1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Nie idźmy na alimentową wojnę

Nie idźmy na alimentową wojnę

fot.123rf
fot.123rf
Trzeba rozmawiać o pieniądzach i dokonywać precyzyjnych ustaleń, zanim wpuścimy do swojego życia prawników i sąd. Jeśli idziemy do sądu, to idziemy na wojnę. Wojna rujnuje wszystkich – mówi psychoterapeuta  Benedykt Peczko.

Ponad ćwierć miliona polskich mężczyzn uchyla się od płacenia alimentów. 50 procent kobiet i 62 procent mężczyzn twierdzi, że istnieją czynniki, które tych mężczyzn usprawiedliwiają…

…nic nie usprawiedliwia takiej postawy…

Szanowany i ceniony publicysta napisał nawet, że w czasach wojny – a takie czasy podobno teraz mamy – mężczyźni mają inne zadania, a dzieci muszą cierpieć, bo to normalne.

Ciekawe, co na to jego partnerka i rodzina?

Dlaczego mężczyźni nie wypełniają tego podstawowego obowiązku? Wiele kobiet mówi, że zajmujemy się w mediach przemocą emocjonalną, psychiczną i fizyczną wobec kobiet, a przecież  istnieje także przemoc ekonomiczna. Jeśli kobieta zostaje sama z dwójką, trójką dzieci, a były partner nie płaci alimentów, to ona doświadcza takiej właśnie przemocy.

Wielokrotnie spotykałem się z sytuacjami, w których sędziowie kobiety zasądzały alimenty w wysokości, która absolutnie przerastała możliwości mężczyzny, na przykład trzy tysiące złotych na jedno dziecko, podczas gdy zarobki mężczyzny były niewiele większe. Jeden z moich klientów wyjechał z tego powodu za granicę i słuch o nim zaginął.

Ja znam skrajnie inne przypadki. Redaktor naczelny poczytnego czasopisma zarabiający bardzo dobrze płaci niewiele na dwoje dorastających dzieci, ponieważ sędzia uznała, że skoro założył nową rodzinę, nie stać go na więcej…

Jak widać, sytuacja jest bardzo zróżnicowana, tak jak zróżnicowane są postawy mężczyzn. Wielu ojców nie zna swoich dzieci, nie uczestniczyli w ich wychowaniu, w rozwoju. Pojawia się wtedy odruch, żeby nie płacić, ponieważ nie mają kontroli, nie wiedzą, na co te pieniądze będą wydawane. Część kobiet decyduje: „Nie chcę łaski, poradzę sobie, byle tylko dał nam spokój”. Taka sytuacja rodzi dystans, oddalenie. Brak więzi z dziećmi powoduje, że mężczyźni unikają albo ograniczają przelewy pieniędzy. Próbują zatajać dochody, szukają usprawiedliwienia. Dodatkowo program 500 plus stał się kolejnym pretekstem do unikania zobowiązań finansowych. Skoro kobiety dostają zasiłek od państwa, mężczyźni czują się zwolnieni z odpowiedzialności. Co ciekawe, gdy dorastające dzieci odnajdują ojca z potrzeby serca i chciałyby nawiązać z nim więź emocjonalną, wielu ojców przyjmuje postawę obronną, zakładając, że dzieciom chodzi po prostu o kasę.

Nawet jeśli kobieta jest wściekła, unosi się dumą, stara się izolować dzieci, mężczyzna ma przecież obowiązek płacić.

Oczywiście, jako ojciec jest zobowiązany w każdych okolicznościach. Skoro nie widuje dzieci, nie ma kontaktu, to znaczy, że to on nie interesuje się, nie dąży do czuwania nad ich wychowaniem. To nie są żadne tłumaczenia, że sytuacja jest napięta, dzieci zestresowane czy nastawiane negatywnie. Jednak znaczna część mężczyzn ma potrzebę uczestniczenia w procesie rozwoju swoich dzieci. Chcą być dla nich obecni. Zazwyczaj nie unikają alimentów do czasu, gdy roszczenia partnerek nie przekraczają zdrowego rozsądku.

A kiedy przekraczają?

Zdarza się, że to kobiety zaniżają swoje dochody i żądają bardzo wysokich alimentów. Ojciec zajmuje się dzieckiem, inwestuje w jego rozwój, opłaca wakacje, ferie, kursy językowe, zajęcia ze sztuk walki, z baletu, obozy sportowe, kupuje ubrania. Ma poczucie, że wprowadza dziecko w świat, wzmacnia jego pasję, siłę. A kobieta występuje do sądu o podniesienie alimentów. Zdarza się, że ta walka przybiera kuriozalną postać, na przykład mężczyzna traci pracę, więc zwraca się do sądu o obniżenie alimentów. Kobieta po konsultacji z prawnikiem wnosi o ich podwyższenie. Sąd orzeka złoty środek – alimenty zostają na dotychczasowym poziomie. Mężczyźni boją się stałego, formalnego, wysokiego zobowiązania, ponieważ obawiają się, co będzie, gdy stracą pracę.

Przypominam, że rynek pracy dla kobiet jest jeszcze bardziej nieprzyjazny, a matki muszą sobie jakoś radzić.

Mówimy teraz o sytuacji, gdy mężczyzna naprawdę się stara, a czuje się wykorzystywany przez byłą partnerkę. Więc wszystko sprowadza się do relacji między nimi, zaufania, przejrzystości w komunikacji. Najgorzej, gdy rozstanie czy rozwód nastąpiły w wojowniczy, wrogi sposób.

Trudno o kulturę współżycia, gdy mężczyzna wielokrotnie zawiódł, zdradzał, stosował przemoc.

A więc teraz zemsta, wyrównanie rachunków? Taka postawa wprowadza mnóstwo zamieszania. Mam ciepłe uczucia dla starających się ojców i żal mi serce ściska, gdy widzę, jak trudne mają relacje z partnerkami.

Załóżmy więc, że mężczyzna pragnie uczestniczyć w życiu dzieci także finansowo. I oto stracił pracę. A kobieta nie jest – mówiąc oględnie – przyjaźnie nastawiona.

Konieczne są mediacje rodzinne, partnerskie prowadzone najpierw przez psychologów, a nie od razu prawników. Mają na celu uzgodnienie podstawowych zasad współdziałania byłych partnerów. Często spotykam się z wściekłością kobiet i frustracją ze strony mężczyzn wynikającymi z tego, że wstępnie ustalają coś bardzo ogólnie, a potem następują komplikacje. Na przykład wiadomo, że ojciec będzie przychodził dwa razy w tygodniu na spotkania z dzieckiem. No to przychodzi. Ale nie uprzedza kiedy. Kobieta ma poczucie, że on narusza jej terytorium, prywatność, nie respektuje jej odrębności i odbiera to jako formę kolejnej przemocy.

Nie wystarczy więc po prostu oddać sprawy do sądu?

Odradzałbym. Trzeba rozmawiać o pieniądzach i dokonywać precyzyjnych ustaleń, zanim wpuścimy do swojego życia prawników i sąd. Jeśli idziemy do sądu, to idziemy na wojnę. Na mediacjach para się uczy, jak dokonywać precyzyjnych uzgodnień. Spisują je, a każda ze stron dostaje egzemplarz. Te spisane umowy to rodzaj mapy, która pozwala poruszać się po nowym, trudnym terenie. Byli partnerzy dzielą się kosztami utrzymania dziecka, kosztami leczenia, wyjazdów na wakacje. Wtedy mężczyzna dokładnie wie, w co inwestuje pieniądze. To daje mu poczucie uczestniczenia, wkładu w rozwój dziecka. Z moich doświadczeń psychoterapeuty wynika, że takie mediacje świetnie się sprawdzają. Nie rozwiązują, oczywiście, wszystkich problemów, ale pozwalają lepiej sobie radzić.

Co się dzieje w systemie rodzinnym, gdy idziemy do sądu?

Jak wojna, to wojna: fałszywe zeznania, ukrywanie dochodów, donosy. Płakać się chce, gdy się o tym słyszy. Pochłaniają mnóstwo energii, która mogłaby być przeznaczona na własny rozwój, podnoszenie jakości życia. Pozornie ta wojna jest dla dobra dzieci, a potem te dzieci są ciągane po sądach. W końcu uciekają od obojga rodziców, nie chcą mieć z nimi do czynienia. Często, nie mogąc wytrzymać napięcia w rodzinie, pocieszają się alkoholem, narkotykami, w lżejszych przypadkach nie można ich oderwać od gier komputerowych czy surfowania po Internecie, nie chodzą do szkoły. Nie ma usprawiedliwienia dla wojny. Negocjacje mogą być twarde, nieprzyjemne, jednak decydując się na nie, unikamy wojny, która krzywdzi wszystkich, a najbardziej dzieci, które są rozdarte wewnętrznie, ponieważ kochają oboje rodziców. Zaślepieni rodzice tego nie widzą. Na wojnie nie ma wygranych.

Znasz mężczyzn, którzy inicjowali mediacje, negocjacje?

Oczywiście. Robili to, mimo że ich byłe partnerki miały opór, nie wierzyły w skuteczność tego typu rozwiązania. Tutaj rola mężczyzn jest bardzo duża. Załóżmy, że mężczyzna przyznaje: „Jest mi trudno, nie wiem, jak mam rozmawiać. Widzę, że wpadamy w stare koleiny, że nasze rozmowy nie prowadzą do niczego dobrego, że sami sobie nie poradzimy”. Jeśli kobieta odpowie: „Oczywiście! Sąd rozstrzygnie!”, zadaniem mężczyzny jest zaproponować: „Tak, jednak zanim trafimy do sądu, zacznijmy się porozumiewać, skorzystajmy ze wsparcia, wtedy do sądu pójdziemy lepiej przygotowani”. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że tocząc wojnę z partnerem, w dalszym ciągu podtrzymujemy z nim bardzo silną emocjonalną, choć negatywną więź. To nie jest wolność. Może minąć dziesięć lat od rozwodu, a byli partnerzy nadal trwają w emocjonalnym zakleszczeniu, chcąc nie chcąc, poświęcają drugiej stronie mnóstwo czasu, uwagi i energii.

Można sobie wyobrazić, że byli partnerzy porozumiewają się tak skutecznie, że sąd nie jest potrzebny.

Tak, jednak wiele kobiet woli mieć sądowe zabezpieczenie.

A więc idą do sądu już z konkretnym rozwiązaniem.

Tak jest najlepiej. Oszczędzamy sobie wówczas mnóstwo cierpienia.

Kiedy mediacje się udają?

Gdy obie strony przestrzegają wspólnych ustaleń i nie dopuszczają się zakulisowych posunięć, które byłyby skierowane przeciwko drugiej stronie. Warunkiem jest stałe potwierdzanie zaufania: jesteśmy partnerami, gramy fair play. Potrzebna jest przejrzystość intencji i działań, klarowność, uczciwość.

Co na to dzieci?

Dostają wzór pozytywnych zachowań. Widzą, że rodzice rozstali się, ale starają się robić dla nich razem coś dobrego. Intuicyjnie modelują ten uzdrawiający styl komunikowania się, budowania relacji. W dorosłym życiu będzie im łatwiej radzić sobie w trudnych czy konfliktowych sytuacjach.

Jakich nowych przekonań potrzebuje mężczyzna, aby dążyć do mediacji?

Porozumienie jest możliwe, tylko nie znałem dotąd właściwych sposobów”. „Są osoby, które mogą mi w tym pomóc”. „Moja była partnerka nie jest zołzą czy heterą, ma mocne strony, które kiedyś podziwiałem, a z którymi teraz mogę zbudować sojusz”. Kiedy przyjmiemy założenie, że rozwiązanie na pewno istnieje, wtedy zaczynamy myśleć, zachowywać się i działać tak, jakby to była prawda. Dostrzegamy nowe możliwości i rozwiązania.

Dane pochodzą z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Więcej o alimentach:

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"O co" rozpadają się współczesne związki?

Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
"O co" rozpadają się współczesne związki? Czego potrzeba, by nie podzielić losu rozbitków? Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Kramm.

Czy dzisiaj trudniej budować związek?
Niewątpliwie mamy do czynienia z powszechnym kryzysem relacji. Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. I to jest wyzwanie dla obydwu płci.

Niezależnie od różnic między nimi?
Owszem, może dochodzić do nieporozumień, zwłaszcza w sferze komunikacji. Mężczyźni i kobiety inaczej nazywają pewne rzeczy, inaczej też na nie reagują. Dlatego naszym podstawowym, codziennym rytuałem powinna być przestrzeń wygospodarowana dla siebie nawzajem. Mam wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości o to się właśnie rozbijamy. O brak czasu, brak możliwości codziennego spotkania chociażby na pół godziny, kiedy ty słuchasz mnie, a ja słucham ciebie. Tylko wtedy dowiemy się o sobie czegoś nawzajem, nauczymy się porozumiewać.

Niektórzy mogą zrozumieć to „bycie razem” jako kolejny punkt do wciągnięcia na listę zadań. Wtedy nie będzie to prawdziwe bycie razem. Tu bardziej chodzi o znalezienie wspólnego elementu, czegoś, co obojgu nam daje radość, przyjemność, poczucie kontaktu. Dla jednych mogą to być wspólne wyprawy na rowerze, dla innych kolacje przy świecach w drogich restauracjach, dla jeszcze innych zajmowanie się domem. Chodzi o poczucie, że wspólnie coś tworzymy, przeżywamy. I że to nas łączy.

To recepta na trwałość i niezmienność uczuć?
Tak jak my cały czas się zmieniamy, tak samo musi zmieniać się nasza relacja. Tego się jednak boimy. To niesamowite, ale nigdy z samym sobą tak się nie skonfrontujemy, jak w bliskiej relacji. Tu wychodzą wszystkie nasze niepokoje, projekcje, odzywają się lęki, jeszcze z dzieciństwa. To właśnie dziecko w nas boi się i myśli: „Kiedyś razem chodziliśmy do kina, a teraz on już nie chce, woli grać z kimś innym w tenisa. Już mnie nie kocha”. Tymczasem związek jest nieustającym zaproszeniem do przemiany, ale i dbaniem o to, by nadal istniała w nim część wspólna.

Czyli u podstawy budowania bliskości leży umiejętność otwierania się na drugą osobę. Taką, jaka ona jest. Bez iluzji.
Tak, ale mamy z tym pewien problem. W długotrwałych związkach przestajemy bowiem odbierać partnera takim, jaki jest obecnie. Zamiast tego przywiązujemy się do jego wizerunku w naszej głowie albo do tego, jaki był kilka lat temu. To uniemożliwia nam prawdziwy kontakt, a bez niego nie otworzymy się na druga osobę. W relacjach dotykamy najbardziej delikatnych obszarów naszego „ja”. Zwykle mamy tendencję, żeby ukrywać to, co w nas miękkie, wrażliwe, bezradne. Tymczasem tu tkwi nasza największa siła: siła uczuć. Zamknięci na nie jesteśmy pozornie bezpieczni, ale nie kochamy wtedy naprawdę, a związek nie przynosi spełnienia. Warto przełamać lęk przed odsłonięciem się, bo to może uzdrowić nasze relacje. Kiedy powiemy otwarcie: „Czuję, że mnie zaniedbujesz. Martwię się, że już mnie nie kochasz”, możemy usłyszeć w zamian: „Nadal mi na tobie zależy, nie masz powodów do obaw”. Wtedy komunikacja między nami będzie płynęła prosto z serca. To trudna, ale jedyna droga.

