1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Winona Ryder: "Bez romantyzowania, proszę"

Winona Ryder: "Bez romantyzowania, proszę"

Winona Ryder (Fot. East News)
Winona Ryder (Fot. East News)
Wróciła. A właściwie to świat sobie o niej przypomniał wraz z ogromną falą popularności serialu „Stranger things”, w którym zagrała jedną z głównych ról. Winona Ryder – intrygująca, od zawsze trochę tajemnicza. Co u niej słychać? Gdzie była, kiedy jej nie było? I jak to się stało, że na tyle lat o niej zapomnieliśmy?

Winona Ryder gwiazdą była już przed maturą. Za rolę w „Śmiertelnym zauroczeniu” sypnęły się pierwsze nominacje do filmowych nagród, za „Edwarda Nożycorękiego” – następne. W tamtym czasie Winonę Ryder chciał mieć na okładce każdy kolorowy magazyn, a fakt, że jej chłopakiem był Johnny Depp, budził i zawiść, i fascynację. Grała z najlepszymi i u najlepszych. Choćby w „Wieku niewinności” (Martina Scorsesego) z Michelle Pfeiffer czy u Woody’ego Allena w „Celebrity”. Za rolę w „Małych kobietkach” dostała nominację do Oscara. Ale to filmy takie jak „Orbitowanie bez cukru” i „Przerwana lekcja muzyki” zrobiły z niej „twarz pokolenia X”.

Trudno uwierzyć, że zaledwie parę lat wcześniej dzieciaki w szkole średniej wołały na nią „czarownica”. I to właśnie wtedy, kiedy miała nadzieję, że rola w „Soku z żuka” Tima Burtona przysporzy jej sympatii wiecznie gnębiących ją rówieśników. Ale właśnie dlatego, że była mało popularnym wśród kolegów i koleżanek kujonem, rodzice pozwalali jej na pracę i castingi. Tylko pod warunkiem, że utrzyma dobrą średnią. Wiadomo było też, że pochodzi z „dziwnej” rodziny. Państwo Horowitz (tak brzmi prawdziwe nazwisko aktorki) przyjaźnili się z elitami literackimi i artystyczną bohemą. W ich domu bywali poeta Allen Ginsberg, pisarz Philip K. Dick, a ojcem chrzestnym Winony był uznawany za jednego z inicjatorów powstania ruchu hipisowskiego Timothy Leary. Horowitzowie wierzyli, że dla dzieci najważniejsze są poznawanie świata, kultura i natura. Dlatego przenieśli się na farmę w Mendocino, gdzie mieszkali z kilkoma innymi rodzinami. Rodzice uważali, że telewizor to zbędny mebel. Dzieciaki, zamiast siedzieć przed ekranem, budowały szałasy i szukały skarbów w pełnym sekwoi lesie lub czytały książki.

„Żyliśmy nie w sekcie czy komunie, tylko we wspólnocie sąsiedzkiej” – wielokrotnie podkreślała Ryder. Na próżno, łatka „dziecka hipisowskiej komuny” przylgnęła do niej na lata. O wiele bardziej krzywdząca była jednak inna etykietka, którą zyskała krótko po tym, jak odbierała własną gwiazdę na hollywoodzkim deptaku sławy przed Dolby Theatre. To właśnie wtedy Ryder przyłapano na próbie kradzieży ubrań wartych ponad pięć tysięcy dolarów. Tabloidy miały o czym pisać. Została skazana na karę więzienia w zawieszeniu i grzywnę. Donoszono, że choruje na depresję i że jest uzależniona od leków. Z aktorskiego olimpu spadła w niebyt.

Skutki skandalu były dalekosiężne. Producenci marzący o pracy z nią nie mogli ubezpieczyć filmu z Ryder w obsadzie. A ona? Grała w niezależnych produkcjach i trzymała się z dala od czerwonych dywanów. Dopiero dzięki serialowi „Stranger Things” i roli matki zaginionego chłopca (do tej pory premierę miały już trzy sezony, a wkrótce oglądać będzie można czwarty) wróciła do Hollywood z podniesioną głową. Od 17 marca możemy ją oglądać w innej serialowej produkcji – w „Spisku przeciwko Ameryce” według powieści Philipa Rotha.

Po drodze obiecała sobie, że nigdy nie zaloguje się do mediów społecznościowych, i dotrzymała słowa. Jest wierna maksymie: „Rób swoje i chroń swoją prywatność, a dramat zostaw tam, gdzie jego miejsce, na ekranie”.

Nie założyłaś sobie Instagrama?
Moja wiedza o nowych technologiach jest skandaliczna. Jestem nieobyta do tego stopnia, że jeszcze do niedawna myślałam, iż Snapchat to przekąska o nazwie snack chat. Co zabawne, mojej niechęci do nowych mediów dziwią się nie młodzi aktorzy, z którymi zagrałam w serialu, tylko koleżanki w moim wieku. „W sieci masz głos!” – przekonują mnie. Ale ja nie chcę się zadowalać obecnością w miejscu, gdzie mówią wszyscy, a więc tak naprawdę nie słychać nikogo. Chcę przemawiać tam, gdzie kobiety nie są dostatecznie słyszalne. Dlatego kibicuję pisarkom, reżyserkom czy dziennikarkom, które walczą o to, by pokazać pogłębiony kobiecy punkt widzenia, a nie krzykliwy wpis na kilka linijek na Facebooku.

Uważasz, że Internet i media społecznościowe nam szkodzą?
Kiedy nie było nowych mediów, wydawcy dokonywali większej selekcji. Na łamy trafiały artykuły, które się wyróżniały, niosły ze sobą jakąś wartość. Teraz publikuje się wszystko, a my nie mamy narzędzi do weryfikowania, co jest prawdą, a co fikcją. Zaufanie do tradycyjnych mediów maleje, a jednocześnie ludzie coraz częściej wierzą w propagandowe przekazy, za pomocą których jedni próbują manipulować innymi. Dopiero na planie „Spisku przeciwko Ameryce” to zrozumiałam.

Co takiego wydarzyło się na planie?
Patrzyłam, jak John Turturro ustami swojego bohatera podjudza najpierw Żydów do buntu przeciwko amerykańskim politykom, których oskarża o antysemityzm, a potem na odwrót – polityków przeciwko Żydom. W myślach błagałam go, żeby zamilkł. John jest wybitnym aktorem, więc każda wygłaszana przez niego fraza brzmi autentycznie. Cedził słowa z tak wielką żarliwością, że trudno było je zignorować. To samo dzieje się dzisiaj w mediach społecznościowych. Jeśli jakaś treść ma poparcie w postaci lajków, przyjmujemy ją za prawdę bez weryfikowania jej. Czytałam, że w pewnej wiosce w południowej części Indii doszło do morderstwa, bo ktoś rozpuścił w Internecie nieprawdziwe informacje na temat jednego z mieszkańców. Dokonano na nim samosądu bez sprawdzenia, czy informacja jest prawdziwa. Zastanawiałam się, jak coś takiego jest w ogóle możliwe. Uważam, że w dzisiejszych czasach na rodzicach ciąży ogromna odpowiedzialność. Muszą nauczyć dzieci krytycznego myślenia, ostrożności wobec różnych newsów. To oni są za to odpowiedzialni.

Sama też czujesz taką odpowiedzialność?
Nie jestem rodzicem, ale w „Spisku…” zagrałam z bardzo młodą obsadą. To samo dotyczy „Stranger Things”. Przez trzy sezony zdążyliśmy się do siebie zbliżyć. Ufamy sobie i całkiem dobrze się nawzajem poznaliśmy. Na początku tak nie było. Zdarzało mi się, że się wygłupiałam, a potem ze zdziwieniem odkrywałam, że dzieciaki wzięły moje słowa na poważnie. Dlatego wiele razy powtarzałam im, żeby nic nie brały za pewnik. Żeby zawsze dwa razy upewniały się nie tylko, czy na pewno jest tak, jak ktoś powiedział, ale też czy to, co się im wydaje, jest zgodne ze stanem faktycznym. Wiem, jak to jest, kiedy wydaje ci się, że jest się czegoś stuprocentowo pewnym, a potem okazuje się, że pamięć jednak płata nam figle.

Mówiliśmy o fake newsach w sieci. Tymczasem także w erze sprzed Internetu nieraz padłaś ich ofiarą. Media wypisywały o tobie różne rzeczy.
Kiedy pod koniec lat 80. zaczęłam pojawiać się w głośnych filmach – „Soku z żuka”, „Śmiertelnym zauroczeniu” czy „Syrenach” – udzieliłam kilku wywiadów, w których pojawił się temat mojego dorastania. Mówiłam, że moi rodzice żyli na własnych warunkach. Media zrobiły z mojej matki i ojca nieodpowiedzialnych hipisów, którzy żyli w komunie i częstowali swoje dzieci narkotykami. Gazety, jedna za drugą, z nonszalancją te bzdury przedrukowywały. A kiedy próbowałam tłumaczyć innym dziennikarzom, że nikt nie dawał mi żadnych narkotyków, udzielano mi dobrych rad, przestrzegając przed niepożądanymi skutkami uzależnienia. Mało kto był zainteresowany prawdą. Romantyczna wizja młodej aktorki dorastającej w dziwacznym domu była o wiele bardziej nęcąca.

Twoi rodzice pojawiają się w „Spisku przeciwko Ameryce”.
To nie do końca tak. Na planie obecni byli moi dziadkowie. A mój ojciec pojawia się jedynie na portrecie, który wypożyczył nam, by „zagrał” obraz przodka jednego z bohaterów. To był w ogóle „rodzinny plan”, bo w naszym serialu zagrali też bliscy jego twórcy, Davida Simona. To rzadka możliwość, żeby poznać ludzi, którzy bezpośrednio wpływali na tak wybitne umysły. W dodatku dzięki kostiumom i scenografii moi dziadkowie przenieśli się w czasie do lat 40., czyli do swojej młodości.

To musiała być dla nich sentymentalna podróż.
Nie musieli niczego grać. Z łatwością odnaleźli się w sytuacji – kostiumy leżały na nich jak ulał, doskonale znali zasady ówczesnej etykiety, których my musieliśmy się nauczyć. Cieszyłam się, kiedy na nich patrzyłam, a jednocześnie dopadał mnie dojmujący smutek, kiedy uświadamiałam sobie, jak makabryczną, pozbawioną bezpieczeństwa młodość mieli.

Serial jest adaptacją prozy wybitnego pisarza Philipa Rotha, w której autor przedstawił alternatywną wersję historii Stanów Zjednoczonych. W jego wizji wybory prezydenckie wygrywa nie Franklin Roosevelt, tylko zwolennik izolacjonizmu Charles Lindbergh. W tej wersji zdarzeń antysemityzm błyskawicznie rozprzestrzenia się na cały kraj, a wszelkie ruchy emancypacyjne – zarówno kobiet, jak i mniejszości – tracą na sile. Młodość dziadków była może mniej dramatyczna, ale widmo zwycięstwa Lindbergha było wtedy tak samo realne jak reelekcja Donalda Trumpa.

Akcja serialu zaczyna się w przeddzień eskalacji nienawistnych wystąpień. Twoją bohaterkę Evelyn Finkel poznajemy, gdy przeprowadza poważną rozmowę ze swoim żonatym kochankiem. Mężczyzna informuje ją, że nie zostawi dla niej rodziny, na co liczyła. Uważasz Evelyn za naiwną?
Nie. W jej postawie dostrzegam raczej uniwersalny konflikt uczucia i konwenansów. Nie wiem, czy jej wybranek nie chce z nią być, bo jej nie kocha i chciał się tylko zabawić, czy faktycznie nie jest gotowy zostawić dla niej rodziny. Wiem natomiast z opowieści moich bliskich, jak wtedy traktowało się kobiety. Mój ojciec ma siostrę, która jest od niego młodsza. Mieli zawsze dobry kontakt. Trzymali się razem nawet w tym trudnym wieku, kiedy wchodzi się w dorosłość i rozluźnia relacje z członkami rodziny. Oni to przetrwali. Ojciec bardzo ją szanował, nigdy niczego jej nie narzucał. Jednak kiedy ciotka Mildred wkraczała w 32. rok życia, dziadek nie wytrzymał, wziął ojca na rozmowę. Nakazał mu zaingerować w to, jak Mildred się ubiera, bo jeśli nie zmieni swojego stylu, to nigdy nie znajdzie sobie męża i zostanie starą panną. Oczywiście, jestem przeciwna ingerowaniu w cudze życie uczuciowe i potępiam podejmowanie decyzji za innych. Z drugiej strony – znam mojego dziadka i wiem, że on chciał dla swojej córki dobrze. Czasy się zmieniły i jego sposób wyrażania miłości był już mocno nieaktualny.

Jesteś tak blisko z rodziną, ale na zdjęciach z premier czy rautów trudno wypatrzyć twoich rodziców.
Nie chcę się z tego tłumaczyć. Oczywiście, rozumiem, że jako osoba publiczna wzbudzam ciekawość i zainteresowanie. Nie mam o to pretensji. Podzieliłam się z mediami moimi przejściami, opowiadałam o tym, co mnie boli i z czym mam problemy, bo chciałam, żeby te trudne i nieprzyjemne dla mnie tematy były przedstawione z mojej perspektywy, a nie jako wypadkowa domysłów i przypuszczeń. To moja walka z romantycznymi wizjami.

Kolejny raz używasz tego określenia. Uważasz, że mamy skłonność do romantyzowania ludzkich tragedii?
Straciłam w szkole średniej przyjaciółkę, która targnęła się na swoje życie. Doskonale pamiętam reakcje otoczenia na to wydarzenie. Moi rówieśnicy byli zazdrośni, bo cała uwaga skupiła się na jej odejściu. Można było „zmierzyć”, jakim zainteresowaniem się moja przyjaciółka cieszy. Kiedy jest się nastolatkiem, myśli się o śmierci jako o swego rodzaju sprawdzianie. Wyobrażamy sobie, że gdybyśmy umarli, ludzie w końcu by nas dostrzegli, rodzice poczuliby nasz brak, a przez to zobaczyli, co naprawdę byliśmy warci. To bardzo niebezpieczne myślenie. Tak samo niebezpieczne jak propaganda wojenna, która każe młodym mężczyznom wierzyć, że nie ma nic piękniejszego niż śmierć na froncie. Śmierć to śmierć, nieważne, w jakich okolicznościach.

Myślisz, że „Spisek przeciwko Ameryce” skłoni widzów do rozprawienia się z romantycznymi wizjami narodowych tragedii?
Wierzę w to. Kiedy czytałam scenariusz Davida Simona, miałam wrażenie, że ten tekst powstał wczoraj. Wydawał się tak aktualny, jakby napisano go w reakcji na dyskusję wokół ocieplenia klimatu, któremu wielu ludzi wciąż zaprzecza mimo niezbitych dowodów i zgodnych opinii naukowców. We mnie ta jałowa dyskusja wywołuje złość. W Davidzie Simonie też, ale on w przeciwieństwie do mnie umie ją w coś twórczego  przekuć.

Role nie przynoszą ulgi? Nie pomagają rozprawić się z własnymi demonami?
Zdecydowanie jestem osobą, która za dużo myśli. Czasami nawet chciałabym mieć zdolność wyłączania mojego umysłu. Projekty, przy których pracuję, jeszcze głębiej mnie w tych myślach zatapiają, bo widzę swoje życie z punktu widzenia moich bohaterek. Zastanawiam się, jak bym na swoje wybory popatrzyła z ich wiedzą i wrażliwością. Ale to prawda – my, aktorzy, mamy ten przywilej, że na jakiś czas wcielamy się w kogoś innego, przez co możemy zdystansować się wobec samych siebie.

Żeby to zrobić, muszę głęboko wejść w świat postaci, poznać okoliczności, w jakich przyszło jej żyć.

Opowiesz, jak wchodziłaś w świat Evelyn?
Na potrzeby tej roli musiałam zrobić ogromny research. Nie wystarczyło przecież przeczytać powieści Rotha. Zatopiłam się w świecie dokumentów na temat Pearl Harbor, dużo też czytałam. Problem polegał na tym, że po przeczytaniu „Spisku przeciwko Ameryce” chciałam jak najszybciej pochłonąć kolejne tytuły tego wybitnego pisarza. Na planie okazało się, że nie ja jedna, bo razem z Johnem Turturrem przytachaliśmy na plan te same książki. Gdybyś patrzył na tę sytuację z boku, nie uwierzyłbyś, że to nie było wyreżyserowane. Tak samo zresztą jak nasze rozmowy z ekipą. Niesamowite, jak „czuliśmy” materiał, nad którym pracujemy.

Czuliśmy? Co masz na myśli?
Przede wszystkim to, że poczuliśmy, że za chwilę możemy nie mieć planety. Jeszcze 30 lat temu, kiedy zaczynałam grać w filmach, takie wątki poruszano w prozie i kinie science fiction.

Dzisiaj to realna obawa, która nie pozwala mi czasami spać w nocy. Rozmawiałam o tym z dziadkiem, który uświadomił mi, że to, jak zmieniło się jego życie w okresie od dzieciństwa do dojrzałości, jest niczym w porównaniu z tym, jak zmieniło się moje. Zawsze mi się wydawało, że to za jego czasów doszło do najgwałtowniejszych przemian, mówimy w końcu o czasach drugiej wojny światowej i o tym, co działo się po niej. Tymczasem okazuje się, że stoimy przed nie mniejszym wyzwaniem. I wciąż mam nadzieję, że nie zmierzamy ku katastrofie.

Winona Ryder, rocznik 1971. Rozgłos zyskała jako muza Tima Burtona, zagrała  w jego „Soku z żuka” i „Edwardzie Nożycorękim”. W latach 90. uchodziła za nową twarz Hollywood. Dzięki roli u Martina Scorsesego w „Wieku niewinności” walczyła o Oscara i zdobyła Złoty Glob, a kreacja  w „Małych kobietkach” przyniosła jej drugą nominację do nagrody Akademii, zanim o aktorce zrobiło się ciszej. Prywatnie od 2011 roku Winona Ryder jest związana z projektantem Scottem Mackinlayem Hahnem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Tilda Swinton u Almodovara – historia jednego spotkania

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Takiego filmowego projektu nikt się ani po Pedrze Almodóvarze, ani po Tildzie Swinton nie spodziewał.

Nigdy wcześniej razem nie współpracowali. Almodóvar nigdy nie nakręcił anglojęzycznego filmu. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą niemal godziną seansu? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. W gabinecie u Pedra, wiadomo, feeria kolorów i spacerujący leniwie kot. U Tildy – minimalistyczne wnętrze ze ścianami w tym samym odcieniu co jej strój. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją rozmawiają online, każde od siebie. O inspiracjach, współpracy, różnicach językowych, przyjaźni. Taki oto zestaw: film plus spotkanie z jego twórcami, możemy oglądać w kinie. I to się sprawdza. Najpierw bardzo almodóvarowska opowieść, wściekłość zranionej kobiety, czysta furia idealnie równoważona powściągliwością Swinton. A po tym wszystkim dowiadujemy się od samych zainteresowanych, jak ten efekt wypracowali i co jeszcze dla nas razem szykują.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Tomasz Kot: "Wolę tango niż walkę na pięści"

Tomasz Kot: W trudnych warunkach człowiek odkrywa w sobie obszary, których wcześniej nie znał. Dzięki temu doświadczeniu (praca na planie filmu
Tomasz Kot: W trudnych warunkach człowiek odkrywa w sobie obszary, których wcześniej nie znał. Dzięki temu doświadczeniu (praca na planie filmu "Wróg doskonały", przyp.red) jestem teraz bardziej pewny siebie i gotowy na kolejne wyzwania. (Fot. materiały prasowe)
Już za chwilę do kin trafi nakręcony w Hiszpanii thriller „Wróg doskonały”, gdzie zagrał głównego bohatera. Ta intrygująca rola to dobry pretekst, żeby zapytać Tomasza Kota, co u niego słychać.

Ostatnio grasz regularnie za granicą. Duszno ci w Polsce?
Nie jest mi duszno. Im więcej pracuję za granicą, tym większą mam przyjemność, kiedy gram na polskim planie, a scenariusz czytam w naszym języku.

A pandemia? Co z wynikającymi z niej ograniczeniami? Bardzo ci doskwierają?
Radzę sobie. Nawet jeśli mnie dopada jej duchota, to w dalszym ciągu mam co analizować. Od trzech lat wydarzają się w moim życiu rzeczy, których jeszcze pięć lat temu kompletnie się nie spodziewałem, mówię to bez grama kokieterii. Dobitnie uświadomiłem to sobie na festiwalu w Cannes, na którym promowaliśmy „Zimną wojnę”. Nie jestem osobą, która żyje przeszłością, a tam musiałem dokonać podsumowania swojego życia zawodowego.

Dlaczego?
Bo zagraniczni dziennikarze wypytywali mnie, w ilu filmach zagrałem, jakie role były dla mnie najważniejsze. Prześledziłem swoją filmografię i jeszcze raz uświadomiłem sobie coś banalnego: że każde z doświadczeń na mojej drodze wpłynęło na to, kim teraz jestem, jak gram, na czym się skupiam, co jest dla mnie na planie istotne. Policzyłem wtedy wszystkie role i wyszło mi, że między „Skazanym na bluesa”, który pozwolił mi wypłynąć w kinie, a „Bogami”, gdzie mogłem pokazać szerokiej publiczności moje inne niż komediowe oblicze (a z nim właśnie mnie przecież widzowie najczęściej kojarzyli), minęło dziesięć lat. Film Łukasza Palkowskiego stał się przebojem frekwencyjnym i wszystko zmienił. To po nim posypały się propozycje obsadzania mnie w dramatach. Paweł Pawlikowski zdradził mi, że zaproponował mi rolę właśnie ze względu na „Bogów”, a reżyser „Wroga doskonałego” chciał mnie ze względu na „Zimną wojnę”. Wszystko ma swoją naturalną ciągłość.
Spodziewałem się, że kolejny tak ważny projekt w moim życiu jak „Bogowie” przyjdzie za kolejną dekadę. Tymczasem pojawiła się „Zimna wojna”, po czym nie minęła chwila i miałem szansę zagrać w międzynarodowej produkcji w Hiszpanii.

W Polsce masz status gwiazdy, wszyscy cię znają i wiedzą, na co cię stać. Za granicą musisz na nowo udowadniać, że masz nieograniczony wachlarz możliwości aktorskich. Nie przeszkadzało ci to?
Na szczęście nie mam dużych problemów z własnym ego – może być schowane, pobite, może leżeć w kieszeni. Najważniejsze jest dla mnie zaadaptowanie się do nowych warunków. W 2019 roku spędziłem trzy miesiące w Los Angeles, gdzie może nie byłem zupełnie nieznany, ale odnosiłem wrażenie, że na każdym spotkaniu lub castingu, w którym brałem udział, spodziewano się dziwnego gościa z czarno-białego filmu z Europy Wschodniej. Odkrywałem siebie i swoją pozycję na nowo. Pamiętam pierwszą imprezę, na którą poszedłem. To była ceremonia przyznania nagród, a ja siedziałem między Glenn Close a Michaelem Douglasem i nie mogłem uwierzyć w to, gdzie jestem i co się dzieje. Czułem się, jakbym wszedł na panteon moich własnych mistrzów. Krępowałem się nawet patrzeć w ich stronę. Ale kiedy zaczynaliśmy rozmawiać, okazywali się skromnymi, ciekawymi drugiego człowieka ludźmi. Jeśli można być pokorną gwiazdą w Hollywood, to tym bardziej można być pokornym aktorem z Polski w Hiszpanii. Choć akurat w tym kraju „Zimna wojna” jest niezwykle popularna. Byłem zatem facetem z „Zimnej wojny”, który nagle przyjechał na plan, co ustawiło poprzeczkę dość wysoko.

Czułeś presję?
Oczywiście, ale ja na stresie potrafię budować. Strach jest doskonałym paliwem, jeśli się go właściwie wykorzysta, potrafi nie tylko zasilić, ale też wyznaczyć odpowiednie granice. Każdy aktor inaczej radzi sobie z tremą, ale ważne jest, żeby uświadomić sobie, że ona pojawia się nie po to, żeby nas pokonać. My nie przychodzimy na plan się z nią bić. Często pracuję z dzieciakami, bardzo to lubię. Kiedy pytają mnie, jak sobie z nią radzić, odpowiadam, że najlepiej jest z nią po prostu zatańczyć. Jak trema jest duża, wtedy to będzie dynamiczne, trudne tango, a jak mała – to walczyk. Tańczymy razem po partnersku, nie naparzamy się.

Uściślijmy. We „Wrogu doskonałym”, nakręconym na motywach głośnej książki Amélie Nothomb „Kosmetyka wroga”, grasz architekta, który właśnie czeka na samolot. Te parę godzin z jego życia okaże się kluczowe – dzięki pewnemu spotkaniu. Reżyser Kike Maíllo („Eva”, „Toro”) zmienił książkowego francuskiego Jérôme’a na Polaka Jeremiasza, a z ponad 40-letniego Texela – mężczyzny, którego bohater spotyka na lotnisku – zrobił filmową Texel, młodą kobietę, którą zagrała południowoafrykańska aktorka Athena Strates. W obsadzie są też między innymi Francuz Dominique Pinon i Hiszpanka Marta Nieto. Zakładam, że praca w tak międzynarodowym gronie, komunikacja, wymiana doświadczeń mogą być wyzwaniem.
Przy wszystkich wcześniejszych produkcjach towarzyszyli mi Polacy. Międzynarodowe projekty, w których brałem udział, opierały się na przykład na współpracy polsko-brytyjskiej, jak „Bikini Blue”. „Warning” nawet kręciliśmy w Polsce, więc naturalne było, że członkowie ekipy byli Polakami. A w szalonym czasie, związanym z promowaniem „Zimnej wojny” za oceanem, miałem w pobliżu Asię Kulig. Została nam z pracy przy tym filmie niemal bratersko-siostrzana relacja. Troszczyliśmy się o siebie, podnosiliśmy na duchu, poprawialiśmy sobie nawzajem humor. Wiedziałem, że zawsze mam w niej wsparcie. W Hiszpanii natomiast byłem zupełnie sam i na początku przechodziłem z tego powodu przez serię kryzysów.
Próbowałem zdefiniować siebie na nowo na bardzo trudnym planie. Dookoła wszyscy porozumiewali się po hiszpańsku, a oprócz tego oczywiście po angielsku. Najciekawszym doświadczeniem z mojej perspektywy było to, że brakowało mi nawet koła ratunkowego w postaci „telefonu do przyjaciela”, ponieważ pracowałem od rana do wieczora jako główny bohater filmu. W końcu zadałem sobie pytanie, czego mi najbardziej brakuje i co mogę zrobić, żeby upodobnić sytuację pracy na obczyźnie do polskich warunków.

Znalazłeś odpowiedź?
Pomyślałem sobie, że zazwyczaj żartuję, dbam o dobrą atmosferę na planie. Zacząłem używać translatora w komórce, żeby przetłumaczyć swoje śmieszne myśli i skojarzenia na hiszpański, co oczywiście nie zawsze mi wychodziło. Ale jeśli się udawało, czułem się spokojniejszy, bardziej rozluźniony. Szybko się zintegrowaliśmy.
W trudnych warunkach człowiek odkrywa w sobie obszary, których wcześniej nie znał. Dzięki temu doświadczeniu jestem teraz bardziej pewny siebie i gotowy na kolejne wyzwania. Zresztą to nie jest tak, że ja w Polsce mam wszystko podane na tacy. Cały czas muszę udowadniać, że potrafię grać. Pamiętam, jak ogłoszono w mediach, że Kot zagra Religę. Pojawiło się wiele krytycznych głosów – mówiono, że to błąd, że nie pasuję, że się nie nadaję z moim komediowym emploi. Bolały mnie te słowa, ale zadziałały też stymulująco. „A ja wam pokażę, że Kot do roli Religi pasuje dobrze!”. Zagryzłem zęby i starałem się wykonywać swoją robotę najlepiej jak potrafię, choć presja była gigantyczna. W Hiszpanii podobnie: ciśnienie było duże, ale i ambicja, i chęć doskoczenia do poprzeczki też.

Przysłuchujesz się uważnie głosom krytyków?
Ktoś kiedyś powiedział: „Korzystaj z feedbacku, skoro za niego nie płacisz”. Spodobało mi się to powiedzenie. Nie jest to łatwe, ale polecam każdemu. Zawsze jestem ciekawy, co na temat mojej pracy mają do powiedzenia inni, ponieważ taka jest specyfika tej roboty, bez publiczności i jej opinii raczej ten zawód nie istnieje. Nie chodzi o to, że jak ktoś mnie zjedzie, bo coś mu się nie spodobało, to potem nie śpię po nocach, bo przeżywam czyjeś zdanie na swój temat. Znam własne ograniczenia, wiem, że nie zadowolę wszystkich. Natomiast ważne jest dla mnie, że dałem z siebie wszystko, żeby spróbować. Na początku zawodowej drogi przejmowałem się znacznie bardziej, bo zainteresowanie mediów było dla mnie czymś nowym. Z czasem nauczyłem się sobie z nim radzić znacznie lepiej.

Praca na planie filmu nierzadko wiąże się z dłuższą nieobecnością w domu. Jak reagujesz na rozłąkę?
Zawsze towarzyszy mi pewność, że mam dokąd wracać, poza tym za każdym razem dbam o to, żeby te przerwy nie były za długie. Wiem, gdzie znajduje się moja baza.
Pamiętam, jak podczas kręcenia „Zimnej wojny” bywało, że wychodziłem z domu rano, kiedy dzieci jeszcze spały, i wracałem wieczorem, kiedy już spały. Wypracowałem sobie wówczas pewien system. Zawsze po ukończeniu pracy nad filmem nadrabiam czas nieobecności – niezależnie od tego, jakie padają propozycje, biorę wolne. Chcę, żeby moja żona poczuła wtedy życiową swobodę, a ja sam spełniam się w dowożeniu dzieci do szkoły i całej reszcie domowej codzienności.

Potrafisz zrezygnować z ważnego projektu, żeby się tego układu trzymać?
Mam swoje nienaruszalne zasady, na których opieram życie. Jedną z nich jest partnerstwo. Jestem w relacji z moją żoną na równych prawach, a fundamentem tej relacji jest wsparcie, które umożliwia nam wzajemnie rozwijanie się. Ja wiem, że po każdym wyjeździe mam dokąd wracać, a moja żona – że wrócę i zajmę się domem, i wtedy ona może poświęcić się swoim projektom. Dzięki temu zakończyła niedawno zdjęcia do swojego debiutu reżyserskiego pod tytułem „Jeszcze jeden koniec świata”.

Długo się nie widzieliście, kiedy kręciłeś w Hiszpanii?
W czasie zdjęć miałem dwie dwuipółtygodniowe przerwy w zdjęciach – musiałem poczekać, aż urośnie mi broda. Leciałem wtedy do Polski, zdecydowałem się nie wyściubiać nosa poza dom, nie udzielałem się medialnie ani towarzysko. Czerpałem z energii domu, nadrabiałem okres rozdzielenia. Ta rozłąka uświadomiła mi zresztą, jak istotne z punktu widzenia aktora jest negocjowanie kontraktu tak, żeby rodzina mogła się pojawiać na planie. To nie jest fanaberia gwiazd, tylko autentyczna potrzeba. Kiedy widziałem, jak moje dzieci chłoną pobyt w Los Angeles – byliśmy tam razem – wiedziałem, że nie zatracę się w zabieganiu o spotkania z producentami i innymi ważnymi osobami ze świata filmu, tylko znajdę równowagę choćby w organizowaniu im wycieczek po okolicy. Obserwowanie, jak ich to rozwija, ile radości im daje, było bardziej satysfakcjonujące niż sukcesy na gruncie zawodowym. Nie chodzi mi o to, żeby pojeździć sobie po świecie, a potem opowiadać rodzinie, jak było, tylko by zabrać bliskich w podróż ze sobą.

Tomasz Kot z Atheną Strates na plakacie filmu „Wróg doskonały”. (Fot. materiały prasowe)Tomasz Kot z Atheną Strates na plakacie filmu „Wróg doskonały”. (Fot. materiały prasowe)

Podpatrzyłeś przy okazji, czym praca na planie w Hiszpanii różni się od polskich realiów?
Na pewno podobało mi się to, że tam wszystkich traktuje się tak samo – ja byłem tak samo ważny jak oświetleniowiec. Poza reżyserem na czele każdego pionu szefem była kobieta. Sprzęt wykorzystywany przez Hiszpanów jest nowocześniejszy, a większy budżet daje większe możliwości. Pracowaliśmy w trzech różnych krajach przez cztery miesiące. Najwięcej czasu, miesiąc, spędziliśmy na planie w Barcelonie, a dwa tygodnie w Reus, gdzie dosłownie stworzono dla nas centrum konferencyjne i lotnisko. No i hiszpański catering, on również mnie zaskoczył.

Catering?
U nas zasada jest prosta. Jedz szybko i zwolnij miejsce następnemu, masz tylko godzinę wolnego, a do końca dnia jeszcze daleko, więc warto w tej przerwie zmieścić chociaż kwadrans drzemki, co się często udaje. W Hiszpanii organizują wielką godzinną ucztę, podczas której wszyscy są razem do końca. Wrażenie jest takie, jakby jakaś restauracja rozstawiła gigantyczny ogródek, oferując przy tym bardzo duży wybór dań.

Co teraz? Ściągniesz hiszpańską ekipę na premierę do Polski?
Plany były imponujące. Huczne premiery miały się odbyć w Barcelonie, Paryżu, Berlinie i Warszawie, ale pandemia sprowadziła to wszystko do jednego pokazu na festiwalu w Sitges. W obecnej sytuacji zobaczyć swój film w kinie to wielka radość. Nie wiem, jaka będzie sytuacja, ale wyobrażenie o normalnej premierze jest chyba nierealne. 

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Tomasz Kot urodzony w 1977 roku w Legnicy. Był czas, kiedy marzył o karierze artysty malarza, jest absolwentem krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Na dużym ekranie zadebiutował główną rolą w filmie „Skazany na bluesa” (2005) Jana Kidawy-Błońskiego. Ma na koncie między innymi Złote Lwy i Orła za rolę Zbigniewa Religi w filmie „Bogowie” (2014) Łukasza Palkowskiego oraz nominację do Europejskiej Nagrody Filmowej dla najlepszego aktora za rolę w „Zimnej wojnie” (2018) Pawła Pawlikowskiego.



  1. Kultura

"Niepamięć" – pandemia amnezji

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Niepamięć" (reż. Christos Nikou). (Fot. materiały prasowe)
Utrata pamięci to temat często podejmowany przez kino. Greckiemu reżyserowi Christosowi Nikou udało się wrzucić do tego ogródka kilka nowych kamyczków. Pokazywana na festiwalu w Wenecji „Niepamięć” łączy w sobie bowiem absurdalny humor rodem z filmów Lanthimosa i melancholię znaną z dzieł Kaufmana.

„Niepamięć” to współczesna i jednocześnie umieszczona poza czasem opowieść, która przenosi nas do Aten, gdzie panuje nieprzewidywalna, błyskawicznie rozprzestrzeniająca się epidemia powodująca u ludzi nagłą amnezję. Pozbawia ona nie tylko wspomnień, ale też człowieczeństwa. Główny bohater – Aris, ma numer 14842 w szpitalnym oddziale dla osób z zaburzeniami pamięci. Pewnego dnia wyszedł z domu, wsiadł do autobusu i na pętli nie wiedział już, kim jest, gdzie mieszka i co przeżył. Po dłuższym czasie spędzonym w szpitalu okazuje się, że nikt go nie szuka i nie da się ustalić jego personaliów. Takim jak on daje się jednak szansę stworzyć sobie nową tożsamość i nowe wspomnienia. Mężczyzna zostaje objęty rządowym programem leczenia, który ma pomóc mu zbudować nowe życie. Otrzymuje on mieszkanie, listę codziennych zadań zapisanych na kasecie magnetofonowej i przykaz dokumentowania wszystkiego za pomocą polaroidu. Pytanie tylko, czy to początek nowego życia, czy może ucieczka od dawnego? Dodatkowo nikt nie wie też, że Aris skrywa w sobie wielką tajemnicę...

Kadr z filmu 'Niepamięć' (reż. Christos Nikou). (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Niepamięć" (reż. Christos Nikou). (Fot. materiały prasowe)

Kadr z filmu 'Niepamięć' (reż. Christos Nikou). (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Niepamięć" (reż. Christos Nikou). (Fot. materiały prasowe)

Pokazywana na festiwalu w Wenecji „Niepamięć” łączy w sobie absurdalny humor rodem z filmów Yorgosa Lanthimosa (”Zabicie świętego jelenia”, „Faworyta”) i melancholię znaną z dzieł Charliego Kaufmana (”Być jak John Malkovich”, „Anomalisa”). W tle natomiast pobrzmiewa głos z orwellowskiego Wielkiego Brata. „Niepamięć” Christosa Nikou w kinach od 25 czerwca.

Christos Nikou, rocznik 1984, grecki reżyser i scenarzysta. Pracował jako asystent reżysera m.in. przy filmie „Kieł” Yorgosa Lanthimosa i „Przed północą” Richarda Linklatera. W 2012 roku zrealizował krótkometrażowy km, a „Niepamięć”, która znalazła się w programie weneckiego konkursu Orizzonti, jest jego fabularnym debiutem.

  1. Kultura

"Sweat" – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Jeśli pokazujesz na Instagramie jedynie swoje radości i sukcesy, to w pewnym momencie staje się to nudne. Dlatego robisz krok dalej i zaczynasz szukać, czym by tu jeszcze poruszyć fanów (kadr z filmu
Jeśli pokazujesz na Instagramie jedynie swoje radości i sukcesy, to w pewnym momencie staje się to nudne. Dlatego robisz krok dalej i zaczynasz szukać, czym by tu jeszcze poruszyć fanów (kadr z filmu "Sweat" w reżyserii Magnusa von Horna, w kinach od 18 czerwca). (Fot. materiały prasowe)
Zamknięci w wirtualnej rzeczywistości mamy złudzenie, że kontrolujemy swoje życie. Co się stanie, kiedy pozbędziemy się tej iluzji? O filmie „Sweat” Magnusa von Horna rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: Z najnowszych badań IQS wynika, że prawie połowa dziewcząt w wieku 10-15 lat chce zostać w przyszłości instagramerkami, tiktokerkami, youtuberkami. Z kolei większość ich matek odnosi się do tego negatywnie. Z drugiej strony jeśli ktoś ma coś do powiedzenia, ma talent albo jakiś inny zasób, to dlaczego nie?
Grażyna Torbicka: Oczywiście, to jest również sposób na życie, jednak bycie influencerką samo w sobie nie jest stymulujące. Moim zdaniem talent, żeby mógł się rozwinąć, musi mieć jeszcze pewne zaplecze, również to edukacyjne. Nie mam nic przeciwko influencerkom, pod warunkiem że w tym, co mają do powiedzenia, jest jakaś merytoryka czy doświadczenie, którym się ze mną dzielą.

Bohaterka filmu „Sweat”, Sylwia Zając (w tej roli Magdalena Koleśnik) dzieli się swoim doświadczeniem, czyli treningiem fizycznym, i jest w tym dobra. Wydaje mi się też, że daje innym to, czego sama nie dostała od matki, czyli pełną akceptację: „uwierz w siebie, dasz radę, możesz się zmienić”. I to jest jej zasób.
To bardzo dobrze nakręcony portret, przez cały czas jesteśmy bardzo blisko bohaterki. I właściwie tak jak ona, żyjemy w jej telefonie komórkowym i widzimy kolorowy świat pełen uśmiechów. Sylwia wie, że ma wpływ na tych, którzy ją oglądają. Dlatego jeśli myje zęby, to robi to tylko drewnianą ekologiczną szczoteczką. A jeśli zamawia kolejną porcję jedzenia diety pudełkowej, to nigdy w plastikowych opakowaniach. Jest świadoma swojej roli.

To jest bardzo waleczna dziewczyna. Widać, że stanęła na własnych nogach, tak jak mówisz, wykorzystując media społecznościowe do tego, żeby zaistnieć. Nie pamiętam, czy Sylwia ma jakieś wykształcenie, ale uważam, że to, co robi, czym się zajmuje, jest po prostu złudne. Bo nie daje jej żadnego fundamentu. Czy ona inwestuje w siebie, w sensie rozwoju? Mam co do tego wątpliwości.

Mówisz dokładnie tak jak matki dziewcząt z badania, o którym wspominałam. Te kobiety wolałyby, żeby ich córki poszły na studia, z kolei córki – instagramerki – nie widzą takiej potrzeby. Edukacja uniwersytecka nie daje dziś gwarancji na zdobycie wymarzonej i dobrze płatnej pracy.
Ale po studiach też możesz zostać influencerką, tyle że masz już jakiś fundament. Chodzi mi o kontakt z tak zwanym realem. Uważam, że ten film pokazuje nam dziewczynę, która poświęcając się istnieniu w mediach społecznościowych, traci kontakt ze światem rzeczywistym. Dla mnie ta historia zaczyna się dopiero w połowie filmu, kiedy następuje atak stalkera, obserwującego Sylwię pod domem. Wtedy gdy dziewczyna nawiązuje z nim emocjonalny kontakt. Dostrzega, że jej bratnią duszą – bo równie samotną jak ona – jest jej prześladowca. Ten film dotyka mnie najbardziej właśnie w tym momencie, bo widzę tu kunszt Magnusa von Horna, czyli reżysera, który nas zaskakuje.

Według mnie to najlepsza scena tego filmu.
Bo ona cię trzyma. Może ci się podobać lub nie, ale łapie cię emocjonalnie i długo nie wypuszcza. Sylwia widzi, że skrzywdziła człowieka, który jest bezbronny. Dla mnie ważna była również scena, gdy główna bohaterka sprowadza do domu chłopaka, którego chce wykorzystać do tego, żeby postraszył jej prześladowcę. Jednak chłopak myśli, że skoro go zaprasza, to może dojdzie między nimi do czegoś jeszcze...

Pomyślałam wtedy, że jest odpowiedzialna za to, co się stało, i poczułam wstyd, że tak myślę. Ale właśnie tak pokazał to Magnus von Horn…
On pokazał nam to w ten sposób, żeby podkreślić brak logiki w zachowaniu Sylwii. Ta dziewczyna żyje w wirtualnym świecie, który wykreowała, i sądzi, że wszystko będzie się w nim działo tak, jak ona sobie zaplanuje. Tymczasem rzeczywisty świat ma dotyk i ten dotyk jest czasem czuły, a czasem mocniejszy, gwałtowny, a nawet brutalny i bolesny. Sylwia dopiero zaczyna się o tym przekonywać. Uwidacznia to także scena w telewizji śniadaniowej, kiedy dziewczyna ewidentnie przestaje kontrolować sytuację. Widzi rozdźwięk między swoim wyobrażeniem a tym, jak jest naprawdę.

Bardzo nie podobało mi się to, jak prowadzący potraktowali Sylwię, było mi jej żal. Uważam, że obroniła się w tym momencie swoją autentycznością. Jakby właśnie wtedy zdała sobie sprawę ze swojej słabości i z tego, że to OK być słabą.
Pytanie, w jakim stopniu Sylwia się zmieni. Czy inaczej spojrzy na swoje życie? A może pomyśli, że to był kolejny genialny krok marketingowy, dzięki któremu dostanie więcej lajków...

A ja w nią wierzę!
I ja mam nadzieję, że Sylwia jednak coś zrozumiała, bo dotknęła nieszczęścia drugiego człowieka.

Dla kogo ten film mógłby być terapeutyczny? Moim zdaniem „Sweat” jest świetny dla nastolatków i młodych dorosłych. Po to, żeby pokazać im, że mają prawo do słabości, a nie tylko do bycia „najlepszą wersją siebie”. I że warto kontaktować się z tym, co trudne i niewygodne w życiu, ale za to prawdziwe. Co piąty nastolatek ma dzisiaj objawy depresyjne, a media społecznościowe potęgują to zjawisko…
„Sweat” może być istotny dla młodych osób, bo pokazuje pułapkę, w którą wpadają, żyjąc wyłącznie w świecie wirtualnym. Jednak robi to nie z perspektywy rodzica czy innego dorosłego, ale kogoś takiego jak oni. Zresztą sama widzę, jak reagują widzowie w wieku naszej bohaterki, jak im się „Sweat” podoba i jak mocno go przeżywają...

A co czułaś, gdy Sylwia wrzuciła do sieci filmik, na którym płacze? Co myślisz o mówieniu nie tylko pozytywnych rzeczy o sobie w przestrzeni Internetu? Dzisiaj jest taki trend, żeby mówić o swoich słabościach, ludzie przeżywają na Instagramie żałobę, mówią o swoich kompleksach. Dla mnie to zdecydowanie za dużo, nie chcę tego czytać, mam w sobie opór.
Myślę, że jeśli pokazujesz na Facebooku czy Instagramie jedynie swoje radości, sukcesy i zdobycze, to w pewnym momencie staje się to nudne. Dlatego robisz krok dalej i zaczynasz szukać, czym by tu jeszcze poruszyć fanów. Aż dochodzisz do relacji z własnego pogrzebu. Sztuka filmowa też przechodziła ten etap i nie chcę teraz porównywać mediów społecznościowych do sztuki, ale powiem tyle, że powraca dobrze znane hasło: „wszystko na sprzedaż”. Nasza bohaterka już wie, że nie musi być idealna. Teraz czas przekonać się, czy ludzie ją taką zaakceptują. Ciekawa jestem, czy widzowie ją pokochają.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  1. Kultura

Równość, tolerancja, prawa człowieka – przegląd najlepszych filmów o tematyce LGBT

Cudowna historia o pierwszym zakochaniu, idylliczne włoskie lato, stylowe stroje i nastrojowa muzyka. Film
Cudowna historia o pierwszym zakochaniu, idylliczne włoskie lato, stylowe stroje i nastrojowa muzyka. Film "Tamte dni, tamte noce" to jeden z najpiękniejszych współczesnych filmów LGBT. (Fot. BEW Photo)
Filmy LGBT poruszają tematykę homoseksualizmu, biseksualizmu oraz problemów związanych z tożsamością płci. Ich bohaterowie każdego dnia walczą o siebie i swoje miejsce w społeczeństwie. Pragną równego traktowania i akceptacji, ale przede wszystkim miłości, tak jak każdy z nas. Z okazji Pride Month, czyli Miesiąca Dumy, zapraszamy na nasz przegląd najlepszych współczesnych produkcji LGBT.

”Tajemnica Brokeback Mountain”

Dwoje młodych mężczyzn, Ennis Del Mar (Heath Ledger) i Jack Twist (Jake Gyllenhaal), poznają się w trakcie poszukiwania zatrudnienia. Gdy nowy pracodawca wysyła ich do pracy na majestatyczne wzgórze, zawiązuje się między nimi głęboka zażyłość. Na Brokeback Mountain mają miejsce wydarzenia, które na zawsze odmienią dotychczasowe życie bohaterów. Przyjaciele postanawiają jednak zachować je w tajemnicy.

Dostępny na: Netflix

„Tamte dni, tamte noce”

Lato 1983 roku, Północne Włochy. Elio (Timothée Chalamet), dojrzały jak na swój wiek 17-latek, spędza wakacje w rodzinnej willi. Czas upływa mu na tworzeniu muzyki, czytaniu lub flirtowaniu ze swoją przyjaciółką. Pewnego dnia w willi pojawia się Oliver (Armie Hammer), amerykański doktorant mający pomagać ojcu Elio, wybitnemu profesorowi. Pośród skąpanych w słońcu, zachwycających krajobrazów Elio i Oliver odkrywają uderzające do głowy piękno budzącego się pożądania.

Dostępny na: Netflix, Apple TV, CHILI

„Wymazać siebie”

Jared (Lucas Hedges) jest wypierającym swoje pragnienia 19-latkiem z małego miasteczka w Arkansas. Młody baptysta, syn poważanego pastora nie może pozwolić sobie na to, aby otwarcie być gejem. Gdy dokonuje przed swoimi rodzicami (Nicole Kidman, Russell Crowe) coming outu, bliscy stawiają mu ultimatum - albo podda się terapii konwersyjnej, albo zostanie wykluczony z kościoła, straci rodzinę i przyjaciół. Jared trafia więc do ośrodka, w którym wojskowym drylem, wybiórczą lekturą Biblii i homofobią rzekomo sprowadza się młodzież na jedyną właściwą, heteroseksualną ścieżkę.

Dostępny na: Netflix, Apple TV, CHILI

„Piękny kraj”

Johnny zajmuje się rodzinną farmą na prowincji w Północnej Anglii. Ciężką, fizyczną pracę odreagowuje upijaniem się w lokalnym pubie i przypadkowym seksem. Kiedy na farmę przyjeżdża przystojny imigrant z Rumunii, Johnny odkrywa w sobie uczucia, których wcześniej nie znał. Początkowo relacja między bohaterami opiera się wyłącznie na zwierzęcej namiętności, ale z czasem ujawnia głębię, a pustka emocjonalna jakiej wcześniej doświadczał Johnny zapełnia się miłością, delikatnością i poczuciem bezpieczeństwa.

Dostępny na: Nowe Horyzonty VOD, Cineman, outfilm.pl

„Carol”

"Carol" to kolejna historia zakazanej miłości. 19-letnia Teresa (Rooney Mara) pracuje w luksusowym domu towarowym, jednak marzy o pracy fotografki. Podczas gorączki świątecznych zakupów poznaje Carol (Cate Blanchett), niezwykłą kobietę, uwięzioną w małżeństwie bez miłości, pełną lęków i obaw związanych z porzuceniem dotychczasowego życia. To spotkanie odmieni ich życie na zawsze, jednak cena za chwile szczęścia będzie naprawdę wysoka.

Dostępny na: Nowe Horyzonty VOD, Moje ekino, Cineman, vod.pl

„Życie Adeli - rozdział 1 i 2”

Opowieść zaczyna się, gdy tytułowa bohaterka ma 15 lat i jest w liceum. Przeżywa pierwsze zauroczenie, pierwszy seks, miłosne rozczarowanie. Jedna rzecz nie ulega dla niej wątpliwości: dziewczyny chodzą z chłopakami. Jej życie zmienia się, gdy pewnego razu spotyka Emmę. To właśnie dzięki niej Adela odkryje swoje pragnienia i kobietę w sobie. Na oczach widzów Adela dojrzewa, poszukuje swojej życiowej drogi, gubi ją i znowu odnajduje.

Dostępny na: Nowe Horyzonty VOD, Moje ekino, Cineman, vod.pl

„W imię...”

„W imię...” to osadzona w realiach katolickiej społeczności opowieść o miłości, ale też o człowieku uwikłanym w swój własny, intymny dramat. Ksiądz Adam (Andrzej Chyra) obejmuje nową parafię i organizuje ośrodek dla młodzieży niedostosowanej społecznie. Szybko przekonuje do siebie ludzi energią, charyzmą i otwartością. Przyjaźń z miejscowym outsiderem (Mateusz Kościukiewicz) zmusi kapłana do zmierzenia się z własnymi problemami, przed którymi kiedyś uciekł w stan duchowny.

Dostępny na: Netflix, Premiery CANAL+, Player, vod.pl

„Dziewczyna z portretu”

Niezwykła historia miłosna zainspirowana życiem artystów Einara i Gerdy Wegener (Eddie Redmayne i Alicia Vikander). Małżeństwo i praca bohaterów zostają poddane próbie, kiedy Gerda prosi swego męża, aby pozował jej w kobiecym stroju, co uaktywnia od dawna skrywane skłonności Einara. Ciesząc się bezwarunkowym wsparciem kochającej żony, mężczyzna podejmuje walkę o prawo do bycia tym, kim chce być. W efekcie decyduje się na operację zmiany płci i zostaje pierwszą transgenderową kobietą na świecie, Lili Elbe.

Dostępny na: Netflix, Premiery CANAL+, Player, Apple TV, CHILI

„Holding the man”

Tim (Ryan Corr) i John (Craig Scott) znają się jeszcze z czasów szkoły średniej. Znajomość początkującego aktora ze szkolnych grup teatralnych i kapitana licealnej drużyny futbolowej zaowocowała głęboką relacją, która mimo wielu przeszkód przetrwała kolejne 15 lat. Ich związek przeszedł wiele trudnych chwil, związanych także z nietolerancją panującą w społeczeństwie. Najtrudniejszym testem dla wspólnej przyszłości okazuje się jednak diagnoza medyczna.

Dostępny na: Netflix

„Girl”

15-letnia Lara (Victor Polster) ma jedno wielkie marzenie. Chce zostać profesjonalną baletnicą. Dziewczyna zdaje się być o krok bliżej realizacji swojego planu, kiedy dostaje się do prestiżowej szkoły tańca. Przy wsparciu ojca, trenuje bez wytchnienia. Pojawia się jednak w niej ogromna frustracja, kiedy uświadamia sobie, że jej ciało ma pewne ograniczenia wynikające z faktu, że urodziła się jako chłopiec.

Dostępny na: Apple TV, Nowe Horyzonty VOD, Moje ekino, Cineman, vod.pl

„Płynące wieżowce”

Uniwersalna historia o dojrzewaniu, poszukiwaniu własnej tożsamości oraz akceptacji. Kuba (Mateusz Banasiuk) to młody chłopak, który mieszka razem z matką (Katarzyna Herman) i swoją dziewczyną, Sylwią (Marta Nieradkiewicz). Na jednej z imprez poznaje Michała (Bartosz Gelner), z którym nawiązuje silną i niezwykle emocjonalną relację. Kuba nieoczekiwanie odkrywa fascynację mężczyzną, jednak nie potrafi odnaleźć się w nowej dla siebie sytuacji. Dodatkowo jego związek z Sylwią wyraźnie się komplikuje.

Dostępny na: Premiery CANAL+, Player, CHILI, outfilm.pl, vod.pl

„Portret kobiety w ogniu”

Opowieść o miłości wyprzedzającej swój czas i intymnej więzi zdolnej przełamać niejedno tabu. Bretania, XVIII wiek. Bohaterkami filmu są szykowana do aranżowanego małżeństwa arystokratka Heloiza oraz przybyła z Paryża malarka, Marianna, która ma namalować jej obraz, ale w sekrecie: Heloiza nie chce bowiem pozować, buntując się w ten sposób przeciwko przymusowemu zamążpójściu. Jak na ironię, między artystką i modelką rodzi się uczucie.

Dostępny na: Player, Nowe Horyzonty VOD, Moje ekino, Cineman, vod.pl

„Supernova”

Sam (Colin Firth) i Tusker (Stanley Tucci) są razem od ponad 20 lat i kochają się bezgranicznie. Kiedy okazuje się, że niedługo mogą zostać rozdzieleni przez chorobę Tuskera, wyruszają w długą podróż i cieszą się z każdej spędzonej wspólnie chwili. Z każdym kolejnym dniem odkrywają jednak, że podchodzą zupełnie inaczej do tego, co jeszcze przed nimi, a ich związek zostaje wystawiony na najtrudniejszą próbę.

W kinach od 25 czerwca

„Lato '85”

Namiętny romans na malowniczym francuskim wybrzeżu, pośród klimatycznych lat 80. – w tle wybrzmiewają hity The Cure i Roda Stewarta. 16-letni Alexis właśnie przeprowadził się z rodzicami do Normandii. Ma literacki talent, ciekawość świata i obsesję na punkcie śmierci. Gdy pewnego dnia wypłynie za daleko na swojej małej łódce, uratuje go nieznajomy – posągowo piękny i pewny siebie David. Alexis straci dla niego głowę, ale ich wspólne szczęście nie potrwa długo... i skończy się na sali sądowej.

W kinach od 25 czerwca