fbpx

Maria Seweryn – wywiad

Maria Seweryn - wywiad
fot.Rafał Masłow

Podjęłam decyzję, że moje życie to te teatry. To mnie kręci! Maria Seweryn w rozmowie z Magdą Mołek zdradza, jak pogodzić rolę matki, aktorki, menadżera. A miłość? Musiałby spotkać odważnego mężczyznę…

Pierwszy raz zobaczyłam ją na żywo wiele lat temu w… markecie budowlanym. Z jej sklepowego wózka, wyładowanego po brzegi, wystawały kubły z farbą, wiertarki, pędzle, kafle i Bóg wie, co jeszcze. Była bez makijażu, skromnie ubrana i wyraźnie zmęczona. Zastanawiałam się wtedy, po co takiej gwieździe tyle tego? Nie może komuś zlecić zakupów? Dlaczego tak się męczy sama? Ale ona przecież budowała teatr! Najpierw Polonię, potem Och-Teatr. Jan Englert, kiedy zobaczył ją w szkole teatralnej, miał powiedzieć, że Maria jest śmieszną mieszanką Andrzeja Seweryna i Krystyny Jandy.

Ja uważam, że ona jest raczej świetną mieszanką! I bez wątpienia wybuchową, bo ostatnie dwa lata to prawdziwa eksplozja jej możliwości.

Magda Mołek prowadzi program „W roli głównej” w TVN Style i współprowadzi „Dzień Dobry TVN”

Zmieniłaś się. Wydajesz mi się dojrzalsza, spokojniejsza, bardziej refleksyjna.

No, nareszcie! Rychło w czas (śmiech). Ja już chyba jestem w wieku, w którym raczej powinnam być po przemianie. Trochę szkoda, że nie stało się to wcześniej. Osadziłam się w sobie, upewniłam, nauczyłam się mówić „nie”, przestałam przejmować się błahymi rzeczami, bo odróżniam ważne sprawy od bzdur i przede wszystkim nie zajmuję się tym, co ludzie pomyślą. Jeśli czegoś nie chcę, to tego nie robię, jeśli uważam, że coś jest bez sensu, to w to nie wchodzę. Jeżeli ktoś ma mnie nie lubić, to trudno, niech mnie nie lubi. Szkoda mi po prostu czasu, nie chcę go marnować.

Znajdujesz w tym nowym życiu czas tylko dla siebie?

To trudne. Przecież podjęłam decyzję, że moje życie to dwa teatry. I jest mi z tym dobrze, jestem spokojna. Mam poczucie sensu. Wiesz, czasami mogłabym posiedzieć w domu, ale z ogromną przyjemnością przychodzę nawet w niedzielę tutaj, do Ochu, na przykład na śniadanie. To są moje miejsca na Ziemi.

Jak żyłaś do tej zmiany?

Nazwałam to życiem odruchowym. I była to kwestia mojego temperamentu, chaosu wewnętrznego, z którym miałam zawsze najwięcej problemów, a który objawiał się najczęściej setką myśli naraz. Znasz to powiedzenie, że nie ma pustych przelotów? Że jak idziesz z punktu A do punktu B, to weź coś ze sobą, bo przecież możesz przy okazji zanieść to do punktu C? I ja tak robiłam, wszystko po to, żeby nie tracić czasu. Ale to był jedynie ciąg zdarzeń, zupełnie bez refleksji. W końcu to się na wszystko nałożyło: na moje życie, na reakcje, na relacje z ludźmi. Zabawne jest to, że zmiana zaczęła się od jedzenia. Po latach nagle zrozumiałam, że muszę jeść, żeby żyć, żeby w ogóle funkcjonować. Wcześniej jadałam kompletnie bezmyślnie. Jeśli czułam głód, chwytałam cokolwiek, i już. I mój organizm w końcu się zbuntował.

Trafiłaś do szpitala?

Tak. Mam problem zdrowotny, który spowodował, że muszę się zastanawiać, co kupuję i co jem. Brak higieny życiowej, ta moja odruchowość, nerwy, brak jedzenia, myślenia o sobie i dbania o siebie – wykończyły mnie. Ale mój organizm jest mądrzejszy ode mnie i to on dał mi sygnał. Taka refleksja, dotycząca na początku jedzenia: „chwileczkę, zatrzymaj się, pomyśl, może wycofasz się z czegoś albo wybierzesz coś innego”, przeniosła się na inne sprawy.

Jesteś dyrektorką teatru i jesteś mamą. Za co czujesz większą odpowiedzialność – za teatr czy za swoje dwie córki?

To jest chyba podobna odpowiedzialność. Chciałabym, żeby ludzie pracujący u mnie byli szczęśliwi, żeby mieli poczucie, że się rozwijają, że zarabiają pieniądze. Mają jak wszyscy kredyty, rodziny, dzieci się rodzą, jest ich już w fundacji sporo. I czuję odpowiedzialność za to, żeby ich wszystkich nie zawieść. A to przecież zależy od naszych wyborów artystycznych, od tego, co się dzieje tu w teatrze i co będzie dalej. A moje córki? Ta sama odpowiedzialność, bo też chciałabym, żeby były szczęśliwe, żeby się spełniały i żeby nie miały problemów finansowych. Bo nieprawdą jest, że pieniądze szczęścia nie dają!

Na czym budujesz swoje szczęście?

Dziś myślę, że szczęście to jest spokój. Jest mi tak dobrze, kiedy jestem spokojna, kiedy nie ma jakichś kryzysów, konfliktów, rzeczy, których nie mogę zmienić lub na które nie mam wpływu.

Prowadzisz prywatny teatr, nie wierzę, że tu ich nie ma.

Były! I to jakie. Jeszcze parę lat temu mieliśmy milion złotych długu. Teraz jesteśmy na plusie, mamy rezerwę finansową, co się nie zdarzyło od lat. Oddychamy swobodniej, ale wciąż nie możemy sobie pozwolić na ryzyko, bo to są teatry prowadzone przez fundację i nie mają żadnych dofinansowań podmiotowych. Ale był moment, kiedy upadaliśmy. I to była rozpacz, bałam się, że nie damy rady.

Co was uratowało?

Nasza siła, odwaga, wspaniały zespół pracowników, paru mądrych ludzi, którzy wsparli nas radą, niezłomność mojej mamy, zaufanie i wsparcie widzów, ciężka praca i talent! I niewątpliwie zmiany personalne.

Ktoś stracił pracę?

Tak. Wyszło na jaw złe gospodarowanie pieniędzmi.

Czyli ktoś was oszukał?

Też.

Wciągnął cię fotel i funkcja dyrektora? Mówiąc kolokwialnie, ogarniasz to?

To mnie kręci! Opowieściami o biurze i papierach mogłabym cię zamęczyć. Gdyby tylko ktoś wcisnął guzik z napisem: „Maria, poopowiadaj nam o sprawach finansowych, organizacyjnych i administracyjnych”, jestem w żywiole. I uczę się hamować, bo to jest po prostu piekielnie nudne dla większości ludzi. Oczywiście nie jestem z tym sama, tworzymy paroosobową grupę zajmującą się sprawami finansowymi i wszyscy jesteśmy pasjonatami w tej dziedzinie…

Pewnie to jakiś twój talent, dotąd nieodkryty?

Mnie po prostu to pociąga. Widzę, że są efekty zmian, które wprowadziliśmy, restrukturyzując fundację. Główkujemy, planując repertuar na kolejne miesiące, jak zamienić spektakle, kiedy i jakie tytuły wstawić, żeby sprzedaż biletów była lepsza. Obserwujemy przychód, kalkulujemy ceny biletów – mnie to sprawia radość. Ale o godzinie 18.00 wychodzę z tej roli, mówię: „Proszę państwa, skończyłam na dziś, idę na drugą stronę być aktorką”. No i niewątpliwie to jest ta największa przyjemność i cel.

Często opowiadasz o relacjach z mamą i tatą, Krystyną Jandą i Andrzejem Sewerynem. A jaki wpływ miał na ciebie Edward Kłosiński, mąż mamy?

Ogromny. Myślę, że to on mnie wychował.

Minęło sześć lat od jego śmierci, rzadko o nim mówisz…

Bo wszystkie te okrągłe zdania brzmią górnolotnie, a z drugiej strony, jeśli o Nim mówić, to tylko wielkimi słowami. To Edward ze mną spędził najwięcej czasu w moim dzieciństwie. Wprawdzie też pracował bardzo intensywnie, ale często zostawaliśmy sami na całe miesiące. Był wielkim autorytetem. Głową rodziny. To nie moja mama nią była, tylko On. Cechowała go wielka wiedza, wielka klasa, ale i wrażliwość, empatia. Był też trudny, bo bardzo wymagający, od siebie i od dzieci. Ale skoro wymagał, to znaczyło, że wierzył w nasze możliwości, sprostać tym wymaganiom było najwyższą satysfakcją. Rzadko chwalił, ale kiedy to zrobił, można było być pewnym, że jest to całkowicie zasłużone. Kiedy Go zabrakło, odczułam pewien rodzaj ułomności. Ale w najważniejszych chwilach, trudnych decyzjach, wyborach jest zawsze w mojej pamięci i wciąż w pewnym sensie się Go radzę.

