1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Frances McDormand. Niech żyje normalność

Frances McDormand. Niech żyje normalność

 Mildred Hayes z
Mildred Hayes z "Trzech billboardów za Ebbing, Missour" to jedna z najciekawszych kobiecych bohaterek we współczesnym kinie. (Fot. Fox Searchlight/Planet/Forum)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Ma talent, charyzmę i własne zdanie, którego konsekwentnie się trzyma. Nominowana do Oscara Frances McDormand nieustannie inspiruje i zachwyca. Jej wyjątkowość polega na tym, że jest całkowicie zwyczajna, na ekranie natomiast - staje się nadzwyczajna. A to naprawdę rzadko spotykane, szczególnie w Fabryce Snów.

Zacznijmy od tego: Frances McDormand NIE JEST gwiazdą. Na pewno nie taką, która wpisuje się w hollywoodzkie wzorce i wymogi. Nie pojawia się na okładkach kolorowych magazynów, praktycznie nie udziela wywiadów, nie jest bohaterką skandali ani kimś, o kim się plotkuje. Nie znajdziemy jej nawet w mediach społecznościowych. Konsekwentnie odmawia rozdawania autografów i nie pozuje do selfie ("nie po to zostałam aktorką, żeby robiono mi zdjęcia" - podkreśla). Nie ubiera się u projektantów, nie jest twarzą znanych marek, nie nosi makijażu, ani nie robi operacji plastycznych. Jednak biorąc pod uwagę talent - jest gwiazdą pierwszoligową, świecącą jaśniej niż może się to wydawać na pierwszy rzut oka.

Pochwała normalności

Zrobiła zawrotną karierę, którą zbudowała nie na wyglądzie seksbomby i skandalach, lecz talencie i charakterze. W filmografii Frances McDormand widnieje ponad 60 tytułów, a to całkiem pokaźny dorobek artystyczny. Jej półki natomiast wręcz uginają się pod ciężarem nagród, których ma około 70, w tym Potrójną Aktorską Koronę, czyli Oscara (za film "Fargo"), Emmy (za miniserial "Olive Kitteridge") i Tony (za spektakl "Good People"). Takim osiągnięciem mogą pochwalić się tylko nieliczni, m.in. Maggie Smith, Jessica Lange, Al Pacino, Jeremy Irons i Geoffrey Rush. Doskonale zna swoje miejsce w branży, ale jest też świadoma tego kim jest, jak wygląda i czego potrzebuje. - Jestem aktorką charakterystyczną i to jest moja przewaga. Nie muszę się prężyć, napinać, specjalnie walczyć o wygląd i tego typu sprawy. Nie potrzebuję też ciągłych hołdów, komplementów, nie mam w sobie potrzeby akceptacji, potwierdzania własnej wartości, w tym sensie nie jestem chyba aktorką, bo przecież aktorstwo rzekomo tym się karmi. Ja nie muszę. Ja jestem najedzona - mówi o sobie.

Rozkręcać się i święcić największe triumfy zaczęła dopiero, gdy osiągnęła dojrzałość, a ostatnie lata należą do najlepszych w jej karierze. Dziś ma 63 lat, dwa Oscary na koncie (za "Fargo" i "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri") i wcale nie zamierza zwalniać tempa. Trzecią statuetkę ma szansę zdobyć za kreację w filmie "Nomadland"W czym zatem tkwi jej sekret? Jest zwyczajna, taka jak my, a mimo wszystko jedyna w swoim rodzaju. I choć osiągnęła aktorski prestiż, sukces nie zawrócił jej w głowie. Zawsze zachowuje profesjonalizm i szacunek do wykonywanego zawodu. Poza tym, nic więcej nie musi robić. Wystarczy, że skupia się na swojej pracy i stara się wykonywać ją jak najlepiej potrafi. Po zejściu z planu filmowego wraca do normalnego życia - sprząta, gotuje, ogląda filmy, czyta książki. Trudno jej nie podziwiać.

https://www.youtube.com/watch?v=mRuj-HbTY6Q

Życie wypisane na twarzy

– Byłam za stara, za młoda, za gruba, za chuda, za wysoka, za niska, za blond, za ciemna, ale wiedziałam, że pewnego dnia będą potrzebowali kogoś innego. I postanowiłam być naprawdę dobra właśnie w tym: w byciu kimś innym – zdradziła w rozmowie z „New York Timesem”. Frances McDormand od lat podąża własną drogą wybierając nietypowe wyzwania aktorskie, dzięki którym może pokazać na czym polega prawdziwa siła kobiet. - Moje role są w zasadzie podobne do siebie. Podobne pod tym względem, że pokazuję bohaterki, które są, uogólnijmy to, niehollywoodzkie - podkreśla. Najczęściej gra postacie mocno stąpające po ziemi, mające własne zdanie i niedbające o opinię innych. Swoimi kreacjami pokazuje nam, że jest dokładnie taka jak my. Miewa złe dni, gorsze momenty. Bywa wkurzona, zmęczona, czasem zapłacze. To właśnie najbardziej zbliża ją do widza.

Ma tupet i zawsze buntuje się przeciwko temu, co próbowano jej narzucać. Jeśli na coś nie ma ochoty, po prostu tego nie robi. Gdy zaczynała karierę, jeden z agentów castingowych powiedział jej, że powinna nosić makijaż i nauczyć się chodzić w szpilkach. Co na to Frances? „No way!”. Do dziś robi to tylko wtedy, kiedy musi. Nawet odbierając nagrody czy promując filmy na festiwalach nie jest pomalowana. Ceni naturalność, bo chce, aby na jej twarzy było widać całą gamę emocji: smutek, radość, wstyd, uśmiech. – To jestem ja. Tak obudziłam się z rana. Tak wyglądam. Na twarzy wypisane jest twoje życie – mówi.

Zarówno w życiu, jak i w filmie Frances McDormand wybiera naturalność i autentyczność. Nie przepada za makijażem, a swoją twarz nazywa 'mapą'. Nie zależy jej też na tym, aby za wszelką cenę zachować wieczną młodość. (Fot. materiały prasowe) Zarówno w życiu, jak i w filmie Frances McDormand wybiera naturalność i autentyczność. Nie przepada za makijażem, a swoją twarz nazywa \"mapą\". Nie zależy jej też na tym, aby za wszelką cenę zachować wieczną młodość. (Fot. materiały prasowe)

– Piękno to także niezależność, własne poglądy, to czar, niewynikający z tak zwanych kobiecych atrybutów, ale z godności, świadomości, oczytania – wyznaje. Nie ubiera się też u topowych projektantów. Na co dzień preferuje szeroko pojęty normcore – wygodną odzież, która ma być komfortowa, a nie efektowna. Nosi więc to, co lubi i w czym czuje się dobrze. Najczęściej są to luźne dżinsy, bawełniana koszulka, workowata tunika i trampki. Gdy trafiła na listę najlepiej ubranych kobiet w show-biznesie uznała to za „dziwny, choć umiarkowanie udany żart". Jej wybory są często nieco ekscentryczne i mało gustowne, ale czy to ważne, jeśli ma się taki talent?

W poszukiwaniu kształtu

Frances przyszła na świat w 1957 roku w Chicago jako dziecko samotnej matki. Można się zatem domyśleć, że jej dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych – nigdy nie poznała biologicznych rodziców, a gdy miała rok została adoptowana przez parę Kanadyjczyków: pastora protestanckiego Kościoła Chrystusowego Vernona McDormanda i jego żonę, pielęgniarkę i recepcjonistkę Noreen. To oni nadali jej imiona Frances Louise (urodziła się jako Cynthia Ann Smith) i wychowali na przedmieściach Pittsburga.

Jako nastolatka uwielbiała czytać i grać w szkolnych przedstawieniach. Wtedy właśnie zainteresowała się aktorstwem. Później były kolejne amatorskie występy i decyzja o studiach w Yale School of Drama, gdzie zdobyła prawdziwe doświadczenie sceniczne. Długo nie musiała czekać, aby móc je w pełni wykorzystać. Pierwsze okazje pojawiły się tuż po odebraniu dyplomu. Najpierw zaczęła grywać na deskach teatru, z którym zresztą związana jest do dziś, a następnie wzięła udział w nowojorskim castingu do neo-noirowego kryminału "Śmiertelnie proste" (1984) w reżyserii debiutujących braci Coen, Joela i Ethana. Był to kawał mocnego i bezkompromisowego kina, które trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. McDormand, choć nigdy wcześniej nie stała przed kamerą, postanowiła zaryzykować. Jak się później okazało – słusznie, bo wywarła bardzo dobre wrażenie.

Pierwotnie w roli Abby bracia Coen widzieli Holly Hunter, z którą McDormand dzieliła akademik na studiach. Ta stwierdziła jednak, że Frances bardziej pasuje do roli i poleciła ją reżyserom. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/ Forum) Pierwotnie w roli Abby bracia Coen widzieli Holly Hunter, z którą McDormand dzieliła akademik na studiach. Ta stwierdziła jednak, że Frances bardziej pasuje do roli i poleciła ją reżyserom. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/ Forum)

Gdy zaproszono ją na kolejną próbę tekstu, tym razem z innymi aktorami, ku zaskoczeniu filmowców odpowiedziała, że nie może, bo jej chłopak gra w operze mydlanej i musi zobaczyć, jak sobie poradził. - Nikt tak nie mówi, gdy stara się o pracę – zauważył słusznie Joel. – Ale uznaliśmy, że to jest właśnie ktoś, kogo potrzebujemy - dodał. Całe szczęście udało się umówić na inny termin. I tak Frances zagrała Abby, niewierną żonę głównego bohatera. Chociaż można odnieść wrażenie, że wcale nie grała. Po prostu była obecna na ekranie. Jednak to właśnie tę obecność najbardziej zapamiętano. Frances nie musi robić wiele, by zachwycać. Wystarczy, że jest. I to stanowi jej największą siłę.

Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że uzdolnieni bracia Coen staną się ważnym odnośnikiem nie tylko w karierze, ale przede wszystkim w życiu osobistym McDormand. Dla starszego z nich, Joela, Frances zostawiła chłopaka z telenoweli, natomiast przyjaźń, która zrodziła się między nimi na planie szybko przekształciła się w związek, a następnie trwające do dziś małżeństwo. Tak zaczęła się ich wspólna droga. W 1995 roku adoptowali chłopca z Paragwaju, zamieszkali na Manhattanie, a dziś żyją spokojnie na prowincji, z dala od blasku fleszy, ponad wszystko ceniąc sobie prywatność.

Frances McDormand i Joel Coen są małżeństwem od 1984 roku, żyją z dala od Hollywood i wiodą całkiem normalne życie. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum) Frances McDormand i Joel Coen są małżeństwem od 1984 roku, żyją z dala od Hollywood i wiodą całkiem normalne życie. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)

Po roli w filmie "Śmiertelnie proste" kariera McDormand nabrała rozpędu. Na horyzoncie pojawiły się kolejne ciekawe wyzwania – filmowe, ale i telewizyjne. Drugoplanowe role w serialach „Posterunek przy Hill Street” czy „Strefa mroku” nie zaspokajały jednak apetytu Frances, która ciągle szukała czegoś innego, wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju. W końcu zauważył ją Alan Parker. Za rolę maltretowanej żony brutalnego szeryfa w jego głośnym filmie „Missisipi w ogniu” (1988) McDormand otrzymała pierwszą nominację do Oscara. Kolejne dwie zapewniły jej kreacje w filmach "U progu sławy" (2000) i "Daleka północ" (2005). Szerokie pole do popisu dawała jej również dalsza współpraca zawodowa z mężem, który przyznaje, że zawsze pisze scenariusze z myślą o żonie. Ta wydawałoby się komfortowa sytuacja nie gwarantuje jednak aktorce głównych ról, czego najlepszym przykładem są filmy „Arizona Junior” (1987) czy „Ścieżka strachu” (1990). I choć Frances wystąpiła w wielu filmach braci Coen, to najważniejsze w swojej karierze role - zwłaszcza w ostatnich latach - stworzyła u innych twórców, a umiejętne korzystanie z przywileju bycia żoną znanego reżysera sprawiło, że nigdy nie dała się zaszufladkować jako aktorka grająca tylko u męża.

Szukając swojego kształtu i miejsca w aktorstwie zaliczyła kilka mniej udanych występów. Oczy otworzyła jej rola w krwawej komedii kryminalnej "Fargo" (1996). Od teraz doskonale wiedziała jaka ma być. Wyrazista kreacja Marge Gunderson, nieustępliwej ciężarnej policjantki, zapewniła jej pierwszego Oscara. Co ciekawe, McDormand wcale nie gra tam pierwszych skrzypiec. Mimo to, jej postać jest tak charyzmatyczna, że dziennikarze i fani do dziś pytają ją o „Fargo”. – Przynajmniej trzy razy w tygodniu ktoś na ulicy podchodzi do mnie i opowiada o "Fargo" albo, przechodząc obok, powtarza dialogi – zdradziła McDormand w 2014 roku na antenie radia PRI. Mimo to, kojarzenie z jedną postacią zupełnie jej nie przeszkadza.

Rola ciężarnej policjantki Marge w filmie braci Coen przyniosła Frances McDormand pierwszego Oscara. (Fot. RDA/Rue des Archives/Forum) Rola ciężarnej policjantki Marge w filmie braci Coen przyniosła Frances McDormand pierwszego Oscara. (Fot. RDA/Rue des Archives/Forum)

Kobiety też potrafią namieszać

Niewątpliwym przełomem w jej karierze okazał się miniserial "Olive Kitteridge" (2014) w reżyserii Lisy Cholodenko. Zrealizowany na podstawie nagrodzonej Pulitzerem prozy Elisabeth Strout obraz zachwycił krytykę i widzów. Frances zagrała w nim skromną emerytowaną nauczycielkę matematyki, która znajduje się na duchowym bezdrożu – boryka się z depresją, codziennością i własnymi emocjami. Mąż aktorki, Joel Coen, zdefiniował tę postać jako „żeński odpowiednik Brudnego Harry’ego”.

Miniserial HBO „Olive Kitteridge” udowodnił, że dojrzałe kobiety też potrafią wywołać wiele zamieszania w branży filmowej. (Fot. materiały prasowe) Miniserial HBO „Olive Kitteridge” udowodnił, że dojrzałe kobiety też potrafią wywołać wiele zamieszania w branży filmowej. (Fot. materiały prasowe)

Dlaczego serial okazał się przełomem? Zafascynowana bez reszty powieścią Strout McDormand nabyła do niej prawa filmowe i po raz pierwszy w karierze spróbowała swoich sił jako producentka. Projektem szybko zainteresowała się scenarzystka Jane Anderson, reżyserka Lisa Cholodenko, z którą Frances pracowała przy filmie "Na wzgórzach Hollywood" (2002), a także stacja HBO. Później poszło z górki. W efekcie serial wyróżniono licznymi nagrodami – łącznie było ich około 30. Jednak to nie trofea mają tu największe znaczenie. "Olive Kitteridge” dowiódł przede wszystkim, że widzowie nie tylko uwielbiają dojrzałe bohaterki, ale też doceniają produkcje, które traktują je w normalny, ludzki sposób. A to wielki krok ku zmianie postrzegania kobiet w kinie. Niedługo po premierze serialu sama Frances ogłosiła publicznie, że nie chce już grać kobiet będących jedynie ozdobnikami facetów. Teraz szuka postaci samodzielnych i niezależnych. Najlepiej głównych ról. "Tych drugoplanowych nagrałam się już wystarczająco" - oznajmiła. Wkrótce jej życzenie się spełniło.

Ważną postacią dla Frances okazała się Mildred Hayes z "Trzech billboardów za Ebbing, Missouri" (2017) Martina McDonagha. Film opowiada o wciekłej z rozpaczy samotnej matce, która po tragicznej śmierci córki decyduje się zawalczyć o sprawiedliwość. Bezradna kobieta postanawia tak długo prześladować lokalną policję, aż ta znajdzie gwałciciela i mordercę jej dziecka. Wynajmuje tytułowe billboardy i umieszcza na nich napisy mające nakłonić policjantów do większego zaangażowania w sprawę. – Pokochałam ten scenariusz po pierwszym czytaniu – wspomina Frances. – Mildred jest niesamowita – dodaje. Widzowie też ją polubili, choć wcale nie była kochana i sympatyczna.

Mildred Hayes z 'Trzech billboardów za Ebbing, Missour' to jedna z najciekawszych kobiecych bohaterek we współczesnym kinie. (Fot. Fox Searchlight/Planet/Forum) Mildred Hayes z \"Trzech billboardów za Ebbing, Missour\" to jedna z najciekawszych kobiecych bohaterek we współczesnym kinie. (Fot. Fox Searchlight/Planet/Forum)

Kreacja zapewniła aktorce drugiego Oscara. Odbierając nagrodę Frances wygłosiła płomienną mowę: "Chciałabym, żeby wszystkie nominowane dziś kobiety wstały. Panie i panowie, pamiętajcie o nas, zapraszajcie nas do swoich biur i rozmawiajcie z nami o finansowaniu naszych projektów". Rola przyniosła jej również Złoty Glob, nagrodę BAFTA oraz mnóstwo innych statuetek przyznawanych przez amerykańskie stowarzyszenia krytyków i recenzentów.

https://www.youtube.com/watch?v=4gU6CpQk6BE

Wciąż na fali

Typowany jako faworyt tegorocznych Oscarów dramat „Nomadland” powstał tak naprawdę dzięki Frances McDormand. Aktorka nie tylko zagrała w nim główną rolę, ale również dołożyła swoją cegiełkę jako współproducentka. A wszystko zaczęło się od głośnego reportażu literackiego Jessiki Bruder. Autorka spisała w nim historie ludzi, którzy określają się mianem „bezmiejscowych”. W wyniku ekonomicznej zapaści większość z nich straciło cały dorobek życia i zamieszkało w kamperach, które odtąd stały się ich nowym domem. – Zakochałam się w tej książce, a ponieważ od dawna przygotowywałam się do myśli, że chcę również produkować filmy, ruszyłam do boju – wyznaje aktorka. Pierwszym krokiem było znalezienie reżysera, a w zasadzie reżyserki (Frances bardzo zależało na tym, aby była to kobieta). Wybór padł na pochodzącą z Chin Chloé Zhao, która nie tylko podjęła się wyreżyserowania filmu, ale przygotowała też scenariusz, a nawet zaangażowała się w produkcję i montaż.

Chloé Zhao i Frances McDormand na planie nominowanego do Oscara filmu 'Nomadland'. (Fot. BEW Photo) Chloé Zhao i Frances McDormand na planie nominowanego do Oscara filmu \"Nomadland\". (Fot. BEW Photo)

McDormand zagrała w nim 60-letnią Fern, która zmuszona jest opuścić rodzinną Nevadę, gdy zamknięta zostaje fabryka płyt gipsowych, jedyna szansa na pracę dla ludzi w jej wieku. Bohaterka nie zastanawiając się długo, pakuje cały dobytek do starego vana, i rusza w trasę w poszukiwaniu sezonowych prac. Na szlaku poznaje ludzi takich jak ona - współczesnych nomadów, którzy uczą Fern jak żyć w pozbawionej najprostszych wygód rzeczywistości. Co ważne, w ich rolę wcielili się autentyczni bohaterowie książki Bruder.

Film okazał się strzałem w dziesiątkę. Złoty Lew w Wenecji, nagroda publiczności w Toronto, później kolejne wyróżnienia, nominacje i nagrody. Na brawa zasługują oczywiście doskonały scenariusz i znakomita reżyseria, jednak najbardziej zachwyca tu Frances McDormand, przed którą kolejna szansa na Oscara. Jeśli go zdobędzie, co według krytyków jest w zasadzie pewne, będzie to trzecia statuetka Akademii Filmowej w jej karierze, a sama aktorka wyrówna wynik Meryl Streep, Jacka Nicholsona, Daniela Day-Lewisa, Ingrid Bergman i Waltera Brennana. To chyba najlepiej świadczy o tym, że 63-letnia Fran jest wciąż na fali.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Niczego nie żałuję!" - Anthony Hopkins o filmie "Ojciec", trzeźwości i pozytywnym podejściu do życia

 Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)
Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
W grudniu skończył 83 lata, jednak zamiast robić gorzkie podsumowania, radośnie wyznaje: „Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia”. Anthony Hopkins patrzy pogodnie zarówno na swoją przeszłość, jak i przyszłość. I robi tylko to, co sprawia mu przyjemność.

Mówi się o panu jako o oscarowym pewniaku. To w związku z kreacją w filmie „Ojciec” w reżyserii Floriana Zellera. Czuje pan oscarową ekscytację? Nie można traktować tego zbyt poważnie… Byłem wielokrotnie nominowany. Owszem, lubię pochwały, ale tak naprawdę ich nie potrzebuję. Nie tęsknię za tym. Po prostu wykonuję swoją pracę, która zawsze dawała i wciąż daje mi radość. Te wszystkie statuetki i nagrody to tylko bonus. Zawsze powtarzam sobie: „Nie oczekuj niczego. Będzie, co ma być”.

W „Ojcu” gra pan starego człowieka, który cierpi na demencję, ale uporczywie odmawia pomocy, zapewniając, że doskonale radzi sobie z codziennością, czemu przeczą obrazy, które oglądamy. Czy to prawda, że kreując tę postać, miał pan przed oczami własnego ojca? Sam nie mam na razie żadnych doświadczeń z demencją, ale mogę sobie wyobrazić strach, gniew, pustkę i smutek związane z byciem w takim stanie. Coś takiego stało się z moim ojcem pod koniec życia. Doświadczył spowolnienia, miał chorobę serca, za dużo palił i pił. Cierpiał na depresję, był sfrustrowany życiem. Jednak mimo to był dobrym człowiekiem, bardzo go kochałem. Nauczył mnie, jak być twardym, silnym, bezkompromisowym, a to część mojej natury. Nie byłbym może aktorem, gdybym taki nie był. Ostatnio uderzyło mnie, jak wiele z ojca jest we mnie.

W filmie 'Ojciec' Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo) W filmie \"Ojciec\" Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo)

Skoro rozmawiamy o ludzkich słabościach… Słynie pan z fenomenalnej pamięci, co pomaga w zawodzie aktora, a jednocześnie w pana przypadku, paradoksalnie, ma związek z chorobą Aspergera, czyli lekką formą autyzmu. Czy możemy o tym porozmawiać? Ależ oczywiście. Moja pamięć jest wciąż taka sama, ale pracuję nad nią. Jeśli nie mam w danej chwili żadnych kwestii do nauczenia się, to wkuwam na pamięć trudne wiersze. I przez to nie wychodzę z wprawy. Trzeba pracować nad wszystkim. Dziś patrzę na ludzi inaczej niż przed laty. Lubię dekonstruować, rozkładać postać na czynniki pierwsze, zastanawiać się, co ją tworzy, a moje spojrzenie nigdy nie jest takie samo jak innych. Nie chodzę na przyjęcia, nie mam wielu przyjaciół, jestem raczej samotnikiem. Ale lubię ludzi, lubię zastanawiać się, co myślą.

Steven Spielberg podczas realizacji filmu „Amistad” nie mógł uwierzyć, że był pan w stanie zapamiętać od razu siedmiostronicowy monolog i powiedzieć go w jednym ujęciu w scenie rozprawy w sądzie. No cóż… (śmiech) Tak naprawdę było! Po tym epizodzie Steven przestał zwracać się do mnie per „Tony”, co prywatnie bardzo lubię. Zaczął odtąd używać formy sir Anthony, za którą nie przepadam. To mnie krępuje, ale on się uparł.

To tylko przypomnę, że ten tytuł szlachecki przyznała panu królowa Elżbieta II właśnie głównie dzięki roli Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”. Ciekawi mnie, czy rola Lectera ciągle pana prześladuje? I tak, i nie. Z jednej strony dopiero dzięki „Milczeniu owiec” zaistniałem na dobre w świadomości Amerykanów jako aktor kinowy. Poza tym żaden z moich poprzednich filmów, realizowanych wcześniej w Anglii, a potem w Stanach Zjednoczonych, nie odniósł na tyle wielkiego sukcesu, bym mógł porzucić teatr, gdzie zarabiałem na utrzymanie. Nigdy nie czułem się dobrze na scenie. Nie mam do tego odpowiedniego temperamentu ani osobowości. Myśl, że miałbym spędzić resztę życia, grywając w sztukach Szekspira, wydawała mi się wystarczającym powodem, by podciąć sobie gardło.

Mam w to uwierzyć? Tak, bo w głębi duszy jestem filistrem i umiem się do tego przyznać. Z drugiej strony jeszcze przez długi czas po premierze „Milczenia owiec” nie mogłem spokojnie jadać lunchów czy kolacji na mieście. Kelnerzy, z których wielu w Hollywood to dorabiający aktorzy, nie szczędzili mi pytań w rodzaju: „A może móżdżek?” i prześcigali się w cytowaniu całych dialogów z filmu. Ludzie nawet dziś bardzo emocjonalnie reagują na Lectera. Myślę, że to była świetnie napisana rola i miałem wielkie szczęście, że udało mi się ją zagrać. Ja tylko przełożyłem ją na język kina.

Dlaczego reżyser Jonathan Demme wybrał właśnie pana? Miałem naprawdę poważną konkurencję. O rolę Lectera starali się m.in. John Hurt, Christopher Lloyd, Dustin Hoffman, Jack Nicholson i Robert De Niro. Niezłe towarzystwo, prawda? Podobno wybór padł na mnie, człowieka wtedy bez nazwiska, ponieważ Jonathan był pod wrażeniem mojego występu w „Człowieku słoniu” Davida Lyncha. Grałem tam szlachetnego lekarza, a on chciał zobaczyć, jak poradzę sobie z bohaterem zdecydowanie negatywnym.

Jak zabrał się pan do Hannibala? Gdy tylko zobaczyłem scenariusz, wiedziałem, że to coś absolutnie niezwykłego! To był instynkt, bo nigdy nie słyszałem o książce Thomasa Harrisa. Pamiętam pierwsze spotkanie z Jodie Foster w Nowym Jorku, kiedy mieliśmy przeczytać cały scenariusz. Właśnie zdobyła Oscara, a ja pozostawałem pod wrażeniem tej wspaniałej młodej aktorki. Byłem trochę onieśmielony. Nie zdawałem sobie sprawy, że czuła to samo!

Zacząłem studiować biografie i akta seryjnych morderców. Odwiedzałem więzienia. Oglądając taśmy skazanego mordercy Charlesa Mansona, zauważyłem, że nigdy nie mrugał oczyma. I to przejąłem w mojej roli. Pamiętam, jaka dyskusja rozgorzała na temat brutalności tego filmu. On obnażył polityczną poprawność i hipokryzję. Hannibal Lecter to projekcja naszego zbiorowego świata cieni. Wielcy pisarze, tacy jak Szekspir, widzieli piękno ludzkiej duszy, ale widzieli też jej bezdenną brutalność, drzemiącą w tobie, we mnie i w nas wszystkich.

Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo) Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)

Wciąż lubi pan rozmawiać o Lecterze, ale w pana karierze pojawiły się także inne wspaniale postaci. Jedną z nich jest kamerdyner w „Okruchach dnia”. Do których kreacji najchętniej powraca pan we wspomnieniach? Stevens z „Okruchów dnia” w imię absurdalnie pojmowanej lojalności wobec swojego chlebodawcy rezygnuje z własnego szczęścia i niezależności. Trudno to pojąć, ale bycie perfekcyjnym służącym stanowi sens jego życia. Obawiam się, że takich ludzi jak mój bohater jest wbrew pozorom bardzo wielu.

Nie potrafię wymienić mojej ulubionej roli. Mogę za to powiedzieć o jednej z najtrudniejszych. To był Nixon w filmie pod tym samym tytułem. Zagranie amerykańskiego prezydenta było wielkim wyzwaniem dla wyobraźni. Kiedy Oliver Stone zaproponował mi tę rolę, najpierw odmówiłem. Wtedy przyjechał do mnie do Londynu i stwierdził: „Chcę, żebyś to ty zagrał, bo powiedziałeś w jednym z wywiadów, że czujesz się jak outsider”. Miałem do wyboru udział w nudnym, ale bezpiecznym serialu dla BBC albo pracę z szalonym Stone'em, która mogła zakończyć się wielką klapą lub wielkim sukcesem. Zaryzykowałem i było warto.

Oprócz kina artystycznego grywa pan chętnie w superprodukcjach. Myślę o takich megahitach jak „Transformers: Ostatni Rycerz”, kolejna odsłona serii o Thorze z pana udziałem. Wcześniej był „Beowulf”, „Wilkołak”, „Westworld”. Czy to nie jest trochę rozmienianie się na drobne? Aktor jest człowiekiem do wynajęcia. Uważam, że w każdej roli i w każdym gatunku kina można znaleźć dla siebie twórczą przestrzeń. Na przykład rola doktora Forda w „Westworldzie” była bardzo skomplikowana i niekonwencjonalna. Oczywiście jest tutaj także miejsce na zabawę i rozrywkę. Taki płodozmian dobrze robi. No i nie będę ukrywał, że za udział w filmach fantasy i w kinie akcji gaże aktorskie są większe. Ważne, by nie specjalizować się tylko w jednym gatunku.

Mówi pan o tym tak, jakby to nie było nic nadzwyczajnego. Bo nie robię nic nadzwyczajnego. Co innego kierowca karetki pogotowia czy lekarz. Od ich pracy zależy ludzkie życie. Tymczasem ja zostałem aktorem dlatego, że niczego innego nie potrafiłem robić. Z pewnością nie należę jednak do aktorów, którzy pomiędzy zdjęciami nie wychodzą z roli. To tylko film.

Nie zawsze pan tak myślał o aktorstwie, prawda? Kiedy byłem młody i zacząłem odnosić pierwsze sukcesy, przyznaję, trochę mi odbiło... Nie, nie w tym sensie, że nagle uwierzyłem w swoją wielkość. Mój problem polegał na zbyt wygórowanych ambicjach i przesadnej perfekcyjności. Zachowywałem się okropnie na próbach. Doprowadzałem reżyserów do szału. Pamiętam przedstawienie „Makbeta” na West Endzie, gdy zszedłem ze sceny w połowie spektaklu, bo wydawało mi się, że to, co robię, nie ma sensu. Dzisiaj wiem, że to było głupie, szczeniackie i nigdy bym sobie na coś podobnego nie pozwolił. Do tego wszystkiego dużo piłem. Nie mogłem poradzić sobie z własną popularnością.

Jest pan wyjątkowym rozmówcą. Sławni aktorzy jak ognia unikają poruszania tematów swoich uzależnień. Tymczasem pan całkiem niedawno, bo w swoje urodziny, ogłosił wszystkim, że świętuje właśnie 45 lat życia w trzeźwości. Ale mówię o tym dlatego, że udało mi się z tego wyjść. Udowodniłem, że to jest możliwe. W pewnym momencie życia, 45 lat temu, znalazłem się na dnie. Wypijałem po butelce meksykańskiej tequili dziennie, po której miewałem halucynacje. Wydawało mi się na przykład, że jestem Janem Chrzcicielem i rozmawiam z morzem, a w nocy lunatykowałem. To nie są przyjemne wspomnienia, ale nie żałuję tego  i nie udaję, że byłem kimś innym. Te doświadczenia bardzo mnie wzbogaciły. Jako człowieka i aktora. Wprawdzie moja żona nadal uważa mnie za wariata, ale z wiekiem złagodniałem.

'Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia' - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum) \"Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia\" - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)

Czy po zagraniu ponad stu ról teatralnych i filmowych aktorstwo jeszcze pana pociąga? Tak, jeśli trafię na dobry scenariusz i reżysera, który wie, czego chce. Jednak stałem się bardziej wybredny, niż kiedyś. Przez wiele lat przyjmowałem prawie wszystkie propozycje. Bałem się, że jeśli odmówię, to już nigdy nikt do mnie nie zadzwoni. Za to teraz kiedy przestałem czekać na telefon, ciągle dzwonią...

Za namową Stelli, mojej żony, powróciłem też do muzyki i malarstwa, które kiedyś zarzuciłem. Jeśli więc któregoś dnia skończy się popyt na mnie jako aktora, jakoś to przeżyję. Od dziecka grałem amatorsko na pianinie, ale wydawało mi się, że nie mam dość talentu, by pójść tą drogą. Wiele lat temu odkryłem radość komponowania. Ścieżka dźwiękowa do filmu „Sierpień” to moje dzieło. Coraz bardziej pochłania mnie malowanie. Oczywiście nigdy nie będę Picassem, którego też zresztą zagrałem w filmie, ale tak jak on nauczyłem się czerpać radość z wolności, jaką daje twórcza ekspresja. Na przykład uwielbiam jasne kolory. Chętnie maluję twarze. Jestem pod wielkim wpływem Oskara Kokoschki i Francisa Picabii. Malowanie zajmuje mi dużo czasu, ale nie jest to żmudne. Niekiedy robię przerwę i wracam do obrazu dopiero kilka tygodni później. Niektórych w ogóle nie kończę. Ponieważ jestem nadpobudliwy, bywa, że zaczynam trzy obrazy naraz. Eksperymentuję z olejami, akrylem i tuszem, czasem po prostu wszystko mieszam. Niedawno sprzedałem kilka prac, przeznaczając dochód na cele dobroczynne. Dziś maluję i gram na pianinie dla czystej przyjemności.

Jest pan człowiekiem szczęśliwym? Tak, bo to, co robię, uszczęśliwia mnie. Nie stawiam sobie żadnych nowych wyzwań. Żyję chwilą. Szkoda, że człowiek dopiero w dojrzałym wieku odkrywa, że tracił czas i energię na tak nieistotne rzeczy, jak udowadnianie światu, że jest dobrym aktorem. Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać! Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia. Życie może być pełne bólu, bywa i tak. Moje motto to: przejść nad tym do porządku dziennego, wziąć się w garść oraz robić wszystko najlepiej i najdłużej, jak się tylko potrafi.

Anthony Hopkins przyszedł na świat 31 grudnia 1937 roku w Margam, na przedmieściach walijskiego miasteczka Port Talbot. Ma na koncie wiele znakomitych ról teatralnych i filmowych. Zagrał m.in. w takich filmach, jak „Powrót do Howards End”, „Wichry namiętności”, „Joe Black” czy „Dwóch papieży”.

  1. Kultura

Dobre kino na Święta. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

 (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
(Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Bez względu na to, jak spędzacie tegoroczne Święta Wielkanocne, warto podczas ich trwania znaleźć chwilę wytchnienia. I spędzić ją na przykład oglądając dobre kino. Wśród filmów dostępnych online w zasięgu ręki są ciekawe produkcje z całego świata, ale co powiecie na te, które powstały tutaj i pokazują nasz kraj z różnych ciekawych perspektyw?

„Zabij to i wyjedź z tego miasta”

(Fot. materiały prasowe Gutek Film) (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Jeden z najgłośniejszych filmów zeszłego roku. Wielki zwycięzca festiwalu w Gdyni (pierwsza w historii animacja nagrodzona Złotymi Lwami), pokazywany premierowo na Berlinale, wyróżniony na festiwalu w Annency. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” to opowieść bardzo intymna, projekt życia Mariusza Wilczyńskiego, który pracował nad tą niezwykłą produkcją aż 14 lat. To także hołd złożony przeszłości – mamie, bluesmanowi Tadeuszowi Nalepie, który był Wilczyńskiego przyjacielem i mentorem, a także, a może przede wszystkim rodzinnemu miastu, czyli Łodzi. Opowieść liryczna, rysowana charakterystyczną dla autora rozedrganą kreską. Niesamowite wrażenie robią także głosy osób, które Wilczyński przez lata zdołał zaprosić do współpracy. Jego film zdubbingowali m.in. Barbara Krafftówna, Krystyna Janda, Anna Dymna, Marek Kondrat, wystąpić zdążyli jeszcze Irena Kwiatkowska, Tomasz Stańko, Andrzej Wajda.

Do obejrzenia od 4 kwietnia w wirtualnej sali Kina Muranów (kinomuranow.pl/film/zabij-i-wyjedz-z-tego-miasta-seans-online) oraz na platformie Nowe Horyzonty VOD. 

„Prime Time”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Nowość i spore zaskoczenie. Trudno uwierzyć, że „Prime Time” jest debiutem. Reżyser Jakub Piątek swoją pierwszą pełnometrażową fabułę nakręcił z dużym wyczuciem, dojrzale, dbając o najdrobniejszy szczegół. Akcja filmu toczy się w sylwestrowy wieczór, za kilka godzin zacznie się rok 2000. O latach 90. będzie się mówiło w czasie przeszłym, ale nadal doskonale widać je w tureckich swetrach, satynowych bluzkach, sztywnych od lakieru fryzurach z obowiązkowymi „pazurkami”. Do studia telewizyjnego, skąd nadawany jest konkurs audiotele, wdziera się uzbrojony napastnik (Bartosz Bielenia). Jego zakładnikami stają się przypadkowy ochroniarz (Andrzej Kłak) i prowadząca program (Magda Popławska). Chłopak z bronią ma jedno żądanie – chce ogłosić coś na żywo na wizji. W budynku telewizji pojawiają się policyjni negocjatorzy i ekipa antyterrorystyczna, liczy się każda minuta. Czy napastnikowi wymachującemu bronią można oddać we władanie antenę? Wszystko to brzmi być może jakby chodziło o klasyczne kino akcji, a jednak „Prime Time” jest czymś więcej. To film z mocnym przekazem, inteligentny, zaskakujący. Dodatkowy plus za mistrzów trzeciego planu, doskonale obsadzonych naturszczyków w rolach pracowników telewizji.

Do obejrzenia na platformie Netflix.

„Dzikie róże”

(Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty) (Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)

Film nakręcony przez kobiety – wyreżyserowany przez Annę Jadowską i sfilmowany przez Małgorzatę – z rewelacyjną rolą Marty Nieradkiewicz. Jak go polecić, nie zdradzając zbyt wiele? Główna bohaterka Ewa mieszka na dolnośląskiej wsi. Z dwójką dzieci i mężem, choć w praktyce zwykle bez niego, bo ten pracuje w Norwegii, żeby zarobić na wykończenie ich domu. Ewa ma też, jak się wkrótce okazuje, romans z sąsiadem, zapatrzonym w nią nastolatkiem. To zresztą tylko wierzchołek góry lodowej, bo pod powierzchnią kryje się więcej zagmatwanych relacji, emocji, starannie ukrywanych sekretów. Rzadko polskie kino tak wnikliwie przygląda się prowincji, bez oceniania, spłycania, poczucia wyższości. Rzadko kiedy twórcy tak wnikliwie i ze zrozumieniem przyglądają się kobiecie i powierzonym jej rolom, które tak często bardzo trudno pogodzić. Reżyserka odkrywa kawałek po kawałku różne prawdy, racje, motywy postępowania poszczególnych postaci. Wszystkie pokazane tu osoby mają coś na sumieniu, i właściwie wszystkie są tak samo niewinne, każdą da się jakoś zrozumieć, bo to kino kręcone z dużą empatią.

Do obejrzenia na platformach ncplusgo.pl, Nowe Horyzonty VOD, Chili, ipla.pl, vod.pl, vod.tvp.pl.

„Lekcja miłości”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Dokument, który zwyciężył w konkursie „Zwierciadła” na zeszłorocznym festiwalu Docs Against Gravity. Festiwalu, który – przypominam – w tym roku rozpoczyna się 21 maja i odbędzie się najpierw na żywo, natomiast w czerwcu ruszy w wersji online. „Lekcję miłości” postanowiliśmy nagrodzić dlatego, że zakochaliśmy się w głównej bohaterce. Nie chodzi tylko o to, że pani Jola jest kobietą z niesamowitym wyczuciem stylu. Ale przede wszystkim o jej niezłomną wiarę, że ma prawo być kochana i szanowana. Po 45 latach małżeństwa decyduje się uwolnić z przemocowego związku i zaczyna wszystko od nowa. Opuszcza Włochy, gdzie kiedyś wyemigrowała z mężem i dziećmi, i wraca do rodzinnego Szczecina. Zapisuje się na lekcje śpiewu, spotyka się z dawnymi przyjaciółkami, chodzi na tańce i na tańcach właśnie poznaje mężczyznę, który jest jej szansą na miłość. Jest to więc, zgodnie z tytułem, opowieść o miłości (z happy endem!), o pani Joli, o kobietach różnych pokoleń, bo córki głównej bohaterki i jej przyjaciółki zabierają tu głos i mówią o sobie tak szczerze, jak to tylko możliwe.

Do obejrzenia na platformach: HBO GO, ipla.pl, player.pl, vod.mdag.pl.

„Smak Pho”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Ciekawy kulturowy miks, bo reżyserka „Smaku pho”, czyli Japonka Mariko Bobrik filmówkę kończyła w Łodzi i postanowiła nakręcić film o Wietnamczykach w Warszawie. W jednym z wywiadów Bobrik mówiła, że smak tytułowej pho kojarzy jej się z poczuciem bezpieczeństwa: miska pełnowartościowej zupy, która cię rozgrzeje i nasyci. Oglądamy tu codzienność pana Longa, kucharza, specjalisty od pysznej pho, pracującego w wietnamskiej knajpce w centrum Warszawy. Sam wychowuje córkę, elokwentną dziesięciolatkę Maję, która rozterki, kiedy być „bardziej wietnamska”, a kiedy „bardziej polska” rozstrzyga na bieżąco, według tylko sobie znanego klucza. I chociaż Maja wychodząc co rano na lekcje tuż za progiem mieszkania wyrzuca wietnamskie dania, które przygotowuje jej do szkoły tata (woli podkradać koledze „normalne” kanapki) i zmienia wyprasowaną przez tatę spódniczkę na „normalne” dżinsy, doskonale widać, że ojciec z córką są sobie bardzo bliscy. W ich życiu za chwilę nastąpią spore zmiany. Pracodawca pana Longa wraca do Wietnamu, a knajpę przejmuje nowy właściciel, zamieniając lokal w restaurację serwującą sushi, curry i kebab. Panu Longowi przez jakiś czas wydaje się, że to katastrofa, ale może niekoniecznie, może wystarczy zmienić podejście? Familijny, optymistyczny, nakręcony z humorem film o bliskości i wyobcowaniu, małej codzienności. Rozgrzewający od środka jak zupa pho.

Do obejrzenia na platformach: www.piecsmakow.pl/wdomu, HBO GO, player.pl, ipla.pl, ncplusgo.pl.

  1. Kultura

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca

 Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)
Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Nowe obostrzenia w całym kraju to niedobry moment na planowanie podróży? A może wręcz odwrotnie, może właśnie takie planowanie to dobry sposób, żeby myślami wyrwać się z pandemicznej rzeczywistości? Co powiecie na Stambuł? Pojawił się kolejny powód, dla którego warto go odwiedzić.

Miasto dwóch kontynentów – położone i w Europie i w Azji. Olbrzymie z prawie 20 milionami mieszkańców, nieoczywiste, piękne, mroczne. W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Położone w dzielnicy Beyoğlu, przy słynnym deptaku İstiklal Caddesi (pol. Aleja Niepodległości) w europejskiej dzielnicy Stambułu, swoją działalność rozpoczęło w 1948 roku, a historia budynku, w którym kino się znajduje sięga jeszcze bardziej wstecz – neoklasycystyczną kamienicę ukończono w 1870 roku za panowania sułtana Abdulaziza. To miejsce wielu wyjątkowych premier, festiwali (w tym Międzynarodowego Festiwalu Filmów Fabularnych w Stambule) przez dwa ostatnie lata było zamknięte na głucho z powodu renowacji. Pracami konserwatorskimi zostały objęte między innymi takie miejsca jak scena, widownia, nagłośnienie i foyer. W odnowionym kinie dostępnych jest 483 miejsc siedzących, odnowiona scena o wymiarach 13x7 metrów, możliwe są tu projekcje w wysokiej jakości obrazu 4K, ale także inne niż filmowe wydarzenia, sala przystosowana jest m.in. do spektakli teatralnych.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Renowacji poddane zostało także mieszczące się w tym samym budynku Muzeum Kinematografii. Instytucja udostępnia cyfrowe kopie wszystkich filmów nakręconych w historii tureckiego kina. W muzeum można też będzie zobaczyć krajowe i międzynarodowe nagrody i wyróżnienia, które kino tureckie otrzymało na przestrzeni lat.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe)

A z ciekawostek – wśród zagranicznych gości podczas ceremonii otwarcia kina i muzeum znalazł się znany reżyser Guy Ritchie, który kręci właśnie w Turcji swój najnowszy film „Five Eyes” z Jasonem Stathamem, Joshem Harnettem i Jacquie Ainsley.

  1. Kultura

Carey Mulligan: "Chcę wpadać w zachwyt"

 Carey Mulligan i Ralph Fiennes w filmie
Carey Mulligan i Ralph Fiennes w filmie "Wykopaliska". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Jest gwarancją dobrego kina. Bo jeśli Carey Mulligan pojawia się na ekranie, wiadomo, że i jej bohaterka, i cała historia są nietuzinkowe. Dotyczy to także najnowszej roli w filmie „Wykopaliska”. Kameralnej historii o dużej sile rażenia.

Zanim w pani ręce trafił scenariusz „Wykopalisk”, ile pani wiedziała na temat opisanych w nim wydarzeń? Byłam świadoma, że jest coś takiego jak Sutton Hoo [stanowisko archeologiczne i odnaleziony skarb, anglosaska łódź-grobowiec, jedno z najcenniejszych odkryć tego typu w Europie – przyp. red.]. W Anglii jest to temat omawiany na kursie do egzaminów kończących szkołę średnią. Wydaje mi się, że jako dziewczynka byłam też z klasą w muzeum, gdzie wystawiane są znalezione w łodzi eksponaty, widziałam maskę i hełm, zestaw, który wyświetli się pani pewnie w Google po wpisaniu hasła „Sutton Hoo”. Można więc powiedzieć, że zanim przeczytałam scenariusz, wiedziałam, że gdzieś dzwoni, ale w którym kościele już nie bardzo [śmiech].

Wy, tworzący ten film, odkłamujecie historię. Opowiadacie o ludziach, bez których tytułowego wykopaliska by nie było, tyle że ich zasługi przypisali sobie inni, „poważni” naukowcy. Nie tacy amatorzy jak pani bohaterka Edith Pretty i genialny archeolog samouk, „człowiek z ludu” Basil Brown [w tej roli Ralph Fiennes – przyp. red.]. W jego przypadku chodzi jeszcze o pochodzenie. Jako ktoś z niższej klasy społecznej bez mrugnięcia okiem został pominięty, wymazany z historii. Dzieci wychowywano wówczas w przekonaniu, że istnieje coś takiego jak „ich miejsce” w społecznej tkance – i było to miejsce bardzo ciasne i precyzyjnie określone. Nie kwestionowano tego. Dziś oficjalnie takie przekonania uznaje się za dyskryminację, ale to, że w XXI wieku już „nie wypada” tak myśleć, nie znaczy, że klasizm zniknął. Istnieje, tyle że za zamkniętymi drzwiami. Kiedy z ciekawości sprawdziłam, w podręczniku znalazłam o Basilu Brownie taki mikroskopijny [Mulligan pokazuje palcami odcinek około pięciu centymetrów] ustęp. Dla kogoś zainteresowanego tematem znalezienie informacji o nim do niedawna nie było łatwe. Z kolei rolę Edith Pretty, właścicielki terenu, na którym odkryto anglosaską łódź, umniejszano, bo była kobietą. Edith fascynuje mnie na równi z Basilem.

Co w niej zaintrygowało panią najbardziej? Była skrępowana więzami czasów, w których przyszło jej żyć. Na planie filmowym cały czas miałam poczucie, że ona nie chce być damulką siedzącą w wiklinowym fotelu i obserwującą, jak inni się pocą. Że sama najchętniej złapałaby za szpadel i wykopała z błota ten skarb.

Widać, że jest przedsiębiorcza, silna psychicznie, konkretna. Kiedy na Basila Browna spada góra osuwającej się ziemi, ona – delikatna, filigranowa, słabego zdrowia – reaguje szybko i skutecznie, żeby uratować postawnego mężczyznę. Na marginesie dodam, że scena z odkopywaniem Ralpha była bardzo stresująca. Oczywiście uniosłam się dumą i nie chciałam oddać zadania kaskaderowi, Ralph też nie. Robiliśmy wiele dubli, Ralph raz za razem lądował pod górą ziemi, a ja byłam odpowiedzialna za odkopywanie jego twarzy, nozdrzy. W pewnym momencie w moich rękach było więc życie skarbu brytyjskiej kinematografii! Śmieję się, ale wtedy to było mało zabawne. A wracając do Edith – proszę zauważyć, że tak, była głodna przygody, ale jednocześnie pozostawała niezwykle skromna, pokorna, empatyczna.

Carey Mulligan i Ralph Fiennes w filmie 'Wykopaliska'. (Fot. materiały prasowe Netflix) Carey Mulligan i Ralph Fiennes w filmie \"Wykopaliska\". (Fot. materiały prasowe Netflix)

Na ile jest pani podobna do tej postaci? Chodzi mi o jej pasję odkrywczyni. W dzieciństwie wśród pani planów i marzeń nie znalazło się przypadkiem także to o byciu archeolożką? Chciałam być fryzjerką. I strażakiem. A potem, mniej więcej od siódmych urodzin, już tylko aktorką. Wiem, mało w tym tajemnicy, ale taka jest prawda. Faktycznie, po pracy przy „Wykopaliskach” myślę sobie, że i ja chcę znajdować w swoim życiu więcej czasu na zachwyt. „To przecież jest łodź!” – zdanie wypowiadane w filmie przez moją bohaterkę jest dla mnie kwintesencją „Wykopalisk”. Edith, jej synek i Basil wychodzą we trójkę na pole, stają przed stanowiskiem archeologicznym i nagle przychodzi oświecenie: „To jest łódź!”. Człowiek znajdzie na spacerze zagubiony kolczyk albo monetę na plaży i to już jest miłe uczucie: „O rety! Jestem odkrywcą, a to kawałek czyjejś historii”. A znaleźć na własnym polu anglosaską łódź? Która okazuje się grobowcem króla przeciągniętym z wody na pole przez setki ludzi tysiące lat temu? Czy potrafi sobie pani wyobrazić, jakie to uczucie? Ja – nie. Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz widziałam na ekranie tak pięknie uchwycone uczucie zachwytu, cudownego zadziwienia. Coś tak rzadkiego, niecodziennego przesyca cały nasz film. To zasługa reżysera, Simona Stone’a, który nigdzie się nie spieszył. Nie zależało mu na efekciarskim montażu, Simon pozwala filmowi i widzom kontemplować w ciszy wiele pięknych ujęć, co, uważam, wspaniale się sprawdza, ale też świetnie oddaje dynamikę postaci, bo Edith i Basil w pewnym momencie rozumieli się już tak dobrze, że mogli razem siedzieć w milczeniu.

To także film o tym, że czas płynie nieubłaganie. Macie go coraz mniej. I pani bohaterka, i reszta postaci. Prawdziwa Edith Pretty zmarła w 1942 roku, nigdy nie doczekawszy wystawienia znalezisk w British Museum. Skarb znaleziono krótko przed atakiem Hitlera na Polskę, potem bezpiecznie przeczekał całą wojnę schowany pod ziemią, na stacji metra. Podczas wojny teren wykopalisk był wykorzystywany przez wojsko jako poligon ćwiczeniowy, więc żołnierze, gdyby stanowiska archeologicznego nie zasypano, wszystko by zadeptali. Gdyby nie rozsądne szybkie działanie, świat w ogóle nie dowiedziałby się o pradawnej łodzi ze szczątkami króla Rædwalda zakopanej w środku pola. Bohaterowie filmu wiedzą, że wojna zbliża się nieubłaganie, codziennie czytają o tym w gazetach. Pamiętam, jak na planie któregoś dnia w moje ręce wpadł rekwizyt: odtworzona gazeta z lata 1945. Znajdował się tam artykuł o ewakuacji londyńskiego zoo. Niektóre zwierzęta miały być odesłane, inne czekała śmierć. Wyobraziłam sobie ten widok, strzelanie do zwierząt. Wstrząsające. Powietrze musiało dosłownie pachnieć wojną, nie można było zrobić kroku, by nie natrafić na zakrojone na szeroką skalę przygotowania, jakieś przegrupowania, apele, samoloty nad głową. A przecież spora część ekipy pracującej przy Sutton Hoo miała już na koncie doświadczenie wojny. Nie umiem sobie wyobrazić, jak musieli się czuć, wiedząc, że zaraz czeka ich znowu to samo. Mam wrażenie, że ludzi zaangażowanych w wykopaliska w Suffolku cechowały cicha odwaga i stoicyzm. Mimo że to był wyścig z czasem. Musieli się zjednoczyć jako zespół i ukończyć swoje zadanie. I jeszcze choroba Edith. Moja bohaterka zdawała sobie sprawę ze swojego stanu. Ona musiała zdążyć, zanim umrze, inni – zanim znowu zapali się świat.

„Wykopaliska” to kolejny film, w którym wraca pani do przeszłości. Londyn lat 60. w „Była sobie dziewczyna”, południe Stanów Zjednoczonych zaraz po wojnie w „Mudbound”, Nowy Jork lat 20. w „Wielkim Gatsbym”. Pani szczególnie ceni sobie role w kostiumowych dramatach? Na pewno taka wyprawa przez epoki to za każdym razem ogromny przywilej. Na krótką chwilę mogę zostać w tamtym czasie, realiach, wyobrazić sobie, jakby to było, gdybym rzeczywiście wtedy się urodziła. Tak, nie bez powodu w moim dorobku dominują takie filmy: to tam kryją się najciekawsze historie. Mnie osobiście najciekawszy wydaje się chyba okres walki o prawa wyborcze kobiet. Przed udziałem w „Sufrażystce” wyobrażałam sobie te protesty jako jakąś pokojową, delikatną rewolucję. Kwiatki, marsze, i załatwione. W szkole niestety ledwie się tego tematu dotyka, nie wchodzi się w szczegóły. Zetknięcie z wymagającymi realiami tamtych czasów, z trudem i znojem, koszmarnymi przeciwnościami losu, z jakimi codziennie mierzyły się kobiety, było dla mnie wielkim i ważnym doświadczeniem. W gruncie rzeczy interesują mnie historie, w których jest prawda, życie. Chcę zobaczyć na kartach scenariusza kogoś, z kim poczuję więź, kogo jestem w stanie zrozumieć. Nawet jeśli nie zgadzam się z tej osoby postępowaniem.

Widać, że uwielbia pani swoją pracę. Jestem wdzięczna losowi, że dane jest mi nie tylko wykonywać zawód, który dla większości jest marzeniem ściętej głowy, ale wykonywać go z sukcesami od kilkunastu lat. Dostawać zlecenie za zleceniem, być aktorką aktywnie pracującą. Mówiłyśmy o „Wykopaliskach” w kontekście klasowym, przywilejów. I ja doskonale wiem, że na pierwsze przesłuchanie zaproszono mnie tylko dlatego, że w szkole poznałam kogoś, kto miał znajomości wśród aktorów i polecił mnie organizatorom castingu [w 2004 roku, mając 18 lat, Mulligan zadebiutowała jako czwarta córka państwa Bennet w „Dumie i uprzedzeniu” u boku Keiry Knightley, a pomogła jej dyrektorka szkoły średniej, która skierowała dziewczynę do znajomego scenarzysty Juliana Fellowesa. Po spotkaniu z Mulligan żona Fellowesa umówiła ją na rozmowę z osobą odpowiedzialną za casting – przyp. aut.]. Czyli, w pewnym sensie, był to taki łańcuch przywilejów, tylko nie wynikających z mojej klasy społecznej, ale z innych przesłanek. W środowisku aktorów takie zależności są bardzo istotne. Przywilej to aktorska codzienność. Poza naszą bańką większość ludzi nie może sobie pozwolić na takie funkcjonowanie: ciągłe próbowanie, tracenie zleceń, czekanie na to, aż w końcu może się uda. Czyli de facto przez ogromną część czasu niepracowanie. W tym sensie kategoria przywileju ma przełożenie na nasze życie.

Czyli równe szanse w branży kinowej to nadal, niestety, mit. Proszę zauważyć, że w „Wykopaliskach” mamy w centrum relację damsko-męską, która nie jest miłosna ani erotyczna. To relacja intelektualna, oparta na dzielonej pasji. Nadal trudno znaleźć scenariusze, w których kobieta nie jest definiowana jako czyjaś żona czy dziewczyna, a do działania nie napędza jej romantyczna miłość.

Carey Mulligan w filmie „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”. (Fot. BEW) Carey Mulligan w filmie „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”. (Fot. BEW)

Ta zależność rzadko kiedy dotyczy granych przez panią bohaterek. Przełamuje pani w kinie ten stereotyp. Z niecierpliwością czekam na kinową premierę „Obiecującej . Młodej. Kobiety”. W filmie pani Cassandra staje się głosem tych, których wcześniej nie słuchano: ofiar seksualnej przemocy i victim blamingu [kiedy ofiara jest obwiniana, sugeruje się, że „sama jest sobie winna” – przyp. red.]. W tej opowieści nie ma ani jednego przykładu przemocy i prób jej usprawiedliwiania, którego ja czy moje znajome nie znałybyśmy z własnych doświadczeń lub z doświadczeń innych bliskich nam kobiet. Albo same coś takiego przeżyłyśmy, albo dotknęło to kuzynkę, przyjaciółkę, sąsiadkę. O przemocy seksualnej i jej konsekwencjach mówi się często, ale trochę tak, jakby to było coś wstydliwego. A to nie żadne tabu. Powodem do wstydu jest, że w „Obiecującej. Młodej. Kobiecie” opowiadamy o czymś boleśnie prawdziwym i boleśnie powszechnym.

Carey Mulligan, rocznik 1985. Brytyjska aktorka znana między innymi z ról w takich filmach, jak: „Była sobie dziewczyna”, za którą nominowana była do Oscara, Złotego Globu i dostała nagrodę BAFTA, „Wstyd”, „Drive”, „Wielki Gatsby” i „Kraina wielkiego nieba”.

  1. Kultura

Filmy miesiąca poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

 „Cząstki kobiety” (Fot. materiały prasowe Netflix)
„Cząstki kobiety” (Fot. materiały prasowe Netflix)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Szefowa działu kultury naszego pisma, Zofia Fabjanowska, z morza produkcji filmowych wybiera te, które warto zobaczyć. Tym razem poleca trzy filmy.

"Malcolm i Marie"

Reżyser Sam Levinson serwuje nam widowisko, o którym już teraz mówi się, że zgarnie w przyszłym roku komplet Oscarów. Film powstał w pandemii i jest idealnie skrojony na czasy izolacji. Dwójka bohaterów i jedna noc spędzona w domu. Ale ten kameralny projekt został zrealizowany tak, że robi wielkie wrażenie. Jest niesamowicie stylowy: od eleganckich czerni i bieli, w których „Malcolma i Marie” nakręcono, po muzykę, wnętrza, montaż. Choć i tak największą siłą produkcji są aktorzy. Tytułowa para wraca z bankietu. On jest reżyserem, świętowali jego premierę. Od słowa do słowa rodzi się awantura. Tej nocy oboje rozkręcają się na dobre, a z wzajemnych oskarżeń składamy sobie historię ich związku. Im głośniej wrzeszczą, tym bardziej staje się jasne, jak głęboko są sobie bliscy. John David Washington jako Malcolm jest świetny. Ale to Zendaya kradnie ekran. Levinson odkrył jej prawdziwy potencjał, obsadzając w głośnym serialu „Euforia” (2019). Jeśli ktokolwiek po tamtej roli miał jeszcze śmiałość nazwać Zendayę gwiazdką Disneya, teraz już się nie odważy.

„Malcolm i Marie” dostępny jest na Netflixie.

„Malcolm i Marie” (Fot. materiały prasowe Netflix) „Malcolm i Marie” (Fot. materiały prasowe Netflix)

"Małe szczęścia"

Komedia francuska to właściwie osobny gatunek filmowy. I zawsze znajdzie się w niej ktoś choć trochę w typie Louisa de Funèsa. W tym przypadku to Karine i Francis, małżeństwo, które na wieść o tym, że ich przyjaciółka Léa (Bérénice Bejo) – dotąd ekspedientka w sklepie odzieżowym – zaczyna karierę pisarki, wpada w popłoch. Skoro ona może, oni też zostaną artystami! Kombinują z wieloma dziedzinami: prozą, poezją, muzyką, tyle że nie bardzo im wychodzi. „Małe szczęścia” to bajka, w której Kopciuszkiem jest skromna Léa, ze swoją świętą cierpliwością i do przyjaciół, i do humorzastego partnera (Vincent Cassel). Ale w tej bajce jest sporo prawdy. Bo niby cieszymy się z sukcesów bliskich, ale… O tym „ale” jest ten paradoksalnie podnoszący na duchu film.

„Małe szczęścia” dostępne są na: ipla, vod.pl, Orange TV Go, Canal+.

„Małe szczęścia” (Fot. materiały prasowe) „Małe szczęścia” (Fot. materiały prasowe)

"Cząstki kobiety"

„Cząstki kobiety” otwiera najprawdopodobniej najdłuższa w historii kina scena porodu. Drastyczna? Przeciwnie, angażująca i wzruszająca. Wydawałoby się, że dla rodzącej Marthy i jej partnera Seana to sprawdzian, czy mogą na siebie liczyć. Ale prawdziwy test dopiero ich czeka. Po tym, jak dziecko niespodziewanie umiera krótko po narodzinach. Bardziej niż o śmierci jest to jednak film o życiu. Co ludzi ze sobą łączy, które z tych więzów są naprawdę mocne. Kto zna spektakl tego samego reżysera z teatru TR Warszawa, może być trochę zaskoczony. Tu skojarzenia ze „Sprawą Kramerów” nasuwają się same, Kornél Mundruczó nie ucieka od patosu, ale używa go umiejętnie. Doskonałą decyzją okazało się obsadzenie mało jeszcze znanej Vanessy Kirby w głównej roli.

„Cząstki kobiety” dostępne są na Netflixie.

„Cząstki kobiety” (Fot. materiały prasowe Netflix) „Cząstki kobiety” (Fot. materiały prasowe Netflix)