet głupim pytaniem: „O, twój synek ma już cztery miesiące, ale czy je marchewkę?”. I pozamiatane. Bo każda odpowiedź jest niedobra: może je, i to za wcześnie, a może nie je, i to za późno. Mamę „chodzące nieszczęście” takie pytania dobijają.

Krańcowo innym typem kobiet są mamy, które uważają się za najważniejsze. Ja je bardzo podziwiam, bo one same do tego doszły. Nie walczą ze światem, wybrały inną strategię – uważają, że najlepiej dostosować się do otoczenia. To elastyczność najwyższej próby. Bo one wykorzystują fakt, że są kobietami, do tego, żeby dobrze im się żyło. Tak jak mężczyźni traktują swoją siłę fizyczną jak oręż, tak one jak oręż traktują swoją kobiecość. Przymioty kobiece mają zapewnić im szczęście, a one dla swojego szczęścia potrafią zrobić bardzo dużo. I, muszę przyznać, świetnie im to wychodzi.

Portret kobiet wyłaniający się z badań Doroty Peretiatkowicz ma też twarz dziarskiej dziewczyny. To głównie dziarskie wychodzą dzisiaj na ulice w protestach. Są odważne, silne, bezkompromisowe. Najbardziej ze wszystkiego cenią sobie niezależność, prawo do samostanowienia. Okupują to ciężką drogą, trudnymi doświadczeniami, cierpieniami, walką ze stereotypami, tradycją, pracodawcami. Boksują się ze swoimi matkami, bo nie chcą, tak jak one, płakać po kątach z powodu mężów. Wolą zostać same, wychowywać samodzielnie. – Walka buduje siłę dziarskich dziewczyn – mówi socjolożka. – One potrafią odrodzić się jak Feniks z popiołów, ale są wkurzone, że inne kobiety nie chcą, tak jak one, walczyć o siebie.

Umęczone

Młode matki są różne, ale mają wiele wspólnego. Choćby to, że mimo dostępu do nowinek technicznych i ułatwień wszystkie są mocno umęczone.
Justyna Brzozowska po raz trzeci przerabia bycie mamą. Przy pierwszej Anieli (lat 9) nie było łatwo, ale dopiero jak urodził się Dominik (lat 6), zobaczyła, co to znaczy dziecko. Bo Aniela spała spokojnie, budziła się co trzy godziny na karmienie, można było coś zrobić, odetchnąć. Natomiast Dominik co godzinę domagał się jeść, płakał, nie dał się odkleić od mamy. Przy Teodorze (4 miesiące) nic więc nie jest w stanie jej zaskoczyć. – To, jak funkcjonujemy, w dużej mierze definiuje dziecko, jakie nam się trafi, po prostu – uważa. – Tak jak to wiecznie płaczące, które nie chce jeść i źle śpi, nie jest naszą winą, tak i naszą zasługą nie jest to, które przesypia noce i pięknie je. Jedno mamy jak w banku – totalne zmęczenie przez pierwsze trzy miesiące. Trzeba zapomnieć o swoich potrzebach innych niż te najbardziej podstawowe. Przy pierwszym dziecku dochodzi do tego stres, bo wszystko bierzemy do siebie. Dlatego polecam więcej dzieci, wtedy nabiera się dystansu – śmieje się.

Barbara Nurowska, mama półrocznej Marysi i czteroletniego Józefa, pamięta, jak reagowała wcześniej, gdy koleżanka, świeżo upieczona mama, mówiła, że przez cały dzień nie ma czasu na kawę. Myślała: „przesadza”. A teraz sama pierwszy posiłek je o 17, po powrocie męża z pracy.

Joanna Juhaniewicz-Dębińska, mama półrocznego Piotrusia, też wie, co to nieprzespane noce. Ale nie to jest dla niej najtrudniejsze. – Najtrudniejszy jest brak czasu dla siebie, choćby w minimalnym wymiarze. By móc usiąść na pięć minut i pomyśleć o czymkolwiek, co nie jest związane z dzieckiem. Słuchałam ostatnio w Internecie o skądinąd bliskiej mi idei, czyli o wychowaniu w bliskości. I tam padło stwierdzenie, że małe dziecko powinno być w epicentrum życia rodziny. Wiadomo, że dziecko jest całym światem, ale ja też mam prawo do chwili wytchnienia, niewiedzy, dlaczego ono płacze, mimo że jest utulone, nakarmione.
Joanna może liczyć na pełną współpracę z mężem, informatykiem. Akurat im pandemia bardzo pomogła. Mąż pracuje zdalnie, bez problemu znajduje więc te pięć minut potrzebne żonie na oddech. A po południu chętnie zostaje w domu, gdy ona idzie do kosmetyczki. Joanna podkreśla, że wychodzi z domu bez poczucia winy, bez konieczności wydzwaniania, czy mąż sobie radzi. Bo współcześni ojcowie radzą sobie świetnie.

Portret kobiet wyłaniający się z badań Doroty Peretiatkowicz ma też twarz dziarskiej dziewczyny. To głównie dziarskie wychodzą dzisiaj na ulice w protestach. Są odważne, silne, bezkompromisowe. Najbardziej ze wszystkiego cenią sobie niezależność, prawo do samostanowienia. (Ilustracja Aneta Klejnowska)Portret kobiet wyłaniający się z badań Doroty Peretiatkowicz ma też twarz dziarskiej dziewczyny. To głównie dziarskie wychodzą dzisiaj na ulice w protestach. Są odważne, silne, bezkompromisowe. Najbardziej ze wszystkiego cenią sobie niezależność, prawo do samostanowienia. (Ilustracja Aneta Klejnowska)

Bez wsparcia innych kobiet

To, co doskwiera dzisiaj młodej mamie, to brak znaczącej pomocy ze strony swoich mam. Kiedyś po wyjściu ze szpitala wracała do domu pełnego kobiet: babć, cioć, sióstr. Teraz czeka na nią mąż, ewentualnie kot lub pies. Dziadkowie są aktywni zawodowo, jak rodzice Barbary, albo mieszkają w innych miastach, jak rodzice Justyny, choć akurat ona może od czasu do czasu podrzucić dzieci dziadkom bądź poprosić: „przyjedźcie”. Justyna dostaje od mamy to, co uważa za najcenniejsze: spokój, zapewnienie, że problemy z dziećmi są czymś normalnym. Wielu młodym mamom właśnie tego brakuje.

Joanna: – Dzisiejsze macierzyństwo, nieco uogólniając oczywiście, jest dużo bardziej samotne, niż było kiedyś. Moja mama kolegowała się z innymi mamami w klatce, mogła liczyć na ich pomoc w zaopiekowaniu się mną, ona to potem odwzajemniała. Teraz mówimy sobie z sąsiadami „dzień dobry”, ale się nie odwiedzamy.
Młoda kobieta ma dzisiaj zapewnioną ze strony innych kobiet raczej krytykę i rywalizację niż wsparcie. Fora internetowe skupiające matki są rozgrzane do czerwoności.
Joanna: – Jestem bierną ich uczestniczką, nigdy nie napisałam postu, ale chętnie czytam. I moja refleksja jest taka, że nie ma większego wroga dla matki niż druga matka. Nie nosisz w chuście – to znaczy, że nie kochasz swojego dziecka. Pytasz o mleko modyfikowane dla czteromiesięcznego szkraba – jesteś złą matką, bo nie karmisz piersią. Usypiasz na rękach – źle, bo powinno zasypiać samo. Nie nosisz? Też niedobrze, bo trzeba być jak najbliżej dziecka. Przefiltrowanie tych rad, znalezienie złotego środka jest bardzo trudne. Większość uczestniczek forów to nie ekspertki, tylko matki, które dzielą się swoimi doświadczeniami. I to jest OK, bo sprawdzają się różne scenariusze. Przeszkadza mi jednak podejście, że moje jest dobre, a twoje – nie. Ocenianie, poczucie wyższości – to może wpędzić w poczucie winy. Smutne, bo robi jej to inna mama.

Dorota Peretiatkowicz: – Zrobiliśmy kiedyś taki eksperyment: wrzuciliśmy na fora dla matek stwierdzenia typu: „Moje półroczne dziecko źle śpi”. Nie upłynęło pięć minut i pojawiły się skrajnie różne odpowiedzi. A zaraz potem rozpętała się burza, co jest najlepsze. Mama szukająca pomocy na forach ma często jeszcze większy mętlik w głowie, niż miała.

W pułapce

Joanna jest chemikiem, pracuje naukowo i takie podejście ma też do macierzyństwa. Wszystkie informacje sprawdza w wiarygodnych źródłach, konsultuje się z ekspertami. Ale nawet ona czasem jest skołowana. Taki przykład: fizjoterapeuta, do którego chodzi z synkiem z powodu drobnej asymetrii, zauważył spocone stópki i doradził: zwiększyć dawkę witaminy D. Joanna skonsultowała to u pediatry i usłyszała: broń Boże, nie zwiększać! Dwa autorytety i każdy mówi co innego. Zaufała pediatrze. Ale wiele matek, idąc za różnymi radami, miota się dzisiaj od ściany do ściany.

Justyna: – W Internecie roi się od różnych opcji wychowania, koncepcji, ocen. Nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich. Przy Anieli sprawdzałam każdą rzecz w książkach. Lubiłam obgadywać z innymi mamami w parku kupki, jedzenie, spanie. Przy drugim dziecku już tego nie potrzebowałam, a przy trzecim lubię spotykać się z osobami, które dzieci nie mają, i rozmawiać o czym innym. Teraz polegam na tym, czego potrzebuje dziecko. I dostosowuję się do niego. Odpuszczam sobie podejście, że jak na przykład nie będę odkładała dziecka do łóżeczka, to nie nauczy się samo zasypiać. Dominik, którego nie odkładałam, śpi bez problemu w swoim pokoju, a Anielę tak – i do tej pory budzi się w nocy. Nie ma reguły.
Justynę najbardziej denerwują rady obcych kobiet z pokolenia jej mamy. Stała kiedyś z Teodorem na ręku, czekając przed szkołą na dzieci. Podeszła do niej starsza pani i mówi: „Co pani robi?! Przewieje go pani”. Ludzie dają sobie prawo do uwag typu: „Rozpuszcza pani dziecko. Za moich czasów to dziecko samo się bawiło. Ono zaraz sobie coś zrobi”.

Kiedyś dzieci budziły życzliwość, a matka mogła liczyć na ludzkie odruchy w trudnych sytuacjach. Teraz i ono, i ona spotykają się z niechęcią.
Barbara: – Ostatnio podjeżdżam do kasy z wózkiem wyładowanym po brzegi, bo robię zakupy tylko raz w tygodniu, jedno dziecko mam w nosidełku, drugie trzymam za rękę. I słyszę: „Dostaje 500 plus razy dwa, to kupuje”. Nogi się pode mną ugięły.

Młode mamy przyznają, że mają wszystkiego do wyboru do koloru. Z dostawą do domu, bezpłatnym zwrotem. Ale, paradoksalnie, wielość wyboru wcale nie ułatwia im życia. To często pułapka.
Joanna: – Najpierw robię research, on dotyczy wszystkiego, nawet kupna grzechotki. I nagle się okazuje, że jest sto różnych grzechotek, a ja spędzam nad wyborem tej odpowiedniej trzy wieczory. Mogłabym kupić pierwszą lepszą z brzegu, ale nie miałabym poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Bo staram się kupować zabawki wspomagające rozwój, spełniające standardy bezpieczeństwa. Szukałam ostatnio w Internecie mleka modyfikowanego, porównywałam składy, co zajęło mi kolejne kilka wieczorów.

Na dwa etaty

Dzisiejsze młode matki, nawet te wybierające zajmowanie się dziećmi, nie chcą wisieć na ramieniu męża, chcą być niezależne.
Justyna, absolwentka turystyki, przed urodzeniem dzieci pracowała na etacie, potem prowadziła działalność gospodarczą. – Nie jestem typem karierowiczki, ale nie wyobrażam sobie życia bez odskoczni w formie pracy. Fajnie mieć swoje pieniądze, robić coś dla siebie, dla higieny psychicznej. Teraz, gdy jedno dziecko mam przy piersi, a dwójka jest w szkole, to nie ten etap, żeby się rozwijać. Ale do pracy zamierzam wrócić.
Joanna myślała – przyznaje, stereotypowo – że jak urodzi swojego wyczekanego synka, to on wypełni wszystkie jej potrzeby. – I ku mojemu zaskoczeniu tak się nie stało. Oczywiście delektuję się tym, że jestem z dzieckiem, bez namysłu wzięłam roczny urlop macierzyński i nie żałuję. Ale po pięciu miesiącach spędzonych w domu wiem, że po roku na pewno wrócę do pracy. O ile zastanawiałam się wcześniej, co zrobić, o tyle teraz nie mam wątpliwości. Mąż też ich nie ma. Powiedział mi niedawno: „Widzę, że jak zostaniesz w domu, to będziesz nieszczęśliwa”. Ma rację. Zamknięcie z dzieckiem nie jest scenariuszem dla mnie.

Joanna uważa, że dużo musi się zmienić w społecznej mentalności, także w języku. Już samo nazywanie okresu bycia z dzieckiem urlopem, który kojarzy się z relaksem, odpoczynkiem, jest niefortunne. Bo to nie jest tak, że mama z dzieckiem na ręku ogląda seriale na Netflixie. – Może są takie mamy, i super. Mnie udało się z mężem obejrzeć dwa seriale po sześć odcinków i uważam to za rewelacyjny wynik. Chciałabym doczekać czasów, kiedy nie będzie funkcjonowało przekonanie, że jak kobieta jest z dziećmi, to nic nie robi. I żeby matki mogły liczyć na pomoc państwa, gdy wrócą do pracy. Żeby nie było tak, że cała pensja idzie na nianię. Jest całkiem dobry system opieki nad kobietą w ciąży. Ale kończy się w dniu porodu, nie rozumiem dlaczego – mówi.
Młode matki oczekują dzisiaj wsparcia systemowego: bezpłatnych żłobków i przedszkoli, ułatwień dotyczących czasu i form pracy, podatków. Te, które wybiorą pozostanie z dzieckiem w domu – docenienia, także przez państwo, ich wysiłku. Kobiety różnią się, nawet w ocenie sytuacji młodych matek w Polsce, ale wszystkie pragną uznania swoich potrzeb, wyborów, praw. To pokolenie nie odpuści. 

  1. Psychologia

Echoizm – przeciwieństwo narcyzmu. Kim są echoiści? 

Echoista u boku narcyza ignoruje swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń. (Fot. iStock)
Echoista u boku narcyza ignoruje swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń. (Fot. iStock)
Zapewne prawie wszyscy wiemy, kim jest narcyz. Wiemy to z różnych publikacji, bo dużo mówi się i pisze o tym typie człowieka. Wiemy to także z codziennego doświadczenia, z życia po prostu, bo dość często spotykamy na swojej drodze ludzi bezgranicznie zapatrzonych w siebie. Ale zdecydowanie mniej wiemy o człowieku, który jest przeciwieństwem narcyza. Chodzi o echoistę.

Echoista - bez głosu

Narcyza kojarzymy również z greckiej mitologii, jednak znowu niekoniecznie kojarzymy już postać dalszego planu, nimfę Echo. Pozbawioną głosu, skoncentrowaną na narcyzie, bez skutku próbującą zdobyć jego miłość. Otóż, ta postać także znalazła swoje miejsce w psychologii. Postawę tę charakteryzują przede wszystkim totalna uległość oraz rezygnacja z własnych potrzeb.

Jednym z pierwszych, który pisał o echoizmie był psycholog kliniczny i wykładowca Harvard Medical School, Craig Malkin. W swojej książce „Rethinking Narcissism” wyjaśnia, że echoizm to także strach przed uczuciem wyjątkowości czy wyróżnianiem się w jakikolwiek dziedzinie. To obawa przed byciem zauważonym, a przez to potencjalnie oskarżonym o… narcyzm! Określenie „echoizm” używane jest głównie w kontekście związku z narcyzem.

Echoista to człowiek, który pasuje do narcyza jak puzzel, gotowy do rezygnacji z siebie, własnych potrzeb, chętny do koncentrowania się w stu procentach na oczekiwaniach drugiego człowieka, jest „idealnym” partnerem dla narcyza. Nietrudno się domyślić, że spotkanie tych dwóch „pasujących do siebie” połówek jest bardzo niebezpieczne.

„Mit o Narcyzie i Echo bardzo dużo mówi o relacjach dwojga ludzi”, pisze Craig Malkin. „Kiedy myślałem o tym, jak Echo reagowała na potrzeby i uczucia ukochanego, przeżyłem tzw. moment „aha!”. Zdałem sobie sprawę, że ludzie, którzy utrzymują bliskie relacje z osobami narcystycznymi, w pewnym momencie rezygnują ze swoich potrzeb na rzecz i dla „dobra” związku, koncentrują się tym, jak czuje się druga strona.”, dodaje psycholog. Ale bez wątpienia, by w taką rolę wejść trzeba mieć w sobie odpowiedni potencjał…


Z domu echoista

„Większość ludzi, którzy zmagają się z echoizmem, nienawidzi własnych potrzeb. Nie czuje się z nimi dobrze, ponieważ z ich dotychczasowych doświadczeń wynika, że gdy za bardzo skupili na sobie uwagę, tracili kontakt z ludźmi, na których im zależało.”, tłumaczy Malkin. Zresztą on sam ma za sobą takie doświadczenie. Jak wspomina był wrażliwym dzieckiem wychowywanym przez matkę, która skupiała na sobie całą uwagę. Mały Malkin chcąc nawiązać z nią jakąkolwiek relację, sam musiał zejść na daleki plan. Zrobił to i niczym echo powtarzał jej potrzeby oraz pragnienia. Nauczył się rezygnować z własnej przestrzeni, potrzeb, zwłaszcza potrzeby uwagi, bycia dostrzeżonym. Nauczył się, że to, co w nim, jest nieistotne. Jeśli zyskuje cokolwiek, to tylko wtedy, kiedy wsłuchuje się w to, co czuje i czego potrzebuje matka. Tylko w ten sposób może „ugrać” okruch uczucia, zainteresowania. Do takiego przekazu dziecko bardzo szybko się adaptuje, to pozwala mu „żyć”. Ale jedynie tu i teraz. Bo w dorosłym życiu ta sama broń go niszczy. Zatem Malkin znalazł sposób na to, by poczuć bliskość z matką, ale stało się to dużym kosztem. Wykształcił w sobie mechanizmy, które w dorosłym życiu są dla człowieka krzywdzące.

Innym potencjalnym źródłem wykształcenia się w człowieku echoizmu jest sytuacja, w której rodzice czy rodzic powtarzają swoim dzieciom, że nie wolno koncentrować się w życiu na sobie. Ten niepozorny komunikat powtarzany często i regularnie potrafi skutecznie zabić w dziecku poczucie wyjątkowości.

Dorosły echoista działa wedle silnego wewnętrznego schematu, który zna. Zakładając, że mamy skłonność do odtwarzania nie tylko swoich zachowań, ale także rodzaju relacji, które znamy, echoista szybko odnajdzie się na przykład, kiedy u jego boku pojawi się narcyz. On to zna, więc wie, jak narcyza „obłaskawić”. I wszystko gra. Jest komplementarnie, pozornie bezpiecznie. Echoista u boku narcyza może nadal ignorować swoje potrzeby emocjonalne, bo narcyz z powodzeniem zajmuje sobą całą przestrzeń.

Przełamać schemat

Co mogłoby sprawić, żeby echoista dostrzeże siebie? Pierwszy krok, to zauważyć swój wdrukowany schemat, że bycie z drugim człowiekiem jest jednoznaczne z zaprzedaniem samego siebie. Bo przecież nie jest! Prawdziwa relacja oznacza być z kimś, przy kimś, ale jednocześnie być przy sobie. Bycie empatycznym, a echoista ma w sobie tony empatii, nie oznacza absolutnie całkowitego porzucenia samego siebie. I to dotyczy nie tylko związków partnerskich, miłości, ale także choćby przyjaźni. Mogłoby się wydawać, że echoista jest doskonałym materiałem na świetnego przyjaciela – potrafi słuchać, poradzić, pomóc, pobyć blisko, itd. Otóż, psychologowie twierdzą zgodnie, że to absolutnie nie jest rys dobrego przyjaciela, bo przyjaźń, jak każda interakcja z drugim człowiekiem, wymaga od nas jednocześnie umiejętności dawania, ale i brania. Trzeba umieć jedno i drugie. Inaczej każdy związek staje się sztuczny, a wtedy nie ma mowy o bliskości. By być naprawdę blisko z drugim człowiekiem trzeba umieć być elastycznym, dopasowywać swoje reakcje do zewnętrznych okoliczności, i tego musi nauczyć się echoista.

  1. Psychologia

Wysoka wrażliwość – jak z nią żyć?

Osoby wysoko wrażliwe powinny nauczyć się sobą zaopiekować. (Fot. Getty Images)
Osoby wysoko wrażliwe powinny nauczyć się sobą zaopiekować. (Fot. Getty Images)
Tego nie można się „oduczyć” i dzięki pracy nad sobą stać się osobą nisko wrażliwą. To tak, jakby ktoś chciał zmienić kolor oczu – mówi psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz. To, co można zrobić, to się o tę swoją inność zatroszczyć.

Niektóre z nas wciąż słyszą o sobie: „przewrażliwiona”, „histeryczka”. Pani proponuje inne określenie: „kobiety, które czują za bardzo”. Taki tytuł nosi też pani nowa książka.
To, co skłoniło mnie do zajęcia się tym tematem, to historie moich pacjentek, ale także krążące opinie na temat tego, że koncepcja psychologiczna dotycząca wysokiej wrażliwości jest wydumanym problemem. Że powstała po to, żeby usprawiedliwić kobietę, która jest niedojrzała emocjonalnie, nie wie, czego chce, a do tego manipuluje innymi, by osiągnąć swoje cele. Wysoka wrażliwość wciąż mylona jest z przewrażliwieniem, z brakiem umiejętności dostosowania się do otaczającego świata, z niedawaniem sobie w życiu rady. Chcę powiedzieć stanowczo: to bzdura! Nieprawdziwa, niesprawiedliwa, bardzo krzywdząca.

I niestety popularna.
Żyjemy w czasie, kiedy przekazy dotyczące emocji i emocjonalności są sprzeczne. Choć wiele mówi się już o wadze umiejętności odczytywania i wyrażania swoich uczuć, to jednocześnie w cenie jest zachowanie twarzy pokerzysty. A kiedy ktoś właśnie swoje emocje wyraża, odpowiedzią otoczenia jest dystans, patrzenie z przymrużeniem oka, jak na kogoś nie do końca poważnego albo gorszej kategorii. Problemem jest nieznajomość podstaw psychologii. A ponieważ ich nam brakuje, mamy tendencję do tego, by rozmaite trudności emocjonalne wkładać do jednego worka z napisem „przewrażliwienie”. Oczywiście są osoby przewrażliwione, czyli takie, których reakcje są nieadekwatne do sytuacji. Jednak to raczej nie jest cecha osobowości. Przewrażliwienie to wynik sytuacji, okoliczności, w jakich ktoś się znalazł – tego, że aktualnie z jakimś tematem jest nam nie po drodze. Tak jak nie po drodze może być kobiecie, która właśnie się rozwodzi, z tematem wielkiej miłości czy walentynek. Może wtedy reagować przesadnie, ale to sytuacyjne i przejściowe. Natomiast wysoka wrażliwość to po prostu cecha charakteru, specyficzny sposób funkcjonowania ośrodkowego układu nerwowego. Nie można się jej „oduczyć” i dzięki pracy nad sobą stać się osobą nisko wrażliwą. To tak, jakby ktoś chciał zmienić kolor oczu. Można założyć soczewki, jednak to będzie tylko udawanie.

Z wysoką wrażliwością się rodzimy?
Tak, bez względu na to, czy wychowaliśmy się w fajnej, ciepłej rodzinie, czy w toksycznej. Nasz mózg po prostu inaczej przetwarza bodźce, które do nas docierają. Mówiąc najbardziej obrazowo, chodzi o to, że intensywniej chłoniemy świat, każdym zmysłem. Dźwięki, zapachy, światło – to wszystko dociera do nas ze zwielokrotnioną mocą. A do tego występuje bardzo duża wrażliwość na ludzi. Takie osoby mają ogromne pokłady empatii, są doskonałymi obserwatorami, po najdrobniejszej zmianie mimiki są w stanie wyczuć czyjeś nastawienie, zmianę nastroju, intencje. To brzmi wręcz fantastycznie, ale taka czułość na szczegóły i umiejętność odbierania świata całym sobą może być bardzo obciążająca, męcząca. Ktoś taki potrzebuje dużo więcej regeneracji i chwil spędzonych w samotności, na odcięciu się od świata. I już to, jak opowiadają moje pacjentki, jest często niezrozumiane przez całą resztę, czyli ludzi nisko wrażliwych.

Według badań proporcje są takie: 20 proc. populacji to osoby wysoko wrażliwe, 80 proc. – nisko wrażliwe. Można poczuć się jak kosmita…
I zapewniam panią, że tak właśnie te osoby się czują. Kiedy koleżanki i koledzy z pracy po ciężkim dniu wybierają się razem na piwo, żeby odreagować i rozluźnić się, osoba wysoko wrażliwa marzy tylko o tym, by wrócić do domu, zaszyć się w ciszy i ciemności. Czuje, że to jest ponad jej siły. A ponieważ dla reszty nie jest to „normalne”, więc zwykle taka kobieta kręci i wymyśla powód, dla którego nie może się spotkać ze znajomymi. Prędzej czy później dostaje łatkę dziwaka czy odludka.

Czy wykształcenie tej cechy to efekt pędzącego współczes­nego świata, czy może tacy ludzie byli zawsze, tylko po prostu nie mówiło się o tym, nie badano tego zagadnienia?
W moim poczuciu i wedle mojej wiedzy ta cecha istniała zawsze. W swojej książce piszę, że pewnie kiedyś kobiety wysoko wrażliwe to były te, które palono na stosach, nazywano czarownicami. Oczywiście to tylko moje gdybanie, ale wydaje mi się, że właśnie ta kobieca intuicja w wydaniu zintensyfikowanym, swoisty nadmiar empatii, zdarzała się zawsze, tylko dopiero dziś zostało to nazwane i opisane. I bardzo dobrze, bo tylko w ten sposób wysoko wrażliwi mogą zdjąć z siebie łatkę dziwaków, nieogarniętych życiowo.
Po napisaniu książki dostaję mnóstwo wiadomości. To tylko potwierdza, że „kobiety, które czują za dużo”, rzeczywiście istnieją i rzeczywiście cierpią. Piszą, że dopiero teraz mogą znaleźć wytłumaczenie dla czegoś, co było źródłem ich kompleksów. Bardzo mnie to cieszy, bo wiedza o tym, jakie jesteśmy i co z czego wynika, daje nam szansę, by się sobą odpowiednio zaopiekować, lepiej zaprojektować swoje życie – to znaczy brać pod uwagę swoją wysoką wrażliwość, kiedy zmieniamy pracę, wybieramy się na wakacje czy kiedy wchodzimy w nowy związek. Ta wiedza to także źródło naszej siły.

Bo kobieta, której zapach perfum koleżanki z pracy przeszkadza na tyle, że nie jest w stanie pracować, nie jest ani histeryczką, ani wariatką.
Nie jest! Podobnie jak ta, która nie potrafi skupić się w szumie biura i której napisanie mejla zajmuje trzy razy więcej czasu, niż kiedy robi to w domowym zaciszu. Czy taka, która zgodnie ze swoimi poglądami chciałaby uczestniczyć w marszach Strajku Kobiet, ale tego nie robi, bo nie potrafi dłużej wytrzymać w tłumie. Z takich właśnie rozterek zwierzają mi się kobiety. Czują, że to, jakie są, w pewnym sensie wyklucza je z normalnego życia. Wyrzucają sobie, że robią z igły widły, więc znoszą ten zapach perfum koleżanki w milczeniu i z bólem głowy! Za wszelką cenę starają się dostosować.

Krytyka innych boli…
Czasem, żeby niedowiarkom zobrazować odczucia osoby wysoko wrażliwej, mówię, że taki człowiek czuje się non stop tak, jakby stał na ruchliwym skrzyżowaniu w Tokio. Proszę sobie wyobrazić, że jest pani średnio 12 godzin na dobę w miejscu, w którym wciąż trąbią, jest tłum, szum, ktoś panią co chwilę potrąca, o coś pyta, ktoś inny krzyczy do telefonu. Głowa nam pęka, a o ucieczce nie ma mowy. Przyjemnie? No właśnie… A tak czuje się przez większość czasu osoba wysoko wrażliwa.
O tym, jak mocno odbiera świat, świadczy z pozoru drobny, ale przewijający się w opowieściach moich pacjentek drobiazg – drapiące metki! Ten dotyk to dla nich tak nieprzyjemne uczucie, że pierwszą rzeczą, którą robią po przyjściu do domu z nowym ciuchem, jest jej wycięcie.

Próba dostosowania się do standardów osób nisko wrażliwych ma swoją cenę, prawda?
Zdecydowanie tak! Koszty są czasem naprawdę duże, dlatego nie wolno tego robić!

Czy można wpędzić się w ten sposób w stany depresyjne?
Badania nad osobami wysoko wrażliwymi prowadzone przez doktor Elaine Aron, twórczynię pojęcia wysokiej wrażliwości, wykazały co prawda, że nie ma żadnych różnic między osobami wysoko i nisko wrażliwymi w zakresie zapadania na depresję i zaburzenia lękowe, ale też kiedy osoba wysoko wrażliwa już choruje na depresję, to bardzo często u jej podłoża leży ten sam powód: ostracyzm i odrzucenie społeczne. To dowodzi tego, jak bardzo cierpią ludzie wysoko wrażliwi.

Wspomniała pani, że swoją wysoką wrażliwość należy mieć na uwadze także wtedy, kiedy wchodzimy w nowy związek. Co to dokładnie oznacza? Na co warto zwrócić uwagę?
Mogłoby się wydawać, że z wysoko wrażliwymi osobami najlepiej dogadują się inni wysoko wrażliwi. Otóż to nie takie proste. Mam w terapii takie pary – wcale nie są to związki idealne, bo to relacje kompletnie „odbodźcowane”, a to też nie jest zdrowe. Pojawia się wtedy taki poziom nudy i rutyny, który może być szkodliwy dla związku. A skoro pyta pani, na co zwrócić uwagę, odpowiem tak: jeśli wysoko wrażliwa kobieta znajduje nisko wrażliwego partnera lub nisko wrażliwą partnerkę, polecam, by z jednej strony dała jemu czy jej żyć – czyli miała na uwadze, że taka osoba potrzebuje większej porcji bodźców – ale z drugiej strony uświadomiła partnerowi, jakie są jej potrzeby: czytelnie, otwarcie, szczerze. I uprzedziła, że fakt, iż potrzebuje być często sama, nie wynika z tego, że nie jest im już po drodze czy że się od siebie oddalają. Ona po prostu wycofuje się, by złapać oddech, a nie wycofuje się z relacji.

Usłyszała pani od którejś pacjentki lub czytelniczki, że przez swoją wysoką wrażliwość zmuszona jest obchodzić się ze sobą trochę jak z jajkiem?
Nie chodzi o to, by obchodzić się ze sobą jak z jajkiem. Wysoka wrażliwość to nie choroba! Chodzi o to, by zapewnić sobie warunki adekwatne do swoich potrzeb, by te potrzeby szanować, brać je pod uwagę w codziennym życiu. Elaine Aron używa pewnej metafory – tłumaczy, by zaopiekować się sobą tak, jak opiekujemy się noworodkiem. Kiedy płacze, nie dyskutujemy, czy ma powód, po prostu otaczamy małe dziecko czułością – przytulamy, karmimy. Wyrazem czułości wobec siebie będzie choćby to, jakie miejsce wybierzemy na wakacje. Ktoś, kto stale przebywa na skrzyżowaniu w Tokio, nie powinien odpoczywać w Nowym Jorku, ale raczej na wsi pod miastem. Raczej joga, a nie crossfit. Po prostu.

