fbpx

Grzegorz Damięcki – aktor „Belfra” i „Watahy” prywatnie

Grzegorz Damięcki: "Wystarczyło odpuścić"
Grzegorz Damięcki zagrał ostatnio główną rolę w serialu „W głębi lasu”. (Fot. Bartosz Krupa/East News)

Musiałem poczekać na swój czas. Bo kamera jest bezlitosna, prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, twarzach, które nic nie przeszły, a zatrzymuje się na tych, które już coś w życiu widziały – mówi Grzegorz Damięcki.

Powiedział pan, że bardzo lubi moment, kiedy może wcielić się w rolę kogoś, kim prywatnie nie chciałby pan być. Czy w przypadku prokuratora Kopińskiego, głównego bohatera serialu „W głębi lasu”, też tak było?
Oj, tak! Nie chciałbym przeżywać problemów i dylematów mojego bohatera, kogoś, kto mierzy się ze stratą siostry i czuje się odpowiedzialny za jej śmierć. To, co wydarzyło się w pewnym lesie w jego młodości, nie daje mu spokoju przez całe dorosłe życie. Wciąż próbuje rozwikłać zagadkę sprzed lat i zyskać choćby namiastkę równowagi i spokoju. Wyobrażam sobie, że to musi być straszny ciężar, ale wejście w jego skórę było fascynujące. Zresztą im dłużej uprawiam ten zawód, tym częściej myślę, że jego główną zaletą jest możliwość sprawdzania, co ja bym zrobił w takiej sytuacji. Jeśli ta sytuacja jest skrajna, to podwójnie ciekawe. Uważam, że człowiek z natury nie jest zaprogramowany na bohaterstwo. Więc wcielając się w jakiegoś herosa, przenoszę się do czasów dzieciństwa. Bo w piaskownicy mogłem być, kimkolwiek chciałem.

Czyli zawód aktora daje panu możliwość powiedzenia „sprawdzam” samemu sobie.
Kiedy ma się do czynienia z postacią kontrowersyjną, z jakichś względów głoszącą kontrowersyjne tezy, trzeba postarać się bardziej. Paradoksalnie widz musi ją polubić. Trzeba go omotać. Dać postaci krwiobieg. To się da zrobić (przynajmniej ja tak mam) tylko wtedy, kiedy naprawdę się z tym człowiekiem utożsamię, przepuszczę jego myślenie przez siebie, przez swoją wrażliwość. Wtedy może powstać ktoś, kto do widza przemówi. Trzeba solidnie „użyć” całego siebie, fizycznie i emocjonalnie.

A czy zdarzyło się, że za którymś razem, mówiąc sobie rolą „sprawdzam”, zaskoczył pan siebie, bo czegoś się pan po sobie nie spodziewał?
Długo grywałem bohaterów tylko pozytywnych, romantycznych lekkoduchów. Ale wersja „romantyk” niczego niespodziewanego we mnie nie wyzwoliła. Kiedy z czasem pojawiły się inne propozycje, jak na przykład: „Belfer”, „Szóstka” czy „Nielegalni”, patrzyłem już na świat i zawód z innej perspektywy. Z zaskoczeniem odkryłem w sobie pokłady zła i agresji. Byłem zszokowany tym, do czego się dogrzebałem. Nawet się tego trochę przestraszyłem. Przenoszenie mroków Grzegorza Molendy [bohatera serialu „Belfer”] utrudniało mi funkcjonowanie w domu. Musiałem nauczyć się czegoś zupełnie nowego – porzucać swojego bohatera przed progiem mieszkania…

A jak się pan siebie przestraszył, to co pan dalej z tym nowym sobą zrobił?
Poświęciłem trochę czasu, żeby zrozumieć, co się dzieje. A niełatwo się sobie przyglądać. Nie należę do ludzi patrzących w lustrzane odbicie z zachwytem. Raczej ciągle siebie sabotuję wątpliwościami. I w zasadzie wszystko toczy się w mojej głowie. Przy całym swoim zamknięciu, milczeniu i nieśmiałości jestem dobrym słuchaczem. Z wiekiem coraz lepszym. Widzę też coraz więcej dobrego, ale i złego, w innych i w sobie.

Chyba jest w panu coś z malkontenta…
Czy ja wiem? Mimo wszystko wciąż wierzę w człowieka. Teraz też ufam, że po tym dziwnym czasie będziemy lepsi. Nauczyłem się również składać sobie życie z drobiazgów. Zwykle przepuszczamy je, bagatelizujemy. Czekamy na spektakularne wydarzenia, które na ogół nie następują. Jestem taką mieszanką wierzącego i niedowiarka.

Co pana nauczyło, że nie warto czekać w życiu na fajerwerki?
Długo żyłem pod kloszem. W PWST słyszałem, że czeka mnie błyskawiczna kariera… Nic takiego nie nastąpiło. Chyba długo dojrzewałem. To dojrzewanie przyspieszyło, kiedy zaczęli odchodzić ważni dla mnie ludzie. Osoby drogowskazy. Wcześniej mogłem do nich uciec, ukryć się za ich plecami. Dojrzewanie w moim przypadku to także wszystkie źle odbyte lub niedokończone rozmowy, błędne wybory. To mnie ukształtowało. I odłożyło się na mojej twarzy. Po nieprzespanych nocach, schrypnięty i wściekły przystąpiłem kiedyś do próbnych zdjęć. Nie powiem, że było mi wszystko jedno, ale zwyczajnie nie miałem siły i wiary w sukces. A jednak dostałem tę rolę. Uprawiam zawód pełen paradoksów. Im dłużej zaklinałem telefon, tym uporczywiej milczał. Kiedy odpuściłem, zaczął dzwonić. Kamera zwykle prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, a sprzyja tym, które coś przeżyły, bo one potrafią więcej opowiedzieć.

Grzegorz Damięcki: "Wystarczyło odpuścić"
Agnieszka Grochowska i Grzegorz Damięcki w serialu „W głębi lasu”, najnowszej produkcji Netflixa bazującej na książce Harlana Cobena. (Fot. materiały prasowe/ Krzysztof Wiktor)

Nie tylko młodość ma sens…
W teatrze bez starości młodość pozbawiona jest amunicji. W filmie jest tak samo. Producenci to zrozumieli, bo do polskich ambitnych seriali zaprosili ludzi teatru, filmowców i pisarzy. A ci przynieśli ze sobą nowe spojrzenie, postawili na psychologię postaci, na pracę koncepcyjną, na dialog międzypokoleniowy. Udowodnili, że aktor musi mieć czas. Że nie można stawiać na pośpiech i że mają ambitny, artystyczny cel. Ja się w tym świecie odnalazłem. Bardzo pomogło mi doświadczenie pracy w teatrze, pracy ze starszymi aktorami.

Słychać i czuć, że bardzo lubi pan swoją pracę, ale jednocześnie mówi pan, że nie jest do tego zawodu przyspawany, że wyobraża sobie życie poza aktorstwem.
Nie wyobrażam sobie trwania w zawodzie tylko dla pieniędzy. Zawsze tak było. Jestem artystą. Lepszym, gorszym, ale ciągle artystą. Dopóki będę w sobie czuł głód sztuki, dopóty będę miał poczucie, że robię coś wartościowego. Ale jeśli stwierdzę, że przestałem kochać ten zawód albo on przestał kochać mnie, pójdę sobie.

Dokąd?
Mógłbym być stolarzem. Imponuje mi humanizm tego zawodu. Pracy w stolarni towarzyszy głęboka filozofia. Jest cała masa sposobów na przechowywanie i łączenie drewna. To daje dużo czasu na refleksję i wbrew pozorom wcale nie działa się w hałasie. Sporo ciszy i koncepcyjnego myślenia. Może za 50 lat ktoś powie na przykład: „Jakie mądre krzesło, jaki sprytny taboret”.

Ma pan już jakiś sprytny taboret na swoim koncie?
Z kilku przedmiotów mogę być chyba dumny.

Muzyka jest też bliską panu dziedziną.
Od czasów licealnych zbieram winyle. Stare amerykańskie płyty cudownie pachną skwaśniałą tekturą i ten boski trzeszczący dźwięk. Krążę po małym antykwariacie, włączam Milesa Davisa i patrzę, jak młodzież go odkrywa. Genialne. Taki świat kojarzy mi się ze spokojem i umiarem.

A no właśnie — umiar. Umiaru uczył pana sam mistrz Gustaw Holoubek.
Po szkole teatralnej robiłem w Ateneum zastępstwo, maleńki epizod, jedno zdanie. Przygotowywałem się intensywnie, bo bardzo chciałem zaistnieć. Wyszedłem na scenę i wykonałem coś w stylu „bitwa pod Grunwaldem Matejki”. Po spektaklu wezwał mnie do siebie mistrz Holoubek i powiedział „Synu, zlituj się, na rany Chrystusa”. Zapamiętałem te słowa na całe życie. Pamiętam także o sile kropki, o której mówił pan Gustaw.

Grzegorz Damięcki, aktor filmowy i teatralny. Od 1991 r. gra w warszawskim teatrze Ateneum. Pochodzi z wielopokoleniowej rodziny aktorskiej. Znany m.in. z seriali: „Belfer”, „Szóstka”, „Wataha” czy „Nielegalni”. Właśnie zagrał główną rolę w serialu „W głębi lasu”.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze