1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Bunt, czyli wołanie o pomoc

Bunt, czyli wołanie o pomoc

Jeśli traktujemy nastolatka z pozycji siły i wyższości, budzimy jego sprzeciw. Nie tyle wobec tego, co mówimy, ile wobec tego, jacy jesteśmy. A jesteśmy na ogół wszystkowiedzącymi rodzicami na piedestale. Kim być powinniśmy – wyjaśnia psycholożka Małgorzata Ohme.

– Nasze dziecko nagle stawia sobie irokeza i zakłada glany. To znak, że powinniśmy być czujni?
– Bardzo często rodzice, a zwłaszcza dziadkowie, stereotypowo oceniają nastolatków: młodzież, która się wyróżnia, to zła młodzież. Takim atrybutem upadłego nastolatka są według nich irokezy na głowie, glany do kolan, krzykliwe ubrania. Oceniając dziecko po wyglądzie, zapominamy, że chęć wyróżniania się to jeden z wyznaczników poszukiwania tożsamości.

Z czego wynikają takie oceny?
– Z niezrozumienia, dlaczego dziecko tak się zachowuje. Nie rozumiemy, że za każdym buntem stoi jakaś potrzeba, np. wyrażenia czegoś. Rodzice nie zastanawiają się, co nastolatek chce nam powiedzieć poprzez fryzurę, trzaśnięcie drzwiami, listy. Nie odczytują tych znaków, reagują lękiem, co jest zrozumiałe, bo żyjemy w czasach pełnych zagrożeń, a oni boją się, że ich dziecko zejdzie na złą drogę, jeśli czegoś nie dopilnują. Jednak warto pamiętać, że bunt ma inne funkcje. Kryje się za nim potrzeba oddzielenia się od rodziców, samodzielności, próba przekształcenia się w dojrzałego człowieka. Często te dzieci, które najbardziej się buntują, wyrastają na wybitne jednostki.

Jak reagować na tak mocno wyrażaną potrzebę stanowienia o swoim życiu?
– Ważne, aby być OBECNYM rodzicem. Próbować zrozumieć sygnały, które dziecko wysyła nam poprzez swoje zachowanie. Wsłuchajmy się w to, co mówi. Rozmawiajmy nie tylko o „negatywnym” zachowaniu, ale również o potrzebach dziecka. Pamiętajmy, że dorastanie dzieci jest jeszcze trudniejsze dla nich samych niż dla rodziców.

Co takiego się dzieje, że ten okres jest szczególnie dla wszystkich trudny?
– Nastolatki zostają zaskoczone wielością zmian: w swym organizmie, potem psychice, emocjach. Po stronie dorosłości, w którą wkraczają, wita ich chaos. Zaczyna się od dojrzewania biologicznego: buzują hormony, dziewczynki dostają miesiączki, chłopcy mają polucje, zmieniają się proporcje ciała. 12-latek nie rozumie tych zmian, najczęściej nie jest na nie przygotowany. Przeżywa huśtawkę nastrojów, czuje się zagubiony. W ślad za dojrzewaniem biologicznym idzie dojrzewanie psychiczne. W głowie pojawiają się pytania: „Co się ze mną dzieje? Kim jestem? Dokąd zmierzam?”. Dziecko wchodzi na kolejny poziom myślenia, więcej w tym abstrakcji, pytań filozoficznych. Pytania o tożsamość mają pomóc mu ułożyć sobie jakoś wszystkie te zmiany na poziomie ciała, oswoić je.

Potem jest już lepiej?
– Po tak zwanym etapie rozproszenia przechodzi się do następnego, tzw. lustrzanego, czyli do poszukiwania wzorców. Bo to naturalne, że jak człowiek nie wie, co się z nim dzieje, szuka jakiegoś idola, z którym mógłby się identyfikować, przejąć trochę jego cech, a wszystko po to, żeby lepiej samemu się poczuć ze sobą. Nastolatka myśli: „Może jestem Kasią Nosowską, może Britney Spears?”. Ja nazywam ten okres wchodzeniem do przebieralni – to czas bezkrytycyzmu, wybierania na oślep. Przymierza się różne ubrania: czerwone, niebieskie, żółte, krótkie, długie. Te przymiarki często nie są logicznie powiązane, ale pozwalają człowiekowi dowiedzieć się czegoś o sobie. Ta wiedza zawsze jest cenna, nawet jeśli dowiemy się tylko, że na przykład nie jest nam dobrze w czerwonym.

Gdzie jest w tym wszystkim miejsce rodziców?
– Rodzice powinni przeformułować w tym okresie swoją rolę. Kiedy dziecko jest młodsze, stoimy na straży porządku. Małe dziecko kłóci się o różne rzeczy, ale na ogół nie podważa naszego autorytetu. Nastolatek krytykuje nas z byle powodu. Trzeba zejść z piedestału, pogodzić się, że nie jesteśmy już we wszystkim autorytetem. Jeśli z nastolatkiem będziemy rozmawiać z pozycji siły i wyższości, będzie się coraz bardziej buntował, nie tyle przeciwko temu, co mówimy, ile wobec tego, jacy jesteśmy. A na ogół jesteśmy nadal wszystkowiedzący.

To kim powinniśmy być?
– Konsultantami, kimś, na kogo można liczyć w potrzebie, ale kto nie jest natarczywy.

Niektórzy rodzice stają się kumplami swoich dzieci. Ubierają się tak jak syn czy córka, mówią ich językiem. To dobry pomysł?
– Często rodzice zachowują się w ten sposób, bo sami dobrze nie przepracowali okresu dorastania. A jeżeli młody człowiek się nie nabuntuje, nie wyzłości, to taka potrzeba będzie w nim drzemać. I kiedy stanie się rodzicem dorastającej córki, może przeżyć regres, będzie chciał przejść z nią etap poszukiwania tożsamości, którego jako nastolatek nie przeszedł. Bycie kumplem własnego dziecka to nie jest jednak dobra droga. Dzieci potrzebują bezpiecznego portu, w którym zawsze można znaleźć schronienie. Gdy rodzic jest kumplem, który zakłada takie same glany, to dziecko nie ma do kogo przyjść po radę. Jeszcze trudniej przyjść do rodzica autorytarnego, bo wtedy przyznaję się do tego, że jestem dzieckiem, że nic nie wiem. Natomiast jeżeli rodzic stoi trochę z boku, obserwuje, to dziecku łatwiej porozmawiać, bo czuje, że ojciec czy matka nie chcą mu niczego udowadniać z pozycji siły, tylko że zależy im na rozmowie. Wtedy łatwiej też przychodzi dziecku przyznanie się do błędu.

 

Wielu rodziców stara się dzisiaj pomóc nastolatkowi w przejściu przez ten burzliwy okres, zapewniając mu to, czego sami nie mieli, i to, co mają rówieśnicy. To źle?
– Na pewno nie o taką pomoc chodzi. Prościej jest podarować najnowszy model komórki, niż znaleźć czas, żeby usiąść, spokojnie pogadać i wytłumaczyć, że to, czy komórka kosztuje 600 czy 300 zł, nie ma znaczenia. Nie mówić tego rozkazującym tonem, bo dziecko tylko wpadnie w złość. Warto dyskretnie podsuwać mu alternatywy, inspirować je. To wymaga naszej pracy, poszukiwań, a wielu rodziców ma trudność ze znalezieniem czasu. Kiedy zachęcamy dziecko w taki sposób: „Zrób coś fajnego, zamiast całymi dniami gadać przez telefon”, to ono często nie ma pojęcia, co mogłoby zrobić, i rozumie ten komunikat jako nakaz odrabiania lekcji. Ale kiedy podsuniemy mu książkę, zapiszemy się razem na jakieś zajęcia sportowe, artystyczne, muzyczne, to może okazać się, że odkryje nową pasję.

Kontrolować nastolatka czy ufać?
– Jeśli kontrolować, to mądrze. Ważne, żeby na wszystko się umawiać. Bo jeżeli będziemy sztywno narzucać mu swoje reguły, na pewno wzbudzimy tylko sprzeciw. Dlatego powiedzmy dziecku: „Nie podoba mi się twoje zachowanie, martwię się o ciebie, wiem, że dzisiaj może tego nie rozumiesz, że możesz się zezłościć, ale bardzo chciałabym, abyśmy ustalili pewne zasady, co w naszym domu wolno, a czego nie wolno”. Najlepiej spisujmy na kartce wszystkie uwagi. Nasze i nastolatka. On: „Chcę, żebyście pukali do mojego pokoju. Uprzedzali, kiedy wracacie do domu, nie krytykowali kolegów”. My: „Chcemy, żebyś informował nas, gdzie jesteś i o której wrócisz. Nie możesz wracać później niż o 22. Jeżeli znajdziemy u ciebie papierosy, odbierzemy ci przywileje. Jeżeli mimo naszych sprzeciwów urządzisz w domu pod naszą nieobecność imprezę, następnym razem poprosimy sąsiadkę, aby cię kontrolowała, co chyba nie jest w twoim interesie”. Ważne, żeby zasady były jasne, przypominane wielokrotnie, a najlepiej właśnie spisane. Szczególnie wtedy, gdy rodzice i dzieci są silnymi indywidualnościami i często dochodzi do konfliktów. Dobrze byłoby zacząć od siebie: „Powiedz, co ci się we mnie nie podoba, co ci przeszkadza”, choć to oczywiście wymaga naszej odwagi.

A co wtedy, gdy dziecko domaga się czegoś niemożliwego, na co nie możemy przystać?
– Jasno mówimy, że nie możemy się na to zgodzić. Gdy dziecko chce wrócić o 23, a my stanowczo domagamy się nieprzekraczania 22, powiedzmy: „Słuchaj, ty chcesz później, ja wcześniej, zastanówmy się, jak możemy znaleźć kompromis”. Albo gdy syn chce, aby zaprosić na cały weekend kolegów, żeby słuchać muzyki, a my chcemy odpocząć, zaproponujmy: „Ty chcesz długo i głośno, ja cicho i krótko, więc ty masz sobotę, ja niedzielę”. Dobrze jest narysować skalę, na której widać różnice zdań i miejsce, gdzie możemy się spotkać.

Co dalej z umową?
– Każdy z nas podpisuje się i dostaje swój egzemplarz. I kiedy potem się kłócimy, wyciągamy ją, żeby sobie przypomnieć, na co się umówiliśmy. Odwołujemy się wtedy do umowy, a nie do autorytetu czy siły. To wymaga jednak od rodziców czasu i konsekwencji. Dlatego prościej jest nakazywać. Pamiętajmy jednak, że dziecko walczy o kontrolę nad własnym życiem nie dlatego, żeby nam zrobić na złość, tylko żeby w końcu się od nas odseparować, zacząć żyć własnym życiem.

Co zyskujemy jako nienarzucający się konsultanci?
– Fajną perspektywę, że po tym trudnym okresie dziecko stanie się samodzielne i odpowiedzialne. Czyż nie o to między innymi chodzi w wychowaniu? Wszyscy znamy dorosłe dzieci uczepione rodziców. Trzeba pamiętać, że w okresie dorastania dzieci bardzo nas potrzebują, choć czytamy ich zachowania dokładnie odwrotnie – że nas nie chcą. Bardzo często bunt nastolatka to zakamuflowane wołanie o pomoc. Nie czekajmy, aż będzie za późno. Zostawmy dziecku mądrą książkę na biurku, wgrajmy fajną grę, prześlijmy mejlem linki do ciekawych stron. Rodzicom nie chce się tego robić. Wyrzucają córce, że się nie rozwija, a nie mają pojęcia, jakie książki czyta, w jakim świecie funkcjonuje. To tak, jakby chcieć zrozumieć, co to jest świnka Pepe, o której opowiada pięciolatek, nie znając bajki. Muszę choć raz obejrzeć z nim tę bajkę, żeby zrozumieć, o co synkowi chodzi. Muszę choć raz zagrać w grę komputerową, która tak pochłania syna, żeby zgłębić dlaczego. Najgorsze, co możemy zrobić, to powiedzieć krótko: nie. 

Małgorzata Ohme, psycholożka ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, psychoterapeutka związana z Akademickim Centrum Psychoterapii

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Isadora Weiss – płynąć pod prąd

Isadora Weiss:
Isadora Weiss: "Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego". (Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)
W swoich spektaklach Izadora Weiss staje po stronie słabszych i odrzuconych. Jest jedyną Polką, która znalazła się w tegorocznym prestiżowym przewodniku prezentującym 50 najważniejszych choreografów świata „Fifty Contemporary Choreographers”.

Nie brakuje pani tańca, wejścia w rolę?
Nie. Od wielu lat jestem choreo­grafem. Decydując się na to, zrezygnowałam z bycia tancerką. Moje choreografie są wielo­warstwowe, to nie tylko kroki, które można powtórzyć i wykonać na scenie, to teatr tańca. Kocham teatr i chcę, aby mnie wyrażał. Jestem w nim szczera. Moja choreografia to zawsze opowieść. Staram się ją opowiadać perfekcyjnie, z szacunkiem dla odbiorcy. Zależy mi, żeby ją rozumiał.

W „Darkness” opowiadała pani o przemocy i o tym, jak na nią reaguje środowisko. Podjęła pani temat, zanim wybuchła fala #MeToo.
Staję zawsze po stronie słabszych. Nie chodzi o moralizowanie, raczej o pokazanie, gdzie jest zło, a gdzie dobro. Życie nie jest czarno-białe, ma wiele odcieni, ale są takie tematy jak przemoc wobec kobiet, której granica jest wyraźna. Miałam potrzebę ponownie wypowiedzieć się na ten temat, podobnie jak w mojej interpretacji „Święta wiosny” Strawińskiego. Myślałam wówczas o eskalacji przemocy, jaka odbywa się, kiedy kobieta mówi: „nie”. Nasza niezgoda często wywołuje agresję i przemoc. Pokazywaliśmy „Święto wiosny” na wielu festiwalach i zawsze była długa cisza po ostatnim, straszliwym dźwięku. W Bangkoku kobiety kuliły się na widowni, były przerażone, zapewne przeżywając coś, co widziały albo czego doświadczyły. Podobnie w Niemczech i w Polsce. Ten spektakl nigdy nie zostawiał ludzi obojętnymi.

Margaret Atwood mówiła, że w „Opowieści podręcznej” nie ma ani jednej zmyślonej sceny. Zrobiła research o agresji wobec kobiet w różnych sektach, miejscach wypaczonych ideologiami, aby nikt nie powiedział: „To fikcja”. Jej książka odgrywa ważną rolę protestu społecznego. Dla pani teatr jest czymś więcej niż spotkaniem z widzem?
Tak było ze „Świętem wiosny” – czytałam o morderstwach i zaginięciach kobiet w meksykańskim Juárez, przymusowych obrzezaniach dziewczynek, samobójstwach dziewczyn blisko mnie, na przykład w Gdańsku. Teraz tabu się przełamało, więcej kobiet zaczyna mówić, walczyć o swoje prawa, bezpieczeństwo, poczucie sprawiedliwości. Ale przemoc się nie kończy. W „Darkness” dotyczyła osób płynących pod prąd powszechnych norm i zachowań. Teatr powinien pozostawiać emocje na dłużej niż tylko na czas spektaklu. Wierzę, że widzowie potrzebują duchowej przemiany.

„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)

Coraz głośniej o przemocy w szkołach artystycznych. Jak było w szkole baletowej?
Do szkoły przychodzą dzieci szczęśliwe, pełne pasji, ale często ona zostaje w nich stłamszona. Zaczęłam naukę w szkole baletowej, mając dziesięć lat, i do matury mieszkałam w internacie. W pierwszej klasie w sali 12-osobowej. A byłam właściwie jedynaczką, bo moja siostra dopiero się urodziła. Od razu pobiłam się z jedną dziewczynką, bo zabrała mi ulubioną maskotkę. Nie mogłam tego wytrzymać i walczyłam o swoje, o moje terytorium. To mi zostało do dziś. Pamiętam wspaniałych nauczycieli, ale są też tacy, których chciałabym zapomnieć. Sama miałam taką sytuację: ćwiczyłam lekcję dyplomową na korytarzu, bo pani profesor wyrzuciła mnie z sali za pytania, które zadawałam. Nie wolno było pytać. Tak więc szkoła i internat to podwójna trauma. Zahartowały mnie na zawsze. Nic już nie jest w stanie mnie zniszczyć, zatrzymać ani mi zaszkodzić.

Przemocowi nauczyciele używają takich argumentów jako usprawiedliwienia.
Sama na takiego pedagoga trafiłam, więc nie mogę zaprzeczyć, że problem nie istnieje. Może mają poczucie, że kogoś utwardzają? Ale czasem przeciąga się strunę i robi coś, co niszczy wrażliwego człowieka, bo jest nieukształtowany, nie umie się obronić, łatwo się blokuje.

Pani się buntowała?
Byłam grzeczną, sumienną uczennicą. Lekcje baletu zaczynały się o ósmej, ja przychodziłam często o szóstej, żeby się przygotować. Chciałam być doskonała. Jako dziecko z internatu nagle byłam najlepsza. To dawało mi siłę, chciałam wytrwać, skończyć szkołę, tańczyć. Dorastaliśmy bez Internetu, mogliśmy rozwijać wyobraźnię. Moje najpiękniejsze spotkanie w szkole było z Kaliną Schubert. Nauczyła mnie teatru, mówiła, że to nie tylko kroki, że muszę stworzyć postać. Nie było YouTube’a, nie można było zerknąć, jak to robią inni. Mój styl jest niepowtarzalny, bo sama wszystko wymyśliłam. Tak, chyba szkoła dała mi pewność, że jestem niezniszczalna, co pozwoliło mi przejść tak długą i ciężką drogę od debiutu w Teatrze Wielkim w Poznaniu do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Jiří Kylián po obejrzeniu „Święta wiosny” powiedział: „Skoro zrobiłaś taki spektakl, musisz być bardzo silną osobą”.

Kylián, jeden z największych choreografów świata, pani mistrz, nauczyciel.
Posłałam mu nagranie spektaklu „I Koncert skrzypcowy” Pendereckiego. Do dzisiaj mam od niego kartkę z białą kalią. Odpisał, że nie zaprasza choreografów, ale dla mnie zrobi wyjątek, bo zobaczył niezwykłą wrażliwość i muzykalność. Czytałam to parę razy. Pojechałam na kilka tygodni do Nederlands Dans Theater, którego był dyrektorem. Miałam zaszczyt jako jedyna spoza NDT być na próbach mistrza, ćwiczyć z jego tancerzami – najlepszymi na świecie. Tworzyli teatr w przekonaniu, że tańcem wszystko można wyrazić. I ja też zdobyłam tę pewność. Z tym wróciłam do Polski. Potem wielokrotnie jeździłam na ich próby i spektakle, ostatnio ze swoją małą córeczką Weroniką, która wyrosła na wspaniałą skrzypaczkę. Drobnymi krokami dochodziłam do swojego teatru, budowałam swój język choreograficzny.

Kiedy mówi pani o Kyliánie, cała pani twarz się uśmiecha.
Bo jestem szczęśliwa, że dane mi było spotkać go na swojej artystycznej drodze. Po zobaczeniu „Święta wiosny” i „Czekając na…” zgodził się przekazać dwie swoje choreografie i połączyć z moim spektaklem „Windows”, do którego muzykę skomponował Leszek Możdżer. Po tym sukcesie przekazał kolejne choreografie, łącząc je tym razem z moim „Body Master” na jego cześć. Spotkania z nim na pewno mnie ukształtowały. Nauczyłam się od niego szlachetności wypowiedzi. Umiłowałam opowieść i precyzję, dbałość o ludzi, ich relacje i wiarę w to, że mówimy coś ważnego.

Bo to pozwala uratować piękno?
Szkodliwe jest równanie piękna z kiczem. Mówi się: to takie ładne, takie kiczowate. Dzisiaj łatwo wyśmiać piękno. Nie promuje się go w mediach. Ale ja zawsze będę piękna bronić na scenie. Dzisiaj deprecjonuje się zawodowców, artystów, którzy dbają o precyzję i jakość. Panuje zasada, żeby wszystko było brzydkie, destrukcyjne i pozbawione sensu.

Piękno jest wstydliwe?
Każdy pragnie miłości, chce kogoś kochać i być kochanym. A to właśnie jest wstydliwe piękno. Deprecjonowanie tego powoduje, że na scenie mówi się o tym wulgarnie i cynicznie, co daje fałszywe wrażenie, że tylko tak jest między ludźmi.

Pani nie wstydziła się miłości, nawet kiedy plotkowano?
Nie. Mój mąż [Marek Weiss, reżyser – przyp. red.] jest drugim obok Kyliána człowiekiem, który nauczył mnie teatru, wiele mu zawdzięczam. Plotkowano o nas w złej wierze, również z powodu znaczącej różnicy wieku. Ludzie lubią oceniać, nie wiedząc, jak jest naprawdę. A my się zakochaliśmy i musieliśmy być razem. Naprawdę, w czasach, kiedy umierają kultura, szacunek, wartości, powinniśmy zostawić innych ludzi w spokoju. Cudze życie to ciemny las, bo nic o nim nie wiemy.

Pani tańczyła u męża po raz pierwszy, mając 15 lat.
Do szkoły baletowej przyszedł reżyser wybrać dziewczynkę, która zatańczy w „Traviacie”. Stałam przy drążku i w ogóle nie patrzyłam. Reżyser powiedział, że ta, i mnie wybrał. A ja wcale nie chciałam być wybrana. Zatańczyłam w tym spektaklu. Moi rodzice byli na premierze. Bardzo im się podobało. A potem chodziłam do szkoły, skończyłam ją, poszłam do pracy w Teatrze Wielkim [w Warszawie]. Tutaj spotkaliśmy się po raz drugi, już jako ludzie dorośli. Tańczyłam w jego „Salome” z choreografią Emila Wesołowskiego. To w czasie tej realizacji nagle przyszła miłość.

Dlaczego wtedy nie chciała pani być wybrana?
Nigdy nie chciałam być wybrana. Byłam chorobliwie nieśmiała od dziecka.

Tak mówią wszyscy artyści.
Wiem, ale w moim przypadku to autentyk. Zawsze byłam osobna, miałam swój świat, w którym czułam się bezpiecznie, i nie podlegałam żadnym wpływom i trendom.

Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)

Franz Kafka mówił, że w imieniu zapisany jest cały los człowieka…
Ludzie podejrzewają, że to pseudonim. Kiedy się urodziłam, tata podał w urzędzie imię Izadora, a urzędnik bez zastanowienia zapisał, chociaż takiego imienia nie było w kalendarzu. Teraz się śmieję, że musiałam pójść drogą Isadory Duncan, niezależnej outsiderki, promotorki tańca.

Artysta ma powinności?
Ja tak uważam. Odpowiedzialnością zawodowców jest potraktowanie widza poważnie, uczciwa z nim rozmowa. Tymczasem często jest kalkulacja – a teraz coś z krwią, a teraz ktoś przejdzie na golasa, dla szybkich emocji, tak pod publiczkę. Staram się za wszelką cenę unikać takich pokus i bronić światła prawdy.

Prospero w pani „Burzy” jest czystym światłem.
Tak, jest parafrazą dzisiejszego artysty, który musi dokonywać wyborów i w pewnym momencie zostaje sam. To konsekwencja jego bezkompromisowości. Rzeczywistość zmusza nas do coraz większych kompromisów, co jest niebezpieczne dla sztuki, dla jakości. Holoubek powtarzał, że gdzieś tam, w ciemności widowni, jest nasz brat, który rozumie, i to wystarczy. Ważne, aby być szczerym w swojej pracy i wierzyć, że jest nas więcej. Jeżeli próbuje się odgadywać, czego chce większość, to już jest się zgubionym, to koniec.

Potwierdzenie światowego uznania dla pani pracy, choćby miejsce w rankingu najważniejszych choreografów, przychodzi w chwili, kiedy nie ma pani już swojego zespołu. Z Bałtyckim Teatrem Tańca żegnała się pani w 2016 roku „Tristanem i Izoldą”. Jacek Marczyński pisał, że to „poruszający spektakl zespołu, który stał się tak dobry, że postanowiono go zlikwidować”. Stworzyła pani Biały Teatr Tańca, musiała go pani zawiesić na początku 2019 roku. Prospero to pani?
Do Opery Bałtyckiej przyszedł nowy dyrektor i powiedział, że chce mieć balet klasyczny. Odpowiedziałam, że się nie zgodzę na klasykę. Bałtycki Teatr Tańca miał konkretny profil, nad którym wiele lat pracowałam i nadal zamierzałam pracować. Całe swoje życie poświęciłam, żeby zbudować zespół, który liczył się na świecie. Pamiętam, jak przyjechała Natalia Metelitsa z International Festival of Arts „Diaghilev. P.S.” z Sankt Petersburga i zobaczyła „Burzę” i „Fedrę”. Od razu nas zaprosiła, mówiąc, że zrzuci z programu inny zespół, bo tak jej zależy na naszym udziale. Dowiedziała się o nas od recenzentów ze świata. Kiedy radziła się, kogo zaprosić, usłyszała, że musi zobaczyć Bałtycki Teatr Tańca.

Myśli pani, że zdecydował styl, a nie fakt, że nowy dyrektor zastąpił na tym stanowisku pani męża?
To typowe w Polsce, że kiedy obejmuje się stanowisko, wszystko, co było wcześniej, uznaje się za złe. Nie chodziło o mojego męża.

Mogła pani na kogoś liczyć?
Planując „Tristana i Izoldę”, wiedziałam, że chcę to zrobić do muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Przyjechał z Elżbietą na próby, był zachwycony. Mówił: „Jak tyś to dobrała, przecież to fantastyczne! Ja to napisałem?!”. Potem przyjechał na premierę. Kłanialiśmy się z nim na scenie, nigdy tego nie zapomnę. Po odejściu z Opery Bałtyckiej Pendereccy przygarnęli nas do Lusławic. Myśmy w tej świątyni sztuki przez dwa miesiące ćwiczyli, spali, jedli. Musieliśmy przygotować spektakle na wyjazd do Petersburga. Udało nam się przygotować również „Fedrę” i „Śmierć i dziewczynę”. Tymczasem zadzwoniła Metelitsa, że ściąga do Ermitażu obraz Vermeera „Mleczarka”, o którym wcześniej zrobiłam spektakl, prosiła, żeby go przywieźć. Niezwykłe było pokazanie „Light” na scenie Ermitażu, w takim odrealnionym miejscu. Pozostałe trzy spektakle pokazaliśmy w Teatrze Aleksandryjskim, był również Krzysztof Penderecki. Kwiaty sypały się z nieba w czasie stojącej owacji, ale po tym sukcesie zespół się rozjechał.

Jednak wskrzeszała go pani.
Udało się to przy okazji spektaklu „Eros Thanatos” inspirowanego obrazami Jacka Malczewskiego. Pomógł nam Andrzej Seweryn, goszcząc w Teatrze Polskim. Znowu się rozjechaliśmy. Odwiedziłam chyba wszystkie warszawskie teatry, błagając o jakąś możliwość. Jedyne miejsce, które mogło nas przyjąć, to Teatr Komedia. Tyleż samo nam pomógł, co zaszkodził. Nie da się pogodzić „Śmierci i dziewczyny” z hasłem teatru: „Śmiej się z nami”. Ale przetrwaliśmy dzięki miastu Warszawa dziewięciomiesięczny kontrakt, pokazaliśmy wiele spektakli Białego Teatru Tańca. Byłam technicznym, nosiłam buty, kostiumy, bo wszystko było w mojej piwnicy, robiłam światła, próby, rozgrzewki, byłam inspicjentem i prowadziłam każdy spektakl. Byłam wieloma osobami po to, aby dziesięciu tancerzy miało jak najlepszą pracę i możliwość pokazania się na scenie. Pod koniec roku dyrektor Komedii powiedział, że jednak jest konflikt, bo mamy różne wizje teatru. Zderzyliśmy się ze ścianą biurokracji. W konkursie na dotację zabrakło nam półtora punktu. Nasz dorobek ani uznanie świata się nie liczyły. Byliśmy w środku sezonu, robiliśmy próby, wierząc, że dostaniemy szansę. Tancerze, którzy byli z różnych części świata, mieli powynajmowane mieszkania w Warszawie. Rozmawiałam z władzami. Nic. Musiałam zawiesić działalność zespołu. Zapłaciłam za to zdrowiem.

Jak pani myśli, za co pani zapłaciła?
Zapłaciłam za bycie sobą, za silną osobowość, dążenie do doskonałości, brak kompromisu. Ale mam poczucie, że otacza mnie miłość. Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego. Nie mam poczucia osamotnienia, bo artysta jest sam ze swoją twórczością. Pamiętam rozmowę z Borisem Eifmanem (założyciel i szef St. Petersburg Eifman Ballet). Kiedy wyznałam, że planujemy przenosiny do Warszawy, odpowiedział: „Za dobra jesteś, nie wpuszczą cię”. Kiedy mówiłam, że stanę do konkursu, tylko pokręcił głową, uśmiechnął się, przytulił mnie i tak się rozstaliśmy. Wiedział, co mówi, bo przeszedł taką drogę w Petersburgu. Był zwalczany, ale kiedy osiągnął sukces za granicą i wrócił, to się zmieniło. Zastanawiam się, dlaczego warszawska publiczność nie może mieć takiego teatru tańca jak BTT.

Niedługo zrealizuje pani w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej spektakl „Bieguni – Harnasie”. O czym tym razem pani opowie?
Dyrektor Polskiego Baletu Narodowego Krzysztof Pastor zaproponował mi realizację kolejnego spektaklu autorskiego. Uwielbiam Olgę Tokarczuk, więc nie mogłam nie sięgnąć do jej twórczości. Wybrałam książkę „Bieguni”. Połączyłam ją z „Harnasiami” Szymanowskiego. Bieguni to ludzie, którzy tańcem, ruchem oswajają zło. Czy może być piękniejsza metafora ludzi tańca?

Izadora Weiss, tancerka, choreografka. Zrealizowała choreografie wielu spektakli operowych i blisko 30 spektakli autorskich. Stworzyła i prowadziła Bałtycki Teatr Tańca i Biały Teatr Tańca, sięgając po muzykę między innymi: Bacha, Mozarta, Mahlera, Szymanowskiego, Pendereckiego, Glassa, Hendrixa, Bregovicia, Kennedy’ego.

  1. Psychologia

Czym jest wolność w pracy i jak radzić sobie z jej ograniczaniem?

Pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy. (Fot. iStock)
Pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy. (Fot. iStock)
- Kryzys sprawił, że w wielu firmach wrócił dawny stosunek do pracownika: „Nie podoba ci się? Droga wolna, na twoje miejsce czeka dziesięciu chętnych” - mówi socjolożka Agnieszka Gawkowska w rozmowie o wolności w pracy i sposobach radzenia sobie z jej ograniczaniem.

Czy ograniczenie wolności musi być czymś złym? Pewna ilość norm w pracy nam przecież służy.
Owszem. W latach 90. nie było dokładnie wiadomo, co w pracy można, a czego nie, według jakich wytycznych mamy pracować, do kiedy działamy na własną rękę, a z jaką sprawą trzeba iść do szefa. Jeśli ktoś podjął złą decyzję, nie było rozmowy o przekroczeniu kompetencji, bo nikt nie wiedział, jakie są. Wtedy przełożony był wszechmogący: tylko on ustalał, co jest dobre, a co złe i odpowiednio za to wynagradzał lub karał. Pracownik nie wiedział, w jakich granicach się poruszać.

Ale to się zmieniło: pracownikowi już w chwili zatrudnienia wręcza się zakres obowiązków, uprawnień i kompetencji. Wie, o czym może decydować sam, w jakich obszarach swobodnie się poruszać, w zgodzie z własnym kręgosłupem moralnym. To jest właśnie wolność, na którą powinniśmy móc liczyć w pracy.

Ale często nie możemy. Odnoszę wrażenie, że pod tym względem niewiele zmieniło się od lat 90.
To prawda. W dodatku kryzys sprawił, że w wielu firmach wrócił dawny stosunek do pracownika: „Nie podoba ci się? Droga wolna, na twoje miejsce czeka dziesięciu chętnych”. A do tego obecni pracodawcy mają nowe narzędzia kontroli, więc teraz mogą ograniczać naszą wolność w bardziej wyrafinowany sposób.

Jakie to narzędzia?
Do nakładania kar, na które pozwala kodeks pracy, doszedł mobbing emocjonalny i psychologiczny, a także odmowa niektórych świadczeń. Zamiast ufać, że pracownicy jak najlepiej wypełnią swoje obowiązki, szefowie montują w służbowych samochodach GPS, zakładają podsłuchy na służbowe telefony, kontrolują skrzynki mailowe i przeglądane w internecie strony, a w biurach korzystają z systemu monitoringu. Ograniczaniem wolności, często ostatnio stosowanym, jest też niewypłacanie wynagrodzeń na czas lub wcale, wymuszanie pracy po godzinach, obowiązkowe delegowanie na wyjazdy integracyjne czy dyskryminacja kobiet – przed podpisaniem umowy o pracę żąda się zaświadczenia, że nie jest w ciąży lub deklaracji, że jej nie planuje. To niezgodne z prawem, ale jednak się zdarza i to wcale nie tak rzadko.

Co robić, kiedy pracodawca żąda ode mnie takiej deklaracji? Walczyć czy uciekać jak najdalej?
Trzeba mieć świadomość, że to nie tylko ograniczenie wolności, ale wręcz gwałt na niej. I lepiej przemyśleć, czy warto podjąć pracę w takiej firmie, bo to kiepsko wróży. Mamy prawo podejrzewać, że jeśli zajdziemy w ciążę, pracodawca nie zwolni nas wprawdzie w czasie jej trwania czy podczas urlopu macierzyńskiego – bo chroni nas prawo – ale najprawdopodobniej zaraz po jego zakończeniu. Jest to też sygnał braku zaufania i zapowiedź, że w przyszłości szef również zechce na wszystko wpływać i nie pozwoli na swobodny rozwój zawodowy.

W małych zespołach kontrola nie jest z reguły tak duża. Ludzie są zazwyczaj zgrani, skuteczni w działaniach i nie trzeba im cały czas patrzeć na ręce.
Ale zdarza się, że szef ma złe doświadczenia z pracy z poprzednim zespołem albo po prostu ma taki charakter i – mimo zgranego zespołu – wpada na pomysł instalowania narzędzi kontroli. Pracownicy nie mają na to większego wpływu.

A nie zasłużyliśmy na to? W czasie pracy bywamy dość niesubordynowani i beztroscy – serfujemy po internecie, dzwonimy do znajomych i rodziny…
To prawda, ale warto pamiętać, że im bardziej się nas kontroluje, tym bardziej szukamy sposobu, by się tej kontroli przeciwstawić – niekoniecznie racjonalnie. W Polsce można to trochę tłumaczyć uwarunkowaniami historycznymi. Poza tym kontrola powoduje, że bunt i niechęć do pracodawcy narastają. Fajny, zgrany zespół zrozumie, dlaczego są wprowadzane ograniczenia, ale jeśli ekipa jest liczna, pracująca do tej pory w innych warunkach, zacznie się buntować. W efekcie szef wraca do punktu wyjścia: choć firma jest pełna ludzi, nie ma chętnych do pracy, nie ma się na kim oprzeć. Powinien wtedy postawić sobie pytanie: „Czy rzeczywiście chcę mieć pod sobą rzeszę bezwolnych robotów?”. Szef musi pamiętać, że kiedy robot się zużyje, trzeba będzie włożyć sporo pieniędzy w jego serwisowanie lub wymianę części. A jak nastąpi awaria kilku robotów naraz, będzie jeszcze większy kłopot, bo inne roboty zrobią tylko tyle, ile muszą, nic więcej.

Z jednej strony jesteśmy bardziej kontrolowani z drugiej dostajemy polecenia, których wykonanie albo sposób ich realizacji nie zgadza się z naszym systemem wartości. Chcemy powiedzieć „nie”, lecz boimy się utraty pracy.
Zawsze możemy powiedzieć „nie”. Ale nie wystarczy: „nie, bo nie” – musimy zaproponować inne rozwiązanie. Sposób wykonania zadania nie jest dla pracodawcy tak ważny, jak efekty. Jeśli przedstawimy mu własną koncepcję, powinien się zgodzić. Bo szefom w gruncie rzeczy też zależy na tym, by pracownicy mieli o firmie dobre zdanie. Tym bardziej, że w dobie internetu czarny PR rozchodzi się błyskawicznie.

A jeśli szef despota w żaden sposób nie jest otwarty na dyskusję? Zdarzają się przecież i tacy…
Wówczas są dwa wyjścia: albo mimo to ryzykujemy rozmowę, albo godzimy się z sytuacją – ale już świadomie. Bo chociaż firma jest nie najlepiej zarządzana, to sama praca może być dla nas interesująca, dobrze płatna, rozwijająca... Najważniejsze, żeby mieć punkt odniesienia, dokładnie rozumieć, co tu robimy i dlaczego się na to godzimy.

Jeśli z powodu szefa cierpi cały zespół, może warto wyznaczyć rzecznika praw pracownika?
Świetny pomysł. Najlepiej, gdyby to była osoba, która ma z szefem dobry kontakt i mocną pozycję w firmie. Niech idzie w naszym imieniu z kilkoma gotowymi rozwiązaniami, żeby szef miał z czego wybierać. W ten sposób unikamy roszczeniowej postawy i sprawiamy wrażenie solidnych pracowników, którzy przemyśleli problem i dobro firmy naprawdę leży im na sercu.

A jeśli w rażący sposób ograniczana jest w zespole tylko nasza wolność? Czy wtedy też warto pokusić się o rozmowę z szefem?
Jak najbardziej. I również wszystko z góry przemyśleć, przygotować. Przede wszystkim wyciszyć emocje, żeby się nie rozpłakać, bo to może wzbudzić różne reakcje, włącznie z oskarżeniem o próbę manipulacji. Mówiąc o problemie, trzeba przenieść ciężar z tego, jak ja się z tym czuję, na to, jak się to przekłada na efektywność mojej pracy. Możemy wcześniej spisać sobie argumenty na kartce, żeby podczas rozmowy nie pogubić się czy nie odpłynąć w dygresjach. Tylko obustronny szacunek pozwoli nam na budowanie wolności w taki sposób, aby nie godziła w niczyje uczucia i interesy.

Kto może nam pomóc w walce o zachowanie wolności i godności w miejscu pracy?
Może nas wesprzeć wiele instytucji pozarządowych, np. Centrum Praw Kobiet czy Fundacja Promocji Kobiet. Przy uniwersytetach działają prawnicy udzielający bezpłatnych porad.

A co, jeśli nasza wolność do bycia sobą ograniczana jest nie przez szefa, ale przez współpracowników? Na Zachodzie, zawierając umowę o pracę, podpisuje się jeszcze jeden dokument – zobowiązanie do niedyskryminowania współpracowników ze względu na orientację seksualną, wyznanie, pochodzenie czy wyznawane poglądy.
W Polsce to nie jest tylko problem pracy. Nasze społeczeństwo nie jest tolerancyjne w stosunku do żadnej inności. To efekt braku edukacji i dobrego przykładu ze strony osób mających olbrzymi wpływ na nasz światopogląd – polityków, ludzi mediów... Dlaczego mielibyśmy być wolni w pracy, jeśli nie jesteśmy gdzie indziej? Przyznawanie się do bycia innym jest u nas politycznie niepoprawne. Z drugiej strony, konieczność udawania od 9 rano do 17 kogoś, kim się nie jest, może być nie do zniesienia. Problem rodzi się też, gdy „ujawnimy się” i spotkamy z ostracyzmem współpracowników, a także szefa, który zamiast nas chronić, przyłącza się do zespołu. To olbrzymi bagaż do udźwignięcia. Jeśli więc chcemy zachować godność i szacunek dla samego siebie, ale też otoczenia, jedynym wyjściem jest zmiana pracy.

  1. Moda i uroda

Jaki kolor sukienki na wesele? Kilka sprawdzonych propozycji

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Wesele to część formalnego wydarzenia, czyli ślubu. Oznacza to, że wybrana sukienka powinna pasować do charakteru przyjęcia. Dodatkowo podczas wyboru kreacji trzeba kierować się kilkoma zasadami. Jakie kolory sukienek są bezpieczne, a jakich lepiej unikać?

Jak się ubrać na wesele?

Gość weselny ma kilka opcji do wyboru, ale panie najczęściej decydują się na sukienki. To element garderoby o ponadczasowym, eleganckim charakterze, więc na ślub i wesele pasuje idealnie. Warto jednak wspomnieć, że istnieją również inne opcje np. gotowe komplety lub eleganckie kombinezony. Są to mniej popularne rozwiązania, ale niektóre panie wprost je uwielbiają.

Niemniej, ze względu na powszechność sukienek skupimy się właśnie na nich. Kreacje te powinny spełniać kilka wymogów weselnego ubioru. Większość z nich dotyczy koloru, jednak istnieją też pewne ograniczenia ze względu na fason. Faux pas może być np. założenie sukienki zbyt krótkiej lub z odkrytymi ramionami. Należy przecież pamiętać, że przed weselem odbywa się ślub w urzędzie lub w kościele. W obu tych miejscach nie wypada pokazać zbyt wiele – strój musi być elegancki i stosowny.

Natomiast w przypadku kolorów należy zachować szczególną ostrożność. Nie każda barwa jest dozwolona, chociaż od niektórych zasad istnieją wyjątki.

Jakich kolorów nie wybierać?

Istnieją dwa kolory, które są odradzane: biały i czarny.

Biel to kolor sukienki panny młodej, dlatego goście powinni go unikać. Natomiast czarny jest kolorem żałoby, więc podczas tak radosnego wydarzenia warto z niego zrezygnować. Należy jednak podkreślić, że kategorycznie zakazane są sukienki całe białe lub całe czarne. Co to oznacza? Kreacje na bazie tych kolorów, ale połączone z innymi barwami są w porządku. Możesz więc założyć np. białą sukienkę w wielobarwny wzór.

Fot. materiał partneraFot. materiał partnera

Uważaj jednak! Kolorowe desenie na sukience powinny być zauważalne. Zbyt drobne akcenty sprawią, że sukienka będzie bardziej biała niż kolorowa, a to może wywołać pewne kontrowersje.

Sprawdzone sukienki wzorzyste na wesele znajdziesz np. na https://ptakmoda.com/398-sukienki-na-wesele.

Kolory, które warto rozważyć

Poza wspomnianymi wyjątkami dozwolone są właściwie wszystkie kolory, chociaż niektóre są bardziej lub mniej pewne. Od wielu lat do najpopularniejszych należą sukienki w kolorach pastelowych, bardzo dziewczęcych. Zaliczyć można do nich róże, błękity, biele czy fiolety.

Fot. materiał partneraFot. materiał partnera

Pastelowe sukienki są idealną opcją dla kobiet o jasnej karnacji i delikatnej urodzie. Warto jednak pamiętać, by nie wybrać zbyt jasnych tonów. Styliści są zdania, że pastelowy kolor nie może być jaśniejszy od skóry, bo wtedy cała stylizacja będzie bez wyrazu.

Fot. materiał partneraFot. materiał partnera

A co z barwami nasyconymi? Jak najbardziej można je wybrać. Weselnymi klasykami są np. sukienki granatowe i czerwone, ale jak już wspomnieliśmy – dowolność jest duża. Warto jednak skupić się na tym, by wybrany kolor pasował do Twojej urody. Poza tym ważne są także okoliczności.

Kolor sukienki a rodzaj wesela

Kolor sukienki warto dopasować także do rodzaju wesela – jego motywu przewodniego oraz okoliczności, w jakich się odbywa. Przykładowo, na wystawnym weselu w pałacu lepiej sprawdzi się odważny, mocno nasycony kolor niż pastelowy. Natomiast latem w plenerze pastele będą doskonałym wyborem. Warto zresztą podkreślić, że pora roku ma duże znaczenie. W sezonie wiosenno-letnim polecane są sukienki jasne, natomiast w jesienno-zimowym nieco ciemniejsze oraz te w kolorach balowych np. odcieniach złota czy srebra. Czasami o wybór konkretnych kolorów może też poprosić para młoda.

  1. Psychologia

Trójczynnikowa koncepcja miłości

W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. (Fot. iStock)
W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. (Fot. iStock)
Miłość, niby wszyscy wiemy, co oznacza. Ale czy zapytana/y o definicję masz na pewno gotową odpowiedź? No właśnie…

Pod koniec lat osiemdziesiątych amerykański psycholog, Robert Sternberg, podjął to wyzwanie i postanowił rozłożyć na czynniki pierwsze „magiczne” i używane każdego dnia przez miliony ludzi na całym świecie, pojęcie. W ten sposób powstała Trójczynnikowa Koncepcja Miłości. Sternberg uznał bowiem, że „pełna” miłość składa się z trzech niezbędnych elementów: intymności, namiętności oraz zobowiązania. Jednak furtkę zostawił uchyloną przekonując, że każdy z tych składników jest plastyczny, i to wyłącznie od partnerów, pary zależy czy zdecydujemy się poszczególne elementy pielęgnować, rozwijać.

Intymnie

W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. To sytuacja, kiedy z automatu uśmiechamy się, gdy śmieje się nasz partner i smucimy, gdy widzimy, że jemu jest źle. To chęć wyjaśniania nieporozumień, potrzeba pojednania po kłótni oraz wzajemne wspieranie się i zwierzanie. To twój partner jest pierwszą osobą, której opowiadasz, co czujesz, czy co cię spotkało. To właśnie intymność. Na początku związku bardzo powoli rośnie, ale opada jeszcze wolniej, zatem zwykle towarzyszy nam przez większość czasu trwania relacji. A kiedy wygasa, przy chęci i gotowości obu stron, można obudzić ją na nowo.

Namiętnie

Z definicji to: wysoka intensywność związana z pożądaniem o podłożu seksualnym lub romantycznym. Stała, silna tendencja do poszukiwania jedności fizycznej i/lub emocjonalnej z drugą, ukochaną osobą.

Na namiętność istotnie składa się pragnienie bliskości fizycznej z drugą osobą, podniecenie, ale to nie wszystko. To także rozmaite pozytywne uczucia, które towarzyszą związkowi na co dzień: zachwyt, wzruszenie, radość, ale również te negatywne: lęk, zazdrość, czy dojmująca tęsknota. To właśnie namiętność wyzwala w nas fantazje dotyczące partnera. O ile intymność pojawia się w związku powoli i powoli opada, dynamika namiętności jest zupełnie inna: na początku gwałtownie rośnie, szybko osiąga szczyt, ale równie szybko opada. Specjaliści przekonują, że mniej więcej po dwóch latach trwania związku nie ma już mowy o tym, by namiętność była na poziomie z początku związku. Jednak to naturalne i samo w sobie nie zagraża trwałości relacji.

Zobowiązująco

W tym przypadku szczególnie ważna jest nasza… praca! Chęć utrzymania stałości związku i poczucie odpowiedzialności za niego. To stałe wykazywanie zainteresowania, by przezwyciężać przeciwności, które przynosi los. Chodzi o świadomie ukierunkowane działania i myśli, których celem jest przekształcenie romansu w prawdziwy, trwały związek, chęć dbania o niego, pielęgnowania go. Zobowiązanie musi trwać „na dobre i na złe”. Wielu ekspertów przekonuje, że to właśnie ten składnik tworzy fundament teorii Sternberga. Bowiem wysoki poziom zobowiązania (nawet u jednego z partnerów) jest w stanie utrzymać związek na „odpowiednim” poziomie satysfakcji (oczywiście przez jakiś czas, bo pożądanym stanem jest poczucie zobowiązania obu stron). Dynamika zobowiązania jest inna niż te związane z intymnością i namiętnością. Poziom zobowiązania na początku rośnie powoli, następnie wraz z rozwojem relacji przyspiesza, aż w końcu osiąga stabilność i zwykle zachowuje ją już do końca związku.

Na podstawie wyników badań przeprowadzonych przez Uniwersytet Santiago de Compostela, pod kierownictwem Roberta Sternberga stwierdzono, że i kobiety i mężczyźni przede wszystkom cenią w relacji intymności! To ona okazała się dla badanych najcenniejszym składnikiem związku.

Jeśli chodzi o namiętność, większość z par biorących udział w badaniu stwierdziło, że trudno jest im znaleźć pełną harmonię w tym obszarze relacji: albo mężczyźni potrzebują więcej tej składowej, a kobiety mniej lub odwrotnie. Zdecydowana większość twierdziła również, że pasja (namiętność) zanika wraz z upływem czasu. Brak symetrii dotyczy także ostatniego składnika, czyli zobowiązania. Sternberg sugeruje, że to zazwyczaj kobiety oczekują, potrzebują wyższego poziomu zaangażowania, mężczyźni raczej starają się, by ten element nie rósł.

7 sposobów na miłość

Miłość to nie tylko uczucie łączące kochanków, partnerów. Miłość także może mieć bardzo różne oblicza. I tak, na podstawie Trójczynnikowej Teorii Miłości Sternberg proponuje ideę, zgodnie z którą istnieje siedem dość jasno określonych „sposobów” na miłość:

1.Miłość w związku

Występuje ona wtedy, gdy istnieje mocne uczucie intymności między dwojgiem ludzi, ale nie ma w niej pasji i zaangażowania. Ta forma miłości jest charakterystyczna dla relacji między przyjaciółmi. Zazwyczaj są to bardzo trwałe relacje.

2. Krótkotrwały romans

W tym przypadku pojawia się namiętność, ale nie ma intymności oraz zobowiązania. Jest to charakterystyczne zjawisko dla tak zwanej „miłości od pierwszego wejrzenia”, zwykle to relacje krótkie i raczej płytkie.

3. Pusta miłość

Mówimy o niej wtedy, gdy nie ma już ani intymności, ani namiętności, a relacja opiera się na bardzo wysokim poziomie zaangażowania (zobowiązania) obu stron. Często to opis związku, który już bardzo długo.

4. Romantyczna miłość

W romantycznej miłości występuje mnóstwo namiętności oraz intymności, ale nie ma w niej zobowiązania. To coś na kształt „bujania w obłokach”, jest uczucie, ale nie ma rzeczywistej chęci stawiania wspólnie czoła problemom, które niesie życie.

5. Miłość społeczna

Ten rodzaj miłości pełen jest intymności i zaangażowania, ale nie ma w nim namiętności. Obie osoby cieszą się swoim wzajemnym towarzystwem i zdecydowały się utrzymać związek, pomimo braku jakiegokolwiek pożądania seksualnego czy romantycznych epizodów. Jest to typowa forma miłości panująca wśród przyjaciół czy bardzo dojrzałych par.

6.Głupia miłość

W relacjach tego typu dużo jest namiętności i silnego zaangażowania, ale brakuje intymności. Decyzja pozostania razem wynika przede wszystkim z pożądania seksualnego i romantyczności, a nie z chęci wzajemnego wspierania się i ufania sobie. Taki rodzaj relacji budują zwykle osoby, które cechują się wysokim stopniem niepewności i zależności od innych.

7. Miłość wytrawna

Stanowi ona „idealny” model miłości, w której wszystkie trzy składniki obecne są mniej więcej w równych proporcjach. Jest tutaj i namiętność, i intymność, a także zaangażowanie. Sternberg tłumaczy jednak, że ten rodzaj miłości jest… rzadkością.

  1. Psychologia

Czas na zatrzymanie. Luksus, fanaberia czy potrzeba?

Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. (Fot. iStock)
Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. (Fot. iStock)
Zatrzymaj się, pomyśl, poczuj, odkryj sens, znajdź swoją misję, stwórz wizję... Jesteśmy zachęcani do zatrzymania się, zadawania sobie niewygodnych pytań i dzięki temu poznawaniu siebie. Po co przeszukiwać wnętrza naszych osobowości? Czy to moda, czy prawdziwa potrzeba?

Zatrzymaj się, pomyśl, poczuj – słyszymy, czytamy w wypowiedziach coachów, trenerów, psychoterapeutów czyli osób zajmujących się rozwojem osobistym. Jesteśmy zachęcani do wyjazdów w miejsca odosobnienia w kontakcie z naturą, podróży vision quest, medytacji, zadawania sobie często niewygodnych pytań: „kim jestem?”, „jaki jest sen moich działań?”. Po co mamy to robić? Po co mamy przeszukiwać wnętrza naszych osobowości, czyli – potocznie mówiąc: „grzebać w sobie”? Czy to moda, czy prawdziwa potrzeba?

Nie każdy tego potrzebuje i też nie na każdym etapie życia jest to niezbędne. Jeżeli zebrałeś już dość wiedzy i każda dodatkowa informacja przepełnia cię jak przysłowiowa herbata filiżankę – działaj. Ale może nie masz nawet czasu napełnić taczek, z którymi biegasz, nie wiedząc, co budujesz, komu i po co – zatrzymaj się. A może od dłuższego czasu leżysz na kanapie i nie sprawia ci to już przyjemności – zadaj sobie pytanie: co dalej?

Ale tak naprawdę, nic nie musisz zmieniać. Może twoją misją życiową jest właśnie bieganie z tą taczką. Może twoje leżenie na tej kanapie ma swój sens. Może nie potrzebujesz niczego więcej wiedzieć - wiesz, co robisz i co jest dla ciebie dobre. Ale jeżeli odczuwasz dyskomfort, to może warto się zatrzymać i sprawdzić, czy nie leżysz w objęciach wroga lub nie biegasz na jego usługi.

Jest czas na zadawanie pytań, czas na odpowiedzi, czas na działanie i czas na odpoczynek. Ale zbyt długie przebywanie tylko w jednym z tych okresów kończy się dyskomfortem, zniechęceniem, wypaleniem zawodowym lub nawet depresją - i wtedy może warto zatrzymać się i zadać sobie kilka ważnych pytań.

Kto jest wrogiem, a kto sprzymierzeńcem?

Carlos Castaneda, amerykański antropolog, wskazał czterech wrogów człowieka wiedzy: strach, jasność umysłu, moc, starość. Można na nich spojrzeć również jako na wrogów lub przyjaciół naszego rozwoju. Na podobnej zasadzie jak nasze cechy, które w niektórych sytuacjach mogą być naszymi zaletami, a w innych – wadami. Coś co w danej sytuacji jest dla nas sprzymierzeńcem, za chwilę może zmienić się we wroga. I odwrotnie. Przyjrzyjmy się więc bliżej sposobom ich działania.

Strach

Dzisiejszy świat oferuje nam ciągle nowinki. Można powiedzieć, że zmiana goni zmianę. Wychodzenie ze strefy komfortu pomału staje się codziennością. Naszą biologiczną reakcją na to, co nieznane, odziedziczoną po praprzodkach jest strach, bo kiedyś wiązało się to często z zagrożeniem życia. Odziedziczyliśmy więc w prezencie trzy reakcje: ucieczka, zastygnięcie lub walkę. To nas chroni przed nowym, innym, nieznanym, czyli tym, co narusza nasze dotychczasowe przekonania i związane z nimi poczucie bezpieczeństwa. Wolimy więc zaprzeczyć, wycofać się odmówić, ośmieszyć. Ale strach i tak jest z nami, a to są jego strategie, których celem jest – odciąć nas od wiedzy. I dlatego strach jest jednym z największych wrogów człowieka i tym samym pierwszym do pokonania na naszej ścieżce rozwoju. Sposobem na pokonanie go jest zyskanie świadomości: poszukiwanie informacji, zdobycie wiedzy na dany temat, poznanie punktów widzenia innych osób.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Czym jest ta nowa sytuacja? Jak inni ją widzą? Na ile ta sytuacja jest zagrożeniem, a na ile szansą? Jaki mam wybór?

Gdy nieznane zostaje poznane, a nowe oswojone i zaprzyjaźnione z nami – strach znika.

Świadomość

Mamy już więc niezbędną wiedzę i własne zdanie na temat nowej sytuacji. Zyskujemy coraz większą pewność siebie, zaczynamy dzielić się naszą wiedzą z innymi. Ludzie słuchają nas z zainteresowaniem. Zaczynamy mieć poczucie omnipotencji, jesteśmy traktowani jako eksperci, coraz częściej widzą nas w roli lidera. Jeżeli jednak pozostajemy dłużej na etapie „gadającego guru”, nie tylko inni, ale też my sami wkrótce nie będziemy już chcieli siebie słuchać. Utkniemy w świecie naszych racji, poglądów, zaniedbując potrzebę sprawczości. Zaczniemy mieć wątpliwości, do głosu dojdzie krytyk podważający nasze kompetencje. Ratunkiem z tej sytuacji jest moc osobista i działanie.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Jak chcę skorzystać z mojej wiedzy? Jakie są moje mocne strony? Jakie działania dają mi poczucie sensu? Co jest moją mocą osobistą?

Gdy mamy gotowość do działania, znika stagnacja, pojawiają się możliwości, propozycje.

Moc osobista

Mając wiedzę i kontakt z osobistą mocą, działamy, tworzymy w świecie nowe projekty. Rozwijamy się, inspirujemy innych, włączając ich do wspólnych działań. Świat nam na to odpowiada różnymi gratyfikacjami – finansami, uznaniem, awansem. Nabieramy poczucia, że nasze możliwości są nieograniczone, chcemy sięgać po kolejne wyzwania. Wiemy już jak to zrobić żeby osiągnąć sukces i osiągamy kolejny. Po pewnym czasie stajemy się cynicznym Midasem – wszystko jesteśmy w stanie przemienić w złoto. Co tracimy? Często poczucie wyższego sensu, bliskie relacje. Pojawia się poczucie pustki, którego nie jest w stanie wypełnić kolejna „zabawka”. Wyzwolenie często przychodzi w postaci zmęczenia, choroby, kryzysu albo jeszcze innej sytuacji, która zmusza nas do zatrzymania się, do konfrontacji ze swoją słabością, ze świadomością, że wszystko ma swój koniec, że nasze zasoby i nasz czas jest ograniczony. Zaczynamy nas coraz częściej myśleć o starości.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Jaki świat chce zostawić moim dzieciom? Jakie były kiedyś moje marzenia? W co wierzę? Co chciałbym usłyszeć od bliskich na moje 80. urodziny? na własnym pogrzebie? Jaki jest w ogóle sens życia? Dokąd zmierza moje życie?

Starość

Mam na myśli starość nie tyle metrykalną co stan kontaktu ze swoją starością, a właściwie ze starszyzną w sobie. Czas, kiedy mamy za sobą już wiele osiągnięć, doświadczeń. Kiedy nie ogranicza nas strach, nie dajemy się uwieść władzy. Mamy świadomość swojej mocy i używamy jej rozważnie, w sprawach ważnych. Problemem jest zmęczenie i zniechęcenie. Szukanie odpowiedzi na wielkie pytania przytłacza nas niejednoznacznością i ambiwalencją, czujemy się wobec nich mali. Kanapa i ciepły kocyk ciągną coraz bardziej, szczególnie gdy mamy komfort finansowy. Można zasnąć, odejść, zniknąć…

Na szczęście budzi nas nasz przyjaciel strach! I tak ten cykl toczy się mniej lub bardziej dla nas świadomie.

Zadaj sobie pytania: Czy opisane tutaj sytuacje są ci znane? Ile cyklów jest już za tobą? Kto jest twoim największym wrogiem? Kto jest twoim sprzymierzeńcem? W której sytuacji bywasz najczęściej? W której jesteś teraz?

Powrót do natury

Samotność, post, modlitwa, medytacja i kontakt z naturą - to nieodłączne elementy rytuałów szamańskich ale też religijnych, które przez wieki towarzyszyły człowiekowi. Jeśli coś było dobre i potrzebne człowiekowi kiedyś, to może również teraz? Czy tak bardzo zmieniły się nasze potrzeby? A może wręcz przeciwnie, zostały te same, a my żyjemy w jeszcze trudniejszych warunkach, w odcięciu od natury i naszych biologicznych potrzeb. Spopularyzowana pod angielską nazwą metoda vision quest wywodzi się z tradycji indiańskiej, obecnie często jest elementem rozwoju osobistego (psychoterapia, coaching) w postaci różnych form warsztatów, medytacji, odosobnień w kontakcie z naturą, w celu uzyskania intuicyjnych odpowiedzi na pytania o sens, cel. Frank Grant światowej sławy praktyk w nurcie Wilderness & Adventure Therapy, zapytany o to jak głęboka jest praca metodą Vision Quest odpowiada: „Taka, na jaką jesteś gotowy”.

Pielgrzym również decyduje się na odosobnienie, nie tyle od ludzi, co od świata, jaki zna na co dzień, w którym nie ma zbyt wiele okazji i czasu na duchowe poszukiwania. Pielgrzymowanie z każdy krokiem oddala od tego, czym wypełniona jest nasza codzienność. Na drugi plan schodzi dom, rodzina, praca, obowiązki, najważniejsze staje się miejsce, do którego zmierzamy. Jest to jednocześnie intymna podróż w głąb siebie.

Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. W naturze, której jesteśmy jednym z elementów, łatwiej jest szukać odpowiedzi na podstawowe pytania: „kim jestem?”, „jaki jest sens mojego istnienia?”.

Czas dla siebie – strata czy zysk?

Mówimy: „czas jest luksusem”, „najcenniejszą walutą jest czas”, tylko nikt nie wie, jaki jest dokładnie stan jego konta.

Może warto więc zastanowić się, na co go wydajemy, a może rozdajemy? Czy żyjesz na kredyt, rozrzutnie – na wszystko masz czas. A może oszczędzasz - odkładasz czas na ważne dla siebie sprawy na później. Może mówisz: „tracę czas na zatrzymywanie się”? A może właśnie wtedy go odzyskujesz?

Jak pisała Wisława Szymborska”: „Żyjemy dłużej ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami. Podróżujemy szybciej, częściej, dalej choć zamiast wspomnień przywozimy slajdy”.

Autorka jest coachem i właścicielką „Domu Pod Aniołami”, w którym z dala od zgiełku miasta towarzyszy osobom, które potrzebują się zatrzymać, spotkać ze sobą i znaleźć odpowiedzi na ważne dla siebie pytania.