Wyrazem czułości będzie chyba także spojrzenie na swoją wrażliwość jako wartość, bo z tej cechy świat może korzystać!
Zdecydowanie może! Osoby wysoko wrażliwe to świetni pracownicy. Pilni, sumienni, skuteczni. Genialnie sprawdzają się podczas negocjacji – wyczuwanie niuansów, subtelnych sygnałów jest tu przecież bezcenne. Zresztą w wielu krajach w dużych firmach prowadzone są specjalne szkolenia dla dyrektorów i osób zarządzających na temat tego, jak wykorzystać ogromny potencjał osób wysoko wrażliwych. Bo jeżeli zapewni się im odpowiednie warunki, będą rozkwitać, z korzyścią dla wszystkich dookoła. To samo dotyczy ich życia prywatnego. Osoba wysoko wrażliwa to genialny przyjaciel – potrafi słuchać, ma ogromne pokłady empatii, dogłębnie wszystko analizuje, więc potrafi też doradzić. A czy nie tego potrzebujemy właśnie od bliskiej osoby?!

Katarzyna Kucewicz, psycholog, psychoterapeutka. Współprowadzi w Warszawie Ośrodek Psychoterapii i Coachingu „Inner Garden”. Jej książka „Kobiety, które czują za bardzo” ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis. (Fot. materiały prasowe)Katarzyna Kucewicz, psycholog, psychoterapeutka. Współprowadzi w Warszawie Ośrodek Psychoterapii i Coachingu „Inner Garden”. Jej książka „Kobiety, które czują za bardzo” ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis. (Fot. materiały prasowe)

  1. Moda i uroda

Zapisane w genach

Za urodę odpowiada skomplikowana kombinacja genów. (Fot. BEW)
Za urodę odpowiada skomplikowana kombinacja genów. (Fot. BEW)
Pamiętam, jak moja mama rozdzielała sklejone tuszem rzęsy igłą, obserwowałam to z fascynacją. Dziś zmieniły się produkty do makijażu i kremy, ale wspomnienie zostało. O to, co dziedziczymy po rodzicach, jak dbać o swoją skórę i czego uczyć własną córkę, zapytałam genetyczkę, dermatolożkę i wizażystkę.

Ewa Bartnik, genetyk, profesor biologii, popularyzatorka nauki

Pani profesor, znane osoby w wywiadach na pytanie o to, jak dbają o cerę, mówią, że „ich piękna cera to zasługa genów”…
Raczej dobrego lekarza, przynajmniej gdy patrzy się na amerykańskie aktorki. Oczywiście pewne typy karnacji starzeją się lepiej niż inne. Ważna jest też kwestia struktury kostnej. Jednak na ten temat genetycznie naprawdę nic nie wiemy. Wiemy natomiast, że fotostarzenie ma duży wpływ na wygląd cery, więc na pewno warto stosować kremy z filtrami SPF. Coś na pewno jest zapisane w DNA, ale wiele rzeczy zależy od nas. Są kobiety tak nieprawdopodobnie piękne, że aż serce ściska. Ale skąd to się wzięło? Kształt twarzy, struktura kości, wielkość oczu. To na pewno jest jakaś kombinacja genów. Ale czy wszystkie piękne aktorki mają pięknych rodziców? Niekoniecznie.

Więc nie jest prawdą, że inteligencję dziedziczy się po matce, a urodę po ojcu?
To błędne zdanie, nie wiem, skąd się wzięło. Moim najukochańszym przykładem są Ingrid Bergman i Isabella Rossellini – matka i córka, obie aktorki, obie przepiękne. Tata Isabelli Rossellini był reżyserem, który słynął z tego, że był reżyserem, a nie ze swojej urody. Z drugiej strony mamy przykłady ojców i synów, którzy otrzymali Nagrodę Nobla. Jak Arthur Kornberg, amerykański biochemik i lekarz, oraz Roger Kornberg, chemik, profesor biologii, obaj uhonorowani Noblem. Podobnie jak Bohrowie, ojciec i syn. Myślę, że przykładów znalazłoby się więcej.
Od obojga rodziców dziedziczymy po 23 chromosomy, w tym dwa chromosomy odpowiedzialne za naszą płeć – dziewczynki mają dwa chromosomy X, po jednym od mamy i taty, a chłopcy jeden chromosom X od mamy oraz jeden chromosom Y od taty. Ale geny na inteligencję nie są umieszczone tylko w jednym chromosomie. Podobnie cechy wyglądu, takie jak: kształt twarzy, kolor oczu, włosów, skóry, są zapisane w kilku lub kilkudziesięciu czy więcej genach. Nie można w prosty sposób powiedzieć, po kim te cechy zostały odziedziczone.

Można powiedzieć, że jesteśmy miksem genów rodziców?
Jesteśmy miksem genów naszych przodków. Dzieci nie są przecież identyczne jak rodzice i choć charakterystyczne cechy przechodzą z pokolenia na pokolenie, to zdarzają się różne niespodzianki. Do niedawna jako swoisty papierek lakmusowy zdrady traktowany był kolor oczu. Dziś wiemy, że niesłusznie. Dziecko niebieskookich rodziców może mieć brązowe oczy. A dziecko rodziców o czarnych oczach może mieć zielone tęczówki. Kolor oczu nie zależy wcale od jednego genu. W dzisiejszych testach, które służą do nam do określania koloru oczu czy włosów, na przykład w medycynie sądowej, mamy aż kilkanaście markerów genowych do oznaczenia i dopiero poznanie ich wszystkich pozwala nam ustalić, jaki kolor oczu miał dany człowiek. A geny naszych przodków mogą się wymieszać tak, że dają najróżniejsze odcienie tęczówek. Wiem to po sobie. Mój ojciec miał oczy piwne, mama miała szaroniebieskie, ja mam zielone. Mój mąż z kolei ma szare, a nasze dzieci zielone.

W książce „Co kryje się w naszych genach?” pisze pani, że w przypadku cech charakteru, inteligencji czy predyspozycji do różnych dolegliwości geny mają wpływ w 50 proc., pozostałe 50 proc. to czynniki środowiskowe. Czy podobnie jest z procesem starzenia, jakością cery?
Opowiem pani anegdotkę, którą opowiadam studentom. Gdy byłam młoda, jeszcze nie miałam dzieci, byliśmy z grupą znajomych na kajakach i wysłali mnie do wsi po masło. Musiałam je sama ubijać, bo go nie było. Gospodyni mnie pyta, ile mam lat. Mówię, że 27. Ona mówi: „Ja też!”. Tyle że ta kobieta była bezzębna, pomarszczona, zasuszona. Szóstka dzieci. Złe żywienie.

Czyli jednak warto po prostu dbać o siebie.
Każdej cerze zrobi dobrze stosowanie dobrych kosmetyków. Ja zawsze wydawałam na to dużo pieniędzy. Jestem z 1949 roku, więc sporą część mojego życia spędziłam w czasach, kiedy krem był albo go nie było. Kiedy kosmetyki stały się bardziej dostępne, zawsze stosowałam kremy z filtrem. Moja mama była ruda i bardzo dbała, żebym unikała słońca. Dzięki temu mam mało przebarwień na skórze. Zawdzięczam to nie genom, tylko bezpośrednio mamie.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Aleksandra Jagielska, dermatolog, lekarz medycyny estetycznej, właścicielka warszawskiej Kliniki Sthetic, mama Pauliny

Aleksandra Jagielska, dermatolog, lekarz medycyny estetycznej, właścicielka warszawskiej Kliniki Sthetic, mama Pauliny. (Fot. archiwum prywatne)Aleksandra Jagielska, dermatolog, lekarz medycyny estetycznej, właścicielka warszawskiej Kliniki Sthetic, mama Pauliny. (Fot. archiwum prywatne)

Pani doktor, jak pani pielęgnuje swoją skórę?
Przede wszystkim bardzo dokładnie ją oczyszczam. Do zmywania makijażu używam mleczka kosmetycznego, które rozprowadzam szczoteczką soniczną. Mam przy okazji lekki masaż twarzy. Spłukuję mleczko wodą. Potem przecieram skórę tonikiem na bazie wody różanej. Codziennie rano używam serum z antyoksydantami (moje ulubione to Tannic CF Serum marki Alphascience) i kremu pielęgnacyjnego. Lubię odżywcze formuły, na przykład Vichy Neovadiol czy Lierac Premium. A pod oczy od lat używam Shiseido Benefiance. To bogaty krem, który daje mi uczucie komfortu przez cały dzień. Na noc również nakładam na twarz serum. W okresie jesienno-zimowym jest to produkt z retinolem. W dzień obowiązkowo krem z SPF, staram się wybierać filtry mineralne.

Czy tej uważności w dbaniu o siebie nauczyła się pani od mamy?
Moja mama lubiła się malować, zawsze używała perfum. Ja też to lubię i na co dzień używam perfum. Podobnie jak ona nie lubię pudru. Mama była piękną kobietą, w której się wszyscy kochali, ale nie pamiętam, żeby miała rozbudowane rytuały pielęgnacyjne. Latem robiła sobie maseczki z plasterków ogórka czy rozgniecionych truskawek, to jeszcze zostało mi w pamięci.

A pani córka sięga po kremy, których pani używa?
Ona też lubi się malować, ale kremów jeszcze nie używa na co dzień. Ma piękną młodą skórę, nie ma takiej potrzeby.

Naprawdę? Nie mówi pani córce, że od najmłodszych lat trzeba dbać o skórę?
Nie! Może czasem, jak widzę, że ma bardziej przesuszoną skórę. Paulina nigdy nie miała skłonności do trądziku, podobnie jak moja mama i ja. Wszystkie trzy mamy piękną, porcelanową skórę. Nie jestem zwolenniczką nadmiernej pielęgnacji, gdy nie ma takiej potrzeby. Na wakacjach dbam o to, żeby się smarowała kremem z filtrem. Czasem wysyłam ją na zabieg Geneo. Działa złuszczająco, zwęża pory, dotlenia skórę. To naprawdę wystarczy.

Ale teraz jest tak dużo rzeczy na półkach w drogeriach, do tego reklamy przekonują, że od urodzenia niemal zaczynamy się starzeć, więc trzeba smarować, wklepywać, masować…
Jesteśmy na to odporne, zawsze kierujemy się swoim rozsądkiem. Dlatego zamiast zbędnych kremów dbam o dobrej jakości wodę (nie z plastiku) i jedzenie. Holistyczne podejście jest ważne.

Stosuje pani suplementację?
Na co dzień bierzemy witaminę D3, jesienią i zimą także olej lniany i acerolę. Ja robię sobie jeszcze kuracje z kolagenem.

Ma pani piękne włosy. Dba pani o nie w szczególny sposób?
Jest taki świetny olejek Khadi Ayurvedic Hair Oil, który sobie wcieram w skórę głowy. Lubię też olej z korzenia łopianu z ziołami Nami. Do moich systematycznych rytuałów pielęgnacyjnych należy też kąpiel w soli. Może to być sól z Morza Martwego, ale może też być nasza kłodawska. Wsypuję do wanny kilogram soli, dodaję pół butelki octu jabłkowego i dwie łyżki miodu. Mam mały ręczniczek, którym robię sobie też kompres na twarz. Skóra jest potem jedwabista. Uważam, że takie kąpiele i wcieranie oleju we włosy działają rewelacyjnie.

To proszę zdradzić jeszcze swoje ulubione zabiegi gabinetowe.
Lubię wszelkiego typu mezoterapie, na przykład Restylane Skinboosters Vital. Ostatnio testowałam nowy Dermapen na twarz i szyję. Z zabiegów, które kondycjonują skórę, lubię laser oraz HIFU. Raz w roku robię sobie SonoQueen, które wykorzystuje tę technologię. Chodzę też na refleksologię twarzy do pani Mai Krauze. Twarz po masażu jest zliftingowana, rozświetlona i wypoczęta. Na ciało stosuję zabiegi modelujące, choćby Ondę. Polecam też endermologię.

Łazienkowa półka doktor Aleksandry Jagielskiej: 1. Krem Premium Lierac  50 ml/380 zł. 2. Anti-age booster NEAUVIA 10 × 25 ml/138 zł. 3. Serum Retinol 10TR Intense MEDIK8  15 ml/233 zł. 4. Szczoteczka soniczna Luna 3 foreo 849 zł. 5. Tonik różany PIXI 100 ml/59 zł (Sephora). 6. Serum do twarzy i szyi SPF 50 Lamelat™ pharmann 30 ml/195 zł. (Fot. materiały prasowe)Łazienkowa półka doktor Aleksandry Jagielskiej: 1. Krem Premium Lierac 50 ml/380 zł. 2. Anti-age booster NEAUVIA 10 × 25 ml/138 zł. 3. Serum Retinol 10TR Intense MEDIK8 15 ml/233 zł. 4. Szczoteczka soniczna Luna 3 foreo 849 zł. 5. Tonik różany PIXI 100 ml/59 zł (Sephora). 6. Serum do twarzy i szyi SPF 50 Lamelat™ pharmann 30 ml/195 zł. (Fot. materiały prasowe)

Aneta Kacprzak, makijażystka i stylistka fryzur, stworzyła własną markę akcesoriów Kacase, firmę prowadzi z córką Alicją

Aneta Kacprzak, makijażystka i stylistka fryzur, stworzyła własną markę akcesoriów Kacase, firmę prowadzi z córką Alicją. (Fot. Ania Powałowska)Aneta Kacprzak, makijażystka i stylistka fryzur, stworzyła własną markę akcesoriów Kacase, firmę prowadzi z córką Alicją. (Fot. Ania Powałowska)

Czy pani mama się malowała i stąd pani miłość do makijażu?
Moja mama zawsze się malowała. Ma urodę, która kojarzy się z latami 60. Robiła sobie charakterystyczny dla tego czasu makijaż – kreska na górnej powiece, brew podkreślona, róż Bourjois, kolor na ustach – brąz albo róż. Zawsze była idealnie umalowana. Tak po prostu było, nie odbierałam tego jako czegoś wyjątkowego. Ale tak naprawdę fascynacja makijażem narodziła się dopiero, gdy zaczęłam studiować charakteryzację. Zakochałam się w tym, że można człowieka zmienić, że jest tyle możliwości.


Makijaż należy dopasowywać do wieku czy wszystko wolno?
Kiedyś było takie popularne określenie „stara maleńka”. Pokazuje, że jednak są pewne zasady, których dobrze jest się trzymać. Przede wszystkim nie przesadzać, nie przemalowywać się. Mam dwudziestoletnią córkę i wiem, że dziewczyny chcą się malować. Czasem po prostu potrzebują, żeby na przykład przykryć trądzik. Sypkie kilkuskładnikowe podkłady mineralne, jak Annabelle Minerals, nie tylko maskują, lecz nawet ratują skórę, przysuszają zmiany trądzikowe.

Pani torba z kosmetykami to musiał być raj dla córki.
Moja torba z kosmetykami to moja praca. Nie można jej dotykać. Taka była zasada od zawsze. Ale mamy w domu koszyk z kosmetykami, do którego trafiają rzeczy, których już nie używam na sesjach. Poza kremami i podkładami, które mamy swoje ulubione, można tam zawsze znaleźć różne różności. Wystarczy poszperać.

Jakie są ulubione kosmetyki pani córki?
Alicja czyta uważnie składy, szuka naturalnych produktów dobrej jakości. Używa mineralnych podkładów, przedłuża brew. Zwykle robi sobie delikatną kreskę nad rzęsą, rozciera ją cieniem. Oczywiście, nie raz, nie dwa malowałam Alicję na imprezę i ona wie, gdzie co sobie położyć. Zresztą jest młoda, więc może wszystko! Chociaż serce mnie boli, gdy widzę młode dziewczyny, które robią ze swojej twarzy kopie kogoś innego. Nie zawsze w tym, co jest modne, będziemy dobrze wyglądać. Dlatego dobrze jest usiąść ze sobą przed lustrem. Nie unosić brwi, nie robić min, tylko usiąść bezmyślnie. Wtedy dopiero zobaczymy wszystkie mankamenty, każdą asymetrię. Makijaż to jest magia. Możemy dużo zmienić, ale trzeba się malować, widząc prawdziwą siebie.

Co warto zmienić w makijażu z wiekiem, gdy zmieniają się rysy i jakość skóry? Czy pani makijaż się zmienił?
Kiedyś używałam mocno matujących kosmetyków. Dziś moja skóra wyglądałaby w nich jak zasuszona skórka jabłka. Teraz wybieram lekkie, rozświetlające podkłady. Korektor pod oczy – u dojrzałych kobiet to jak najbardziej konieczne – i to taki fajny, żeby odbijał światło, a nie był kamuflażem, który kumuluje się w zmarszczkach. Lubię też róż na policzkach. Z latami widzę, że ta apetyczna świeżość na policzkach dobrze robi, odmładza. Sama coraz chętniej sięgam po róż, chociaż wcześniej używałam tylko bronzerów. Do tego delikatny rozświetlacz w kremie (jak MyStarLighter polskiej marki Miya), którego używam na kość jarzmową, na powiekę górną i na szczyt kości nosowej. Staram się nie nakładać na brodę, bo to wygląda, jakby się zjadło rosół. Wytuszowane rzęsy zawsze otwierają oko. Cieni używam na co dzień mało. Jeśli już, to naturalny kolor roztarty palcem. Coś opalizującego, żeby oko połyskiwało przy mruganiu. Tylko że nie może to być perła. Lepsze będą drobno zmielone drobinki, wręcz jak brokat. Perła wyciąga każde załamanie skóry.

A co z ustami?
Gdy malujemy usta, a mamy opadające kąciki, co zdarza się z wiekiem – nie należy do końca ich podkreślać. Lepiej wytracić kreskę troszkę wcześniej, żeby makijaż był „niedopowiedziany”. Albo po prostu rozetrzeć odrobinę pomadki palcem.

Z kosmetyczki Anety Kacprzak: 1. Róż NÉo Make up 62 zł (Douglas). 2. Mineralny podkład rozświetlający Annabelle Minerals pojemność podkładu – albo 4g - 39,99zł albo 10g - 64,90zł. 3. Rozświetlacz Miracle Glow Duo MAX Factor 28,10 zł. 4. Cień z palety Master Metals Makeup by Mario 220 zł (makeupbymario.com). 5. Naturalny, wegański tusz do rzęs Nature Enhanced Length ISADora 69 zł. 6. Szminka MIYA 39,99 zł(miyacosmetics.com). (Fot. Materiały prasowe)Z kosmetyczki Anety Kacprzak: 1. Róż NÉo Make up 62 zł (Douglas). 2. Mineralny podkład rozświetlający Annabelle Minerals pojemność podkładu – albo 4g - 39,99zł albo 10g - 64,90zł. 3. Rozświetlacz Miracle Glow Duo MAX Factor 28,10 zł. 4. Cień z palety Master Metals Makeup by Mario 220 zł (makeupbymario.com). 5. Naturalny, wegański tusz do rzęs Nature Enhanced Length ISADora 69 zł. 6. Szminka MIYA 39,99 zł(miyacosmetics.com). (Fot. Materiały prasowe)