fbpx

Beata Sadowska o bieganiu

Beata Sadowska o bieganiu
arch.Beaty Sadowskiej

Stanęła na mecie kilkunastu maratonów, biegała do końca ósmego miesiąca ciąży. Do księgarń trafia właśnie książka o bieganiu, która napisała we współpracy z trenerem Kubą Wiśniewskim. „I jak tu nie biegać!”, przekonuje Beata Sadowska.
Trudniej pisać czy biegać?

Trudne pytanie, co robić trudniej. Czasami trudniej biegać. Bo zmęczenie, brak snu, bo mam sześciomiesięczne dziecko, bo nadmiar obowiązków. Ale jak już wyjdę na trening, uśmiech nie schodzi mi z twarzy, mimo że czasami wlokę się noga za nogą. Pisać? Różnie. Czasami siadałam i rozdział sam wychodził mi spod palców. Największym wyzwaniem było to, że musiałam wpasować się w rytm mojego synka. Kiedy on spał albo był z babcią na spacerze – ja galopowałam do komputera. Najczęściej jednak pisałam z Tyśkiem na kolanach. I tak przez trzy pierwsze miesiące jego życia. Mogę śmiało powiedzieć, że napisaliśmy tę książkę razem.

„I jak tu nie biegać!” jest jak patchwork: w części felieton, miejscami pamiętnik albo nawet dziennik, trochę poradnik. Co chciałaś osiągnąć taką formą?

Przede wszystkim nie chciałam zanudzić. Chciałam, żeby ta książka była autentyczna. Zdarzało się, że wyszłam na spacer, coś zobaczyłam i tak powstawał rozdział. Czasami pisało go życie jak ten, którego miało nie być, czyli o kontuzjach. Miały mnie nie dotyczyć, a jednak któregoś ranka zrobiłam krok i… na tym koniec. Kręgarz, fizjoterapeutka, kinesiotaping, ćwiczenia. Za część stricte merytoryczną odpowiada w książce znakomity trener Kuba Wiśniewski. Ja nie udaję, że znam się na tętnach, tempach i biegowym sprzęcie. Jestem w tym beznadziejna, więc pytam.

Zaprosiłaś do współpracy przy książce trenera biegania, sama biegasz według planu treningowego. Czy w twoim przypadku to jeszcze bieganie amatorskie?

Zdecydowanie amatorskie, za to z pasją. Nie biegam dla wyniku, ale dla endorfin. Nie ścigam się z własnymi życiówkami, co najwyżej – z własnymi słabościami. Czasami mam tak wielką ochotę na zapomnienie w biegu, że zapominam o planie, a to na pewno nie jest profesjonalne.

Masz za sobą dwanaście maratonów – od San Francisco po Tokio – wkrótce wystartujesz w kolejnym. A jednak jako najbardziej magiczny bieg przywołujesz poranną przebieżkę na brazylijskiej wyspie. Jakie są twoje własne kryteria udanego biegu?

Radocha od początku do końca. Duma, że przegoniłam lenia. Piękne widoki. Natura, która gada do mnie podczas biegu. I ten moment, kiedy w głowie już nie szaleją myśli. Jest tylko oddech i kroki, kroki i oddech… Zero rywalizacji. Czysta frajda.

Biegasz, bo lubisz. Po lekturze już to wiem. Ale czy zdarzają ci się sytuacje, gdy mimo tej sympatii masz dość biegania?

Oczywiście! Czasami strasznie nie chce mi się wyjść na trening, czasami zwyczajnie nie mam siły i odpuszczam. Na szczęście już się nauczyłam. Kiedyś zrobiłam sobie kilkumiesięczną przerwę od biegania, bo na samą myśl o biegowych butach uciekałam w kąt i miałam gęsią skórkę. Profesjonalista nie mógłby sobie na coś takiego pozwolić. Amatorka może. To nawet wskazane, żeby nie ukatrupić pasji.

To twoja pierwsza książka. Co poczułaś, jak wzięłaś do ręki gotowy egzemplarz?

Trochę niedowierzanie, że się udało. Do mnie chyba wciąż nie dociera, że to moja książka. Napisana przeze mnie, a nie przez ghostwritera. Najprawdziwsza. Mam chyba taką ułomność z radia i telewizji: robię program, wychodzę ze studia i zamknięta sprawa. Zapominam, że jest jeszcze eter, że ktoś tego słucha, że ktoś ogląda… Tu podobnie. Napisałam i już. Jakbym nie dowierzała, że ktoś to przeczyta.

Spodobało ci się pisanie? Będzie jakiś ciąg dalszy?

Spodobało mi się i to bardzo. Mam już w głowie jeden pomysł, ale sznuruję buzię na kłódkę!

„I jak tu nie biegać!”, Beata Sadowska, , wskazówki trenerskie Kuba Wiśniewski, Wydawnictwo Otwarte 2014, s. 288

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze