Oczekiwana zamiana miejsc: mąż i żona w nowych rolach

fot. istock

„Postaw się na moim miejscu” – zwykliśmy mówić z wyrzutem. Pomysł swoistej zamiany ról, gdy on staje się nią, a ona nim – wykorzystywany jest przez komedie romantyczne. W życiu coraz większej liczby polskich par taki twist skutkuje raczej dramatem niż komedią. Dziennikarka Katarzyna Kazimierowska przetestowała go na własnym przypadku. Z jakim efektem?

Gdy dzwoni budzik, to on pierwszy wstaje z łóżka. Zbiera ubrania z podłogi, szykuje śniadanie, herbatę w dzbanku, ubiera ich kilkuletnie dziecko. Ona schodzi już w szpilkach, wypija kawę, daje buziaka synkowi i wychodzi. Do pracy. Podczas gdy on bawi się z małym, odkurza, wiesza pranie i sprząta, ona jest na ważnych zebraniach i konferencjach, bardzo zajęta. Tak bardzo, że gdy wraca do domu, i on, i dziecko już śpią. I tak każdego dnia.

Znamy to? No pewnie, wystarczy zamienić osoby lub jak kto woli, odwrócić role. W swoim teledysku zespół Mikromusic w sposób prześmiewczy pokazuje relacje w związku, w którym zarysowany jest wyraźny podział ról. Ona i on, świat pracy i świat domowy, bardzo ważny „męski” świat biznesu i zarobków oraz mało ważny i nieatrakcyjny, zazwyczaj „kobiecy” świat domowych porządków, gotowania obiadków i zajmowania się dzieckiem. Z tym wyjątkiem, że tu mężczyzna dwoi się i troi, by podać śniadanie i nakłada maseczkę na twarz – może żona zauważy, że jest jeszcze sexy? W prawdziwym życiu to tak karykaturalnie nie wygląda, choć gdy dojdzie do zamiany ról, zmienia się cała dynamika.

Małżeństwo, porządki a czas wolny

Wiem o tym, bo w ciągu ostatnich czterech lat obserwowałam dynamikę własnego związku. Kiedy na świecie pojawił się nasz pierwszy syn, mąż po dwóch tygodniach tzw. urlopu dla świeżo upieczonych ojców, wrócił do pracy. W tym czasie obowiązki domowe, które jako młode małżeństwo do tej pory radośnie dzieliliśmy między siebie, powoli zaczęły przesuwać się w jedną stronę. Pranie i prasowanie, jako że potomek regularnie potrzebował opierunku, sprzątanie – jeśli chciałam, żeby malec pełzał po czystej podłodze, musiałam ją umyć. No i gotowanie – bo skończyły się czasy pod tytułem „kupię po drodze pizzę/hinduskie/ugotujemy coś razem”. Pewnego dnia rozejrzałam się po naszym czystym, pachnącym praniem mieszkaniu, zadbany syn gaworzył wśród zabawek i książeczek, a ja stałam w tzw. garach. Gdybym wówczas znała kawałek Mikromusic, pewnie bym go zanuciła. Choć nie, wtedy jeszcze nie chciałam być sexy, albo już nie, bo okazało się, że nadchodzi potomek numer dwa.

Jakkolwiek usilnie perfekcyjne panie domu czy konserwatywni politycy wmawialiby nam, że cudownie jest być boginią domowego ogniska, a kobieta z zawodowym sukcesem jest mało męska, to wszyscy to wiemy – prace domowe, te codzienne, powtarzające się obowiązki, są po prostu nudne. Oczywiście, ktoś je musi wykonywać, ale dlaczego ma je robić zawsze ta sama osoba? Gdy dochodzi do nich cały zestaw czynności pielęgnacyjno-jedzeniowo-opiekuńczych wokół dziecka, obowiązki rozrastają się i zdają nie mieć końca.

W książce „Marriage, a history” historyczka Stephanie Coontz przytacza badania, które pokazują, że kobiety zamężne wykonują więcej czynności domowych po ślubie niż przed. Małżeństwo, dowodzi autorka, odbiera kobietom czas wolny. Za to mężczyźni nic nie tracą. Dlatego kobiety po ślubie tak chętnie, jeśli nie desperacko, podejmują próby przekonania mężów do zmiany podziału domowych obowiązków, bo dla nich oznacza to zawsze zmianę na lepsze. Co ciekawe, badania w Stanach Zjednoczonych pokazują też, że gdy mężowie reagowali na te propozycje pozytywnie i brali na siebie więcej zadań typowych dla domowej krzątaniny, skutkowało to szczęśliwszym, a na pewno dłuższym pożyciem małżeńskim. Dlaczego? Bo żony były mniej zmęczone, a przez to bardziej zadowolone.

Kiedyś podział ról był jasny. Jeszcze 30–40 lat temu na ulicach raczej nie spotykało się mężczyzn z wózkiem, bawiących się z dziećmi na placu zabaw czy na podłodze w domu – tłumaczy psycholożka Bianca-Beata Kotoro. – Były jasne oczekiwania społeczne: mężczyzna przynosi pieniądze, pracuje, a w domu ma obsługę. Żona, nawet jeśli pracowała, to i tak potem musiała zająć się domem i dziećmi. Inny podział ról czy inne oczekiwania byłyby uważane za dziwne. A przecież tak niedoceniane zajmowanie się domem jest ciężką pracą, która męczy fizycznie, ale też emocjonalnie. Codzienna powtarzalność i monotonia, a gdy są dzieci, jest podwójnie trudniej – dodaje.

Co powiedzą koledzy

Na miesiąc przed narodzinami drugiego potomka mąż rzucił pracę, by wspólnie dbać o szczęście naszych dzieci. Przejął zabawy ze starszym, zaczął biegać po dzielnicy z młodszym w wózku, gotować i robić zakupy. Po pół roku tych dość jednostajnych, acz koniecznych zajęć stwierdził, że przeżywa „wypalenie zawodowe”, że rutyna zabija, a młode matki to bohaterki. Po czym zaczął rozglądać się za przedszkolem dla starszego.

Podobny ruch wykonały dwie pary znajomych. Z różnym skutkiem. U pierwszej, gdy partner zmienił etat na działalność gospodarczą w domowych pieleszach, młoda mama odczuła wyraźną zmianę. Mogła skupić się na obsłudze maluszka, bo rano mąż podawał śniadanie i wyprawiał starsze dziecko do przedszkola, wracał z zakupami i jeszcze gotował obiad, a potem dopiero siadał do komputera. Nagle okazało się, że sił starcza na cały dzień, a nie tylko do godziny 18, jak dawniej, kiedy mąż wracał z pracy, bo dopiero wtedy mogła przez chwilę odpocząć.

Do niedawna mężczyzn stawiano na piedestale za to, że pomagają w czymkolwiek w domu. Z czasem zaczęto przyjmować to jako normalne, a teraz o równości w funkcjonowaniu w społeczeństwie mówi się jako o czymś oczywistym. Ale to, że mężczyzna może spełniać taką samą rolę w domu jak kobieta, że może współwychowywać dzieci, jest pomysłem młodym. Dziś zachęca się mężczyzn, by aktywnie zajmowali się dziećmi, obserwujemy modę na bycie tatą na pełny etat – mówi Kotoro. I dodaje, że zawsze będą różnice w rolach męskich i żeńskich, ale ważne, by tych ról nie wartościować, że coś jest lepsze albo gorsze. – Gdy przyjmiemy, że coś jest po prostu inne, poznamy te różnice, wówczas łatwiej można się wymieniać zadaniami. I to jest dobry punkt wyjścia – tłumaczy.

Druga para znajomych wspólne bycie w domu, opiekę nad dzieckiem i pracę dorywczą zniosła gorzej. – Mąż nie miał cierpliwości do syna, nudził się w domu, kwestionował konieczność połowy obowiązków domowych – opowiada Ania. – W dodatku u niego zajmowanie się domem wiązało się z frustracją, bo nie mógł znaleźć wymarzonej pracy, więc chwilami było nerwowo. Uznaliśmy, że jednak model, kiedy on ma stałą pracę i wychodzi z domu, jest dla niego lepszy, a dla nas oznacza zdrowsze relacje – przyznaje.

Ważne, by wszystko, na co się decydujemy w związku, także zamiana ról czy nawet dzielenie obowiązków po równo, odbywało się zgodnie z naszymi potrzebami i możliwościami – to znów Bianca-Beata Kotoro. – Możemy bardzo dobrze funkcjonować w związku, w którym doszło do zamiany ról, ale też należy się na to przygotować. Trzeba być wyrozumiałym na błędy drugiej strony, inne priorytety, czasem zniechęcenie. A kiedy coś idzie nie tak – być otwartym na konstruktywną rozmowę i zmianę – dodaje. Psycholożka zauważa, że czasem o nastawieniu mężczyzn decydują… koledzy. – Miałam pacjentów, dla których to był problem. Bo znajomi wyśmiewali to, że oni zmieniają pieluchy, że to takie niemęskie. Jeśli ktoś ma wysokie poczucie własnej wartości, poradzi sobie z takimi docinkami, nie będzie się tym przejmował, ale jeśli nie, będzie miał twardy orzech do zgryzienia. Niektórzy panowie decydowali się nawet na wymianę kilku kolegów w swoim otoczeniu – opowiada Bianca-Beata Kotoro. – Ale miałam też pacjentów, którzy widzieli wręcz same plusy tego, że zostają w domu, bo poznawali dobrze wspólnotę w bloku, okolicę. Zaczęli pomagać w drobnych pracach sąsiadom, czuć, że są częścią grupy, a ludzie liczą się z ich zdaniem. A tymczasem kobiety odradzały się, odzyskiwały wiarę w siebie, rozwijały skrzydła w nauce czy firmie, wchodziły w to ze zdwojoną energią, jednocześnie mając poczucie bezpieczeństwa, że ich dzieckiem, domem zajmuje się ojciec, a nie obca osoba czy instytucja.

Mój mąż, feminista

Kiedy młodszy syn skończył 1,5 roku, uznaliśmy z mężem, że jemu, mimo obowiązków domowych, jest dobrze w domu i że teraz ja mogę rozwinąć zawodowe skrzydła. Chwilę później otrzymałam propozycję pracy. Wyrzuty sumienia, że porzucam dzieci z egoistycznych pobudek, szybko poszły w kąt, euforia zadziałała jak laserowy zabieg upiększający. Odzyskałam wigor i chęć życia. Wracam do domu na gotowy obiad, po którym mąż z automatu ładuje zmywarkę. Gdy rano zastanawiam się, co na siebie założyć, on głowi się nad obiadem. Po pół roku takiego życia mąż uznał, że jest feministą i zażądał płatnych urlopów wychowawczych dla kobiet. Gdy w towarzystwie rozmowa schodzi na temat dzieci plus dom, on wiedzie prym. Został specjalistą od chorób i leków dla dzieci, lepiej zna wszystkie ciocie w przedszkolu niż ja. Tylko czasem dzwoni do mnie, chcąc usłyszeć jakiś dorosły głos i odlicza godziny do mojego powrotu. Skąd ja to znam… – Równowaga i dynamika relacji zależy od wielu czynników. Inaczej funkcjonuje związek z bardzo małymi dziećmi, inaczej gdy dzieci idą do szkoły, dorastają czy wyfruwają z domu – tłumaczy Bianca-Beata Kotoro. – Czasem ktoś więcej pracuje albo zarabia tyle, ile do niedawna zarabiali razem. Wówczas warto zastanowić się, czy nie podzielić się tak, by jedno z partnerów zostało w domu, zajęło się nim i dziećmi. Jeśli to się dzieje w pełnym porozumieniu, to taka zmiana się uda. Ważne, by jedna ze stron nie chciała w ten sposób sobie czegoś udowodnić kosztem drugiej – zaznacza psycholożka.

Zamiana ról idzie gładko, choć odkąd mąż odkrył teledysk Mikromusic, chodzi po domu i śpiewa „Tak mi się nieeee chceeee” i sam przyznaje, że czasem z mopem czuje się mało sexy. Czy słusznie?

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »