fbpx

Jazz wymaga szybkości

Pod względem technicznym potrafi wszystko. W jego grze słychać całą historię jazzu. Eldar Djangirov jako genialne dziecko trafił z Kirgistanu do Kansas City. Teraz nagrywa z amerykańskimi mistrzami.

To wielkie szczęście zacząć w tak młodym wieku…

– Nie nazywam tego szczęściem. Zadziałały raczej sprzyjające warunki, ale nie było to dziełem przypadku. Moja mama jest nauczycielką gry na fortepianie, tata inżynierem, ale przez całe życie pasjonuje się jazzem. Zbierał płyty, co – zapewne podobnie jak w Polsce – nie było w tamtych latach łatwe. Ale prawdziwy pasjonat zawsze znajdzie sposób i w domu urosła piękna kolekcja płyt. To były winyle, ale format nie miał żadnego znaczenia. Najważniejsze, że nasz dom wypełniała muzyka jazzowa. I że od dziecka brałem lekcje gry na fortepianie.

Kiedy zdecydowałeś się zostać zawodowym pianistą?

– Nikt nie podejmuje świadomych decyzji w wieku czterech lat. To był stopniowy proces. Wielki wpływ miała na mnie mama. Ona mnie nauczyła miłości do muzyki, sprawiła, że ćwiczenia sprawiały mi przyjemność. Co więcej, okazała się na tyle otwarta, że nie próbowała odwieść mnie od jazzu. Odebrałem więc niezłą szkołę, a do tego otaczała mnie muzyka, więc oboje rodzice mają udział w tym, co teraz robię i kim jestem.

Wyobrażam sobie przeprowadzkę twojej rodziny do Kansas City.

– Dla mnie nie był to aż taki wstrząs jak dla moich rodziców. Miałem 10 lat i wszystko było nowe, ale zarazem interesujące, bardzo ekscytujące. Pamiętam, że wszystko mi się podobało, czyli raczej trudno mówić o szoku. Po mniej więcej dwóch latach tego nowego życia zacząłem odkrywać scenę jazzową i dopiero wtedy przeżyłem wstrząs. Muzyczna scena Kansas City była wówczas bardzo żywa, ale najważniejsze, że ludzie, których poznałem – fantastyczni muzycy – okazali się pomocni i przyjacielscy. Wtedy dopiero zrozumiałem, że moja przyszłość to jazz, a wszyscy bardzo mnie wspierali w tej decyzji. Wsparcie mistrzów to dla młodego chłopaka rzecz bezcenna.

Jak przestawiłeś się z grania klasyki na granie jazzu? Co z palcami?

– Na szczęście i to był stopniowy proces. Klasykę grałem niejako „naturalnie”, a jazz zaczynałem grać dla przyjemności. Rąk mi to więc nie wywróciło i nadal gram płaskim nadgarstkiem. Czy w klasyce, czy w jazzie dobrze mieć wszystko w palcach. Oczywiście dużo się mówi o technice i o muzykalności, jakby to były dwie przeciwstawne sprawy. Ale nie są, a przynajmniej nie powinny być. Jest głośno o mojej szybkości, tymczasem naprawdę nie zależy mi na popisywaniu się techniką. Jazz wymaga czasem szybkości.

Media wychwalają twoją technikę, a nie zauważają rozwoju kompozytorskiego.

– A na tym bardzo mi zależy. Komponowanie to zupełnie osobna sprawa i wykonuję coraz więcej własnych utworów. Gram dużo koncertów i często piszę w drodze, co zresztą oddaję czasami tytułami utworów. Lubię obserwować świat i pisać o tym, co widzę. Czasami zazdroszczę malarzom, ale zawsze wtedy myślę, że gotowy obraz to gotowy obraz, tymczasem z moją muzyką zawsze może się zdarzyć coś nowego, coś zaskakującego. Chyba to podoba mi się w jazzie najbardziej, tu niczego nie zamyka się definitywnie.

Jazz daje wolność, ale inne sprawy schodzą na dalszy plan – na przykład barwa.

– To prawda, ale nie postrzegam tego jako straty. Po prostu jazz ma inne priorytety. Liczy się dynamika i fraza – jak w klasyce. Ale dochodzi swing. Dochodzi ta niezwykła magia grania, kiedy publiczność dobrze reaguje i uskrzydla muzyków. To jednak nie to samo co w klasyce. Tam liczą się niuanse. Są bardzo ważne, podstawowe. Przebieg koncertu jest z góry ustalony. A co do barwy… To dla pianistów jest i zawsze będzie najtrudniejsze wyzwanie. Jednak w jazzie trzeba o tym zapomnieć. Vladimir Horowitz grał całe życie na tym samym fortepianie. My niemal każdego dnia gramy na innym, a barwa naszej muzyki zależy bardziej od rodzaju sali i od publiczności niż od instrumentu. Na szczęście nie tylko barwa.

Jakich masz więc dzisiaj faworytów po obu stronach fortepianu?

– Pierwszym pianistą, którego wpływ poczułem, był Oscar Peterson. Byłem wtedy mały, ale jego muzyka nadal znaczy dla mnie bardzo wiele. Kolejne nazwiska, jakie wymienię, z pewnością podałby każdy młody pianista, zresztą nie tylko młody: Keith Jarrett, Herbie Hancock, Chick Corea. Jest wielu znakomitych muzyków, ale uczyć trzeba się od najlepszych. Mój język pianistyczny kształtował się na takich wpływach, a teraz staram się go rozwijać samodzielnie. Jeśli chodzi o klasykę, muszę wymienić muzykę Skriabina. To był fenomen na niewiarygodną skalę, szkoda, że umarł tak młodo. Na początku był pod silnym wpływem Chopina, potem poszybował w kosmos. Słucham też muzyki pop, nie myśl, że jestem niewolnikiem fortepianu. Lubię takich wykonawców, jak Björk, Pat Metheny i Radiohead. A moi pianiści to Evgeny Kissin, Arcadi Volodos, Lang Lang. Człowieku, Lang Lang to bestia!                 


ELDAR DJANGIROV ur. w 1987 r. pianista i kompozytor jazzowy. Pochodzi z Kirgistanu. Gdy w wieku 9 lat wziął udział w festiwalu na Syberii, odkrył go przypadkowo amerykański entuzjasta jazzu i pomógł w sprowadzeniu całej rodziny chłopca do USA. Emigranci osiedlili się w Kansas City, gdzie Eldar stał się sensacją środowiska jazzowego. Edukację pianistyczną kontynuował w Kalifornii, obecnie mieszka w Nowym Jorku. W wieku 17 lat podpisał kontrakt z Sony Classical. Do tej pory nagrał dla tej wytwórni trzy autorskie płyty: „Eldar” (2005), „Live at the Blue Note” (2006), a ostatnio album „Re-Imagination” (2007), który zawiera głównie autorskie kompozycje pianisty i został uznany za najbardziej dojrzałą płytę w jego dorobku.