Czasochłonna?
Być może, ale nie jest to czas stracony. Musimy dbać o sferę „my”, bo bez niej nie ma relacji. Parom, które do mnie przychodzą, zadaję ćwiczenie, które wydaje się proste i banalne, ale prawie nikomu nie udaje się go wykonać. Polega ono na tym, żeby raz na tydzień przez godzinę rozmawiać ze sobą w ten sposób, że najpierw przez 10 minut jedna osoba mówi, a druga tylko słucha. Czyli nie krytykuje, nie ocenia, nie komentuje, nie radzi. I tak na przemian. To wszystko. Ćwiczenie może o połowę skrócić czas psychoterapii, ale ludzie nie są w stanie go wykonać.

Dlaczego?
Bo nie mają czasu, bo zapominają, bo są tak potwornie zmęczeni… A na najgłębszym poziomie – bo boją się, że nie będą w stanie się porozumieć.

Jak walczyć z tym lękiem?
Może zabrzmi to dziwnie, ale musimy go zaprosić, przyjąć całym sobą. Zapytać siebie: „Czego się boję? Że on mnie wyśmieje, powie, że to jest głupie, czy że nie odpowie tym samym?”. A potem powiedzieć  partnerowi: „Strasznie się boję, że mnie nie zrozumiesz. Że już ci się nie podobam”. Gdy akceptujemy siebie w całości, jesteśmy w stanie mówić otwarcie o naszych uczuciach. Praca nad związkiem to zajęcie pełnoetatowe, ale też o wiele bardziej proste niż nam się wydaje. Wystarczy tak niewiele: wysłuchać siebie, partnera, nazwać wzajemne lęki oraz potrzeby i otwarcie o nich komunikować.

  1. Kultura

Marta Frej: "Nie zgadzam się na zastaną rzeczywistość"

Marta Frej, polska malarka, ilustratorka i animatorka kulturalna, opisuje dzisiejszą rzeczywistość i swój stosunek do niej za pomocą memów.  (Fot. Marta Lityńska)
Marta Frej, polska malarka, ilustratorka i animatorka kulturalna, opisuje dzisiejszą rzeczywistość i swój stosunek do niej za pomocą memów. (Fot. Marta Lityńska)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
- Bardzo zależy mi na tym, żeby feminizm pozbawić dorobionej mu „gęby”. Chciałabym, żeby zaistniał w Polsce w mniejszych miastach i wsiach, zmienił je - mówi Marta Frej, ilustratorka i autorka memów, pokazujących kobiecą codzienność - pełną absurdów, ciągłej walki ze stereotypami i niekończącego się udowadniania swojej siły. 

Czym jest dla ciebie feminizm?
Sposobem myślenia, patrzenia na świat, odczuwania, życia, ale też radzenia sobie z trudnymi rzeczami. A mówiąc mniej prywatnie – jest to dla mnie światopogląd, według którego ludzie powinni mieć równe szanse. Jest wiele feminizmów, wiele feministek i coraz więcej feministów. Mam do tego poznawczy stosunek. Według mnie każda osoba musi sama zdefiniować sobie feminizm.

Można śmiało stwierdzić, że wprowadziłaś feminizm do polskiej popkultury.
To duże słowa, ale nie chcę tak o sobie myśleć, bo nie chciałabym, żeby woda sodowa uderzyła mi do głowy. Popkultura jest ważna, bo to bardzo dobre narzędzie kształtowania opinii i postaw. Ja cały czas żyję trochę na uboczu, nie bywam na salonach i nie jestem osobą publiczną. Zależy mi na tym, żeby nie stracić perspektywy przeciętnej kobiety, która jeździ rowerem, gada z sąsiadami i sąsiadkami, angażuje się w społeczność lokalną. Jednocześnie, bardzo zależy mi na tym, żeby feminizm pozbawić dorobionej mu „gęby”. Chciałabym, żeby zaistniał w Polsce w mniejszych miastach i wsiach, zmienił je.

Ukrywasz się za swoją twórczością?
Chyba trochę tak. To jest kwestia mojej osobowości. Poza tym, często mam nieodparte wrażenie, że osoby, które poznaję w ostatnich latach, mają jakieś konkretne wyobrażenie na mój temat i konkretne oczekiwania, wtedy dość szybko się zamykam, bo to nie jest komfortowe. Muszę nauczyć się to akceptować. Chciałabym znaleźć swój gang kobiet, stworzyć jakąś społeczność. To jest moje marzenie i mój feministyczny kawałek na teraz.

Kobiety, które podczas Strajku Kobiet niosły na transparentach twoją grafikę „Wody odeszły, rodzimy rewolucję” już należą do tego gangu.
To dla mnie największa radość, gdy to co robię, komuś służy. Gdy można to wydrukować i wynieść na ulicę jako manifest, postulat czy znak tego, co się myśli. To największa nagroda, najlepsza wystawa w najlepszej galerii świata.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Katarzyna Kasia we wstępie do najnowszego albumu z twoimi rysunkami „120 twarzy Marty Frej” zadała pytanie: „Czy jesteśmy w stanie zmienić schemat, przeprogramować system, w którym kobiety z góry są na przegranej pozycji?”. Jak myślisz?
Tak! Choć najważniejszą rzeczą, którą musimy sobie wbić do głowy jest to, że nie zrobimy tego od razu. Być może beneficjentkami i beneficjentami tej zmiany będą przyszłe pokolenia i to jest ok. Ważne, by wierzyć w tę zmianę i robić wszystko co się da, by się dokonała.

Na jakim etapie tej zmiany teraz się znajdujemy?
Mam nadzieję, że to już jest dno, od którego się odbijemy. Kobiety od stuleci walczą o swoje prawa i nieprędko pewnie przestaniemy. Toczymy tę walkę na różnych poziomach i różnymi sposobami, z różną świadomością. Ale wszystkie robimy to wiedzione naturalną potrzebą samostanowienia i wolności. Dlatego jestem spokojna, że wola zmiany w nas nie umrze.

Od początku przekazywanie treści feministycznych poprzez sztukę było twoim pomysłem na siebie?
To był przypadek. Przez długi czas płynęłam poprzez życie, ale niespecjalnie odnajdowałam się w mainstreamie. Feminizm pojawił się w moim życiu, gdy byłam w bardzo trudnej sytuacji życiowej, posypało mi się wiele rzeczy naraz. I oczywiście wzięłam to na klatę, jak typowa Polka wytresowana do tego, by obarczać się winą za wszystko. Myślałam, że to ja zawaliłam, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Skoro tyle pracy, miłości i entuzjazmu nie wystarczyło, to jak tu żyć dalej ? Skąd wziąć siły i środki? Kiedy już trochę się uspokoiłam i dostrzegłam pewne przykre wzory zachowań i mechanizmy stosunków społecznych związane z płcią, zaczęłam rysować o tym rysunki. Próbowałam to obśmiać, spojrzeć z dystansem, bo co więcej mogłam zrobić? Wtedy potwierdziły się moje przeczucia: moje przeżycia i problemy okazały się przeżyciami i problemami tysięcy kobiet. Tak narodził się mój feminizm.

Kobiety w twoich memach odnajdują siebie.
Okazało się, że ten mój przeciętny głos ma znaczenie. Ta świadomość dała mi chęć do życia, do dzielenia się swoim głosem i opowiedzenia swojej historii, a ściślej mówiąc, herstorii. To ważne, bo nie wszystkie mamy szczęście dostawać komunikat z rzeczywistości: „Halo, twoja herstoria jest ważna i ciekawa”. A każda jest ważna i ciekawa, a co najważniejsze, opowiadanie jej jest ważnym momentem terapeutycznym i emancypacyjnym.

Twoja twórczość jest formą autoterapii?
Na pewno. I być może dlatego, że wynika z przeżyć i doświadczeń, a nie z książek i abstrakcyjnego myślenia pod tytułem „będę udawać kogoś, kim nie jestem, żeby na chwilę uciec od codzienności”, prowokuje moje odbiorczynie i odbiorców do reakcji, polemik, dzielenia się własnymi opowieściami. Dzięki tysiącom komentarzy kobiet sformułowałam listę tematów, które pojawiają się jako najczęstsze problemy: umiejętność powiedzenia nie, stawianie granic, dbanie o swój dobrostan w takim samym stopniu, jak o innych, no i uwolnienie się od jarzma ciągłych ocen, od lęku przed oceną sąsiadek i sąsiadów, koleżanek i kolegów, rodziny... My, polskie kobiety, mamy bardzo niską samoocenę. Bez przerwy spotykam kobiety, które robią wspaniałe rzeczy, są mądre, odważne i pełne innych zalet, a najgorsze zdanie o nich mają one same.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Odpowiedzią na to był twój zeszłoroczny projekt „Jestem silna, bo…”.
Odkąd pamiętam zastanawiałam się kim jest „silny człowiek” - jakie ma cechy, czym się charakteryzuje? Kiedy prosiłam osoby na warsztatach, żeby zamknęły oczy i zwizualizowały sobie silnego człowieka, a potem opisały efekt, przeważająca większość zobaczyła mężczyznę. W końcu jeszcze niedawno funkcjonowało określenie „słaba płeć”... Z drugiej jednak strony, często słyszałam od facetów, że kobiety są silniejsze psychicznie. Do tego dochodzi jeszcze wiele stereotypów dotyczących tego, jak mamy się zachowywać, wyglądać. A że ja strasznie nie lubię gier, w których reguły nie są głośno nazwane i w gruncie rzeczy trzeba się domyślać, jak grać, postanowiłam poprosić kobiety, by dokończyły zdanie „Jestem silna, bo…”.

Nie obawiałaś się, że Polki będą z góry źle nastawione do zdania, które zaczyna się od takich słów?
Miałam takie podejrzenie i to się oczywiście potwierdziło, bo początek projektu był zupełnie inny niż to, co dzieje się teraz. Teraz to zdanie jest już akceptowane, nawet chętnie powtarzane. Na początku każde jego dokończenie budziło opór, zdziwienie, niechęć u dużej części odbiorczyń i odbiorców. Spotkałam się nawet z zarzutem, że promuję „kult siły”, co ma dla mnie wymiar groteski, biorąc pod uwagę, jak brzmi zakończenie większości bohaterek...

Z czasem zdanie „Jestem silna, bo…” urosło na ogromną skalę.
W krótkim czasie dostałam jakieś 2 tys. maili – wtedy zrozumiałam, jak trudne zadanie sobie stworzyłam i jak ciężko mi to będzie udźwignąć. Skala przemocy domowej, która ujawniła się w tym projekcie była przerażająca. Bo z przemocą domową to jest tak, że wszyscy o niej wiemy, wszyscy o niej mówimy, ale nie do końca zdajemy sobie z niej sprawę. A gdy dostaje się maila od kobiety, która ma imię i nazwisko i opisuje swoje przeżycia związane z przemocą domową, a do tego jeszcze pisze: „Jestem silna, bo…”, czyli poradziła sobie z tym wszystkim i wyszła z tego, to zupełnie zmienia się perspektywa. Wtedy dotarło do mnie, że ten projekt powinien nazywać się: „Jestem silna, pomimo że…”, bo okazało się, że największą siłę, według bohaterek tego projektu, dały im te najcięższe przeżycia, z którymi sobie poradziły.

To ćwiczenie było też ważne dlatego, że uświadomiło, że nikt nie jest silny przez cały czas. Możemy codziennie robić sobie takie ćwiczenie i pytać siebie, jak dzisiaj dokończymy to zdanie. I za każdym razem możemy kończyć je inaczej, bo to jest nasza decyzja, my decydujemy, czy to, że dziś wstałyśmy z łóżka to jest powód, dla którego możemy dziś się nazwać silną. I co z tego, że ktoś napisze: „Jesteś silna, bo wstałaś z łóżka – też mi coś”.  Tylko ja sama mogę ocenić, czy jestem silna – mogę sobie tę siłę przypisać, nazwać ją i sobie ją uświadomić oraz być z niej dumna.

Nie czułaś się trochę przytłoczona?
Trochę czułam. Teraz mam przerwę w tym projekcie, choć myślę, że do niego wrócę. To jest bardzo trudne, bo ja jestem tylko kronikarką i tak naprawdę nic nie mogę zrobić. A jednocześnie mam głębokie poczucie, że robię coś prawdziwego i potrzebnego.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Czy zaczynając spełniać się jako artystka myślałaś, że będziesz publikować swoją twórczość w Internecie?
Gdy studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi uczono mnie, że artysta – bo nie artystka, końcówki żeńskie wtedy w ogóle nie funkcjonowały – może tylko wystawiać w dużych galeriach, gdzie przychodzą ważni ludzie i jego elitarny przekaz dotrze tylko do garstki wybranych osób. Zresztą, ukończyłam szkołę imienia Władysława Strzemińskiego i wtedy nikt nie mówił o tym, że Strzemiński za żonę miał wielką artystkę Katarzynę Kobro, którą równo tłukł, a jej prace dopiero od kilku lat są doceniane. Gdybym na studiach wiedziała, że będą media społecznościowe i moi profesorowie dowiedzieliby się, że będę tam cokolwiek publikować, zostałabym wyśmiana. Dopiero gdy zrozumiałam, że nigdy nie będę wielkim „artystą” i że kompletnie w tym świecie nie umiem funkcjonować, zaczęłam publikować w mediach społecznościowych i uwolniłam się od wyobrażeń, jakim artystą powinnam być. I zostałam artystką.

Ale jednak wydałaś album z memami, czyli twórczością typowo internetową, w formie tradycyjnej. Czym jest dla ciebie ten album?
Taką nieoczekiwaną przyjemnością. Już tak przywykłam do Internetu, że onieśmiela mnie za każdym razem, gdy widzę swoje prace na papierze. Ale nie ukrywam, że to wielka przyjemność – dotykanie i posiadanie materialnego albumu ze swoimi pracami. Nawet mi się podobają te moje rysunki!

Bije z ciebie skromność, a przecież jesteś jedną z najbardziej znanych współczesnych artystek feministycznych w Polsce.
Trochę trudno mi w to uwierzyć... Jestem szczęśliwa i jest mi miło, ale z drugiej strony trochę się wstydzę i krępuje mnie, gdy ktoś tak mówi. Wiem, że to skutek polskiego wychowania, gdzie skromność jest największą cnotą dziewczynki. Walcząc z tym odpowiem: Dziękuję, miło mi to słyszeć.

„Twórczość Marty Frej jest – w najgłębszym sensie tego słowa – niepokorna” – to znowu słowa Katarzyny Kasi. Czy ty też jesteś niepokorna?
Ja po prostu nie zgadzam się na zastaną rzeczywistość, bo bardzo dużo trzeba w niej naprawić. Jestem też bardzo przekorna i jeśli słyszę, że jakaś grupa ludzi (płci męskiej) coś ustaliła dawno temu i dlatego tak trzeba postępować, i że od dziada pradziada (no bo przecież nie od baby prababy) tak było i tak jest najlepiej, to w to nie wierzę.

Polecamy: album '120 twarzy Marty Frej', Wydawnictwo RM. Polecamy: album "120 twarzy Marty Frej", Wydawnictwo RM.

  1. Psychologia

Ćwiczenia na szczęśliwy związek

Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Czy udany związek to kwestia odpowiedniego treningu? Ciekawe ćwiczenia podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju.

Gdy mija pierwsza fascynacja i zauroczenie partnerem, prędzej czy później pojawia się konflikt. Jak zauważa Bob Mandel, nauczyciel duchowy i autor książek (m.in. „Terapia otwartego serca”), większość konfliktów rozgrywa się według starych schematów, złych nawyków, mających swe korzenie w dzieciństwie, zgodnie z nabytymi wówczas i wciąż aktualnymi przekonaniami. – W kwestiach uczuć nasi rodzice z pewnością są pierwszymi modelami ról – mówi Mandel. Jego zdaniem przejawiamy skłonność do naśladowania w dorosłym życiu sposobu, w jaki zwracali się do siebie i do nas. Lub też przeciwko tym sposobom się buntujemy, co wychodzi na jedno. To bowiem, czemu najdłużej stawiamy opór, najdłużej w nas tkwi. Nie stworzysz harmonijnego związku, póki nie uwolnisz własnej psychiki od rodziców.

Bob Mandel proponuje następujące ćwiczenie (wykonuj je w trakcie czytania instrukcji, nie czytaj całości przed zakończeniem):

Ćwiczenie na rozbrajanie starych schematów

Zrób cztery odrębne listy i wymień w nich:
  1. pięć problemów w związku twoich rodziców;
  2. pięć problemów w relacji twojej matki z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  3. pięć problemów w relacji twojego ojca z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  4. pięć problemów w twoim ostatnim związku.
A teraz zwróć uwagę na powtarzające się wzorce. To, czego nie lubisz w swoim partnerze, bywa często tym, czego nie wybaczyłaś swoim rodzicom. – Podjęcie decyzji o przebaczeniu i zaniechaniu odwetu stanowi kluczowy moment przemiany – mówi Bob Mandel. Według niego decyzja dzielenia się własnym bólem, a nie złością, jest decyzją o ponownym pokochaniu drugiej osoby. Gdy skupisz się na rzeczywistości, jaką jest twoja relacja z partnerem, przestaniesz myśleć o tym, co wam zagraża. A gdy wizja rozstania pryśnie, znikną także dawne wzorce.

Ćwiczenie na porozumienie

Przebaczanie i zaniechanie odwetu to droga, którą warto iść, ale zanim stare schematy ustąpią miejsca nowym nawykom, warto nauczyć się empatycznej komunikacji w związku. Silnych emocji i zranień nie da się uniknąć, ale można o nich rozmawiać w bezpieczny i nieraniący sposób. Harville Hendrix i Helen Hunt w książce „Miłosna odnowa. Program ćwiczeń dla par” proponują stosowanie się do kilku poniższych zasad:
  1. Każde wyrażenie negatywnych emocji następuje wyłącznie po umówieniu się na rozmowę, która zostaje przeprowadzona, gdy to tylko możliwe, najlepiej natychmiast.
  2. Obie strony pozostają w pełni obecne do zakończenia rozmowy.
  3. Osoba, która opisuje zachowania, które ją denerwują u partnera, nie posługuje się wyzwiskami, nie krytykuje cech charakteru partnera lub jego punktu widzenia, skupia się jedynie na zachowaniach. Używa jak najczęściej zaimka „ja” i opisuje własne uczucia i przeżycia.
  4. Partner, do którego skierowany jest komunikat, słucha z empatią, wyobraża sobie drugą stronę jako zranione dziecko, pamięta, że jej odczucia mają swoje korzenie w dzieciństwie.
  5. Osoba, która słucha, powinna przyjąć komunikat, ale to nie znaczy, że ma na niego zareagować. Zwłaszcza że prawdopodobnie nie jest jego adresatem ani pierwotnym powodem, ale zrobiła coś, co go uruchomiło i otworzyło wcześniejsze zranienia u partnera.
  6. Podczas całej rozmowy partnerzy powinni się otaczać gestami pełnymi troski.

Ćwiczenie na własną przestrzeń

W związkach z dłuższym stażem, w których czujemy się wystarczająco bezpieczni, początkowa chęć robienia wszystkiego razem ustępuje miejsca potrzebie zadbania o własną odrębność. Chcemy poświęcać czas swojemu hobby, mieć chwilę tylko dla siebie, ulubiony fotel czy ukochany kubek na poranną kawę. Najczęściej też lubimy mieć „swoją połowę” we wspólnym małżeńskim łóżku. Bob Mandel w książce „Co dwa serca, to nie jedno” proponuje, by zamieniać się jednak od czasu do czasu miejscami. – Pary często mają olbrzymie wspólne łoże, lecz każdy z partnerów śpi tylko na swojej połowie. Może to być symboliczny przejaw separacji, gdzie jedna ze stron ma tylko 50 proc. własności. Zamiana miejsc w łóżku prowadzi do pełnego udziału w związku, jak również do przeniesienia własności na całe łóżko. Co więcej – odkryjesz, że przenikasz do snów swojego partnera, doświadczasz jego aury i seksualności, a tym samym wzmacnia się psychiczna więź między wami. To prosta gra, ale może mieć potężny skutek. Spróbuj! – pisze Mandel.

Ćwiczenie na jedność w związku

Iwona Kozak, nauczycielka ajurwedy i jogi kundalini, podkreśla, że zgodnie z najstarszą medycyną ajurwedyjską miłość nie jest romantycznym uniesieniem, lecz głębokim uczuciem duchowym, które wymaga stałej pielęgnacji, cierpliwości i prawidłowego odżywiania się. To, co jemy, robimy, myślimy – wpływa na jakość i głębię doznawanej przez nas miłości – decyduje o tym, czy jest to jedynie chwilowe doznanie, czy stan naszego istnienia. Poniżej znajdziesz ćwiczenie, które pomoże pogłębić doznanie miłości zarówno zakochanym parom, jak i tym, które zapomniały, że miłość trzeba pielęgnować:

Część pierwsza: Usiądźcie na podłodze po turecku, wasze plecy niech się dotykają. Dłonie leżą na kolanach, wnętrza dłoni dotykają kolan. Macie wyprostowane kręgosłupy i zamknięte oczy. Oddychacie przez nos. Skupcie się na oddechu, zauważając każdy wdech i wydech.

Podczas wdechu otwieracie się na miłość. Podczas wydechu uwalniacie toksyczne emocje – wybaczacie. Róbcie to od 2 do 5 minut, po czym otwórzcie oczy.

Część druga: Odwróćcie się do siebie. Nadal siedzicie po turecku, ale teraz twarzą w twarz. Wasze dłonie są na kolanach, a wnętrza dłoni są skierowane do sufitu. Oczy zamknięte. Oddychajcie cicho i spokojnie. Wypowiadajcie (w myślach, nie na głos) to, co was boli, to, co chcecie zmienić, co chcecie wybaczyć. Przeznaczcie na to 2–3 minuty.

Część trzecia: Pozostając w tej samej pozycji, otwórzcie oczy i spójrzcie na siebie. Komunikujcie wasze uczucia do siebie (nie na głos, lecz nadal w ciszy).

Choć podczas tego ćwiczenia każda para dozna czegoś innego, to wspólnym przeżyciem będzie poczucie jedności i więzi, która was łączy, która jest wartością większą niż słowa czy doznania fizyczne.

  1. Psychologia

Nie bój się mówić mężczyźnie, czego od niego chcesz

Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili. (Fot. iStock)
Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Wiadomo o kobietach, że czekają, aby ich mężczyźni domyślili się, czego one chcą. Skazują się tym samym na dramatyczne rozczarowanie. Czekają, czekają, przeważnie się nie doczekują… i zaczyna się: żal i pretensja.

Ogłupiały chłop słyszy: „Ty mnie wcale nie rozumiesz! Nie spełniasz moich potrzeb!”. A skąd on ma znać jej potrzeby? Jeszcze pół biedy, kiedy ona sama zna je jako tako. „Ale o co ci chodzi? Co ty byś chciała, żebym ja robił? Wytłumacz mi” – dopytuje, jeszcze otwarty na spełnianie życzeń ukochanej mężczyzna. „Ach tak, ty, oczywiście, nie wiesz!” – stwierdza z gryzącą ironią ona. „A skąd mam wiedzieć, jeśli ty mi nie mówisz!” – On jest coraz bardziej zły. „Wszystko mam ci mówić jak dziecku, tak? To taka sztuka pomyśleć, czego potrzebuje twoja kobieta?!” – Rozżalona partnerka czuje się coraz bardziej niekochana. Jemu opadają ręce, a ponieważ nienawidzi czuć się bezradny, dobija ją: „No nie, wy jesteście nie do wytrzymania. W ogóle nie można się z babami dogadać!”.

Uwaga na boku – zdarzają się męskie wyjątki, które same z siebie odczytują kobiece pragnienia, bo je znają: są to bracia licznych sióstr (ale ilu takich można spotkać w przyrodzie?) lub wychowani w symbiozie z matką (ale ile z nas chciałoby mieć takiego partnera?). No i jeszcze oszuści matrymonialni, którzy żyją z tej wiedzy.

No więc nadchodzą ciche dni, potem zgoda. Później on znów się czegoś nie domyśla. Nawet próbuje i się stara, ale nie trafia i po jakimś czasie (różne osobniki męskie poddają się w różnym tempie) przestaje nawet próbować. Wtedy ona, obolała od tego oczekiwania, donosi mu: „Ja już cię wcale nie obchodzę!”. A on zaczyna się zastanawiać, czy tak jest naprawdę…

Tak, tak, jest to obraz jednostronny. Świadomie dotykam tu tylko jednego kawałeczka tkającego się nieustannie gobelinu pt. „Trudne życie we dwójkę”. A propozycję rozwiązania przedstawię też tylko na przykładzie jednej, ale, sądzę, dość symptomatycznej sytuacji. Nazwijmy je „Instrukcją obsługi płaczącej kobiety”.

Nadchodzi taki dzień, że kobieta zamyka się w pokoju i znienacka zaczyna: płakać, siąpać nosem, nie słyszeć, co się do niej mówi, patrzeć nieprzytomnie (niepotrzebne skreślić). On, zaniepokojony, pyta: „Czy to przeze mnie?”. Ona fuka: „Mam swoje sprawy”. On, z ulgą, że to nie o niego chodzi, wkracza w rolę doradcy: dopytuje, zbiera dane, wyciąga wnioski, co ona ma z tym zrobić, i na koniec zadowolony, że rozwiązał jej problem, oświadcza: „No już, już się nie przejmuj. Nie ma powodu”. Czeka na pochwałę, a tu baba w bek. „No nie, znowu?! Ja już nic nie rozumiem”. I to jest właśnie prawda.

Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili, mniej więcej tak:

Mój kochany, chcę cię poprosić o coś, co będzie dla ciebie łatwe, a dla mnie ważne i miłe. Powiem ci, jak potrzebuję być przez ciebie traktowana, kiedy płaczę. Otóż chcę móc wtedy złożyć główkę na twoim męskim ramieniu i chlipać bez żadnych rad ani pytań z twojej strony. „Jak to bez rad i pytań?!” – zapyta on wtedy. (Mój spytał). – „Przecież chcę wiedzieć, co się dzieje!” To ja ci potem opowiem, jak mi już przejdzie albo jak załatwię sprawę. Ja chcę się przy tobie móc tylko wypłakać. Czuć się wtedy zaopiekowana, a nie wypytywana. Nie musisz się wcale skupiać na powodach mojego stanu. Możesz myśleć, o czym chcesz, nawet o meczu, byłeś mnie mocno objął i może trochę pogłaskał. „Naprawdę?!” – zdumiał się mój mężczyzna. – „Ja ci się zawsze staram pomóc!” Ale ja jestem duża dziewczynka, jeśli chodzi o radzenie sobie, ja tylko chcę się poczuć małą dziewczynką, która ma się komu wypłakać.

A jak już ucichnę, to jeszcze mógłbyś zapytać czule: „Może jeszcze trochę zostało?”, i poczekać, aż powiem: „Już”.

„I to wszystko?!” – on ma okrągłe oczy ze zdziwienia. Tak, kochanie, to wszystko, a ja będę ci bardzo wdzięczna i zachwycona, że mam takiego kochanego mężczyznę, opokę. „Ja będę mógł myśleć o meczu, a ty mną będziesz zachwycona?!” Dokładnie tak, tylko mnie słodko obejmuj. „Kochanie, masz to u mnie od dziś”. A po chwili: „A gdy będziesz płakała przeze mnie?” – zapyta przytomnie. A to już będzie całkiem inna historia.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Styl Życia

Miejsce kobiet jest na szczycie. Historia polskich taterniczek

Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Taterniczki - kobiety i dziewczyny, które szły w górę niezależnie od wszystkiego. Twarde charaktery i pilne kursantki, subtelne sportsmenki i muskularne wspinaczki. Dostosowują się do zmaskulinizowanego sportu i walczą o kobiecy styl uprawiania tej dyscypliny. Oto ich historia podboju Tatr.

Fragmenty pochodzą z książki "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" Agaty Komosy-Styczeń, wydawnictwo Prószyński i S-ka, premiera 13 kwietnia

Podobno gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Ale kobiety nie potrzebują szatańskich podszeptów, by iść tam, gdzie nawet czortowi się nie chce. Siła nieczysta musi jednak widzieć w kobiecie te cechy, które predysponują ją do dokonywania niemożliwego. Cechy powszechnie uznawane za męskie, przynależne płciowo, w praktyce często okazują się domeną kobiet. Twardość, zdecydowanie, siła psychiczna.

Tatry są zupełnie inne od reszty polskich gór. Tamte miękko wybrzuszone, bez wyraźnie zaznaczonych szczytów, te spienione na wierzchołkach, ostre, budzące respekt, strach. Co skłoniło ludzi do próby zmierzenia się z ich graniami? Na początku, jak to zwykle bywa, potrzeba – w Tatrach w coraz to wyższe partie gór zapuszczali się kłusownicy. Jednak wraz z epoką romantyzmu na podhalańskie ścieżki zaczęli wchodzić turyści, po prostu, bez celu, dla wzbogacenia ducha o niezwykłe przeżycia. Z czasem turystyka górska nabrała bardziej sportowego charakteru, potem była obowiązkowym krokiem do gór wyższych. Dziś Tatry są dla wspinaczy także źródłem dochodów. Kiedyś dzikie i niedostępne, dziś zatłoczone, przeładowane, głośne.

Zdobycie Tatr przez kobiety to inna historia niż męski podbój tych gór. To truizm, ale bardzo smutny – kobiety poza wysokością, ekspozycją i zmęczeniem mierzyły się z nieprzychylnością panów, z atmosferą nieprzyjazną damskim wyczynom, z rolą kulturową, jaką się przypisuje kobietom.

Pierwsze potykały się o własne powłóczyste suknie i sarkastyczne docinki towarzyszy. Te późniejsze już w wygodniejszych pumpach czy nawet softshellowych spodniach wciąż mierzyły się z dyskryminacją.

Dlaczego taterniczki, a nie po prostu taternicy? Po co dzielić, kiedy można komplementarnie zebrać doświadczenia górskie wspinaczek i wspinaczy. Bo brakuje kobiecych narracji, a te są inne niż męskie. Bo wciąż jest nas w górach mało, zbyt mało, byśmy mogły opowiedzieć własną historię. Nie będzie ona lepsza ani gorsza od męskiej. Będzie inna. Nasza. Czy warto tak dzielić opowieści? Na jej męską część i herstorię? Tak. Bo nie ma obiektywnej, bezpłciowej narracji. A zazwyczaj to, co uważamy za obiektywne i obowiązujące, jest właśnie opowieścią mężczyzn – to oni mieli przez długi czas dostęp do nauki, to oni opowiadali przez książki i podania, to ich słowa wykształciły nam obraz rzeczy, zjawisk, ciągów przyczynowo-skutkowych. Dlatego dziś tak ważny jest powrót do głosów żeńskich, które opowiedzą po swojemu. A my, kobiety, nie dbałyśmy o swoje historie – duża część przedwojennych taterniczek nie pilnowała nawet, by ich wyczyny były odnotowane w annałach. To pachnie próżnością, a z tą cechą damie nie do twarzy. Także dziś, rozmawiając z wybitnymi wspinaczkami, często na początku słyszałam powątpiewanie – ale czy ja na pewno nadaję się do tego, by o mnie pisać. Wzdrygały się na określenia „kariera”, „sukces”. Część nie dała się namówić na rozmowę – niektóre nie chcą już wracać do górskiej przeszłości, od jednej usłyszałam, że kiedyś nie epatowało się tak własnymi osiągnięciami. Dziewczyny po prostu robią swoje.

Ale przecież „Nie możesz być tym, czego nie widzisz”. Do niedawna nie widziałyśmy kobiet liderek, bohaterek, strateżek, przywódczyń – co wcale nie znaczy, że ich nie było. Były, tylko nie znaliśmy ich historii. Świadectwa kobiet są niezwykle ważne, bo dopiero kiedy widzimy, że ktoś wszedł na szczyt, odebrał Nobla, przebiegł maraton, a nawet został komiksową superbohaterką, możemy zacząć marzyć, by stać się kimś takim. Każda mała dziewczynka, która zapragnie pójść tropem jednej wielkiej kobiety, to niebywały sukces i krok naprzód.

[...]

Tatrzańskie orlice

Marzena i Lida – dwie siostry, które swoją krótką, choć intensywną karierą taterniczą zdążyły mocno namieszać w środowisku taterniczym, wśród artystów i emancypantek. Siostry urodziły się w Zakopanem i były wychowywane wraz z bratem przez matkę, która wcześnie owdowiała. Obydwie od dzieciństwa chodziły po górach, ale prawdziwe wspinanie i rozwiązywanie taternickich problemów zaczęło się dla nich w 1928 roku. Dużo bardziej zawzięta była Marzena, ona szła w góry z misją. Poza tym, że chodziła, to działała i publikowała. Nie podobała się jej dyskusja o tym, czy kobiety powinny samodzielnie się wspinać.

– Bezdyskusyjnie momentem, który rozpoczął tę kobiecą przygodę z taternictwem na poważnie, są lata dwudzieste, kiedy pojawiają się siostry Skotnicówny. Oczywiście po drodze były turystki, które bardzo starały się dotrzymać kroku mężczyznom w górach. Tu warto wymienić Adę Rainal-Loriową, żonę strażnika i współzałożyciela TOPR-u Leona Lorii. Ada dotrzymywała mu kroku na najtrudniejszych wycieczkach, zarówno letnich, jak i zimowych. Później Julia Zembatowa. To była narciarka, która też chodziła na wspinaczki. I Dłuska, która niestety miała wypadek w Dolinie Strążyskiej, bo spadła i to spowodowało kalectwo. Ale to nie zamknęło drogi kobietom. Właśnie w latach dwudziestych trudne wspinaczki rozpoczęły siostry Skotnicówny. W 1929 roku Bronek Czech, Wiesław Stanisławski i Lida Skotnicówna przeszli drogę skrajnie trudną, czyli wejście północną ścianą, od Morskiego Oka na Żabiego Konia. Do dzisiaj jest to trudna droga. Jest ślisko, stromo, krucho. Inicjatorem był Bronek, a Wiesław wziął Lidę ze sobą na wspinaczkę, bo to była jego sympatia – mówi Wojciech Szatkowski.

Dzięki dziennikom wypraw obu sióstr widać, że już sezon 1928 był bardzo aktywny. Weszły między innymi z Wiesławem Stanisławskim na wschodnią grań Niebieskiej Turni i zjazd na Niebieską Przełęcz. Następnego dnia Marzena wspięła się znowu ze Stanisławskim bardzo trudną północną ścianą Żabiej Turni Mięguszowieckiej.

Przejścia kobiece Marzeny (poza tymi, które robiła z siostrą w 1928) to głównie 1929 rok. Chodziła z Lidą i inną aktywną taterniczką tamtego okresu, Zofią Galicówną. Zdobyły grań Orlej Baszty i północno-zachodnią ścianę Kozich Czub. Lida także znalazła inną partnerkę, Marię Perlberżankę, z którą zdobyła między innymi wschodnią ścianę Kościelca.

Marzena w zespole mieszanym ze Stanisławskim robiła drogi, które zostały sklasyfikowane jako skrajnie trudne. Jeden z wariantów takiego wejścia zostanie nazwany jej imieniem. Dziewczyny nie próżnowały i dzień w dzień zdobywały szlaki.

Były bardzo popularne. Marzena to podobno wielka miłość poety Juliana Przybosia. W domu Skotnicówien odbywały się narady, dokąd teraz iść, z jaką ścianą się mierzyć. Matka dziewczyn nie do końca wiedziała, na czym polegała aktywność jej córek, była jednak spokojna, bo w przygotowaniach do wypraw często brali udział doświadczeni taternicy.

Pod koniec sezonu 1929 Marzena napisała list do Roguskiej-Cybulskiej. Chciała założyć stowarzyszenie kobiet taterniczek, marzyło jej się wzajemne wsparcie, wymiana doświadczeń międzypokoleniowych. Miała dość tego, że w związkach sportowych w dyskusjach o wspinaczce wypowiadali się przede wszystkim mężczyźni. Tak jak to było w opisywanej już dyskusji Jana Alfreda Szczepańskiego ze Stanisławem Krystynem Zarembą – o tym, czy kobiety powinny być na szlakach i czy mają do tego wystarczające predyspozycje, rozmawiało dwóch panów. Starsza Skotnicówna nie godziła się na to – sama nie czuła się gorsza i nie widziała powodów, żeby tak ją traktowano.

Marzena uważała, że urodziła się co najmniej sto lat za wcześnie. Ówczesny patriotyzm nazywała szowinizmem. Przyjaźniła się z Marią Wardasówną, pionierką lotnictwa kobiet, pisarką i feministką (także podjęła próbę taterniczą, a partnerowała jej Jadwiga Pierzchalanka). Chodziła z Wardasówną do szkoły w Cieszynie. Tam została wysłana przez matkę, po interwencji Józefa Oppenheima, ratownika TOPR-u. Uważał on, że oddzielenie Marzeny od Tatr na jakiś czas dobrze jej zrobi.

Wspinaczki młodych dziewcząt (chodziły już w góry, gdy młodsza miała lat czternaście, a starsza szesnaście) budziły wśród starszych, prócz podziwu, wiele wątpliwości i zastrzeżeń. Oppenheim, który nigdy nie wtrącał się do takich spraw, tym razem uznał za stosowne rozmówić się z matką młodych taterniczek. Wychodził z założenia, że (…) drobiazg może spowodować katastrofę – czytamy w książce "W stronę Pysznej" Stanisława Zielińskiego. Jednak Marzena zwykła mawiać: „Tatry są mną, a ja jestem nimi”, i nic nie wskazywało na to, że nawet najdłuższa rozłąka z ostrymi graniami zmniejszy jej uczucie do wspinaczki.

Porywała sobą. Miała jakiś szczególny magnetyzm, który stale przybierał na sile... Jednak ten żywiołowy temperament Skotnicówny nie potrafił odnaleźć się w ustabilizowanym życiu. Ją pociągał żywioł, ryzyko, niebezpieczeństwo... Dlatego planowała nowe pionierskie przejścia w Tatrach i żyła tym na co dzień – tak o Marzenie pisała w „Taterniku” Mariola Bogumiła Bednarz.

Lida była mniej wyrazista niż starsza siostra. Nie brylowała na salonach, mimo że ciekawa, inteligentna, w towarzystwie była milcząca i wycofana. Jednak w górach przechodziła całkowitą metamorfozę i zmieniała się w radosną, pogodną dziewczynę. Podobno wspinała się lepiej od Marzeny, co zresztą Marzena w swoich dziennikach przyznaje.

Szóstego października 1929 roku Marzena i Lida szły po historyczny wyczyn. Zamierzały w kobiecym składzie zdobyć południową ścianę Zamarłej Turni. To miejsce owiane złą legendą, określane jako ucieleśnienie (a dokładniej „uskalnienie”) szatana. Wydarza się tragedia.

Księga wypraw ratunkowych Mariusza Zaruskiego i Józefa Oppenheima tak odnotowuje ten wypadek: Lida Skotnicówna, wspinając się południową ścianą Zam. Turni, odpadła od skały w kominie poniżej II trawersu, pociągając za sobą asekurującą siostrę Marzenę.

Z kolei Michał Jagiełło w Wołaniu w górach relacjonuje: Stało się to na oczach kolegów, wybitnych wspinaczy – B. Czecha i J. Ustupskiego – bezsilnych świadków dramatu. Lida odpadła od ściany pierwsza. Wiadomo, że zderzyły się głowami w locie. Zginęły tragicznie.

– Dziewczyny uwzięły się na Zamarłą Turnię. I pewnie udałoby się im, gdyby nie zawiódł karabinek. Prawidłowo założony karabinek nie powinien się rozgiąć. Ich wypadek spowodował straszną traumę w środowisku. Skotnicówny wspinały się bardzo szybko, podobno w trakcie feralnej próby dotarły do innego wspinacza i Lida go jeszcze poczęstowała cukierkami. On wspinał się z Bronkiem Czechem. Kluczowe trudności na Zamarłej są wyżej. Przynajmniej wtedy, na klasycznej drodze Henryka Bednarskiego. Lida doszła do słynnego miejsca, gdzie jest lekka przewieszka, i nie dała rady – odpadła, pociągnęła za sobą siostrę. Ta nie była tak mocna, by utrzymać takie szarpnięcie. Było ono tak potężne, że wyrwało karabinek, który się rozgiął, i dziewczyny zginęły. Józef Oppenheim, naczelnik TOPR-u, miał bardzo niewdzięczną rolę, musiał ich matce przekazać informację o śmierci córek. Po tym wydarzeniu ściana Zamarłej obrosła w legendę jako dzika droga, która zabija. Tym bardziej że wcześniej i później były kolejne wypadki. Zginął Szczuka, Leporowski na filarze Koziego Wierchu. W muzeum mamy straszną fotografię, jak Skotnicówny leżą na ziemi związane liną. Ktoś im wtedy zrobił zdjęcie. Obydwie były śliczne, miały niebywały talent – opowiada Wojciech Szatkowski.

Śmierć Skotnicówien to woda na młyn dla publicystów – zwłaszcza tych, którzy uważają, że samodzielne kobiece taternictwo jest bezsensowną brawurą. Siostry stają się pięknym symbolem niepowetowanej straty, przedwczesnej śmierci, która wcale nie musiała nastąpić. Młode, piękne, kruche – powstają o nich wiersze i powieści. Z aktywnych i silnych taterniczek na powrót wróciły tam, gdzie wciąż kobieta wyglądała lepiej – do roli kruchej i pięknej kobiety. Publicyści zaś dają ujście swoim poglądom na łamach prasy. Jadwiga Roguska-Cybulska pisze odezwę "Do młodych taterniczek", Roman Kordys w „Taterniku” z 1929 roku nie przebiera w słowach: Kobieta – która o ile nie jest weiningerowskim typem męskim, czy półmęskim, odzianym przez niezbadaną tajemnicę Stwórcy w ciało niewieście – nie ma nic do powiedzenia w taternictwie i nigdy „rasowym” taternikiem nie będzie, tak jak nie może być myślicielem, wodzem czy wynalazcą, ale która, jak nikt inny na świecie, odczuwa i chłonie przepotężny urok męskiego czynu.

Z kolei Wanda Gentil-Tippenhauer, malarka i znawczyni Tatr, w swoim niewydanym maszynopisie SOS w Tatrach formułuje bardzo mocne osądy: Śmierć młodziutkich Skotnicówien przy próbie przejścia południowej ściany Zamarłej Turni była tragicznym następstwem tych niewczesnych kobiecych ambicji, podsycanych przez najmłodszych taterników.

Rok po wypadku odnalazły się na ścianie lina i rozgięty karabinek. Obydwie siostry zawiódł wadliwy sprzęt, nie brak umiejętności.

Skotnicówny zostawiły po sobie wyrwę, którą próbowali zapełnić pisarze i poeci. Julian Przyboś, którego uczucie do 10 lat młodszej uczennicy Marzeny Skotnicówny wywołało ogromny skandal obyczajowy, nie był w stanie napisać nic przez rok od wypadku na Zamarłej Turni. Opłakał swoją miłość w wierszu Z Tatr.

Ten świat, wzburzony przestraszonym spojrzeniem, uciszę, lecz – Nie pomieszczę twojej śmierci w granitowej trumnie Tatr. To zgrzyt czekana, okrzesany z echa, to tylko cały twój świat skurczony w mojej garści na obrywie głazu; to – gwałtownym uderzeniem serca powalony szczyt. Na rozpacz – jakże go mało! A groza – wygórowana! Jak lekko turnię zawisłą na rękach utrzymać. i nie paść, gdy w oczach przewraca się obnażona ziemia do góry dnem krajobrazu, niebo strącając w przepaść! Jak cicho w zatrzaśniętej pięści pochować Zamarłą.
 

Agata Komosa-Styczeń, 'Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie', wydawnictwo Prószyński i S-ka. Agata Komosa-Styczeń, "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie", wydawnictwo Prószyński i S-ka.