Taki mężczyzna, taki wzór, to błogosławieństwo dla młodej dziewczyny?

Mając za wzór kogoś takiego, kto wszystko wie, kto jest spokojny, kto załatwia za ciebie niektóre sprawy, bo uważa, że są rzeczy, którymi kobieta nie powinna w ogóle zawracać sobie głowy, bo to jest jej niegodne – to w dzisiejszych czasach może być…

…przekleństwo?

Tak! Rozumiesz, o czym mówię? Raczej nie ma takich mężczyzn. Albo ich nie spotykam… Tym bardziej że ja wbrew pozorom w tych podziałach damsko-męskich jestem konserwatywna. Tak bardzo chciałabym, żeby mężczyźni byli silni.

A tak nie jest?

Oczywiście, jest takich paru, ale oni są zajęci (śmiech). Pewnie gdzieś są, ale po rozstaniu z mężem trafiałam jednak na mężczyzn, których trzeba było za sobą ciągnąć. I dla kobiety takiej jak ja, która chce się realizować, a jeszcze ma dzieci, dom i pracę, a czasu jest coraz mniej, taki partner staje się kłopotem… Bo facet nie może być dodatkowym dzieckiem w twoim życiu. No nie może! Musi być podział obowiązków, wymiana doświadczeń. Pewnie nie jestem bez winy, w końcu już tyle lat jestem niezależna, sama, nauczyłam się tak żyć, przyzwyczaiłam się…

Może nie dajesz się uwodzić? Może nie można cię poderwać?

Kiedyś za namową przyjaciółki zrobiłam test. Nie mówiłam za dużo, słuchałam, bo według jej zaleceń wówczas mężczyźni się rozluźniają i czują się mądrzejsi. To było okropne, lecz zadziałało. Ale ja nie umiem tak taktycznie działać.

To może trzeba to zagrać? Wyreżyserować się! (śmiech).

Nie potrafię grać w życiu! Agata Buzek raz powiedziała, że muszę trafić na odważnego mężczyznę, po prostu. Takiego, co to przyjdzie z walizkami, postawi je w domu i powie: „Jestem, czy cię to interesuje, czy nie. I zostaję”.

I?

Może powiedziałabym: „OK, zostań”. Gdyby się wahał, zastanawiał, to już miałabym problem. Bo co wtedy zrobić, mam go namawiać? Myślę, że każdy bardzo potrzebuje miłości.

Czym sobie rekompensujesz jej brak?

Nic jej nie zastąpi. Zawsze sobie powtarzam, że i tak mam wielkie szczęście, bo wychodzę na scenę i zdarzają się takie chwile, takie spektakle, że mam poczucie, że dzieje się coś nadzwyczajnego i ważnego, coś, co można porównać do miłości.

Ale to jednak inny rodzaj miłości.

To opowiem ci coś o tym. Gram w teatrze Polonia spektakl „Konstelacje” z Grześkiem Małeckim. Reżyser, Adam Sajnuk, tak wyreżyserował przedstawienie, że wychodzę po godzinie piętnaście całkowicie dopieszczona (śmiech).

Na scenie jesteście tylko ty i Grzegorz. Faktycznie pocałunków, przytulania, bliskości tam nie brakuje.

Jestem potem zrelaksowana, zrealizowana, poprzytulana, wycałowana, nawet pokochana. Cudowne! Ale mówiąc serio, Grzesiek jest wspaniałym aktorem i mieć go za partnera na scenie to nie tylko rozkosz, ale całkowite poczucie sensu i bezpieczeństwa. A dotyk jest bardzo ważny. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Jeśli kobieta mówi, że chce być sama, żyć bez czułości, bez dotyku, bez cielesności – to nie mówi prawdy. W każdym razie mnie ciężko jest w to uwierzyć.

Może nie każdy potrzebuje drugiego człowieka, kogoś stale obok?

Rozumiem czerpanie przyjemności z samotności, ale drugi człowiek jest potrzebny do tego, by twoja wyobraźnia i postrzeganie rzeczywistości, wrażliwość miały punkt odniesienia. Skąd można wiedzieć, gdzie jest norma, moja norma jest na przykład bardzo elastyczna (śmiech). Bliski człowiek jest potrzebny do tego, żeby swoje wrażenie zderzyć z jego wrażliwością. Żeby móc to skonfrontować, usłyszeć „A mnie się wydaje, że tak nie jest”. Bo można się w swojej wyobraźni, w swoim rozumieniu świata i życia pogubić. Zaczytuję się ostatnio w Murakamim, w jego powieściach, które są w gruncie rzeczy o samotności. Umysł i wyobraźnia w samotności nie znają granic.

Wracając do twojej przemiany. Jaką cenę zapłaciłaś za spokój, który teraz masz?

Mniej barwne życie towarzyskie. To jedyna cena. Może jeszcze czasem mam poczucie, że jestem nudna…

Żałujesz?

Chwilami. Wspominam, jak jeszcze trzy lata temu miałam wokół tłum znajomych. Tyle było śmiechu, zabawy. Wystarczyło wysłać jeden SMS i już się robiła balanga.

Czyli wychodzi na to, że bujne życie towarzyskie skończyło ci się już drugi raz. Pierwszy był chyba wtedy, gdy mając 22 lata, urodziłaś Lenę?

Tak, to było bardzo wcześnie. I chyba jednak te parę lat temu szukałam rekompensaty: po tak wczesnym macierzyństwie, ułożonym małżeńskim życiu, wciąż jeszcze młoda, musiałam się wyszumieć.

Gdy teraz patrzysz na te lata, to czujesz, że to były świadome wybory?

Nie, myślę że znów odruchowe. Nigdy nie powiem, że złe, bo moje dzieci to coś najwspanialszego, co mi się przytrafiło. Dalej, role, które grałam, ludzie, których spotkałam, decyzje, które podejmowałam spontanicznie – to było fantastyczne! I moje małżeństwo było świetne, do pewnego momentu.

Dlaczego tylko do pewnego momentu?

Bo się coś skończyło. Po prostu.

Większość z nas po rozstaniu rzuca się w wir zabawy. Słyszałam, że ty nie byłaś grzeczną dziewczynką.

Ja? Ja mam w sobie ogromną dozę szaleństwa! Przez te lata po rozstaniu dla paru chwil radości byłam w stanie wiele zaryzykować. Krótko mówiąc, jestem pierdolnięta, a jak się zakochuję, to od razu na zabój. Ale już mi przeszło. Już mam dość. Zakochana 39-letnia kobieta, która się zachowuje jak nastolatka? To jest żałosne (śmiech)!

Na brak męskiego towarzystwa ty akurat nie możesz narzekać. Mając czterech braci?

No przecież! Tak rzadko ktoś pyta o moich braci. A to dwóch synów taty i dwóch mamy. Najstarszy z nich, Yann, studiuje w filmówce, na wydziale operatorskim. Adam skończył wydział operatorski w Katowicach, ale postanowił pójść w kierunku naukowym i jest na fizyce teoretycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Max jest aktorem, właśnie miał premierę w teatrze w Hadze, studiuje w Londynie, kosmopolita. A Jędrek jest tajemnicą. Mogę tylko zdradzić, że ma głowę do interesów i duszę artysty. Wiesz, co jest najlepsze? Że to już zupełnie inne pokolenie. Te wszystkie rozstania, rozwody, ponowne małżeństwa w naszej rodzinie dla nich nie mają znaczenia, wszyscy się lubią i przyjaźnią ze sobą. I wszyscy czterej są piekielnie przystojni!

MARIA SEWERYN aktorka, reżyserka, dyrektorka Och-Teatru w Warszawie, członkini zarządu Fundacji Krystyny Jandy Na Rzecz Kultury. Ostatnio można ją zobaczyć głównie na deskach teatru, m.in. w spektaklach „Dowód”, „Konstelacje”, „Trzy siostry” czy najnowszym „Uwaga… Publiczność”. We wrześniu w Och-Teatrze będzie można zobaczyć spektakl w jej reżyserii „Stosunki prawne”. Na większym ekranie przypomniała o sobie niewielką rolą w filmie „Dzień kobiet”. Prywatnie mama Leny i Jadwigi.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze