1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Maria Czubaszek we wspomnieniach Krystyny Kofty, Alicji Resich-Modlińskiej i Artura Andrusa

Maria Czubaszek we wspomnieniach Krystyny Kofty, Alicji Resich-Modlińskiej i Artura Andrusa

Maria Czubaszek odeszła 12 maja 2016 roku. W 4. rocznicę śmierci wspominają ją Krystyna Kofta, Alicja Resich-Modlińska i Artur Andrus. (Fot. Forum)
Maria Czubaszek odeszła 12 maja 2016 roku. W 4. rocznicę śmierci wspominają ją Krystyna Kofta, Alicja Resich-Modlińska i Artur Andrus. (Fot. Forum)
"Tak jak kiedyś, gdy mnie nie było, świat istniał, tak samo będzie istniał, jak już mnie nie będzie" - mawiała największa filozofka w polskiej rozrywce. Czy jednak świat bez niej jest dziś naprawdę taki sam? Marię Czubaszek wspominają Krystyna Kofta, Alicja Resich-Modlińska i Artur Andrus. 

– Nigdy nie zapomnę mojej rozmowy z Marysią i Karolakiem w „Pytaniu na śniadanie” przy świątecznym stole, gdy oboje twierdzili, że niczego z tego stołu nie ruszą, bo niczego nie lubią... To był absolutny purnonsens. Jej poczucie humoru, antytradycjonalizm i niechęć do stereotypów – tu czułam z nią ogromne pokrewieństwo – opowiada Alicja Resich-Modlińska. Tak, bo Maria Czubaszek nie lubiła rodzinnych spotkań, wspólnych biesiad i w ogóle nie kłaniania się schematom. A poza tym? Miała wielkie serce: pomagała finansowo siostrze, opiekowała się chorą mamą, płaciła na schroniska dla zwierząt. I zawsze u boku miała jakiegoś psa. Ostatni był Supron. Jak zwykle kundel.

Piorun sycylijski w nas nie strzelił

– Pewnego dnia Marysia zaproponowała, abym ją uczyła angielskiego. To był koniec lat 70. Odbywałam wtedy staż w redakcji „Szpilek” i Maria była moją idolką. Gwiazdą trójkowego ITR-u. Jeździłam więc do niej na ósmą rano środkami komunikacji miejskiej ochoczo z Ochoty na Jazdów, do jej fińskiego domku. Brnęłam w śniegu i zaspach. Marysia była bardzo punktualna, więc i ja starałam się być przed czasem. Była już wtedy po sześciu kawach, a jej Karolak właśnie szedł spać, bo tak to u nich funkcjonowało. I mimo że zawsze i tak bardziej rozmawiałyśmy po polsku, więc z naszej nauki niewiele wyszło, później Marysia twierdziła, że dobrze ją nauczyłam, a na dowód tego mówiła np. „Yes, yes, but I don’t understand” – wspomina Alicja Resich-Modlińska. Pierwsze małżeństwo pani Marii nie wyszło. A potem był już Wojciech Karolak, drugi mąż i jazzowy muzyk. „Piorun sycylijski w nas nie strzelił. Polubiliśmy się, podobaliśmy się sobie, połączyło nas wielkie uczucie, w obiegowym pojęciu nazywane miłością. Nigdy jednak nie byliśmy papużkami, »tiutiu, za rączkę« – nie wierzę w żadne połówki, bo to by oznaczało, że wszyscy jesteśmy tylko połówkami. A motyle w brzuchu? To chyba łaskocze i jest nieprzyjemne. Gdyby coś takiego mi się przytrafiło, pewnie poszłabym do gastrologa. Albo od razu na USG jamy brzusznej” – cała Maria. Z Wojciechem Karolakiem szanowali się i byli w wielu kwestiach bardzo zgodni, np. w niechęci do posiadania w domu stołu.

To ty jesz?!

W jednym z wywiadów Wojciech powiedział: „Jak poznałem Marysię i okazało się, że nie dość, że ma wspaniałe nogi, jest inteligentna, pisze słuchowiska, które mnie zachwycają, a w dodatku nie ma u niej stołu, przy którym trzeba siadać, jeść wspólnie i mlaskać, nic do siebie nie mówiąc, byłem w siódmym niebie”. Mieli za to lodówkę, z której każde wyjmowało sobie to, co mu było wygodnie. Zero gotowania, no, chyba że legendarne podgrzewanie parówek pod kranem z gorącą wodą. I już. Poza tym lubiła dużo kawy, w tym mrożonej – w środku zimy też. – Rok temu byłyśmy razem na Festiwalu Twórczości i Sztuki i przed występem usiadłyśmy w restauracji, by się przygotować. „To może coś przy okazji zjemy?” – spytałam, a ona spojrzała na mnie wielkimi okrągłymi oczami i w absolutnym zdziwieniu spytała: „To ty jesz?!”. A ja ten swój barszcz z kołdunami jadłam chyba trzy godziny, bo towarzyszyło mi jej pełne nagany spojrzenie – wspomina Resich-Modlińska, która wiele lat z Czubaszek pracowała. 
– Mam wrażenie, że byłam jedyną kobietą, z którą tak długo wytrzymała, bo nasze pierwsze spotkanie miało miejsce w 1978 roku, gdy debiutowałam w „Szpilkach”, gdzie ona była już autorem wielbionym (przeze mnie, rzecz jasna, też), a przez sztandarowego satyryka Anatola Potemkowskiego nazywanym „taką babą Mrożek”.

– Pamiętam, kiedy ją zobaczyłam po raz pierwszy. To było w drodze do redakcji „Szpilek”. Mżył deszczyk, a środkiem placu Trzech Krzyży stukała szpileczkami bardzo atrakcyjna blondynka w trenczu zaciśniętym paskiem. „To ona! Ta słynna Czubaszek” – pomyślałam. Ale ona była wobec mnie życzliwa, lubiła moje humoreski, czasem brała mnie na premiery swoich sztuk komicznych. I tak się zaczęło. A potem zawsze już do Marii chciałam wracać. To dla niej stworzyłam telewizyjny subiektywny przegląd prasy kolorowej „Czubaszek na śniadanie” – opowiada Resich-Modlińska.

Niezależnie od tego, co zaproponują, idę w ciemno

Maria mówiła, że pierwszym facetem, którego zdjęcie (gdyby miała) powiesiłaby sobie nad łóżkiem, był Ayrton Senna, kierowca Formuły 1. Drugim Woody Allen, na którego warszawski koncert kiedyś poszła. Z Karolakiem oczywiście. „Wtedy pierwszy raz (i jedyny) w życiu czułam się jak nastolatka zakochana w jakimś Feelu. I nie wierzyłam, że On jest niemal na wyciągnięcie ręki” – wspominała. Zapytana, co by zrobiła, gdyby tenże Allen nagle tę rękę do niej wyciągnął i szepnął: „Pójdź ze mną”, odpowiedziała: „Tobym poszła. Oczywiście. Z Karolakiem, bo zna angielski”.

Tak na serio ufała dwóm mężczyznom: „W kolejności alfabetycznej to Artur Andrus, którego uwielbiam, i muszę się pochwalić, że z wzajemnością. I Wojciech Karolak, mój mąż. Niezależnie od tego, co zaproponują, idę w ciemno. Powiedziałam nawet, że jakby Andrus chciał budować autostrady, to jeśli on w to wchodzi, to ja też będę wydeptywała” – twierdziła. Z Andrusem poznali się w Trójce, dokąd skierował ją Anatol Potemkowski, który powiedział, że Andrus jest tam ważny. 
– Nie byłem ważny, a jakąkolwiek moją potencjalną ważność unieszkodliwił moment, gdy Marysia mnie po raz pierwszy zobaczyła, bo akurat nosiłem wtedy jakieś taśmy. Nie mieściło jej się w głowie, że ktoś ważny może tak po prostu nosić taśmy... A potem spotykaliśmy się w radiu, a nasza znajomość się umacniała – wspomina Artur Andrus.

Gdyby to ode mnie zależało, 
wprowadziłabym bociany

„Jako dziewczynka pewnie ośmioletnia wpadłam do mojej babci – szefowej izby porodowej w Szczecinku, bo zachciało mi się pić. Wiedziałam, że rodzą się tam dzieci, bo wtedy już nie wierzyłam w bociana. Babcia spytała: »Chcesz zobaczyć?«, i dała mi fartuszek. Nie zapomnę tej drogi przez mękę dla kobiety, wrzasków, podczas których wszystko pęka, krew się leje. Gdyby to ode mnie zależało, wprowadziłabym bociany, oczywiście, na życzenie. I to byłoby uczciwe, bo dziecko byłoby wtedy chciane, a matka nie przechodziłaby męczarni” – uważała Maria. I sama nigdy dzieci mieć nie chciała. Wolała zwierzęta – stąd też jej niechęć do podróży, bo kto wyjdzie z psem, jeśli Karolak akurat też wyjedzie? W końcu znalazła pana Bolka, który zostawał z Supronem, a ona wyjeżdżała.

– W czasie naszych podroży cały czas gadała, a jeśli słyszałem ciszę, to oznaczało tylko jedno – zapomniałem zatrzymać się na papierosa, bo Marysia nigdy nie paliła w samochodzie, ale też nie upominała się o przerwy, korzystała z okazji. Kiedyś opowiedziała mi, jak to jechała w trasę z jakimiś muzykami. Zatrzymali się na stacji benzynowej. Ona poszła zapalić, a potem weszła do sklepiku. Okazało się jednak, że zapomniała portfela, więc do stojącego przed nią faceta powiedziała: „Przepraszam, czy może mi pan kupić red bulla, bo zostawiłam pieniądze w samochodzie”. Facet grzecznie kupił, ona wróciła do auta, znalazła portfel i… Okazało się, że facet ze stacji to nie był żaden z podróżujących z nią muzyków. Po prostu zaczepiła jakiegoś obcego gościa, a ten pewnie ją rozpoznał z telewizji i kupił puszkę. Bo Marysia nie zapamiętywała twarzy, nazwisk, nazw. Nigdy nie wiedziała, czy właśnie jedzie do Zabrza czy do Zebrzydowic, a właściwie było niemal pewne, że jeśli twierdzi, że do Zebrzydowic, to znaczy, że ma występ w Zabrzu – opowiada Artur Andrus.

Nigdzie się tyle nie napaliłam co w szpitalu

– Najpierw myślałam, że Maria Czubaszek jest wymyślona, a wszystko pisze jakiś zespół ludzi... Potem o niej usłyszałam od mojego szwagra Jonasza Kofty. Poznałam ją przypadkiem,

w pociągu, w przedziale i kłębach dymu – a w nich rozbawiona Marysia i milczący Karolak. Nie wiem, czy była wtedy jakaś wódeczka, ale mogła być... Później pochwaliła mnie za wypowiedź o seksie, że jest przereklamowany, cytowała ją często. Mówiła, że lubi moje felietony, ale że mam pewną wadę, mianowicie nie mam psa. Mówię, że jestem uczulona na sierść itd. A ona swoje. Wreszcie któregoś dnia mówię: „Marysiu, mam psa”. A ona: „Nareszcie, wiedziałam, że to musi nastąpić!”. Odpowiadam, że jest elektroniczny, szczeka, śpiewa, tańczy… Na baterie, za to nie ma sierści. „Wybaczam ci” – powiedziała wspaniałomyślnie.

Kiedyś przyjechałam na program, w którym obie występowałyśmy, a ona pyta: „Czy ty wiesz, jaka to telewizja, czy to może Maryja?”. Ja odpowiadam, że Maryja to jest radio, a telewizja to Trwam i nie sądzę, żeby ojciec Rydzyk nas zaprosił. Uspokoiło ją to, ale nie całkiem, bo jak na złość wyszedł stamtąd ksiądz, co prawda całkiem inny, ale zasiał w Marii dużą nieufność. A w radiu zawsze było tak samo: Maria przypominała sobie nagle: „Ojej, mam w torebce komórkę, trzeba szybko ją wynieść, bo zacznie dzwonić w trakcie”. „To daj, wyłączę ci”. „Niemożliwe, bo tam trzeba później wbić jakieś cyfry, kody, żeby włączyć, ja tego w ogóle nie znam”. I tak powstał rytuał wynoszenia torebki Marysi z dala od studia nagraniowego – wspomina Krystyna Kofta. Rytualne było też palenie papierosów. „Trzy paczki dziennie. Od 14. roku życia, gdy na Powiślu koledzy wzięli mnie i koleżankę do piwnicy. Zaciągnęłam się i od razu wiedziałam, że to jest to... Moim zdaniem zabija życie, a nie papierosy. Nigdzie się zresztą tyle nie napaliłam co w szpitalu, w pokoju dla lekarzy. W pociągach próbuję w ubikacji jak każdy, dlatego kupuję bilety w pierwszej klasie, bo mam nadzieję, że będzie czyściej, ale nie jest” – wyjaśniała kiedyś Maria Czubaszek.

Wszyscy mnie biorą za Marię Dąbrowską

– Maria była dla mnie ważnym ogniwem kontynuacji tego cudownie lekkiego, subtelnego, abstrakcyjnego poczucia humoru, który wzięła od swoich mistrzów: Janusza Minkiewicza, Jerzego Dobrowolskiego. Znalazła się we wspaniałej grupie twórców, która inspirowała się nawzajem. Anatol Potemkowski, Adam Kreczmar, Jacek Janczarski, Jonasz Kofta, Maciej 
Zembaty, Stefan Friedmann, Jan Tadeusz Stanisławski.

Kiedy nagrywałyśmy „à la show”, przez cały program wmawiałam jej żarliwie, że stworzyła perły purnonsensu, podawałam przykłady, a ona równie żarliwie protestowała. To nawet miało wymiar komiczny – opowiada Alicja Resich-Modlińska. Ale prawda jest taka, że Czubaszek naprawdę trywializowała cały swój dorobek. – Była skromna i to nie była kokieteria. Niektórzy myśleli też, że jest roztrzepana, ale to nie do końca prawda. Była na przykład punktualna, zawsze pięć minut przed czasem, przygotowana do programu, a kiedy ruszała kamera, w niej budziło się prawdziwe „zwierzątko” telewizyjne, ciskające błyskotliwie riposty z wdziękiem. W każdej niemal rozmowie podkreślała, że dawno temu, w co trudno uwierzyć, była młoda, ale świadków już nie ma, bo wszyscy umarli, że jest stara, ale nie wie, ile ma lat, bo jest tak stara, że nie pamięta. A na jakimś festiwalu swój występ zaczęła tak: „Wszyscy mnie biorą za Marię Konopnicką albo Marię Dąbrowską...”. I ludzie konali ze śmiechu. A Marysia? Jeśli coś ją rozbawiło, to czasem pojawiał się leciutki początek uśmiechu, taka jej powściągliwa szkoła satyry – opowiada Alicja Resich-Modlińska. – Ona nie miała tego, co nazywa się esprit d’escalier [czyli spóźnionego zapłonu – przyp. red.]. Przeciwnie – reagowała natychmiastową ripostą. I potrafiła bawić do łez, rozbrajać szczerością i wzbudzać kontrowersyjne emocje, gdy np. przyznała się do aborcji – wspomina Krystyna Kofta. A poza tym była mistrzynią słowa – jeśli ktoś używa określenia „osobista narzeczona”, to niech wie, że stworzyła je właśnie Maria Czubaszek.

Liczy się rodzina i miłość, zgadzam się, ale...

"Moim zdaniem, ale to bardzo źle zabrzmi, najważniejsze w życiu są pieniądze, choć większość ludzi powie: zdrowie. To prawda, ale jeśli kogoś nie stać na prywatne leczenie? Gdy umierała moja matka, to gdybym nie miała pieniędzy na prywatne pielęgniarki, to byłaby już zupełna tragedia. Czyli zdrowie kosztuje. Poza tym ludzie mówią, że liczy się rodzina i miłość. Zgadzam się, ale była taka książka Wisłockiej »Sztuka kochania«, w której autorka pisała, że nawet jeśli w domu jest bieda, to wystarczy kapuśniaczek i kwiatuszek na stole. Dobrze, jeśli na ten kapuśniaczek w ogóle jest, to po pierwsze. Ale komu się wtedy będzie chciało jeszcze ten kwiatek kupić i za co? No, powiedzmy, wyrwie z trawnika. Raz i drugi, ale w pewnej chwili taka mizerna codzienność kończy nawet największe uczucie. Sprawy finansowe prowadzą ludzi do samobójstwa" – uważała Maria Czubaszek.

Sama miała zresztą próbę samobójczą na koncie, raz, dawno. „Doszłam do wniosku, że życie mnie nie interesuje, nie chciało mi się już dawać rady z kłopotami. Nałykałam się tych prochów i nagle dotarło do mnie, że przy mnie leży moja suczka. Nie zadzwoniłam więc na pogotowie, tylko do weterynarza. A on zorientował się, że to podejrzane, i przyjechał. Ale mnie samobójstwo imponuje w jakimś sensie. To nie tak, że radzę każdemu, komu się życie znudzi, żeby się rzucał pod pociąg, ale jeśli konkretny człowiek stwierdzi, że mu życie obrzydło, albo jak zobaczy filmy o głodującej Somalii i pomyśli, że nasze gwiazdy w tym samym czasie się odchudzają, to co może czuć? Najgorsze co można – bezsilność” – uważała Maria.

Nie bała się śmierci, choć powtarzała za Allenem: „Wolałabym przy tym nie być, kiedy przyjdzie”.
– Wszystko przez te kilka ostatnich tygodni w szpitalu wskazywało, że sytuacja idzie w dobrą stronę, że to serce jednak da radę. Marysia wyszła już nawet do domu i zadzwoniła, by domówić nasz wyjazd do Cieszyna 13 maja, gdzie mieliśmy występ. Dwa dni przed zadzwonił Wojtek, że trafiła do szpitala i prosiła, by mi przekazać, że tym razem raczej nie da rady pojechać – mówi Artur Andrus. A Krystyna Kofta dodaje: – Czubaszek to nie jest temat, który umarł razem z człowiekiem. 

Maria Czubaszek w cytatach

  • "Co ja z tym zdrowiem zrobię, przecież do grobu nie wezmę"
  • "Jestem w rozwojowym okresie późnej dojrzałości"
  • "Nie mam biurka, bo jak siedzę tak, że mi nogi dyndają, to nic mi do głowy nie przychodzi"
  • "Każda kobieta powinna w pewnym wieku ustalić, ile ma lat, i już się tego trzymać"
  • "Spanie w jednym łóżku to koszmar! Łóżko może służyć nie tylko do spania, o czym przekonałam się wielokrotnie, ale żeby spać razem?"
  • "Zero ruchu. Przez sport do kalectwa"
  • "Wszyscy myślą, że jestem optymistką, a to nieprawda. Ja jestem pesymistką, ale pogodną"
  • "Niepalący też żyją tylko do śmierci"
  • "Młodość musi się wyszumieć, a starość wypalić"
Maria Czubaszek, mistrzyni ciętego pióra, satyryczka, scenarzystka, publicystka. Prowadziła audycje w Polskim Radiu, w Jedynce, potem w Trójce. Pisała teksty piosenek („Wyszłam za mąż, zaraz wracam”), dialogi do filmów („Filip z konopi”) i książki („Dzień dobry, jestem z kobry, czyli jak stracić przyjaciół w pół minuty i inne antyporady”). Zmarła 12 maja 2016 roku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.