1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Penélope Cruz - ikona zwykłych ludzi

Penélope Cruz - ikona zwykłych ludzi

"Miałam proste marzenie: mieć pracę, którą będę kochać" - mówiła w wywiadzie dla "El Pais" Penélope Cruz. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kobieta niezwykle atrakcyjna i szalenie utalentowana - o takich mówi się, że wygrały los na loterii. Jednak Penélope Cruz ciężko napracowała się, by wieść życie, którego zawsze pragnęła. Od zawsze wierna wartościom i pochodzeniu. Kocha i szanuje innych ludzi, ale przede wszystkim siebie.

 

Jak powiedziała inna świetna aktorka Marion Cotillard, wręczając jej Cezara za życiowe osiągnięcia, Penélope Cruz jest ikoną zwykłych ludzi, cytując dokładnie: "międzynarodową gwiazdą, która zawsze pozostanie córką rzemieślnika, mocno zakorzenioną w prawdziwym życiu". Pedro Almodóvar, reżyser i także przyjaciel, z którym zrobiła wspólnie już sześć filmów, użył wobec niej określenia "przedstawicielka klasy pracującej". I rzeczywiście, choć Penélope zachwyca na czerwonych dywanach i kochają ją wielkie domy mody, to najbardziej wiarygodna jest w rolach pracujących matek, urobionych po łokcie i gotowych wydrapać oczy tym, którzy atakują jej dzieci. Jest w niej siła i urok dawnych włoskich aktorek jak Sophia Loren czy Anna Magnani. Zresztą, podobnie jak Loren, nagrodzona Oscarem za rolę w filmie "Matka i córka", większość tych świetnych kreacji zagrała, sama nie będąc jeszcze matką.

Taka była chociażby w filmie "Volver", za który dostała nominację do Oscara. Czy we "Wszystko o mojej matce", gdzie grała spodziewającą się dziecka zakonnicę, w dodatku chorą na AIDS. Podobno kiedy przeczytała opis swojej roli, powiedziała do Almodóvara, reżysera i autora scenariusza: "Jak mam sprawić, by ludzie w to uwierzyli?!", odpowiedział: "Zaufaj mi". I miał rację. Niezależnie od tego, czy na ekranie jest pełnokrwistą, szaloną artystką w komedii "Vicky Cristina Barcelona" Woody'ego Allena, czy steraną życiem matką głównego bohatera w "Ból i blask" Almodóvara - wierzymy jej bohaterkom. Od razu kupujemy ich emocje, przeżywamy z nimi każdą scenę i odnajdujemy w nich skrawek siebie.

Może rację ma Asghar Farhadi, irański reżyser, w którego dramacie "Wszyscy wiedzą" zagrała na początku tego roku: "Penélope jest osobą, która kocha ludzi, w najprawdziwszym znaczeniu tych słów. Kocha i szanuje, niezależnie od ich pochodzenia, pracy, klasy społecznej czy kultury, w jakiej się wychowali". Sama utożsamia się jednak z Hiszpanią. - Jestem bardzo hiszpańska - przyznała w magazynie "Esquire". - Kocham moje miasto i ten kraj, tutejsza kuchnię i kulturę. Tu mieszkają moja mama i siostra. Jestem bardzo rodzinna. My, Hiszpanie, lubimy familijną atmosferę. Kiedy spotykamy się i spędzamy razem czas, zaczynamy mówić wszyscy naraz. Uwielbiam to!

A Hiszpanie uwielbiają ją. Odkąd wyszła za mąż za Javiera Bardema, jednego z najlepszych i najpopularniejszych obecnie aktorów, mają w swojej ojczyźnie status - no, może nie rodziny królewskiej, bo taką Hiszpania ma, ale z pewnością dobra narodowego. Lubiani, a przy tym normalni, mili i mocno chroniący życie prywatne. Nigdy nie opowiadają o sobie w wywiadach, wiadomo tylko, że są małżeństwem od 2010 roku, kiedy to przyrzekli sobie miłość podczas kameralnej uroczystości na Bahamach, i że mają dwoje dzieci: 8-letniego synka Leo i 6-letnią córeczkę Lunę. No i że się znają od 26 lat (pierwszy raz spotkali się na planie filmu "Szynka, szynka"). Cóż, Penélope Cruz silnie i na długo przywiązuje się do ludzi. I jest to jedna ze składowych jej życiowego sukcesu.

Penélope Cruz na Festiwalu Filmowym w San Sebastian. (fot. BEW) Penélope Cruz na Festiwalu Filmowym w San Sebastian. (fot. BEW)

Po pierwsze, praca, którą kochasz

Nikt w jej rodzinie nigdy nie parał się artystycznym rzemiosłem, wszyscy zarabiali na życie pracą własnych rąk. W przeciwieństwie chociażby do jej męża, który pochodzi z aktorskiego rodu. Mimo to podkreśla, że zarabia równie ciężko na chleb jak jej przodkowie. A pracuje, odkąd skończyła 16 lat - najpierw były to niewielkie rólki w produkcjach telewizyjnych i współprowadzenie programu "La Quinta Marcha" na kanale Telecinco. Debiutowała jako 17-latka w komedii erotycznej "Szynka, szynka" w reżyserii Bigasa Luny, gdzie zagrała prowincjuszkę przyjeżdżającą do wielkiego miasta. Nie przypuszczała, że ten niskobudżetowy film będzie dla niej przepustką do sławy. Kiedy w 2009 roku, jako pierwsza w historii Hiszpanka odbierała Oscara za rolę w "Vicky Cristina Barcelona", powiedziała, że takie historie nie przytrafiają się dziewczynom z Alcobendas.

Przyszła na świat w 1974 roku w tym liczącym około 100 tys. mieszkańców robotniczym miasteczku niedaleko Madrytu jako najstarsza z trojga dzieci Eduarda i Encarny, sprzedawcy w sklepie z narzędziami i fryzjerki. - Miałam proste marzenie: mieć pracę, którą będę kochać. Nieważne, czy byłabym tancerką, czy aktorką. Chciałam z tego żyć, tego pragnęłam. Wizja zdobycia Oscara była dla mnie nierealna, równie dobrze ktoś mógłby mnie przekonywać, że któregoś dnia postawię stopę na Księżycu - mówiła w wywiadzie dla "Esquire".

Gdy była nastolatką, jej ojciec kupił magnetowid Betamax - jeden z pierwszych w sąsiedztwie. Młoda Penélope zwariowała na punkcie filmów. - Ta maszyna zmieniła moje życie - opowiadała w tym samym wywiadzie. Zamiast chodzić do parku, czy bawić się z przyjaciółmi, wypożyczała kasety - dwie lub trzy naraz. - W naszej okolicy nie było sali kinowej, nie mieliśmy też samochodu, ale w domu poznawałam historię kina. Dzięki temu dowiedziałam się, kim są Billy Wilder, Marilyn Monroe, Sophia Loren, Pier Paolo Pasolini... Każde odkrycie aktorskie było dla mnie niczym wstrząs. Film "Najpiękniejsza" z Anną Magnani, oglądałam średnio trzy razy w tygodniu - mówiła.

Jednak dopiero kiedy zobaczyła "Zwiąż mnie", kultowy film Pedro Almodóvara, postanowiła zostać aktorką. - Po zakończeniu seansu zrobiłam sobie spacer i doszłam do wniosku, że muszę mieć agenta. Chciałam poznać Pedra i podziękować mu za ten film. A także pracować z nim - wyznała "Esquire". Agentkę znalazła, gdy miała 15 lat. - Skłamałam, powiedziałam jej, że mam 17. Odesłała mnie do domu, ale wróciłam. Potem znowu mnie odesłała, ale nie ustępowałam - wspomina. W końcu Katrina Bayonas dała za wygraną. Do dzisiaj pracują razem.

"Zanim mogłam zacząć wybierać dobre filmy, los sam mi je oferował" - mówiła w wywiadzie dla "El Pais". Szczęście rzeczywiście jej sprzyjało. Jej kolejny film, hiszpańsko-portugalsko-francuska produkcja Fernanda Trueby "Belle époque ", został uhonorowany Oscarem dla najlepszego tytułu nieanglojęzycznego. Wtedy postanowiła wyruszyć na studia do Nowego Jorku. Mieszkała w dzielnicy Greenwich Village, z grupą przyjaciół z Hiszpanii. Wydawało się, że stamtąd już tak niedaleko do Hollywood. Aktorka wyznaje jednak, że bardzo sparzyła się podczas pierwszego kontaktu z Fabryką Snów. - Gdy miałam 20 lat, producent, który ściągnął mnie do Stanów Zjednoczonych z Hiszpanii, oszukał mnie. Zamiast uzgodnionego kontraktu dał mi do podpisania inny, na znacznie gorszych warunkach. Wynikało z niego, że miałam też robić rzeczy, których nie chciałam. Powiedziałam mu, żeby się pie..., i wsiadłam do samolotu powrotnego do domu. Czułam się wtedy fantastycznie! To był jeden z najlepszych dni w moim życiu. Nie obawiałam się, że wszystkie studia dowiedzą się o tej sytuacji i nikt nie będzie chciał mnie zatrudnić. Przeciwnie, byłam pełna siły - mówiła w wywiadzie dla "Zwierciadła".

Kadr z filmu 'Wszyscy wiedzą' w reżyserii Asghar Farhadi. (fot. BEW) Kadr z filmu "Wszyscy wiedzą" w reżyserii Asghar Farhadi. (fot. BEW)

Wróciła do Hiszpanii, gdzie nakręciła świetnie przyjęty film "Otwórz oczy" z Alejandrem Amenabarem, po czym dostała kolejne oferty pracy w USA - m.in. od Stephensa Freasa w "Krainie Hi-Lo" czy Billy'ego Boba Thorntona w "Rączych koniach". - Kolejny raz do Stanów leciałam ze spokojem. Na miejscu okazało się, że nie trafiłam na żadną czarną listę studiów produkcyjnych. Dzięki ciężkiej pracy, wytrwałości i uporowi udało mi się w końcu otworzyć drzwi do kariery - podsumowała tamto wydarzenie.

Wreszcie stało się: zadzwonił do niej Pedro Almodóvar. Odebrał ktoś z rodziny. Penélope myślała, że robią sobie z niej żarty. - Wszyscy wiedzieli, że miałam obsesję na punkcie Pedra. Usłyszałam w słuchawce: "Dzwonię, by pogratulować ci ról". Mogłam jedynie wydusić z siebie: "Nie. To niemożliwe!". Moje największe marzenie stało się rzeczywistością - mówiła w "Esquire". Reżyser chciał z nią pracować, ale aby wcielić się w jedną z tak charakterystycznych dla jego kina kobiet po przejściach, była zbyt młoda. Obiecał wtedy: "Napiszę film, który będzie skrojony pod ciebie". Gdy cztery lata później stawiła się na castingu do głównej roli w "Drżącym ciele", ponownie szukał bardziej dojrzałej aktorki. Zaproponował jej małą rolę, licząc się z tym, że może odmówić. Penélope propozycję przyjęła. Jest na ekranie 8 pierwszych minut, gra prostytutkę, która rodzi dziecko w autobusie - i jak pisali krytycy - kradnie cały film.

Po drugie, odpowiednie osoby w odpowiednim czasie

On mówi, że jest jedyną kobietą, do której czuł pociąg fizyczny (a jest zdeklarowanym gejem), ona, że pod koniec życia okaże się, że był jedną z niewielu osób, które najbardziej kochała. Ich relacja jest miłosno-przyjacielsko-ojcowska. Sami mówią, że są jak wpatrzona w siebie para, która nie uprawia ze sobą seksu. I że bardzo wiele ich łączy, mimo 25 lat różnicy: spojrzenie na kino, na świat, na kobiety. Pedro Almodóvar, bo o nim mowa, również pochodzi z rodziny, która nie miała nic wspólnego z przemysłem filmowym. Wychował się w La Manchy w biednej, prostej rodzinie - jego ojciec nie potrafił czytać ani pisać. Sam utorował sobie drogę do sławy. Brytyjski "The Guardian" w okolicach premiery filmu "Przerwane objęcia", który jest hołdem reżysera złożonym aktorce, pisał, że obok ojca był dla młodej Penélope jednym z najważniejszych mężczyzn w jej życiu. Sama ujmuje to tak: - Nawet jako mała dziewczynka identyfikowałam się z nim. Zastanawiałam się, skąd tyle wie o kobietach i dlaczego patrzy na nie tak intymnie. Wtedy w Hiszpanii wszyscy bali się jakichkolwiek zmian, a on był zmianą - mówiła w "The Guardian".

Amodóvar nie kryje zachwytu aktorką. Twierdzi, że chciał z nią pracować, od kiedy zobaczył ją w filmowym debiucie, ale musieli spotkać się w odpowiednim czasie. W rozmowach dla portalu Dazed mówił o niej tak: - Jako aktorka jest bardzo utalentowana, ale w śródziemnomorskim stylu, który jest bardzo odmienną szkołą grania niż amerykańska - odwołuje się bezpośrednio do emocji, przeżyć i wspomnień. Dlatego jest tak idealna do grania w moich filmach. Do tego jest świetną matką.

W ich porozumieniu na planie jest coś magicznego. - To jest jak taniec. Wszystko przychodzi tak naturalnie, tak płynnie, tak niewymuszenie - mówi aktorka. Jednocześnie dodaje, że nigdy nie chciała go zawieść. Reżyser dość paternalistycznie przyznał, że cierpiał, kiedy widział ją w hollywoodzkich produkcjach, które "nie były tak dobre, jak być powinny". Żeby wymienić "Kapitana Corellego", "Vanilla Sky", "Saharę"... - Wszyscy chcieli z nią pracować. A ponieważ była piękna, nie obchodziło ich, czy potrafi grać, dawali jej same oczywistości - mówił w "The Guardian". Kiedy Penélope stała się bardziej znana z powodu swoich związków (m.in. z Tomem Cruisem, Mattem Damonem czy Matther McConaughey) niż dokonań, postanowił uratować ją od przekleństwa Hollywood. To specjalnie dla niej napisał jeden z najlepszych ich wspólnych filmów - "Volver".

- Kiedy patrzę na tamte początki, widzę, że moje dzisiejsze życie bardzo różni się od tego, jakie wtedy wiodłam, ale takiego życia zawsze pragnęłam - zdradziła niedawno dziennikarce "Marie Claire". - Chciałam mieć dzieci, odkąd tylko pamiętam. Ale zostałam matką dopiero wtedy, gdy przyszedł na to odpowiedni czas i gdy znalazłam odpowiednią osobę.

Po trzecie, postawić rodzinę na pierwszym miejscu

Twierdzi, że zawsze wiedziała, że jej znajomość z Javierem Bardemem nie skończy się na filmie "Szynka, szynka". Grali tam kochanków, by zostać nimi naprawdę. - Oboje jesteśmy bardzo wdzięczni Woody'emu Allenowi, który w filmie "Vicky Cristina Barcelona" znów obsadził nas razem - mówiła w wywiadzie dla "Zwierciadła". - To był 2008 rok. Od tamtej pory takie oferty napływają do nas regularnie. Wspólnie zagrali jeszcze w "Kochając Pabla, nienawidząc Escobara" i "Wszyscy wiedzą".

71 Festiwal Filmowy w Cannes, Penelope Cruz i Javier Bardem. (fot. BEW) 71 Festiwal Filmowy w Cannes, Penelope Cruz i Javier Bardem. (fot. BEW)

Ich uczucie odżyło na planie, ale po raz pierwszy pojawili się jako para dopiero na rozdaniu hiszpańskich Nagród Goi. Cruz towarzyszyła Bardemowi także w Cannes, gdzie podczas odbierania nagrody za rolę w filmie "Biutiful" wygłosił wzruszające podziękowania: "Dzielę tę radość z moją przyjaciółką, towarzyszką, moją miłością - Penélope. Tak wiele ci zawdzięczam i tak bardzo cię kocham". To było pierwsze i jak na razie ostatnie tak publiczne wyznanie ich miłości. Od tamtej chwili postanowiła robić nie więcej niż jeden film rocznie (i starać się, by zdjęcia do niego odbywały się podczas wakacji), nigdy nie pracować w weekendy i zawsze jeść śniadania w rodzinnym gronie. W jednym z wywiadów wyznała, że najdłużej nie widziała dzieci półtora dnia i że zdarzyło się to do tej pory tylko dwa razy. - Nie mówię tego po to, by podkreślać, jak bardzo się poświęcam dla dzieci, ale moja rodzina jest dla mnie teraz priorytetem - zaznaczyła w jednym z wywiadów. Czasem uda się ją namówić na komentarz na temat macierzyństwa i tego, jak bardzo ją zmieniło. - To jak wewnętrzna rewolucja, w dodatku bardzo biologiczna, wręcz zwierzęca - mówiła w wywiadzie dla "Marie Claire". - Od tego momentu nigdy najpierw nie pomyślisz o sobie, to jak instynkt.

Już na długo przed pierwszą ciążą aktorka czuła się zmęczona intensywnym życiem zawodowym. Gubiła to, co dla niej najważniejsze w tym zawodzie, czyli przygotowywanie do roli, praca z trenerem, wczuwanie się powoli w postać. - Był taki moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że daję mnóstwo energii moim bohaterkom, a zapominam o sobie - mówiła w "Marie Claire". Dlatego teraz bardziej niż kiedyś dba o to, co je (zwłaszcza, że podczas obu ciąż istniało ryzyko cukrzycy), medytuje i uprawia jogę. Ma za sobą terapię, namiętnie czyta książki dr Habiba Sadeghiego, popularnego w Los Angeles lekarza medycyny integralnej. W rozmowie z aktorką i przyjaciółką Gwyneth Paltrow dla "Interview Magazine" wyznała: - Kiedyś bałam się, co ludzie o mnie pomyślą, czy mnie zaakceptują, czy pokochają. Bardzo dużo energii poświęcałam temu, by być jak najlepiej postrzegana przez innych. Odkąd zostałam matką, nie przejmuję się połową rzeczy, którą kiedyś się przejmowałam.

Na przykład starzeniem się. Aktorka regularnie podpisuje kontrakty reklamowe z dużymi markami, a jej zdjęcia przynoszą ze sobą klientki gabinetów chirurgii plastycznej w Los Angeles. Mimo to dziennikarzy od zawsze interesowało jedno. - Przez większość kariery zmuszona byłam dodawać sobie lat, tymczasem oni już od samego początku pytali: Nie boisz się starzenia? co za głupie pytanie dla 22-latki, a co dopiero dla czterdziestoparolatki! Dziś odpalam prosto z mostu: "Co to, do cholery, ma być?! Nie poświęcę odpowiedzi na twoje pytanie nawet dwóch minut. Nie zasługuje na to!" - mówiła do Gwyneth Paltrow.

Nie przejmuje się też recenzjami. Twierdzi, że każdy film jej czegoś nauczył, nawet ten, który miał fatalne oceny, jak i ten, który był frekwencyjną porażką. Najbardziej dumna jest z roli w filmie "Mama", w którym zagrała chorą na raka piersi matkę, a o którym prawie nikt nie słyszał. - W tym zawodzie najbardziej pociąga mnie możliwość obserwowania ludzkich zachowań - wyznała w "Esquire". - I nie ma znaczenia, że pewnego dnia okaże się, że mam na koncie 100 filmów, nadal będę chciała to robić. Kiedy zaczynam przygotowywać się do roli, czuję się jakbym dopiero co zaczynała. To sprawia, że czuję się młoda.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.

  1. Kultura

Olivia Colman - aktorka o filmach "The Crown", "Faworyta" i innych rolach

Olivia Colman ma na koncie Oscara za rolę w filmie
Olivia Colman ma na koncie Oscara za rolę w filmie "Faworyta". (Fot. BEW)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Na ekranie jest niekwestionowaną królową. I nie chodzi tylko o obsypaną nagrodami rolę Anny Stuart w „Faworycie” czy o jej Elżbietę II z serialu „The Crown”. Za to prywatnie Olivia Colman sprawia zupełnie inne wrażenie. Spontaniczna, otwarta, nieco roztargniona, autentycznie skromna. Bez przerwy żartuje, a jakikolwiek komplement natychmiast zbywa, żywo gestykulując.

Aktorką zostałaś, bo…
Nie byłam zbyt dobra w niczym innym. Nie wyróżniałam się wśród rówieśników, nie byłam dobrą uczennicą, ale w wieku 16 lat zagrałam w szkolnej sztuce. Spodobało mi się, choć nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś zostanę aktorką. Mama pielęgniarka, ojciec geodeta – nikt, kogo znałam, nigdy nie występował na scenie. Miałam więc zostać nauczycielką. Dość, jak zakładam, przeciętną.

Chyba się nie doceniasz. Wiem o co najmniej kilku twoich młodzieńczych talentach. Na przykład o twojej pasji motoryzacyjnej.
[śmiech] Tak, samochody. Mieszkaliśmy w odległym rejonie Norfolku i nauczyłam się jeździć po polu jako 12-latka. Dużo podróżowałam z mamą jej małym samochodem, bez którego nie mogłaby jeździć do pacjentów w swoim rewirze. Z kolei mój ojciec był entuzjastą motoryzacji, więc w toalecie było pełno magazynów o tematyce samochodowej. Lubiłam je przeglądać. Kiedy uczyłam się w szkole nauczycielskiej w Cambridge, dojeżdżałam tam moim pierwszym autem. To był czerwony morris. Rajdowe prawo jazdy zrobiłam w wieku 16 lat. Byłam dobrym pilotem. Lubiłam też… sprzątać. Naprawdę! Kiedy zrezygnowałam ze szkolenia dla nauczycieli, podjęłam się sprzątania tylko po to, żeby zarobić trochę pieniędzy. Wiem, że ludzie zwykle mówią, jak bardzo nienawidzą robić coś takiego nawet dla pieniędzy, ale ja autentycznie kochałam to zajęcie. Uwielbiam czyścić listwy przypodłogowe i tego typu trudno dostępne miejsca. To była czysta satysfakcja z pracy. Mogłabym nadal to robić, gdyby nie to wszystko.

I to mówi ekranowa królowa, wielokrotna monarchini…
Kiedyś jakiś dziennikarz z „Daily Telegraph” napisał, że nie nadaję się do ról królowych, bo mam wyraźnie… lewicową twarz. Jednak, jak widać, to mnie nie zdetronizowało [śmiech]. To, kim jestem w życiu prywatnym, ma się nijak do tego, kogo gram.

Olivia Colman w roli królowej Elżbiety II w serialu 'The Crown'. (Fot. BEW) Olivia Colman w roli królowej Elżbiety II w serialu "The Crown". (Fot. BEW)

A jednak w wywiadach nie ukrywasz, że miałaś problem z tym, że o ile królowa Anna z „Faworyty” jest postacią historyczną, z XVII wieku, o tyle Elżbieta II z „The Crown” jest już osobą żyjącą i miłościwie panującą. Podkreślałaś, że to było wyjątkowo stresujące, musiałaś też przejść specjalne szkolenie.
Myślę, że najtrudniejszą rzeczą jest odgrywanie prawdziwej, żyjącej osoby. W trzecim sezonie „The Crown” gram królową Elżbietę II w latach 60., czyli jeszcze zanim się urodziłam. Tu było mi trochę łatwiej. Stres pojawił się w związku z sezonem czwartym, który rozpoczyna się pod koniec lat 70., a więc obejmuje stosunkowo niedawną historię Windsorów. Wielu ludzi na świecie pamięta jeszcze te czasy i każdy ma swoje własne wyobrażenie na temat tego, jaka jest brytyjska monarchini prywatnie, za zamkniętymi drzwiami pałacu. Na tym zresztą polega nasza fascynacja, obsesja na punkcie życia koronowanych głów. Wiedziałam, że będę porównywana do oryginału. Musiałam się nauczyć inaczej mówić, poruszać, bo usłyszałam, że chodzę jak farmerka. Przy stole trenowałam siedzenie z łokciami trzymanymi przy sobie i z prostymi plecami. Nie tyle obawiałam się reakcji samej królowej Elżbiety II na moją kreację – szanuję zresztą monarchinię, wiele przeszła, jestem jej fanką – ile tego, czy zdołam przejąć pałeczkę po Claire Foy, która zagrała młodszą królową w dwóch pierwszych sezonach. Claire była zjawiskowa, głupio byłoby to schrzanić!

Czy Elżbieta II przyjęła cię na audiencji?
Byłam jedynie na krótkim spotkaniu na imprezie brytyjskiego przemysłu filmowego. To nie było nawet spotkanie, raczej rząd ludzi ściskających dłonie i dygających. Nie wiedziałam nawet, że Elżbieta II tam będzie. Wszyscy nagle znaleźliśmy się w kolejce i nie mogłam ustalić jej przyczyny. Potem wyjrzałam za róg i zobaczyłam królową i księcia Filipa. Setki ludzi chciało podejść, przedstawić się. Królowa też musiała stać przez cały ten czas, uśmiechając się. Właściwie to współczuję jej tego braku prywatności. Dygnęłam przed nią, uścisnęłam dłoń księcia. Nie było nawet czasu na rozmowę. Następnie udałam się do jednej z 78 łazienek pałacu Buckingham, żeby wziąć na pamiątkę rolkę papieru toaletowego.

Słucham?!
To w końcu nie byle jaka rolka [śmiech]!

Lubię w tobie i kilku innych aktorkach brytyjskich, które osiągnęły sukces w dojrzałym wieku i zarazem mocno stąpają po ziemi, ten rodzaj nonszalancji wobec konwencjonalnych i oczekiwanych w środowisku filmowym zachowań. Nie zapomnę nigdy, jak odbierałaś Oscara za „Faworytę”…
Pewnie chodzi ci o to, że pokazałam język do kamery? No cóż… emocje wzięły górę. Kiedy usłyszałam swoje nazwisko, myślałam, że się przesłyszałam. Wstałam z miejsca, ale słowo daję, do końca nie byłam pewna, czy o mnie chodzi. Zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, gdyby okazało się, że to jednak nie dla mnie był ten Oscar. No więc zaczęłam iść w stronę sceny, cały czas zatrzymując się i odwracając do widowni, aby nabrać pewności siebie. Kiedy już tam dotarłam, a statuetka wylądowała w moich rękach, wykrztusiłam, że to przezabawne, a potem zwróciłam się do wszystkich dziewczynek, które ćwiczą oscarowe kwestie przed telewizorem: „Nigdy nie wiecie, co się może wydarzyć!”. No a kiedy wreszcie na prompterze ukazał się komunikat: „proszę kończyć”, machnęłam ręką, pokazałam do kamery język i spokojnie skończyłam mowę dziękczynną.

Rola królowej Anny w filmie Faworyta przyniosła Olivii Colman Oscara i wiele innych nagród. (Fot. BEW) Rola królowej Anny w filmie Faworyta przyniosła Olivii Colman Oscara i wiele innych nagród. (Fot. BEW)

Oscar zmienił wiele w twoim życiu?
Udzielałam kiedyś wywiadu dla „Vogue’a” – przyjęłam dziennikarza w wystawnym pałacu w otoczeniu służby, antyków i pięknych przedmiotów. Powiedziałam, że tak wygląda codzienność aktorek po zdobyciu Oscara [śmiech]. A co!

A już bardziej serio, palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. Moje dzieci [dwóch synów w wieku 15 i 13 lat oraz 5-letnia córka – przyp. red.] oraz mąż [producent Ed Sinclair – przyp. red.] przyjęli tę nagrodę dość chłodno. I dobrze. Rodzina stawia mnie do pionu. Postaraliśmy się o to, żeby Oscary, inne nagrody i czerwone dywany nie były czymś dominującym w naszym życiu. Dzieci wiedzą, że mama ma pracę, którą uwielbia. Że czasem zakłada dziwne suknie i wyjeżdża na kilka tygodni, ale zawsze wraca i jest przede wszystkim ich mamą. Tą, która piecze ciasta, smaży omlety, pierze, sprząta, a czasem pomaga odrabiać lekcje.

Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW) Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW)

Wyglądasz na osobę wciąż onieśmieloną swoją sławą.
Tęsknię za anonimowością, za chodzeniem do pubu. To naprawdę dziwne, kiedy ludzie dookoła dobrze znają twoją twarz, ale ty nie znasz ich. A przecież rozmowa z przypadkowo spotkanymi ludźmi jest jedną z radości życia. Zamiast tego wciąż odbieram nagrody. To oczywiście ekscytujące, ale stresuje mnie wbijanie się w niewygodne kiecki i buty na szpilkach na te wszystkie gale. Nie tylko Oscary, ale Złote Globy, BAFT-y. Trzeba bardzo na siebie uważać podczas tych wszystkich ceremonii. Musisz lepiej się zachowywać, bo ludzie naprawdę cię zauważają. Tymczasem ja nie lubię zamieszania wokół siebie. Najswobodniej, najlepiej czuję się w domu. Zawsze pierwsza opuszczam przyjęcia i jadę do siebie. Zakładam rozciągnięty sweter, ciepłe kolorowe skarpety i zaparzam sobie dobrej angielskiej herbaty. Jest wygodnie, przytulnie, swojsko.

Kiedy cię obserwuję, dostrzegam w tobie nie tylko bezpośredniość i ciepło w kontaktach z ludźmi, lecz także twoją żywiołowość. I tak sobie myślę, że granie Elżbiety II, która nie okazuje uczuć, musiało być dla ciebie dodatkowym wyzwaniem.
Zawsze byłam ambitna i lubiłam wyzwania. Moja Elżbieta była bardzo powściągliwa, chłodna, ale nie była też całkiem pozbawiona emocji. Grałam oczami, twarzą, drobnymi gestami, ciałem. To dla aktora bardzo ożywcze doświadczenie. Ukrywanie emocji jest obowiązkiem monarchini. Publicznie musi być silna. Oczywiście zagranie królowej Anny w „Faworycie”, postaci nieokiełznanej, było dla mnie o wiele łatwiejsze, ponieważ sama jestem osobą bardzo emocjonalną. Jeśli ktoś jest smutny, od razu wybucham płaczem. Dobrze mi się grało także nieukrywającą emocji policjantkę w serialu „Broadchurch”, która uczestnicząc w śledztwie, przeżywa własny dramat. Jej uczuciowość jest bardzo ważna, ma być zniuansowana, a jednocześnie ma łatwo udzielać się widzom.

Mnie bardzo poruszyła twoja Angela Burr w serialu „Nocny recepcjonista” w reżyserii Susanne Bier. Zagrałaś szefową jednej z agencji brytyjskiego wywiadu, która na pierwszy rzut oka w niczym nie przypomina osoby zajmującej się rozpracowywaniem bezwzględnych handlarzy bronią.
Taka zwyczajna kobieta i na dodatek jeszcze w zaawansowanej ciąży! Zupełnie jak policjantka z „Fargo”. Wspominam o tym, bo sama spodziewałam się wtedy dziecka i to, że powołałam się na Frances McDormand z „Fargo”, pomogło mi przekonać Susanne Bier, żeby mnie zaangażowała. Grunt to kamuflaż – nikt się nie spodziewa, że kobieta w ciąży może ścigać terrorystów.

Królowe królowymi, ale ty jesteś też mistrzynią odgrywania kobiet, które spotykamy na ulicach każdego dnia. Bohaterek codzienności. Na ich miejscu mogłaby być każda z nas.
Zawsze powtarzam w wywiadach, że prawdziwą sobą jestem w dżinsach i swetrze z plamą po czymś, co właśnie zjadłam. Dla mnie bardziej zawstydzające jest starać się wyglądać dobrze. Myślę, że miałam szczęście, że wybierano mnie do takich ról, bo wielu aktorom branża nie pozwala się starzeć. Moje bohaterki na ogół nie kryją się z tym, ile mają lat, nie udają kogoś, kim nie są, mają odwagę mówić, co czują i myślą.

Ty mówisz o dżinsach i poplamionym swetrze, a ja nie mogę zapomnieć o twoim kostiumie i charakteryzacji z „Faworyty”. Nadal mam te kreacje w głowie.
Wygląd królowej Anny był dla mnie kluczem do wejścia w tę postać. Zapuściłam długie włosy i znacznie przytyłam. Yorgos [Lanthimos, reżyser filmu – przyp. red.] powiedział, że królowa Anna jest duża, ociężała. On sam tak naprawdę nie lubi makijażu i chciał, żebym wyglądała naturalnie, co wcale nie oznaczało, że charakteryzatorka nie miała nic do roboty. Przeciwnie. Charakteryzacja zaczynała się o godzinie 3.45 rano. Nasza specjalistka od włosów i makijażu Nadia Stacey była doskonała we wszystkim, co stworzyła. Anna nie miała wyglądać ładnie ani być miła, i to było wyzwalające i genialne. W dodatku w połowie filmu moja bohaterka dostaje udaru. To było całkiem ciekawe wyzwanie, zmusić lewą stronę mojej twarzy do ruchu, podczas gdy prawa pozostawała nieruchoma.

Ta postać cię zafascynowała?
Podobało mi się, że co pięć minut wpadała w inny nastrój. To marzenie aktora – Anna jest zepsuta i histeryczna, wrażliwa i okrutna. Mogłam oczywiście pokazać ją jako karykaturę, ale chciałam, żeby publiczność jej współczuła. Jej życie naznaczone było wieloma tragediami, roniła lub rodziła martwe dzieci co najmniej 12 razy, a kolejne czworo umarło przed ukończeniem drugiego roku życia. Chorowała. Dla mnie jasne było, dlaczego była tak nieszczęśliwa, mało pewna siebie, dziecinna… I może trudno w to uwierzyć, ale dla mnie był to najbardziej zabawny film, nad którym pracowałam. Wszyscy dużo chichotaliśmy na planie. Wcześniej podczas prób zaprzyjaźniłam się z Rachel W­eisz i Emmą Stone. Reżyser zorganizował dla nas serie fizycznych aktywności. Trzymałyśmy się za ręce, szarpałyśmy się i przewracałyśmy. Byłyśmy jak banda dzieciaków, ale w tym szaleństwie była metoda. Yorgos wiedział, że tak rozluźnione zrobimy na planie wszystko. I tak było. Czułam się komfortowo. Instynktownie weszłam w skórę Anny, w jej zmienne nastroje, ekstremalne zachowania, w jej podatność na manipulacje.

Co jest dla ciebie ważne w byciu aktorką?
Wierzę, że oprócz szczęścia jednym z najważniejszych aspektów w tym zawodzie jest bycie bezproblemową i dogadywanie się z innymi. A w filmach, w których gram, cenię przede wszystkim dobre dialogi i… wygodne buty. Tak, buty. Nie mogą mnie rozpraszać na planie odciski, obtarcia, dyskomfort chodzenia. Nie mam na to czasu.

Kiedy pod koniec 2017 roku ogłoszono, że Olivia Colman przejmie rolę królowej Elżbiety w „The Crown”, twoje nazwisko było znane niemal wyłącznie wśród fanów brytyjskich seriali. Co było właściwie punktem zwrotnym w twojej karierze?
Pamiętam, że już po premierze i po tym, jak Yorgos powiedział, że nie zrobiłby „Faworyty” beze mnie, z ciekawości spytałam go, gdzie o mnie usłyszał. No więc zwrócił na mnie uwagę, oglądając „Tyranozaura”, film Paddy’ego Considine’a z 2011 roku, w którym gram maltretowaną przez męża żonę, walczącą o godność i o uwolnienie się z tej chorobliwej relacji. To była moja pierwsza dramatyczna rola po latach grania w komediach i serialach na małym ekranie. Ale jeśli pytasz mnie o mój osobisty punkt zwrotny, to był też czas, kiedy przez lata nie miałam co grać i tonęliśmy z Edem w długach. Dzięki temu doceniam to, co mam teraz.

Wszystko wskazuje na to, że twoja kariera dopiero nabiera rozpędu. Jeszcze niedawno zakłady bukmacherskie typowały cię jako jedną z pretendentek do roli… Bonda po odejściu Daniela Craiga. Bierzesz takie spekulacje na serio?
Nie, na pewno nie zostanie nim kobieta. Być może Tom Hardy, ale i to chyba nie jest jeszcze zdecydowane. Zresztą moje potrzeby, jeśli chodzi o historie szpiegowskie, całkowicie zaspokoił „Nocny recepcjonista”[śmiech]. W końcu pracowałam w osławionym MI6, jak Judy Dench, grająca szefową agenta 007.

Cały czas czekamy na datę kinowej premiery filmu „Ojciec”, w którym z Anthonym Hopkinsem gracie córkę i bliskiego śmierci ojca. To kolejny w twoim dorobku tytuł z wielkimi szansami na oscarowe nominacje. Jestem ciekawa, czy już czujesz się twórczo spełniona, a może jest ci jeszcze coś potrzebne do aktorskiego spełnienia?
Czas mi sprzyja. Podobnie jak fakt, że nie jestem piękna. Gram coraz poważniejsze i ciekawsze role. To wielka radość i szczęście. Nie myślę o tym, co dalej. Cieszę się tym, co jest.

W filmie 'Ojciec' Olivia Colman partneruje Anthony'emu Hopkinsowi. Spekuluje się, że za tę kreację otrzyma drugiego Oscara. (Fot. BEW) W filmie "Ojciec" Olivia Colman partneruje Anthony'emu Hopkinsowi. Spekuluje się, że za tę kreację otrzyma drugiego Oscara. (Fot. BEW)

Olivia Colman, ur. w 1974 roku. Popularność przyniosły jej programy komediowe w brytyjskiej telewizji. Uznanie zdobyła za rolę w dramacie „Tyranozaur” (2011). Zagrała także w serialach „Broadchurch”, „Fleabag” i „Nocny recepcjonista”. W 2017 roku za kreację w tym ostatnim dostała Złoty Glob. W trzecim i czwartym sezonie serialowego przeboju Netflixa „The Crown” wcieliła się w postać królowej Elżbiety II. W 2019 roku jej kolejna rola królowej, tym razem w „Faworycie”, została uhonorowana między innymi Oscarem dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Ostatnio wystąpiła w filmie „Ojciec”.

  1. Kultura

"Niczego nie żałuję!" - Anthony Hopkins o filmie "Ojciec", trzeźwości i pozytywnym podejściu do życia

"Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać!" - mówi Anthony Hopkins. (Fot. Zuma Press/Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W grudniu skończył 83 lata, jednak zamiast robić gorzkie podsumowania, radośnie wyznaje: „Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia”. Anthony Hopkins patrzy pogodnie zarówno na swoją przeszłość, jak i przyszłość. I robi tylko to, co sprawia mu przyjemność.

Mówi się o panu jako o oscarowym pewniaku. To w związku z kreacją w filmie „Ojciec” w reżyserii Floriana Zellera. Czuje pan oscarową ekscytację?
Nie można traktować tego zbyt poważnie… Byłem wielokrotnie nominowany. Owszem, lubię pochwały, ale tak naprawdę ich nie potrzebuję. Nie tęsknię za tym. Po prostu wykonuję swoją pracę, która zawsze dawała i wciąż daje mi radość. Te wszystkie statuetki i nagrody to tylko bonus. Zawsze powtarzam sobie: „Nie oczekuj niczego. Będzie, co ma być”.

W „Ojcu” gra pan starego człowieka, który cierpi na demencję, ale uporczywie odmawia pomocy, zapewniając, że doskonale radzi sobie z codziennością, czemu przeczą obrazy, które oglądamy. Czy to prawda, że kreując tę postać, miał pan przed oczami własnego ojca?
Sam nie mam na razie żadnych doświadczeń z demencją, ale mogę sobie wyobrazić strach, gniew, pustkę i smutek związane z byciem w takim stanie. Coś takiego stało się z moim ojcem pod koniec życia. Doświadczył spowolnienia, miał chorobę serca, za dużo palił i pił. Cierpiał na depresję, był sfrustrowany życiem. Jednak mimo to był dobrym człowiekiem, bardzo go kochałem. Nauczył mnie, jak być twardym, silnym, bezkompromisowym, a to część mojej natury. Nie byłbym może aktorem, gdybym taki nie był. Ostatnio uderzyło mnie, jak wiele z ojca jest we mnie.

W filmie 'Ojciec' Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo) W filmie "Ojciec" Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo)

Skoro rozmawiamy o ludzkich słabościach… Słynie pan z fenomenalnej pamięci, co pomaga w zawodzie aktora, a jednocześnie w pana przypadku, paradoksalnie, ma związek z chorobą Aspergera, czyli lekką formą autyzmu. Czy możemy o tym porozmawiać?
Ależ oczywiście. Moja pamięć jest wciąż taka sama, ale pracuję nad nią. Jeśli nie mam w danej chwili żadnych kwestii do nauczenia się, to wkuwam na pamięć trudne wiersze. I przez to nie wychodzę z wprawy. Trzeba pracować nad wszystkim. Dziś patrzę na ludzi inaczej niż przed laty. Lubię dekonstruować, rozkładać postać na czynniki pierwsze, zastanawiać się, co ją tworzy, a moje spojrzenie nigdy nie jest takie samo jak innych. Nie chodzę na przyjęcia, nie mam wielu przyjaciół, jestem raczej samotnikiem. Ale lubię ludzi, lubię zastanawiać się, co myślą.

Steven Spielberg podczas realizacji filmu „Amistad” nie mógł uwierzyć, że był pan w stanie zapamiętać od razu siedmiostronicowy monolog i powiedzieć go w jednym ujęciu w scenie rozprawy w sądzie.
No cóż… (śmiech) Tak naprawdę było! Po tym epizodzie Steven przestał zwracać się do mnie per „Tony”, co prywatnie bardzo lubię. Zaczął odtąd używać formy sir Anthony, za którą nie przepadam. To mnie krępuje, ale on się uparł.

To tylko przypomnę, że ten tytuł szlachecki przyznała panu królowa Elżbieta II właśnie głównie dzięki roli Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”. Ciekawi mnie, czy rola Lectera ciągle pana prześladuje?
I tak, i nie. Z jednej strony dopiero dzięki „Milczeniu owiec” zaistniałem na dobre w świadomości Amerykanów jako aktor kinowy. Poza tym żaden z moich poprzednich filmów, realizowanych wcześniej w Anglii, a potem w Stanach Zjednoczonych, nie odniósł na tyle wielkiego sukcesu, bym mógł porzucić teatr, gdzie zarabiałem na utrzymanie. Nigdy nie czułem się dobrze na scenie. Nie mam do tego odpowiedniego temperamentu ani osobowości. Myśl, że miałbym spędzić resztę życia, grywając w sztukach Szekspira, wydawała mi się wystarczającym powodem, by podciąć sobie gardło.

Mam w to uwierzyć?
Tak, bo w głębi duszy jestem filistrem i umiem się do tego przyznać. Z drugiej strony jeszcze przez długi czas po premierze „Milczenia owiec” nie mogłem spokojnie jadać lunchów czy kolacji na mieście. Kelnerzy, z których wielu w Hollywood to dorabiający aktorzy, nie szczędzili mi pytań w rodzaju: „A może móżdżek?” i prześcigali się w cytowaniu całych dialogów z filmu. Ludzie nawet dziś bardzo emocjonalnie reagują na Lectera. Myślę, że to była świetnie napisana rola i miałem wielkie szczęście, że udało mi się ją zagrać. Ja tylko przełożyłem ją na język kina.

Dlaczego reżyser Jonathan Demme wybrał właśnie pana?
Miałem naprawdę poważną konkurencję. O rolę Lectera starali się m.in. John Hurt, Christopher Lloyd, Dustin Hoffman, Jack Nicholson i Robert De Niro. Niezłe towarzystwo, prawda? Podobno wybór padł na mnie, człowieka wtedy bez nazwiska, ponieważ Jonathan był pod wrażeniem mojego występu w „Człowieku słoniu” Davida Lyncha. Grałem tam szlachetnego lekarza, a on chciał zobaczyć, jak poradzę sobie z bohaterem zdecydowanie negatywnym.

Jak zabrał się pan do Hannibala?
Gdy tylko zobaczyłem scenariusz, wiedziałem, że to coś absolutnie niezwykłego! To był instynkt, bo nigdy nie słyszałem o książce Thomasa Harrisa. Pamiętam pierwsze spotkanie z Jodie Foster w Nowym Jorku, kiedy mieliśmy przeczytać cały scenariusz. Właśnie zdobyła Oscara, a ja pozostawałem pod wrażeniem tej wspaniałej młodej aktorki. Byłem trochę onieśmielony. Nie zdawałem sobie sprawy, że czuła to samo!

Zacząłem studiować biografie i akta seryjnych morderców. Odwiedzałem więzienia. Oglądając taśmy skazanego mordercy Charlesa Mansona, zauważyłem, że nigdy nie mrugał oczyma. I to przejąłem w mojej roli. Pamiętam, jaka dyskusja rozgorzała na temat brutalności tego filmu. On obnażył polityczną poprawność i hipokryzję. Hannibal Lecter to projekcja naszego zbiorowego świata cieni. Wielcy pisarze, tacy jak Szekspir, widzieli piękno ludzkiej duszy, ale widzieli też jej bezdenną brutalność, drzemiącą w tobie, we mnie i w nas wszystkich.

Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo) Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)

Wciąż lubi pan rozmawiać o Lecterze, ale w pana karierze pojawiły się także inne wspaniale postaci. Jedną z nich jest kamerdyner w „Okruchach dnia”. Do których kreacji najchętniej powraca pan we wspomnieniach?
Stevens z „Okruchów dnia” w imię absurdalnie pojmowanej lojalności wobec swojego chlebodawcy rezygnuje z własnego szczęścia i niezależności. Trudno to pojąć, ale bycie perfekcyjnym służącym stanowi sens jego życia. Obawiam się, że takich ludzi jak mój bohater jest wbrew pozorom bardzo wielu.

Nie potrafię wymienić mojej ulubionej roli. Mogę za to powiedzieć o jednej z najtrudniejszych. To był Nixon w filmie pod tym samym tytułem. Zagranie amerykańskiego prezydenta było wielkim wyzwaniem dla wyobraźni. Kiedy Oliver Stone zaproponował mi tę rolę, najpierw odmówiłem. Wtedy przyjechał do mnie do Londynu i stwierdził: „Chcę, żebyś to ty zagrał, bo powiedziałeś w jednym z wywiadów, że czujesz się jak outsider”. Miałem do wyboru udział w nudnym, ale bezpiecznym serialu dla BBC albo pracę z szalonym Stone'em, która mogła zakończyć się wielką klapą lub wielkim sukcesem. Zaryzykowałem i było warto.

Oprócz kina artystycznego grywa pan chętnie w superprodukcjach. Myślę o takich megahitach jak „Transformers: Ostatni Rycerz”, kolejna odsłona serii o Thorze z pana udziałem. Wcześniej był „Beowulf”, „Wilkołak”, „Westworld”. Czy to nie jest trochę rozmienianie się na drobne?
Aktor jest człowiekiem do wynajęcia. Uważam, że w każdej roli i w każdym gatunku kina można znaleźć dla siebie twórczą przestrzeń. Na przykład rola doktora Forda w „Westworldzie” była bardzo skomplikowana i niekonwencjonalna. Oczywiście jest tutaj także miejsce na zabawę i rozrywkę. Taki płodozmian dobrze robi. No i nie będę ukrywał, że za udział w filmach fantasy i w kinie akcji gaże aktorskie są większe. Ważne, by nie specjalizować się tylko w jednym gatunku.

Mówi pan o tym tak, jakby to nie było nic nadzwyczajnego.
Bo nie robię nic nadzwyczajnego. Co innego kierowca karetki pogotowia czy lekarz. Od ich pracy zależy ludzkie życie. Tymczasem ja zostałem aktorem dlatego, że niczego innego nie potrafiłem robić. Z pewnością nie należę jednak do aktorów, którzy pomiędzy zdjęciami nie wychodzą z roli. To tylko film.

Nie zawsze pan tak myślał o aktorstwie, prawda?
Kiedy byłem młody i zacząłem odnosić pierwsze sukcesy, przyznaję, trochę mi odbiło... Nie, nie w tym sensie, że nagle uwierzyłem w swoją wielkość. Mój problem polegał na zbyt wygórowanych ambicjach i przesadnej perfekcyjności. Zachowywałem się okropnie na próbach. Doprowadzałem reżyserów do szału. Pamiętam przedstawienie „Makbeta” na West Endzie, gdy zszedłem ze sceny w połowie spektaklu, bo wydawało mi się, że to, co robię, nie ma sensu. Dzisiaj wiem, że to było głupie, szczeniackie i nigdy bym sobie na coś podobnego nie pozwolił. Do tego wszystkiego dużo piłem. Nie mogłem poradzić sobie z własną popularnością.

Jest pan wyjątkowym rozmówcą. Sławni aktorzy jak ognia unikają poruszania tematów swoich uzależnień. Tymczasem pan całkiem niedawno, bo w swoje urodziny, ogłosił wszystkim, że świętuje właśnie 45 lat życia w trzeźwości.
Ale mówię o tym dlatego, że udało mi się z tego wyjść. Udowodniłem, że to jest możliwe. W pewnym momencie życia, 45 lat temu, znalazłem się na dnie. Wypijałem po butelce meksykańskiej tequili dziennie, po której miewałem halucynacje. Wydawało mi się na przykład, że jestem Janem Chrzcicielem i rozmawiam z morzem, a w nocy lunatykowałem. To nie są przyjemne wspomnienia, ale nie żałuję tego  i nie udaję, że byłem kimś innym. Te doświadczenia bardzo mnie wzbogaciły. Jako człowieka i aktora. Wprawdzie moja żona nadal uważa mnie za wariata, ale z wiekiem złagodniałem.

'Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia' - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum) "Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia" - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)

Czy po zagraniu ponad stu ról teatralnych i filmowych aktorstwo jeszcze pana pociąga?
Tak, jeśli trafię na dobry scenariusz i reżysera, który wie, czego chce. Jednak stałem się bardziej wybredny, niż kiedyś. Przez wiele lat przyjmowałem prawie wszystkie propozycje. Bałem się, że jeśli odmówię, to już nigdy nikt do mnie nie zadzwoni. Za to teraz kiedy przestałem czekać na telefon, ciągle dzwonią...

Za namową Stelli, mojej żony, powróciłem też do muzyki i malarstwa, które kiedyś zarzuciłem. Jeśli więc któregoś dnia skończy się popyt na mnie jako aktora, jakoś to przeżyję. Od dziecka grałem amatorsko na pianinie, ale wydawało mi się, że nie mam dość talentu, by pójść tą drogą. Wiele lat temu odkryłem radość komponowania. Ścieżka dźwiękowa do filmu „Sierpień” to moje dzieło. Coraz bardziej pochłania mnie malowanie. Oczywiście nigdy nie będę Picassem, którego też zresztą zagrałem w filmie, ale tak jak on nauczyłem się czerpać radość z wolności, jaką daje twórcza ekspresja. Na przykład uwielbiam jasne kolory. Chętnie maluję twarze. Jestem pod wielkim wpływem Oskara Kokoschki i Francisa Picabii. Malowanie zajmuje mi dużo czasu, ale nie jest to żmudne. Niekiedy robię przerwę i wracam do obrazu dopiero kilka tygodni później. Niektórych w ogóle nie kończę. Ponieważ jestem nadpobudliwy, bywa, że zaczynam trzy obrazy naraz. Eksperymentuję z olejami, akrylem i tuszem, czasem po prostu wszystko mieszam. Niedawno sprzedałem kilka prac, przeznaczając dochód na cele dobroczynne. Dziś maluję i gram na pianinie dla czystej przyjemności.

Jest pan człowiekiem szczęśliwym?
Tak, bo to, co robię, uszczęśliwia mnie. Nie stawiam sobie żadnych nowych wyzwań. Żyję chwilą. Szkoda, że człowiek dopiero w dojrzałym wieku odkrywa, że tracił czas i energię na tak nieistotne rzeczy, jak udowadnianie światu, że jest dobrym aktorem. Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać! Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia. Życie może być pełne bólu, bywa i tak. Moje motto to: przejść nad tym do porządku dziennego, wziąć się w garść oraz robić wszystko najlepiej i najdłużej, jak się tylko potrafi.

Anthony Hopkins przyszedł na świat 31 grudnia 1937 roku w Margam, na przedmieściach walijskiego miasteczka Port Talbot. Ma na koncie wiele znakomitych ról teatralnych i filmowych. Zagrał m.in. w takich filmach, jak „Powrót do Howards End”, „Wichry namiętności”, „Joe Black” czy „Dwóch papieży”.

  1. Kultura

Mariusz Wilczyński: "Wolę stawiać pytania"

Mariusz Wilczyński i kadry z filmu
Mariusz Wilczyński i kadry z filmu "Zabij to i wyjedź z tego miasta". Film dostępny jest na platformie Nowe Horyzonty VOD. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta; materiały prasowe Gutek Film)
Powstawała 14 lat. Warto było czekać, bo „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest pierwszą w historii animacją, która wygrała Festiwal Polskich Filmów fabularnych w Gdyni. Wyjątkową, bo na wskroś osobistą. – Lubię pracować na uczuciach, które przeżyłem – mówi jej reżyser Mariusz Wilczyński.

Film jest właściwie czarno-biały. Na takim tle bardzo wyróżnia się różowa kokardka we włosach twojej mamy. Zrobiłeś ten film dla niej?
Tak, ale i dla Tadeusza Nalepy, i paru innych osób, także dla siebie.

Czy ta kokardka jakoś mamę charakteryzuje? Była kolorowa, wyróżniała się, jak ten róż?
Mama była bardzo kolorowa, ale także, niestety, niespełniona. Rodzina mamy to byli repatrianci z Wilna. Mój dziadek, ceniony w Łodzi adwokat, nie zrobił jednak kariery, bo nigdy nie zapisał się do PZPR. W młodości miał bardzo ciężkie życie. Jego ojciec zmarł tragicznie, dziadek miał wtedy 16 lat. Musiał odtąd pracować na utrzymanie swojej mamy i czterech młodszych sióstr. Nazywał się Józef Rodziewicz, podkreślam to, bo Maria Rodziewiczówna to nasza rodzina. Dziadek studiował polonistykę i prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie i udzielał korepetycji z polskiego swoim kolegom z roku, Czesławowi Miłoszowi i późniejszemu aktorowi Igorowi Śmiałowskiemu. Przed wojną poślubił Irenę Czarnocką, której matka studiowała jako jedna z pierwszych kobiet na Sorbonie. Gdy wybuchła wojna, dziadek wywinął się z wojska, zapisując się do Akademii Sztuk Pięknych w Wilnie, podobno komuniści nie brali do wojska artystów. Dziadkowie z dwoma córkami, moją mamą i jej siostrą, po wojnie osiedlili się w Łodzi. Mama zrobiła w jeden rok dwie albo trzy klasy, co skutkowało tym, że jak skończyła szkołę średnią, nie miała 18 lat. W tajemnicy przed dziadkiem zdawała do szkoły filmowej na aktorstwo. I dostała się na pierwszym miejscu. Była naprawdę dobra z recytacji. Do końca życia dziadka w jego domu wisiał dyplom mamy z konkursu recytatorskiego wierszy Mickiewicza, na którym było napisane: pierwsze miejsce – Barbara Rodziewicz, drugie – Jadwiga Barańska.

Utalentowana! Dlaczego nie poszła w tym kierunku?
Nie miała skończonych 18 lat, w szkole aktorskiej powiedziano jej więc, że przyjmą ją za rok. Mama niestety wygadała się swoim rodzicom, i tu odezwał się konserwatyzm dziadka. Jego naciski były zapewne tak duże, że mama zrezygnowała z aktorstwa i zdała na chemię spożywczą. No a później wyszła za mojego ojca, potem ja się urodziłem, a kiedy miałem trzy latka, ojciec wyprowadził się z domu, wyjechał do innego miasta i mama musiała radzić sobie sama, bo to były takie czasy, że ojcowie nie płacili alimentów. Myślę, że mama miała ogromne poczucie niespełnienia, że nie została artystką.

Jak to niespełnienie mamy się przejawiało?
Mieszkaliśmy w kawalerce, 16 metrów kwadratowych ze ślepą kuchnią, pokojem przedzielonym szafą. Obserwowałem często, jak mama śpiewa do słuchawki prysznicowej piosenki Ewy Demarczyk, Marii Koterbskiej. Narysowałem tę scenę w filmie – Małgorzata Kożuchowska śpiewa do tłuczka, którym potem zabija ryby. Mama na pewno żyła nie tak, jak chciała. Była laborantką w sanepidzie w Łodzi, mało zarabiała, pomagali nam dziadkowie.

Wygląda na to, że talent artystyczny odziedziczyłeś po niej.
Od kiedy pamiętam, miałem zamiłowanie do rysowania. A czy mam to po mamie? Niedawno uknułem sobie, że być może artystą zostaje się łatwiej, jak się ma jakieś wady w urodzie. Mój profesor na ASP, Stanisław Fijałkowski, wybitny malarz drugiej połowy XX wieku, z którym bardzo się zaprzyjaźniliśmy w ostatnich latach jego życia, był malutki, podobny do szczurka, z drobną buźką i odstającymi uszami. Tak sobie siedzieliśmy, piliśmy naleweczkę i patrzyliśmy na siebie – on i ja, guliweryczny grubas. Jako dziecko nie wychodziłem z domu, mama dawała mi kredki albo włączała bajki, które zazwyczaj czytała Irena Kwiatkowska. Mama ubierała się bardzo awangardowo, zakładała często czerwone rajstopy, a wszyscy ubierali się wtedy na szaro, może poza Czesławem Niemenem i zespołem Breakout. I pamiętam, że kiedy wychodziliśmy na ulicę, ludzie krzyczeli za nami: „O, kurwa idzie”. Albo wyzywali od Żydów, bo nie chodziliśmy do kościoła. Mieszkaliśmy na parterze, pewnego dnia ukradli nam i oskórowali kota. Kiedyś związali mnie drutem i nakarmili psim gównem.

Hardcorowe dzieciństwo.
Takie były czasy, taka była Łódź. Dostawałem wpierdol, sam dawałem wpierdol. Dotknąłem prawdziwego życia. Zamykałem się w swoim świecie, cały czas rysowałem, głównie bitwę pod Grunwaldem. Rysowałem po kawałku i doklejałem, robiły się z tego ciągi po pięć metrów. Nasi rycerze na tych rysunkach na różne sposoby zwyciężali Krzyżaków.

Mama cię w tym wspierała?
Tak, bardzo. Zwłaszcza wtedy, gdy dostawałem w szkole dwóje z plastyki. Narysowałem kiedyś Zawiszę Czarnego na ogierze, a ogier miał dużego siusiaka, co zaobserwowałem, będąc na wsi. Innym razem zobaczyłem w telewizji, jak ciężarowiec, nazywał się chyba Baszanowski, dźwiga ciężary. Zauważyłem, że ma włosy pod pachami i duże przyrodzenie, co potem odwzorowałem na rysunku. Pamiętam, że chcieli mnie za to wyrzucić ze szkoły. Wezwali moją matkę, psychologa, przechodziłem jakieś testy psychologiczne. Do dzisiaj pamiętam, jak pokazywano mi na przykład żabę i pytano, czy to ryba. Sprawdzano, czy nie jestem aby szurnięty. Test zdałem, ale od tego momentu miałem w szkole kłopoty. W liceum zarywałem lekcje, bo chodziłem z kumplami na wagary rysować, chodziłem też na kółko plastyczne, to była moja pasja. Mama zawsze mnie wspierała, choć było jej trudno, bo dziadkowie wywierali presję, żebym wybrał porządny zawód.

A ojciec?
Był wojskowym lekarzem, chciał, żebym wyrósł na prawdziwego mężczyznę. Miał wobec mnie takie oczekiwania, jakie zazwyczaj ojcowie mają wobec synów. Ja ich nie spełniałem, do dzisiaj nie umiem wbić gwoździa czy wkręcić śrubki, ojciec był tym zawiedziony. Mama mnie chroniła, i przed dziadkami, i przed ojcem. Potem znalazła partnera, jestem mu wdzięczny, bo opiekował się mamą i mną, ale oczekiwania wobec mnie miał trochę podobne jak mój ojciec. Dosyć szybko, bo w wieku 19 lat, wyprowadziłem się z domu. Mama, mimo pewnych obaw, była przeszczęśliwa, jak poznałem Nalepę, mojego przewodnika, takiego trochę ojca. On mnie nauczył, co to znaczy być artystą.

Mama doczekała twojego sukcesu?
Umarła w 2000 roku, więc doczekała jedynie moich „Księgoklipów” pokazywanych w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Była bardzo z tego dumna.

Nie mogła cieszyć się twoim wielkim sukcesem, czyli retrospektywą w nowojorskim Museum of Modern Art.
Od tej retrospektywy wszystko się zaczęło. Żałuję, bo mama nie dowiedziała się, że wspierając mnie, miała rację.

Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta) Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)

W filmie jest niesamowicie poruszająca scena przy szpitalnym łóżku. Myślę, że wielu ludzi zobaczy w niej nieodbyte rozmowy ze swoimi rodzicami.
Po projekcji na festiwalu w Berlinie podchodzili do mnie ludzie ze wszystkich kontynentów i to mówili. Potem, jak film krążył już w sieci, wiele osób pisało mi, że dzięki temu, że go obejrzeli, zaczęli dbać o rodziców. Nie spodziewałem się takiej reakcji, że oto mój film spowoduje, że dzieci okażą rodzicom trochę serca. Tu nie chodzi o heroiczne rzeczy, tylko o drobne gesty, które niewiele kosztują.

Ty tego nie dałeś mamie? Miałeś chyba z nią dobrą relację, byłeś jej ukochanym synkiem.
Miałem dziwną relację. Ona o mnie bardzo walczyła, ale też przytłaczała w moim dorosłym życiu z kobietami. A ja potrafiłem zawalczyć o swoje. Kiedyś nawet wyprosiłem mamę z mojego domu, jak zaczęła otwierać szafę i mówić, co to za bałagan, a w podtekście były wyrzuty skierowane do mojej narzeczonej. Wtedy moja relacja z mamą się ochłodziła. I tak jakoś się stało, że nie zauważyłem tego, iż powinienem bardziej o nią dbać, częściej dzwonić, jeździć do niej. Rozmowa w filmie jest w sporej części rekonstrukcją mojej rozmowy z mamą w szpitalu. Miałem przyjechać w poniedziałek, ale już nie zdążyłem. Trudno pogodzić się z tym, że mama umierała w samotności, że jej nie przytuliłem, nie powiedziałem, że ją kocham, nie pożegnałem po prostu. Zacząłem rysować ten film, żeby wrócić do tego, co umknęło. I tak powoli rysowanie stało się dla mnie światem realnym, a ten realny świat – obcym, trwało to kilkanaście lat.

Dlaczego tak długo? To był mozół niedający się skończyć czy przeciwnie – radość, której celowo nie chciałeś przerywać?
I to, i to. Z jednej strony to był oczywiście duży wysiłek podzielony na różne etapy. Miałem zwątpienia, a największe po zamkniętym pokazie, kiedy pewna krytyczka sztuki podeszła do mnie i powiedziała: „To już jest trochę lepsze od tych twoich kotków i piesków z TVP Kultura, ale zdecydowanie za długie”. Bardzo się przejąłem jej opinią, bo to najbardziej znana polska krytyczka sztuki. Ale zaraz potem powiedziałem sobie trochę bezczelnie: „Kurczę, to ja miałem wystawę w MoMie, a nie ty”. Te 14 lat pracy nad filmem to był najbardziej sensowny czas w moim życiu. Czułem, że robię coś ważnego. Świat się zmieniał, a ja rysowałem i doklejałem kolejne kartki. Trwało to tak długo dlatego, że na początku planowałem góra 15 minut. W pewnym momencie film wydłużył się do 130 minut, ostatecznie ma 88. To jest trochę tak, jakbyś zaczynała szyć chusteczkę do nosa, a potem okazuje się, że jednak chciałaś uszyć garnitur. Nie postrzegam swojej pracy w kategoriach znoju. Bo to coś najpiękniejszego, co mogło mi się przytrafić. Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony.

Zaprosiłeś do filmu wielkich artystów, na pewno nieprzypadkowo akurat tych.
Chciałem przede wszystkim zaangażować tych, którzy kształtowali mój świat wyobraźni i moją wrażliwość. Jako dziecko słuchałem bajek czytanych przez Irenę Kwiatkowską. Podziwiałem Gustawa Holoubka, dla którego aktorstwo było posłannictwem. Potem przyjaźniłem się z Tadeuszem Nalepą, Tomaszem Stańką. Oni byli kapłanami wartości, które przejąłem. Kształtowali moją wiarę w sztukę jako coś najważniejszego. Jak nie miałem pieniędzy, to brałem kredyt, a odrzucałem propozycję udziału w reklamach, bo wydawało mi się, że nie wszystko jest na sprzedaż. Ci artyści wnieśli do mojego filmu swoje emploi, osobowość, wszystkie znaczenia kulturowe, jakie się z nimi wiążą. Wiedziałem, że muszę się śpieszyć. Najpierw nagrałem panią Irenę, potem wymyśliłem pana Andrzeja Wajdę.

Nieodkryty, przynajmniej dla mnie, talent aktorski!
Pan Andrzej nie zdążył dokończyć dzieła, zastąpił go, zresztą z polecenia pana Andrzeja, Marek Kondrat. Tak więc ostateczny efekt granej przez niego postaci to miks gry tych dwóch artystów. Marek Kondrat, jak już skończył grać Andrzeja Wajdę, zapytał, co może jeszcze zrobić dla filmu. Poprosiłem, żeby zagrał mojego ojca. To dla mnie ogromny zaszczyt, podobnie zresztą jak zaszczytem była współpraca z Krystyną Jandą, Anną Dymną, Barbarą Krafftówną…

Genialna Krafftówna w roli twojej mamy rozrywa serce.
Pamiętam do dzisiaj ten dzień, wszyscy w studiu mieli łzy w oczach. Jak odprowadzałem potem panią Barbarę do taksówki, dowiedziałem się, że miesiąc wcześniej zmarł jej jedyny syn, a kilka dni przed nagraniem przyszła do Polski urna z jego prochami. Myślę, że tę scenę w szpitalu grała dla niego. Może dlatego jest tak poruszająca.

Film ma też momenty zabawne.
Andrzej Chyra powiedział mi kilka razy, że to jego najlepsza rola komediowa.

Powiedz, proszę, co to jest TO w tytule filmu, które każesz zabić.
Żeby na to pytanie odpowiedzieć, musiałbym być poetą haiku. Nie umiem tak operować słowami, jak wydaje mi się, że umiem rysować. Boję się, że mówiąc o tym, byłbym jak słoń w składzie porcelany. A poza tym nie lubię w filmach dawać odpowiedzi, wolę zadawać pytania, które widz może starać się rozwikłać.

Może tęsknota albo balast przeszłości? Łódź? W końcu porzuciłeś miasto i wyjechałeś na wieś.
Nie zabijam w sobie Łodzi, to moje miasto, ono mnie ukształtowało. Może TO jest czymś takim, co nas zatrzymuje, co nie pozwala iść dalej? Przez lata pracy nad tym filmem moja pracownia była zapełniona duchami z filmu. W pewnym momencie chciałem już ten świat opuścić. Ale nie chcę brnąć dalej w tłumaczenia. Widzisz, że mówię nieudolnie.

Następny film będziesz robił przez kolejne 14 lat?
Na pewno krócej, ponieważ zamierzam zrealizować film 80-minutowy, mam już treatment, więc już wiem, ile potrzeba materiału na ten garnitur. Wtedy tego nie wiedziałem.

To będzie też osobisty film?
Z grubsza rzecz ujmując, to będzie film o starzejącym się artyście ruszającym w świat w poszukiwaniu kogoś, komu przekaże swój dorobek, który by uszczęśliwił obdarowanego, a jednocześnie nadał sens życia temu artyście. Lubię pracować na uczuciach, które znam, które przeżyłem, ponieważ wtedy – tak sądzę – mogę je prawdziwie przedstawić. W tym więc sensie to będzie film osobisty. Ale też taka trochę bajka. Bo ja lubię opowiadać bajki. Teraz jednak czeka mnie oscarowa promocja „Zabij to i wyjedź z tego miasta”. Znów wracam do MoMy, najważniejszego muzeum sztuki na świecie. Bardzo jestem z tego powodu szczęśliwy. Mamo, to też dzięki Tobie.

Mariusz Wilczyński, reżyser filmów animowanych, malarz, performer, scenograf, wykładowca animacji w szkołach filmowych. Autor pierwszej oprawy TVP Kultura, twórca ponad 200 „Księgoklipów” w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Pierwszy Polak zaproszony na indywidualny przegląd twórczości w nowojorskim Museum of Modern Art. Laureat Złotych Lwów na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za animowany film „Zabij to i wyjedź z tego miasta” (dostępny na platformie Nowe Horyzonty VOD).

  1. Kultura

Al Pacino - ikona kina, marzyciel, prowokator

Al Pacino (Fot. BE&W)
Al Pacino (Fot. BE&W)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Po rolach w „Człowieku z blizną”, „Ojcu Chrzestnym” czy „Zapachu kobiety” Al Pacino od dawna ma status ikony kina. A także opinię marzyciela, utracjusza i prowokatora. Już po minucie rozmowy z nim staje się jasne, że to opinia jak najbardziej uzasadniona.

Pretekstem do naszego spotkania jest serial „Hunters”. Sprawdziłam: pomijając dość jednak nietypowe „Anioły w Ameryce”, w klasycznym telewizyjnym serialu zagrał pan tylko raz, w „N.Y.P.D.” z... 1968 roku.
A rzeczywiście, nie zwykłem grać w tego typu produkcjach. Ale zdaje się, że to jest teraz to, co robią koleżanki i koledzy aktorzy w tak zwanym wolnym czasie. A mamy go całkiem sporo, biorąc pod uwagę okoliczności.

Co pana, prócz wolnego czasu, skłoniło do tego projektu?
Pieniądze. Brak innych interesujących ofert. Aktorstwo trzeba ćwiczyć, niemal jak mięśnie. Pamięć należy trenować, tak samo jak interakcje z ludźmi czy nowe formy komunikacji. Ja, mimo wieku, wciąż potrzebuję wyzwań, a serial „Hunters” miał szalenie ciekawy scenariusz. I choć początkowo otrzymałem tylko zarys pilotażowego odcinka, znałem zamysł całej fabuły. Był nieco kontrowersyjny, i to podobało mi się najbardziej. Zawsze lubiłem ryzyko wpisane w ten zawód.

To opowieść o grupie zapaleńców, która próbuje zwalczać neonazistowskie nowojorskie formacje.
Gram kogoś, kto – można powiedzieć – stoi na czele całej tej zabójczej bandy. A jest to swoista galeria postaci. Mój bohater, Meyer Offerman, jest człowiekiem pełnym tajemnic, przetrwał obóz koncentracyjny i po wojnie wyemigrował z Europy do Stanów. Jego walka jest nie tyle formą zemsty, co świadomie wybranym sposobem na życie po traumie, której doświadczył w Auschwitz. To jest pytanie, które zresztą sam często stawiałem sobie w życiu: czy po formacyjnych, traumatyzujących doświadczeniach możliwy jest powrót do normalności? Meyer musi robić to, co robi, to jest jego forma na przepracowanie lęków i wspomnień. Próba zadośćuczynienia tym, którzy nie mieli tyle szczęścia, ile on.

Były protesty, że ta kryminalno-popkulturowa forma serialu nie licuje z tematem poobozowej traumy.
Nie wiem, co z nim licuje, a co nie. Czasy mamy takie, że poprawność polityczna wydaje się delikatną formą cenzury. W sumie dość nieinwazyjną. Świat w związku z akcjami typu #MeToo wiele zyskał, ale też coś stracił.

Co?
Brawurę, odwagę, świeżość, ryzyko, dystans. Obecnie sztuka i artyści cenzurują się sami. Zamiast tworzyć i bulwersować, zastanawiamy się, co wypada i kto pierwszy wytoczy nam proces. Sztuka i kultura nie powinny mieć tego typu ograniczeń. Prawdziwa twórczość, o czystej intencji, obroni się sama. A współcześni ludzie są na tyle wyczuleni i obyci, że są w stanie odróżnić chłam od czegoś wartościowego, nawet jeśli będzie to kontrowersyjne w wydźwięku. Wszystko jest kwestią intencji, od lat toczy się ta dyskusja, obecnie jednak przybiera ona karykaturalną formę. Inna sprawa, że zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że jego uczucia i poglądy w taki czy inny sposób zostały urażone. Gdzieś ostatnio przeczytałem, że zaczęto cenzurować kreskówki. Ludzie! Wolność polega między innym na tym, że mamy wybór. Takie zjawiska jak cancel culture czy online shaming [wykluczanie i ostracyzm, głównie w przestrzeni wirtualnych mediów – przyp. red.] bardzo mnie niepokoją czy wręcz złoszczą. Założę się, że w połowie filmów, w których grałem, pewnie dziś nie mógłbym wziąć udziału, bo uznane by zostały za szkodliwe obyczajowo i nie dopuszczono by ich do realizacji.

Któryś jest panu szczególnie bliski?
„Człowiek z blizną”. A wie pani dlaczego? To jest mój nieodżałowany tytuł, bo jak tylko wszedł na ekrany, krytyka go zmiażdżyła. Ikoniczny i kultowy dla wielu film Briana De Palmy, do którego scenariusz napisał Oliver Stone, został zniszczony przez dziennikarzy i opinię publiczną. To było jak kubeł zimnej wody, którego nikt z nas się nie spodziewał. Dziś jest rzecz jasna inaczej, ale proszę mi wierzyć, o „Człowieku z blizną”, mimo nominacji do Złotych Globów, pisano niesłychanie niepochlebne rzeczy. I właśnie w takich okolicznościach, tuż po rozdaniu Oscarów – to był bodaj 1984 rok – któregoś dnia wychodziłem z knajpy i szedłem do auta. Patrzę, a tu nagle otacza mnie grupka osób. Nie miałem pojęcia, kim są ci ludzie.

Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW) Al Pacino w filmie „Człowieka z blizną”. (Fot. BEW)

Wyglądali groźnie?
Nie, po prostu nie spodziewałem się zbiegowiska. Tymczasem oni stanęli w kręgu, poczułem się dosyć nieswojo, próbowałem żartować. Milczeli chwilę, po czym nagle jeden z mężczyzn wyciągnął statuetkę, która bardzo przypominała Oscara. Podał mi ją ze słowami: „To za rolę w »Człowieku z blizną«. Był pan najlepszy! Niech żyje Tony Montana! Dziękujemy!”. Zaczęli wiwatować, klaskać, gratulować. Po czym równie szybko jak się zebrali, rozpłynęli się w tłumie, a ja zostałem sam na środku pustego parkingu z fałszywym Oscarem w ręku [śmiech]. Mógłbym po latach pomyśleć, że wszystko to mi się przyśniło, ale ten nieprawdziwy, choć nie mniej ważny Oscar stoi do dziś na półce w moim biurze, obok tego, którego otrzymałem za rolę w „Zapachu kobiety”. Niech pani zgadnie, na którego patrzę z większą czułością.

Domyślam się. Piękna historia!
Dzięki kinu mam takich wiele.

Przy okazji muszę spytać o Nowy Jork. W tym mieście zrealizował pan, oprócz „Człowieka z blizną”, wiele innych filmów, także akcja serialu „Hunters” rozgrywa się właśnie tutaj. Na ile to miasto jest dla pana ważne?
Urodziłem się we wschodnim Harlemie, wychowałem w Bronksie. Kocham Nowy Jork, to mój dom. Ten prawdziwy, rodzinny, jedyny, do którego wraca się zawsze z dziwnym kołataniem w głowie... Oczy mi łzawią, serce się raduje. I z pewnością osadzenie serialu właśnie w tym miejscu i w tym czasie wpłynęło na moją przychylność względem projektu. Wszystko w „Hunters” zostało wystylizowane na koniec lat 70. Przywołano świat, którego już nie ma, a który jest mi szalenie bliski.

Stare nowojorskie przyjaźnie przetrwały? Czy w show-biznesie w ogóle możliwa jest prawdziwa przyjaźń?
Oczywiście. Dam przykład jeden z wielu: to, że mogłem zagrać Jimmy’ego Hoffę w „Irlandczyku”, zawdzięczam mojemu serdecznemu przyjacielowi Robertowi De Niro. To on powiedział Martinowi Scorsesemu, że rola Hoffy jest stworzona dla mnie i nikt inny tego lepiej nie zagra.

Al Pacino z Robertem De Niro i Rayem Romano w „Irlandczyku”. (Fot. BEW) Al Pacino z Robertem De Niro i Rayem Romano w „Irlandczyku”. (Fot. BEW)

Najbardziej niezwykłe jest dla mnie to, że ze Scorsesem spotkał się pan po raz pierwszy dopiero teraz, na planie „Irlandczyka”.
Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, też wydało mi się to niewiarygodne. Ale to prawda, przez lata nasze drogi się nie przecinały, przynajmniej nie zawodowo, towarzysko znaliśmy się przecież, rozmawialiśmy nieraz. Z De Niro pracowaliśmy kilkakrotnie [„Ojciec chrzestny II”, „Gorączka”, „Zawodowcy” – przyp. aut.], a ze Scorsesem nie było nam dane, nad czym dziś, po latach, ubolewam. Wiem, że ominęła mnie praca z geniuszem kinematografii. Ale wracając do przyjaźni, proszę sobie wyobrazić, że kiedy Robert powiedział Martinowi, że to ja powinienem zagrać Hoffę, ten nie był przekonany.

Kręcił nosem?
Niedorzeczne, prawda? [śmiech] De Niro nalegał jednak, żeby zaprosić mnie na zdjęcia próbne. Spotkaliśmy się najpierw we trzech, producent dołączył po godzinie, przeczytaliśmy kilka scen razem, dość szybko stało się jasne, że postać Hoffy jest na miarę moich możliwości. I mówiąc „dość szybko”, nie przesadzam, mam tu na myśli 40 minut. Scorsese natychmiast potwierdził mój angaż, agenci zaczęli sprawdzać terminy, kwestia gaży była drugorzędna. Ale gdyby nie konsekwencja, wręcz upór i siła perswazji De Niro, nie stanąłbym na planie „Irlandczyka”. To jedna z wielu odsłon przyjacielskiego gestu, solidarności i oddania. Robert wykazywał się taką postawą wielokrotnie, nie mówiąc o lojalności w życiu prywatnym.

A przecież mógł nie chcieć spotykać na planie innego aktora wielkiego formatu – fakt, przyjaciela, ale potencjalnie kogoś, kto może odebrać mu część splendoru, skraść uwagę widzów.
Że niby ja Robertowi miałbym uszczuplić rzesze fanów? Po pierwsze, kumplujemy się, a kumple nie są o siebie zazdrośni. Raz się poróżniliśmy, ale było to wiele lat temu, chodziło o pewne autko, które zarówno ja, jak i Robert chcieliśmy mieć, a istniał tylko jeden egzemplarz. Po drugie, Robert to najskromniejszy facet, jakiego znam. Po trzecie, doskonale zna swoją wartość, a ktoś, kto wie, ile znaczy i co potrafi, nie będzie rozpatrywał obecności kolegi na planie w kategorii zagrożenia dla swojej pozycji. Obaj wiemy, na co nas stać. Dobrze nam się razem pracuje, co wcale nie oznacza, że jest to sam lukier i bita śmietana.

To jak by pan nazwał łączącą was relację?
Pistacje z chili. Moja córka zaserwowała mi kiedyś taki deser. Dosłownie były to pistacje i płatki ostrych papryczek, wszystko zalane płynną gorzką czekoladą, a do tego koniaczek. Wybuchowa mieszanka, proszę mi wierzyć.

To jeszcze proszę powiedzieć, jak się zakończyła ta sprawa z autem.
Ostatecznie kupiłem je ja, po czym jeździliśmy nim na przemian, miesiąc ja, miesiąc Robert. Nie wiem zresztą, o co było tyle hałasu, nigdy nie lubiliśmy sportowych samochodów [śmiech]. Byłem wtedy dość młodym chłopakiem, może pierwsza sława uderzyła mi do głowy? Ale nigdy też nie byłem gadżeciarzem, nie przywiązywałem wagi do materialnych wygód, moje partnerki wielokrotnie zarzucały mi, że jestem wręcz abnegatem, jeśli chodzi o życiowe udogodnienia czy jakiekolwiek objawy umiłowania luksusu. No, ale dziwnym trafem ów samochód, corvette, skradł moje serce. Z tamtego naszego sporu czy też rywalizacji o to, kto kupi auto, najbardziej cieszył się agent sprzedaży, umiejętnie windując cenę. Dzwonił do De Niro, mówiąc, że Pacino podwoił sumę, którą jest gotów zapłacić, a zaraz potem do mnie z informacją, że Robert przebija moją propozycję. I jaki morał z tej bajki?

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta?
To też, ale ja bym powiedział, że przede wszystkim nie warto zajmować się w życiu sprawami błahymi, nieistotnymi. Po latach oddałem corvette’ę Robertowi w prezencie urodzinowym, a zaledwie kilka miesięcy później skradziono mu to auto. Nawet mnie to nie obeszło, martwiłem się jedynie o kumpla, że nie mógł nieco dłużej cieszyć się prezentem. Swoją drogą, choć samochód był bardzo efektowny, okazał się szalenie niewygodny w eksploatacji. Spotkaliśmy się z Robertem jakiś czas po kradzieży i pierwsze, co usłyszałem od mojego przyjaciela, to: „A wiesz, że odetchnąłem z ulgą”. Pytam więc, co się stało, a on na to: „Ile to cholerstwo paliło! Wystarczyło otworzyć drzwiczki i już spalałeś połowę baku! Doprowadzało mnie to do szału”. Dużo było z tego śmiechu, tym bardziej że obaj mamy opinię raczej mało rozrzutnych. Wiadomo – co innego było jeździć takim autem od czasu do czasu. Sprawy nabrały nowego wymiaru, kiedy Robert przesiadł się do corvette’y na co dzień. Wciąż drwimy z tej naszej dawnej, chwilowej fanaberii. No bo kto przy zdrowych zmysłach jeździłby corvette’ą do spożywczaka?! 

Al Pacino właśc. Alfredo James Pacino, rocznik 1940. Dzięwięciokrotnie nominowany do Oscara – statuetkę zdobył w 1992 roku za rolę niewidomego podpułkownika Franka Slade’a w dramacie „Zapach kobiety”. W jego dorobku są także cztery Złote Globy, jedna BAFTA , dwie Emmy, nagroda Amerykańskiego Instytutu Filmowego za całokształt twórczości. W 2011 roku został odznaczony amerykańskim Narodowym Medalem Sztuki.