fbpx

Hanna Samson: Wolność, równość, seks!

Hanna Samson: Wolność, równość, seks!
123rf.com

Nawet jeśli wierzymy w udane związki, to kryzys małżeństwa jest faktem. Może więc zamiast z nim walczyć, lepiej otworzyć się na nowe możliwości?
Proszę wybaczyć, ten felieton nie jest dla wszystkich. Tak jak i nie dla wszystkich jest wydana niedawno książka Dossie Easton i Janet W. Hardy „Puszczalscy z zasadami”. Już sam tytuł nieco bulwersuje. Podtytuł wskazuje odbiorców: „Praktyczny przewodnik dla miłośników poliamorii, otwartych związków i innych przygód”.

Poliamoria to słowo, które zyskuje coraz większą popularność. Dla jednych oznacza wszelkie formy relacji seksualnych inne niż monogamia, dla innych – tylko te, w które angażujemy się uczuciowo. Tak czy siak, książka budzi emocje, można mieć do niej zastrzeżenia, sama raz po raz się złościłam, gdy ją czytałam, ale na koniec przyznałam autorkom: coś w tym jest! Kto wie, czy gdybyśmy się tak kurczowo nie trzymali pomysłu, że związek to tylko dwie osoby, nie bylibyśmy szczęśliwsi?

Wiele cierpień i porażek małżeńskich wynika z faktu, że traktujemy drugiego człowieka jak swoją własność i że przez niego tak jesteśmy traktowani. Poliamoria uwalnia od tego. Uznaje ludzkie prawo do decydowania o sobie, do wchodzenia w tyle związków, na ile mamy ochotę i takich, jakie chcemy. Warunek jest jeden: inne osoby się na to zgadzają, nie oszukujemy ich, a traktujemy z miłością i szacunkiem. I uznajemy równe prawa wszystkich, nie ma mowy o podwójnych standardach.

Jakiś czas temu pisałam o kobiecie, która miała męża i kochanka i bardzo cierpiała, bo nie wiedziała, którego z nich wybrać. Z mężem stworzyła ciepły dom dla swoich dzieci. Kochanek sprawił, że po raz pierwszy w życiu poczuła się atrakcyjną kobietą. Przez wiele miesięcy podejmowała decyzję. Im bardziej skłaniała się ku jednej opcji, tym strata drugiej wydawała się jej bardziej przerażająca. Najlepiej byłoby zachować ich obu, lecz nic z tego, bo dręczyło ją poczucie winy, że oszukuje męża i postępuje niemoralnie. A gdyby powiedziała mężowi o kochanku i on zaakceptowałby ten związek? Nierealne? W tym przypadku na pewno. Ale gdyby wszyscy troje byli otwarci na poliamorię, sytuacja byłaby zupełnie inna. Porozmawialiby o tym, jak będzie wyglądać ich związek, zawarli stosowne umowy, mąż mógłby znaleźć jeszcze inną partnerkę, kochanek mógłby nie opuszczać żony, mniej byłoby cierpienia na świecie. Zwolennicy poliamorii twierdzą, że jeśli dzielę się sobą z innymi osobami, mojemu partnerowi czy mojej partnerce nic nie ubywa. Wręcz przeciwnie. Inne relacje wzbogacają związek.

Twój partner/partnerka sypia z kimś innym? – w naszej kulturze to dramat. Coś się nam odbiera, coś, co jest naszą własnością. Pojawia się zazdrość, wściekłość, lęk, że zostaniemy opuszczeni, budzą się demony. A gdyby uznać, że partner/partnerka nie jest naszą własnością i nie mamy prawa go/jej ograniczać? Znam wiele związków, w których jedno z partnerów wciąż kontroluje drugie. Sprawdza e-maile, esemesy, godziny powrotu, zabrania wyjazdów, ogranicza kontakt z ludźmi, jakby cały czas węszyło zdradę i chciało ją uniemożliwić. Zwolennicy poliamorii uznają, że drugi człowiek ma prawo sam decydować o sobie. To oczywiście nie uwalnia od zazdrości, ale wskazuje drogę, jak sobie z nią radzić. Nie poprzez kontrolowanie partnerki czy partnera, ale poprzez zmierzenie się ze swoimi uczuciami, za które tylko my jesteśmy odpowiedzialni. Partner/partnerka mogą nam w tym pomóc, ale nie zmienia to faktu, że zazdrość to indywidualny problem i samemu trzeba ją rozbroić, pracując nad sobą. Gdybyśmy tylko tyle przejęli od „puszczalskich z zasadami”, wiele związków byłoby lepszych. A warto przejąć więcej. Gdybyśmy nawzajem się słuchali, umieli rozwiązywać konflikty, dbali nawzajem o swoje uczucia, zawierali uczciwe umowy i renegocjowali je wtedy, gdy z nich wyrastamy, oszczędzilibyśmy sobie wielu dramatów.

Zdaniem autorek „Puszczalskich z zasadami” małżeństwo nie jest dziś konieczne do przetrwania. Może tak jest w Ameryce, ale w Polsce różnie z tym bywa. Wielu ludzi jest razem z powodu mieszkania i finansów, choć związek, który tworzą, ich niszczy. Dla nich poliamoria także byłaby rozwiązaniem. Wynajmowanie domu w kilka osób, wspólne prowadzenie gospodarstwa i opieka nad dziećmi – to naprawdę ułatwia życie.

Czytałam niedawno artykuł o bonobo, czyli szympansach karłowatych, które słyną z rozwiązłości. Okazało się, że są z nami spokrewnione niemal tak blisko jak szympansy zwyczajne, od których różnią się wyraźnie stylem życia. Bonobo nie walczą ze sobą o miejsce w hierarchii, są łagodne, uległe, agresja jest im obca. Do rozładowywania konfliktów i uzyskiwania przywilejów służy im seks uprawiany we wszelkich kombinacjach. Ich życie wypełniają stosunki hetero- i homoseksualne, przeplatane autoerotyzmem. Gdybyśmy w swoim rozwoju poszli ich drogą, a nie drogą szympansów zwyczajnych, normą byłaby dziś poliamoria i to ona byłaby moralna. Ale coś mnie tu jednak niepokoi.

– Czy seks jest naprawdę taki ważny? – zapytał uczeń Mistrza.

– A jest? – Mistrz odpowiedział pytaniem, wskazując na to, że każdy musi sam znaleźć swoją odpowiedź. Również na to, czy chcemy żyć zgodnie z obowiązującymi normami, czy też odważyć się na eksperymenty, które poza te normy wykraczają.

Podczas dyskusji w redakcji „Przekroju” na temat „Puszczalskich z zasadami” doszliśmy do wniosku, że poliamoria może być odpowiedzią na kryzys małżeństwa. Świat się zmienia. Coraz rzadziej pracujemy na etacie, zawieramy wiele umów, nie wiążemy się z jedną firmą, a z kilkoma. Daje nam to poczucie wolności, a utrata jednego miejsca pracy nie oznacza krachu. Być może posiadanie wielu partnerów, z którymi umawiamy się na różne rzeczy, jest lepszym pomysłem niż bezskuteczne oczekiwanie od jednego, że zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Pewnie jest. Ale czy to nie będą przypadkiem umowy śmieciowe? I kto będzie piekł chleb i budował domy, jeśli wszyscy będziemy żyli jak bonobo?

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze