1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Alwernia Andrzeja Grabowskiego

Alwernia Andrzeja Grabowskiego

„Dawniej drabina ludzkich potrzeb była krótka i osiągalna, więc upadek z niej nie groził śmiercią. Teraz bardzo się wydłużyła, wciąż chcemy, żeby było lepiej i więcej, więc po części staliśmy się zboczeńcami” – mówi Andrzej Grabowski, mając przed oczami rodzinną Alwernię. Cierpliwy, dowcipny, szalony. Genialny aktor. Każdy, kto widział go w „Scenariuszu na trzech aktorów” Bogusława Schaeffera, dożywotnio na jego punkcie zwariował.

 

DOM

Alwernia pojawiła się na mapie świata w XVII wieku dzięki kasztelanowi Krzysztofowi Korycińskiemu herbu Topór. Po pobycie w Toskanii (dokąd pojechał odprawić pokutę), u podnóża góry La Verna (łac. Alvernia), w miejscu, gdzie św. Franciszek otrzymał pierwsze stygmaty, wrócił do Polski i wybudował klasztor Bernardynów oraz kościół. Na wzgórzu przypominającym nieco stożek wulkaniczny powstał też ryneczek.

Alwernia to ani wieś, ani miasto. Zamieszkiwali ją zawsze garncarze, rymarze, kowale – ludzie świadczący usługi dla okolicznej ludności zajmującej się rolnictwem.

Tu właśnie osiedlił się mój dziadek Gustaw Bahr, wybudował kopalnię glinki ogniotrwałej „Łucja” (imię mojej mamy) i poślubił babcię, Wiktorię z domu Zaręba.

W moich czasach mówiło się, że Alwernię zamieszkuje 500 dusz. Miałem świetne rozeznanie nie tylko w tym, gdzie u kogo w domu jest kuchnia i sypialnia, ale nawet kto gdzie jakie garnki trzyma. Mały pokoik w naszym domu zajmowała przystojna, pięknie śpiewająca ciocia Zosia. Wychowała całą naszą trójkę, czyli moich braci Wiktora i Mikołaja oraz mnie. To do niej w wieku sześciu lat chodziłem palić, bo ciocia Zosia uważała, że papierosy nie szkodzą. Zajmowała się naszym domem i świetnie gotowała. Do dziś pamiętam jej sznycle i bułkę ze skwarkami. W Alwerni było wszystko, ale w pojedynczych egzemplarzach: jedna apteka i magister, jedna poczta i naczelnik, szkoła i kierownik, jeden bank i jeden kościół, straż z jednym komendantem, jeden wóz strażacki marki Bedford i jedyne prawo jazdy, które posiadał mój ojciec Bolesław.

Gdy trzeba było zrobić barszcz, mama posyłała mnie do pani Rybarskiej, a ja wiedziałem, w którym miejscu stoi żur, więc zostawiałem 50 groszy i szedłem do pani Rychłowskiej po ogórki kiszone. Mama, z wykształcenia nauczycielka, skończyła seminarium u klarysek w Krakowie, a w Alwerni została kierowniczką banku. Ojciec studiował historię na UJ, ale w związku z tym, że uczył się na kierunku kształcącym dyplomatów, to cała jego nauka okazała się psu na budę, bo po wojnie uczono już innej historii. Zatrudnił się więc w zakładach chemicznych jako kierownik zaopatrzenia.

Czasy to były przedziwne. Raz na parę miesięcy albo nawet i tygodni pojawiała się plotka, że będzie wojna. I szło się do Borowskiej do sklepu po worek cukru i trochę mąki (bo była wtedy słabo czyszczona i szybko wołki się pojawiały). Wszystko wydawało się tymczasowe.

RYNEK

Raz do roku, w niedzielę po Bożym Ciele, odbywał się odpust. Kramy, strzelnice, cały rynek zawalony, ludzi tysiące, uroczystości kościelne i zabawa taneczna oraz karuzela. Największą radością dla dzieciaków było pchanie karuzeli. Za pięć pchań można się było raz przejechać na koniku. Istniały też już wtedy pierwsze adaptery, grały „Gdy mi ciebie zabraknie”, „Czeko czeko czekolada” oraz hit „Nie płacz, kiedy odjadę” źle mówiącego, więc i źle śpiewającego po polsku Marina Mariniego. Ale jego polski nie był ważny. Każdy obcokrajowiec był w tym czasie królem. Alwernia wydawała mi się całym światem. A to taka prowincjonalna miejscowość jak z „Amarcord” Felliniego (może sobie schlebiam?), takie jego rodzinne Rimini. To mój najukochańszy film, bo w nim jest wszystko, co sam przeżyłem w Alwerni. Rodzina, dziwny wujek, wszystkie pory roku, lokalna piękność, która idąc przez miasto, wiedziała, że jest najpiękniejsza. Nie mogę powiedzieć jej imienia. Na niej uczyliśmy się, jak to się robi i w ogóle… Różnie do niej chodziliśmy, dwójkami, czwórkami, to zależy, jakżeśmy się zebrali. Jedyna taka w Alwerni, niewytykana przez nikogo palcami, oczywista. Może jeszcze żyje?

A podglądanie to zupełnie inna sprawa. Wiedzieliśmy wszyscy, kto się w jakim dniu i o jakiej porze kąpie w balii. „Co dzisiaj jest? Piątek. A to idziemy podglądać Iksińskich”. Tak to wyglądało. I biegliśmy pod okna Iksińskich. W takich miejscach jak Alwernia wszystko jest dużo wyraźniejsze niż w dużych miastach, w których, szczególnie teraz, świat się już rozmywa, a ludzie gonią, nie wiadomo dokąd. To była inna, nadzwyczajna optyka. Bez telewizorów. Mogłem czerpać z tego, co widziałem. A widziałem panią Rychłowską, Rogalską, pana Stolarczyka, mojego ukochanego wuja Antoniego „Kole” Bahra, wuja Franciszka Bahra. Bałwochwalczo wielbiłem rodziców. Od nich się uczyłem i myślałem, że całe życie jest właśnie takie. Byłem raczej grzecznym chłopcem, lokowanym takim, z długimi pięknymi włosami, a mówiono na mnie Dejus, bo jako dziecko pukałem po domach i gdy pytano: „Kto tam puka?”, odpowiadałem: „Puka Dej”. Nie Andrzej, tylko Dej, bo tak mi było łatwiej. W dodatku mówiłem o sobie w rodzaju żeńskim i do dziś starzy już teraz ludzie wspominają, jak to przyszedłem do Rychłowskich i powiedziałem: „Ja chciałam ogórka i koniec”.

STUDNIA

Dziś już nieczynna studnia głębinowa zaopatrywała w wodę wszystkich mieszkańców. W moim domu była jedyna w Alwerni łazienka. Inni musieli przynosić wodę ze studni. Gdy zepsuła się pompa, po wodę chodziło się bardzo daleko z wiadrami. Trzeba było więc jak najszybciej naprawić pompę. Ale kto miał to zrobić? W końcu zebrał się jakiś komitet. Pompę zakupili, ale nadal nie było wiadomo, kto ma te 80 metrów w dół zjechać. Wreszcie zgłosił się pan Władek Bozowski, pracownik rzeźni w Chrzanowie, który miał tyle wspólnego z pompami, że w pracy jakieś kurki odkręcał i zakręcał w kanalizacji. Wobec tego komitet uznał, że Władek się zna.

Każdy radził mu, jak tę starą pompę odkręcić, a jak zamontować nową, aż wreszcie nadszedł dzień wymiany. Komitet przygotował specjalną korbę, taką jak w starych wiejskich studniach. Władek siedział na końcu sznura na desce, trzymał się mocno i tak oto spuścili go na dół. Z czeluści dochodziły różne dźwięki, a naokoło niej tylko wtajemniczony komitet. Nas, dzieci, nie dopuszczono do tego misterium. Cały czas padały hasła: „Człowiek do góry, maszyna w dół. Człowiek w dół, maszyna w górę”, bo Władek wszystko na dole musiał do siebie precyzyjnie dopasować. Mieszkańcy zaczęli przynosić wino domowe i zrobił się całkiem wesoły piknik.

W końcu po iluś godzinach (pięciu, sześciu?) padło hasło: „Pompa w górę. Człowiek w górę do końca”. Najpierw wyjechała stara pompa, a potem Władek. Nasz bohater! Wodę nam oddał. Ale on chciał być jeszcze większym bohaterem. Stanął na krawędzi studni, potem zeskoczył na ziemię, położył się i zaczął dyszeć oraz łapać powietrze, co miało oznaczać, że tam na dole nie oddychał przez ileś tam godzin! Władek miał paskudny zwyczaj, bo cały czas pluł. W ogóle ludzie wtedy pluli. To było normalne. W restauracjach, barach i mordowniach zawsze wisiała tabliczka: „Pluć tylko do spluwaczek”. I spluwaczka w kącie zawsze była. Gdy ktoś chciał splunąć, to albo podchodził blisko, albo pluł na odległość. Dlatego ściany w takich miejscach były zazwyczaj bardzo oplute. Ale i tak najwięcej pluł Władek. Właśnie teraz uświadomiłem sobie, że jakoś tak oduczyłem się pluć i to mnie trochę martwi. Pluć przestałem, w ogóle już nie pluję... Dlaczego? Tracę chyba korzenie.

 

WARSZTAT STOLARSKI

Foto: Łukasz Gawroński

Przed wojną był w Alwerni burmistrz Stanisław. Znałem go, bo umarł, mając prawie 100 lat. Mieszkał w najstarszym domu w miasteczku, miał pokój i kuchnię, w której mieścił się warsztat stolarski, i ciągle coś opowiadał. O Galicji, o Franciszku Józefie, którego podobno widział, a ja, berbeć, na tym jego klepisku siedziałem i słuchałem. Podobno, gdy przed wojną po raz pierwszy nad Alwernią przeleciał samolot, wszyscy mieszkańcy, którzy nie wiedzieli nawet, że istnieje coś takiego, pouciekali do domów. Bo co to niby miało być? Ptak lecący, który nie rusza skrzydłami i warczy. To paranormalne. Samolot zatoczył koło nad Alwernią i wracał właśnie do Krakowa, gdy Stanisław jako jedyny odważył się, wybiegł na środek rynku i do odlatującego już pojazdu krzyczał, wznosząc do góry ręce: „Duchu Święty, nad Alwernię, nad Alwernię!”.

ZBOCZE

Droga z Alwerni do świata nie była taka prosta. Najpierw trzeba było przejść dwa kilometry w dół stromego wzgórza przez las do stacji Alwernia Regulice. Stamtąd pociągiem do Chrzanowa (tam chodziłem do liceum), przesiadka w Bolęcinie, potem w Trzebini, a stamtąd do Krakowa. 30 km w dwie godziny, bo przez jakiś czas jechało się w przeciwnym kierunku. W liceum musiałem wstawać o piątej rano i zachrzaniać z góry po ciemku do stacji. W Chrzanowie czekałem godzinę na lekcje, bo przyjeżdżałem za wcześnie, a po szkole dwie godziny na pociąg powrotny. Dlatego dom widywałem tylko w sobotę i niedzielę.

Uczyliśmy się w baraku z falistej blachy, gdzie zimą było tak zimno, że wszyscy siedzieliśmy w kurtkach, a woda w szklankach zamarzała. Przy żelaznej starej kozie było z kolei tak gorąco, że nie można było wytrzymać. Nie wyobrażałem sobie innego świata, nie. Wszystko to było dla mnie normalne. Marzę czasem o tamtym czasie, czyli o braku perspektyw i braku narzekań na brak perspektyw.

Miałem superdzieciństwo. Latem lataliśmy boso. Byliśmy jak dzieci z Bullerbyn. Zimy były zawsze strasznie srogie. Jeździliśmy na nartach po leśnych ścieżkach, łyżwy montowało się z blaszek nasadzanych w dziurę w obcasie. Alwernia leży na wzgórzu, nigdy nie było tu lodu, tylko ubity śnieg na zboczu, więc myśmy po nim zjeżdżali na łyżwach.

Czasem przyjeżdżały do nas hrabianki, dwie staruszki Szembekówny ze spalonego w czasie wojny dworu. Jedna wyniosła, druga malutka, obie cały czas kurzyły papierosy. Wpierw przyjeżdżały wózkiem ciągniętym przez kozę. Po daninę. Każdy wynosił coś z domu i hrabiankom dawał. Chleba czy kawałek kiełbasy. One brały to wszystko i mówiąc wciąż po francusku oraz paląc papierosy, jedna w lufce, druga bez, odjeżdżały do swoich czworaków. Potem dorobiły się kucyka, bo chyba jakiś Szembek z zagranicy przysłał im trochę pieniędzy.

ŚWIETLICA

Raz w tygodniu przyjeżdżało do nas kino. Przywoził je starym samochodem poniemieckim Sylwek Kapcia. Okna świetlicy zasłaniano kocami, wieszano prześcieradło, a cała widownia zasiadała na krzesłach i wreszcie sprzęt zaczynał burczeć. Nas, młodszych, nie wpuszczano na filmy od 16 lat, więc starsi koledzy odsuwali trochę koce i mogliśmy podglądać. Pod świetlicą mieścił się areszt, a u góry milicja. Gdy grali „Rzymskie wakacje”, stałem na palcach na kratach aresztu i patrzyłem z otwartą gębą. Miałem 10 lat może. Nie wiedziałem, co to jest Rzym, poza tym, że tam żyje papież, bo tego dowiedziałem się na religii, a portret dobrotliwego Jana XXIII wisiał w refektarzu klasztornym.

W filmie Gregory Peck porywa Audrey Hepburn, długo jeżdżą po Rzymie, aż wreszcie trafiają na potańcówkę na barce zacumowanej przy Tybrze, koło zamku św. Anioła. Ależ mnie to zafascynowało. To było science fiction, inny świat, do którego nie ma wstępu. Nawet o nim nie marzyłem. Po 40 paru latach dostałem dużą rolę we włoskim filmie „Ballada o czyścicielach szyb”. W ostatniej scenie jestem goły, bo wcześniej musiałem spalić zakrwawione ubranie, gdyż byłem świadkiem morderstwa, i jadę przez Rzym trójkołowcem, na pace wioząc ukradzioną świnię. W pewnej chwili trójkołowiec się psuje, a ja biegnę goły. A za mną ta świnia. Te same platany, ten sam zamek św. Anioła, most. To samo miejsce, gdzie byli kiedyś Gregory i Audrey. Magia. Co prawda ja nie wyglądałem jak Gregory, a za partnerkę nie miałem Audrey, tylko świnię, ale byłem tam!

KAPLICA

Na rynku jest stara, bardzo ładna murowana kapliczka, a wokół niej rosną dęby, które owszem, są duże, ale w dzieciństwie wydawały mi się największymi drzewami na świecie. Baobaby to był w porównaniu z nimi mały pikuś. W Dzień Zaduszny odbywała się msza święta, na którą schodziła się cała Alwernia, a na jednym z dębów wieszano na sznurku nieduży dzwon. Ojciec Bonifacy odprawiał mszę i wygłaszał kazanie, stojąc na krześle, bo w tamtych czasach nie było ani mikrofonów, ani nawet tuby. Do tego wszystkiego ojciec był malutki i bardzo się jąkał. Nie jąkał się tylko wtedy, gdy krzyczał, wobec tego zwykle krzyczał, żeby się nie jąkać. Straszny deszcz lał tego dnia, ludzie stali pod parasolami, a ja w komeżce. Pamiętam jedno zdanie, które mnie tak wtedy poraziło, że nigdy, ale to nigdy, go nie zapomnę. Ojciec Bonifacy krzyczał, wskazując na wiszący na dębie dzwon: „Wiszą już dzwony, które dzwonić będą na waszych pogrzebach”. A ja na ten dzwon patrzyłem, trząsłem się i myślałem: „Boże drogi, co się dzieje? Jakie pogrzeby?”. Teraz wiem, że to prawda, ale...

Oczywiście, że byłem ministrantem i Modlitwę Pańską do dziś pamiętam po łacinie. I proszę bardzo [Andrzej Grabowski bezbłędnie recytuje Pater noster]. Miałem jednak pewien kłopot z polską wersją. W wersie „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” za cholerę przez lata nie wiedziałem, co to jest „jakoim”. Długo nie dawało mi to spokoju.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.