fbpx

Małgorzata Braunek, Orina Krajewska: Lustrzane odbicia

Małgorzata Braunek, Orina Krajewska: Lustrzane odbicia
Fot. Iza Grzybowska

– Mam zaufanie do mamy. Czuję mocną więź. – Tak, ale z dzióbków sobie nie spijamy. Niezwykła rozmowa Małgorzaty Braunek i Oriny Krajewskiej, dwóch aktorek, dwóch kobiet. Matki i córki.
Gratuluję. Przeczytałam pani książkę „Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko” w jeden dzień.

Małgorzata Braunek: Dziękuję. Z jednej strony cieszy mnie to, ale z drugiej – dziwi, że tyle pracy, tyle miesięcy spotkań ze współautorem Arturem Cieślarem, i okazuje się że przeczytanie jej zajmuje komuś zaledwie kilka godzin…

Orina Krajewska: Ale to jest komplement! Co, chciałabyś, żeby ludzie się męczyli? Podczas pisania przeżyłaś parę krytycznych momentów…

M.B.: …gdy mówiłam: „Po co mi to wszystko było!?”. Kiedy już zapadła decyzja, że to zrobię, wiedziałam, o czym chcę powiedzieć, a o czym na pewno nie. Ale trudno mi było zadowolić samą siebie, bo miałam wizję, żeby równocześnie była to książka bardzo mądra, bardzo głęboka, ale też zabawna, lekka i błyskotliwie napisana i żeby każdy był zadowolony…

O.K.: Czasami mam wrażenie, że się prześlizgujesz przez niektóre tematy. Nie mówię, że to źle… Uuu, ale wzrok, ale będzie…

Ja bym z przyjemnością poczytała więcej o tym, co działo się na planach filmowych w latach 60., 70. Ludzie, z którymi pani pracowała, odchodzą, a tak mało rodzi się nowych indywidualności.

M.B.: Mam w zanadrzu kilka anegdot, ale uznałam, że są zbyt osobiste, dotyczą innych ludzi, więc się nie zdecydowałam, by je upublicznić. A poza tym nie należę do osób, które przechowują historie, więc trudno ze mnie coś wyciągnąć. Artur musiał się nade mną napracować.

Dziś nie udałoby się zachować ich w tajemnicy, natychmiast by o tym napisała prasa plotkarska. Wtedy gwiazd nikt nie śledził, nie inwigilował.

M.B.: Kiedyś też to funkcjonowało, ale przyczyna, dla której to robiono, miała inne podłoże, polityczne. Gdy byłam w Rosji na festiwalu filmowym i spotykaliśmy się np. z Michałkowem (wtedy reżyserem antyreżimowym), to dosiadali się do nas nieznajomi, tzw. stukacze, i słuchali, o czym rozmawiamy, potem donosili władzom. Gdy ktoś stuknął w blat, to był znak, że dosiadł się tajniak.

O.K.: Teraz jeśli osoby publiczne chcą zachować dyskrecję, też muszą się bardzo kontrolować, bo są naprawdę monitorowane.

Orino, dowiedziałaś się z książki o mamie czegoś nowego, np. o jej eksperymentach z używkami?

O.K.: Mama mi o tym opowiadała, ale fajnie było przeczytać te historie zebrane w jednym miejscu. Niby je znałam, ale jedną słyszałam, jak miałam pięć lat, inną jak dziesięć. A tu nagle zobaczyłam, jakie bogate mama miała życie.

M.B.: W sumie każde życie jest bogate.

O.K.: No tak, z twojej perspektywy to nie jest nic wielkiego, bo nosisz te historie w sobie, przeżycia są rozłożone na lata, ale gdy ja przeczytałam książkę, zdałam sobie sprawę, że przeszłaś bardzo długą drogę, dokonała się w tobie wielka zmiana wewnętrzna. To jest uderzające. Jesteś bardzo prywatna w tej książce, ale nie przekraczasz pewnych granic.

Były konsultacje rodzinne, co można napisać, a czego nie?

O.K.: Nie, ale o życiu rodzinnym jest dyskretnie. Nawet zresztą ci to, mamo, mówiłam, że momentami za bardzo tę sferę chronisz.

M.B.: Wiesz, to nawet nie chodziło o chronienie siebie, ale chciałam uwagę czytelnika skierować gdzie indziej, skoncentrować się na odkrywaniu siebie, swojej duchowości.

Nie epatuje pani seksem, skandalem, a powstała książka, która wciąga.

O.K.: Jeśli ma się coś prawdziwego do zaoferowania, to to się obroni. Wtedy niepotrzebny jest skandal, a historie stają się legendami. Pewnie dlatego fajnie się czyta o gwiazdach tamtych czasów, ich kariery były zasłużone.

M.B.: No tak, wtedy inne były priorytety.

O.K.: Teraz trzeba umieć balansować. Bo „lansowania się” nie można całkowicie odrzucić. Trudno udawać, że nie jest ono młodemu twórcy w ogóle potrzebne. Gdybym powiedziała: „Mój honor nie pozwala mi na to”, to gdzie bym była?

M.B.: Pewnie poza nawiasem.

O.K.: Z jednej strony warto z tego korzystać tak, by cię to wspierało, a z drugiej – uważać, by nie wciągnął cię ten wir i nie stał się celem samym w sobie. Można udawać, że to nie jest ważne, ale też potrzebna jest świadomość, że to istnieje.

M.B.: Ja myślę, że przyczyną tego jest wszechobecny marketing, rynek, bo wiadomo, że najlepiej sprzedaje się skandal i sensacja. Więc żeby w ogóle zaistnieć, trzeba maksymalnie zainteresować maksymalną liczbę ludzi. Musi być popyt, wszystko jedno na jaki towar. I patrzmy, co się dzieje z naszą kulturą. Sztuka (wyższa) jest w sytuacji dramatycznej. Nie ma prawdziwego mecenatu, państwo nie patronuje kulturze, bo nie rozumie jej roli. Obcina się finansowanie ambitnych produkcji, np. misyjnemu serialowi „Głęboka woda” Magdy Łazarkiewicz, bardzo dobrze zrealizowanemu, ze świetną aktorską obsadą, zdobywającemu nagrody na całym świecie, właśnie obniżono budżet o połowę. To samo dotyczy naszego serialu, który ma bardzo dobrą oglądalność, bo przekazuje inne treści niż zazwyczaj, a ma z roku na rok niższy budżet.

Życiorysy ludzi, którzy mają status gwiazd, są często powierzchowne, podobne do siebie. Nic za nimi nie stoi.

M.B.: Niedawno przeczytałam informację, że piosenkarz Justin Bieber, lat 16, napisał swoją autobiografię, która liczy stron 700.

Im więcej ma się do powiedzenia, tym bardziej się milczy?

O.K.: To już jest wywrócone do góry nogami.

Z drugiej strony, kiedyś na filmy przeznaczane były ogromne nakłady finansowe, robiło się je z wielkim rozmachem, za to twórcy nie mieli takiej swobody.

M.B.: Każdy czas ma swoją negatywną i pozytywną stronę, więc nie można mówić, że to, co dziś się dzieje, jest wyłącznie błędne. Wtedy praktycznie nie mieliśmy wolności wypowiedzi.

O.K.: Ale to na pewno wzmagało kreatywność.

M.B.: Oczywiście. Używano najprzeróżniejszych środków, żeby przekazać zakamuflowane treści.

O.K.: Teraz tendencją jest pójście w ekstrema. Gdy wolno powiedzieć wszystko, to wszystko jest mówione, trąbione, obwieszczane przez megafon.

M.B.: Ale uważam, że poziom aktorstwa dziś bardzo poszedł do przodu. Mam na myśli prawdziwych aktorów. Moim zdaniem ze szkoły aktorskiej wychodzą ludzie fantastycznie przygotowani do zawodu. I dzięki temu, że powstaje mnóstwo seriali, oni jednak grają. To wyrabia w nich dużą elastyczność, czego nie było w czasach mojej młodości.

O.K.: W ogóle chyba aktorstwo idzie w stronę większego naturalizmu.

M.B.: Kiedy ja grałam przed laty, na planie filmowym reżyserzy powtarzali: „Zdejmijcie trochę tego aktorstwa”. Mówiło się nawet, że aktor teatralny nie nadaje się do grania w filmie, bo na scenie były inne wymogi.

O.K.: A teraz kładzie się nacisk na to, że nie masz grać, masz być.

M.B.: Dziś jest też więcej szkół aktorskich, więcej możliwości uczenia się zawodu.

O.K.: No tak, ale przez to jest większa konkurencja, ludzie muszą się bardziej napiąć i nastarać, żeby dostać rolę, zaistnieć, a potem utrzymać na powierzchni. To nie jest tak, że raz zagrasz i już masz dziesięć propozycji ról. Zagrasz, i to jest dopiero początek.

A więc walka?

O.K.: Z mojego doświadczenia – tak.

M.B.: Jest rywalizacja, ale ona nie musi być zła, rodzi mobilizację, więc siłą rzeczy trzeba podnosić swój poziom, kształcić się. I to mi się podoba, bo nawet w serialu można pokazać, że ma się talent.
O.K.: Dzięki serialowi twoja gra szybko dociera do ludzi. Jest szansa, że jeśli to zrobisz dobrze, to i tak się wybijesz.

Z jednej strony śmiejemy się z talent show, ale z drugiej – dzięki nim wiele utalentowanych osób mogło pokazać, co potrafi.

O.K.: A mnie to już męczy. Zaczyna się robić z tego bardziej show prowadzących niż uczestników.

M.B.: Ale jednak zobacz, ktoś śpiewa, ktoś genialnie tańczy, ktoś robi coś, o czym nie mieliśmy pojęcia, i czasem są to rzeczy po prostu niesłychane.

O.K.: Fajnie, że są możliwości pokazania tego. Gdyby nie takie programy, ludzie musieliby zdawać się na przypadek, liczyć na wyjątkowe szczęście.

Tak jak ty Orino, przypadkiem byłaś na planie serialu „Dom nad rozlewiskiem”, gdzie gra twoja mama, i przypadkiem wypatrzył cię tam reżyser, oferując rolę…

M.B.: Ale tak było, naprawdę! Orina przyjechała się ze mną pożegnać, bo wyjeżdżała do Londynu. I zagadnął ją reżyser…

O.K.: Byłam zaskoczona. Ale pewnie tak miało być.

Pani Małgorzato, pani po 20 latach przerwy wróciła do aktorstwa. Jakie pani widzi różnice w podejściu do aktora, w grze?

M.B.: Pamiętam, jak pierwszy raz po latach weszłam na plan i przeżyłam szok, bo reżyser siedział i patrzył w monitor, zamiast stać obok kamery i śledzić grę, a po każdym ujęciu nie podbiegał do mnie i nie mówił do ucha, czy było dobrze, czy źle. Czułam się potwornie opuszczona. Ale pomyślałam, że może ten reżyser jest ekscentrykiem, a może jest nieśmiały i nie lubi z aktorami rozmawiać. Musiałam się przyzwyczaić.

A tempo pracy jest inne? Mówi się częściej o pieniądzach?

M.B.: O tak, tempo jest nieporównywalne. O pieniądzach nie mówi się wprost, ale wszyscy wiedzą, o co chodzi. Kiedyś pozwalaliśmy sobie całą ekipą godzinami toczyć twórcze dyskusje, mnożyć próby…

O.K.: Na planie? Co ty mówisz? Teraz próby robi się wcześniej, na planie tylko się gra.

M.B.: Wiadomo, że kierownicy produkcji pilnowali, żeby nie przesadzić, ale mimo wszystko nie było poczucia, że czas to pieniądz i że nas goni. Z dzisiejszej perspektywy kiedyś filmy kręciło się strasznie długo. Trzy miesiące to była norma. Teraz to miesiąc, półtora. Ale też nie zapominajmy o tym, jak technika poszła do przodu. Kiedyś na przykład ustawianie świateł trwało godzinami. Z kolei nie było możliwości robienia wielu dubli, bo mieliśmy ograniczoną ilość taśmy filmowej.

O.K.: W serialu jest tak, jak mówisz, a na planie filmu to ustawianie, przestawianie, sprawdzanie w podglądzie też trwa strasznie długo. Bo to są rzeczy nie do przeskoczenia.

Pani patrzy na córkę z dumą czy ze strachem, że poszła w pani ślady?

M.B.: Moje dzieci są już naznaczone z góry, więc przeczuwałam, że Orina wybierze drogę artystyczną, choć nie byłam świadoma, że będzie aktorką. Z jednej strony jestem bardzo dumna, gdy na nią patrzę, a z drugiej – wiem, jaki to jest niewdzięczny zawód, że tylko miewa momenty wspaniałe, kiedy aktor, grając, spełnia się, ale bywa i tak, że zrobi coś super, a zupełnie nie zostanie doceniony. To musi rodzić frustrację.

O.K.: Sama brałam udział w kilku projektach, które nie doczekały się końca realizacji. Np. zrobiliśmy film, który do tej pory jest niezmontowany, bo nie ma pieniędzy na postprodukcję. Dla mnie udział w każdym przedsięwzięciu jest doświadczeniem, na którym się uczę. Jedynie świadomość, że marnuje się coś wartościowego, jest przykra i bywa frustrująca. Znam mnóstwo kreatywnych ludzi, którzy mają dużo do zaoferowania, ale żeby coś osiągnąć, trzeba też czasem być swoim własnym menedżerem i PR-owcem, umieć o siebie zawalczyć.

To w sumie jest to podobne do czasów, gdy filmy stawały się „półkownikami”.

O.K.: A co to?

M.B.: Filmy, które lądowały na półce, bo nie puszczała ich cenzura. Każdy film miał kilka kolaudacji, pierwsza odbywała się w zespole filmowym, kolejną oglądali cenzorzy. Po ich zakazie publikacji film lądował na półce i zdarzało się, że nie widział światła dziennego.

O.K.: To ciekawe, że każde czasy mają swoje przeszkody.

M.B.: Więc wrócę do serialu „Głęboka woda”, na który brak funduszy, a znajdują się one na produkcje, które nie powinny były powstać w ogóle.

O.K.: A przecież jest dostęp do świetnych seriali, chociażby amerykańskiego „Girls”, inteligentnego, z pomysłem, z poczuciem humoru. Dlaczego z takich produkcji nie bierze się przykładu?

Bo teraz liczy się oglądalność, sprzedaż.

M.B.: A w cenie jest plotka i sensacja. Nikomu więc nie zależy na podnoszeniu poziomu.

I dlatego bohaterami naszych czasów zostają czasem ludzie zaburzeni albo w konflikcie z prawem. Oni przecież nie powinni być żadnym wzorem.

M.B.: Tabloidy na tym żerują. Sprzedaż wzrasta. Super! Nie ma znaczenia, jak to się robi, byle zarobić, byle zaskoczyć. W Internecie szum, ludzie komentują, że jak tak można, ale będą o tym mówić. Nieważne jak, wszyscy to obejrzą. I o to chodzi. A za pięć minut trzeba wymyślić coś innego. Granice się przesuwają, jeśli jakieś jeszcze istnieją.

O.K.: Ciekawa jestem, czy będzie od tego odwrót? Czy najpierw dotkniemy jakiegoś ekstremum?

M.B.: Pewnie tak. Ogłupiające seriale przyszły do nas z Ameryki, ale to wchłonęliśmy, tak samo McDonaldy czy galerie handlowe. A kto dziś robi najlepsze na świecie seriale? Stany. Bo te głupie się już przejadły, rynek się nasycił. U nas też musi nastąpić jakaś zmiana.

O.K.: Słyszałam, że w USA likwiduje się już wielkie centra handlowe.

M.B.: Tak, odchodzi się od tego, buduje się teraz małe butiki, sklepiki ze zdrową żywnością. Wszystko się zmienia.

Pani do wszelkich zmian podchodzi bardzo swobodnie, potrafi z humorem mówić o upływie czasu, starzeniu, zmarszczkach. To łatwe do zaakceptowania, gdy było się uznaną za symbol seksu?

M.B.: Ja? Symbol seksu? Nie miałam takiej świadomości. I też nie było to moim zamierzeniem. Jeśli już, był to skutek uboczny mojego zawodu.

Ale przecież wie pani, że się podobała?

M.B.: To wszystko zależy, czy się tym epatuje, czy nie. Z jednej strony miałam świadomość, że jestem atrakcyjna, ale też byłam aż nadmiernie samokrytyczna. Niestety, Orinka po mnie to odziedziczyła. I ona, która jest ewidentnie obdarzona urodą…

O.K.: No co ty mówisz…

M.B.: O, proszę, oto dowód. Ona jest moim odbiciem lustrzanym w latach młodości.

O.K.: Jak miałam 13 lat, negowałam w sobie wszystko, nic mi się nie podobało, ani oko, ani rzęsa, ani brew… Po całości. Teraz jestem w stanie się docenić, chociaż dużo zależy od dnia i okoliczności. Myślę, że to normalne.

M.B.: Jest postęp.

O.K.: Tak, idę do przodu. A wracając do ciebie, mamo, ludzie zakłamują rzeczywistość i w momencie, gdy ty tego nie robisz, staje się to czymś niezwykłym. Zawsze zaskakuje mnie, jak ktoś dementuje, że zrobił sobie operację plastyczną, coś tam naciągnął i wstrzyknął, a przecież widać to gołym okiem. Jak już się to robi, to czemu nie wziąć za to odpowiedzialności i nie przyznać się do tego po prostu? Natomiast ty zawsze prosisz fotografów, żeby cię nie poprawiali na zdjęciach, nie używali Photoshopa.

M.B.: Tak, ale nie jestem wolna od próżności i jednak pilnuję, żeby wyglądać na swoje lata, a nie jak staruszka. A i tak przecież dużo można zdziałać tylko dzięki dobremu ustawieniu światła.

O.K.: Teraz wchodzi obraz HD. To duże wyzwanie dla aktorów. W telewizji twarz będzie wyglądać jak oglądana przez lupę. No, mamo, szykuj się!

M.B.: O łał…

Nawet kiedy się ze sobą droczycie, widać, że jest między wami ogromne porozumienie.

O.K.: Mam zaufanie do mamy. Czuję mocną więź.

M.B.: Tak, ale z dzióbków sobie nie spijamy. Jest głębia oceanu, coś niezachwianego, ale na powierzchni raz są fale, raz spokojna toń, a czasem sztorm. Tyle że głębia pozostaje głębią.

A czego dotyczą sztormy? Spraw fundamentalnych czy nieumytego kubka?

M.B.: Nie, nigdy nie kłócimy się o drobiazgi.

O.K.: Poza tym drobiazgi zawsze są manifestem czegoś głębszego, pokazują, że gdzieś jest poważniejszy problem. Jak się pozostanie na poziomie kubka, to nie ma szansy zrobić kroku dalej. A jak się wychodzi od pierdół, które w kółko się powtarzają, to warto wziąć lupę i przyjrzeć się temu, a potem nad tym popracować.

Za co ceni pani córkę?

M.B.: Za jej głębię i niesłychaną przenikliwość.

O.K.: To jest krępujące…

M.B.: Ale to prawda. Orina ma bardzo analityczny umysł. Widzi rzeczywistość taką, jaka jest. Ma niezwykłe pokłady otwartości, empatii. A też jest bardzo mądra…

O.K.: Dzięki, kropka. Natomiast ty jesteś taka, jak się manifestujesz, bardzo szczera. Nie ma w tobie nic wykreowanego. Mówiłyśmy o celebrytach, o tym, że ludzie się stwarzają, by mieć wizerunek. A twój jest bardzo jasny, ale pochodzi z wewnątrz, z twoich przekonań.

M.B.: Ty też masz coś takiego, nie kreujesz się.

O.K.: Bałabym się oddać w czyjeś ręce, by ktoś mnie zmienił. A może ufam sobie, nie czuję się przezroczysta. Osoby, które poddają sie takiej zmianie, muszą się absolutnie wyczyścić, do białego, by przyjąć nowe cechy, stać się kimś innym.

M.B.: Ale przecież my i tak stwarzamy swoje własne wizerunki, bo chcemy się podobać. Zastanawiamy się, jak się zachować, co w sobie stłumić, czego nie pokazywać, o czym lepiej będzie nie mówić. Przecież wpływa na nas cały sztab ludzi, najpierw są to rodzice, potem szkoła, społeczeństwo, układy. Wszyscy pracują na to, żeby nas jakoś przyciąć, ograniczyć, a my albo się poddajemy temu całkowicie, albo mimo wszystko zachowujemy siebie. To jest to, o czym Orinka powiedziała: „Można być elastycznym, ale bez naruszenia kręgosłupa”.

O.K.: Marzyłabym o tym stałym kręgosłupie, ale też nie można się usztywnić, operować wciąż tymi samymi emocjami. To ogranicza możliwość dogadania się z ludźmi, odnajdywania w różnych sytuacjach. Jak ktoś jest elastyczny, ma większe pole manewru. To jest ciekawy proces rozwoju, im więcej się widzi, tym więcej ma się materiału do pracy. Dużym niebezpieczeństwem jest zatrzymanie. Naprawdę mało ludzi chciałoby się nieustannie rozwijać. Bo to oznacza ciężką pracę.

M.B.: Ludzie często pytają: „I co ja z tego będę miała?”. Przeliczają wysiłek na korzyści, niekoniecznie materialne. A przecież nigdy nie wiadomo, kiedy i czym ten wysiłek zaowocuje.

O.K.: Ale też trudno jest zupełnie nie mieć oczekiwań, gdy włożyło się w coś pracę.

M.B.: Wiadomo przecież, że oczekiwania masz, natomiast sam fakt, że robisz to dla osobistego rozwoju, poszerza twoją wewnętrzną przestrzeń, w której już nie jesteś tylko ty sama. Otwierasz się na innych. W momencie kiedy ja otworzyłam się na ponowne bycie aktorką, nie zrobiłam absolutnie nic, palcem nie kiwnęłam, tylko dałam sobie na to wewnętrzne przyzwolenie, jakiś czas później samo to do mnie przyszło, pojawiło się. Zadzwoniła Małgosia Pritulak, żona Zdzisława Wardejna, i pyta: „Słuchaj, nie zagrałabyś u Zdziśka? Prosił, żebym cię podpytała”. Potem zgłosił się do mnie Łukasz Wylężałek. Skąd? Znikąd. I tak się to potoczyło. Jesteśmy wszyscy połączeni, nie żyjemy w próżni. Wysyłasz informację, przychodzi odpowiedź. To naprawdę działa.

Orina Krajewska aktorka, skończyła London International School of Performing Arts. Gra w polskich serialach, m.in. „Domu nad rozlewiskiem”, i filmach fabularnych („Daas”, „Satan SPA”). Córka Małgorzaty Braunek i Andrzeja B. Krajewskiego.

Małgorzata Braunek aktorka, zagrała m.in. w „Polowaniu na muchy”, „Trzeciej części nocy”, „Potopie”, „Lalce”. U szczytu popularności zrezygnowała z aktorstwa, wybierając rozwój duchowy. Jest zwierzchnikiem Związku Buddyjskiego „Kanzeon”, nauczycielem zen. W 2001 roku wróciła do zawodu. Zagrała między innymi u Krystiana Lupy, Jacka Borcucha. Obecnie można ją zobaczyć w serialu „Dom nad rozlewiskiem”. Mama reżysera Xawerego Żuławskiego i aktorki Oriny Krajewskiej.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze