1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Agnieszka Glińska: "Moje dzieci mnie ukształtowały"

Agnieszka Glińska: "Moje dzieci mnie ukształtowały"

Agnieszka Glińska z dziećmi. Choć Franka i Janinę dzieli 9 lat różnicy, mają znakomite relacje. (Fot. Szymon Szcześniak)
Agnieszka Glińska z dziećmi. Choć Franka i Janinę dzieli 9 lat różnicy, mają znakomite relacje. (Fot. Szymon Szcześniak)
Myślę, że dzięki nim nie zapomniałam siebie w ich wieku, dzięki córce i synowi doskonale pamiętam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto – mówi Agnieszka Glińska, reżyserka, mama 25-letniego Franka i 16-letniej Janiny.

Nigdy nie projektowałam, kim będą moje dzieci, choć mam świadomość, jak to, co robię zawodowo, naznacza najbliższych. Nigdy ich nie izolowałam od swojej pracy, chyba nie umiałabym, lubię się z nimi dzielić. Franek jako dziecko był bardziej wessany w ten świat niż Janina. Gdy był mały, wędrowałam z nim po teatrach po całej Polsce. Pierwszy raz wyruszyliśmy razem, jak nie miał jeszcze dwóch latek. Dostosowywał się do okoliczności, mógł spać w każdych warunkach, znosił dzielnie pobudki o świcie i wyjazdy. Był takim dzieckiem ciągle w drodze. To, rzecz jasna, ustało, gdy rozpoczął naukę szkolną, ale dalej chętnie przychodził na próby do teatru. Bardzo ciekawiło go to, co robię, lubił też chodzić ze mną na zajęcia ze studentami. Zna teatr na wylot i od podszewki. Na ósme urodziny kupiliśmy mu małą kamerę, na takie małe kasetki. Dostał kompletnego bzika na jej punkcie, kręcił wszystko, wymyślał scenki, a jak urodziła się Janka, to kręcił ją. W latach 90. robiłam bardzo dużo teatrów telewizji dla dzieci, a Franek był ich pierwszym widzem i krytykiem. Bardzo od zawsze ufam w jego gust. Jako sześciolatek zagrał maleńki epizod w „Bankructwie małego Dżeka”, świetnie, z wielkim talentem. Potem spędził kilka lat na planie serialu, poznał, czym jest ten zawód. Na początku granie sprawiało mu wielką frajdę, a potem się znudził, chodził na plan tylko dlatego, że operator pozwolił mu siadać za kamerą. Dziś Franek jest dla mnie autorytetem i imponuje mi jego kreatywność. Często się go radzę i nadal lubię, kiedy zagląda do mnie na próby. Zawsze coś ciekawego zauważy, zainspiruje, podpowie, doda od siebie.

One maja głos

Na Jankę chyba aż tak nie wpłynęłam. Zawsze bardziej od moich interesowały ją jej własne sprawy i to jest super. Oboje mają taką przypadłość, że bardzo dużo ich interesuje, w wielu dziedzinach są nieźli, w związku z tym wybór jest trudny. Janka jest uzdolniona plastycznie, przez kilka lat miała inspirujące lekcje rysunku. Zajmuje się też fotografią, robi analogowe zdjęcia i bardzo dobrze jej to wychodzi. Grała na skrzypcach w szkole muzycznej przez kilka lat, ma świetny słuch, pięknie śpiewa. Jest niesamowicie kreatywna. Nie wiem, co będzie robiła w przyszłości. Bardzo mnie ciekawi, gdzie ją poniesie. Wychowywałam ich trochę inaczej. Oczywiście, są elementy wspólne, ale jest dużo różnic. Myślę, że Franek został dość mocno naznaczony moją kondycją. Jak się urodził, miałam 25 lat, ale to nie wiek zaważył na tej kondycji, po prostu byłam wtedy bardzo smutnym człowiekiem, zalęknionym, spiętym. Udawało mi się wychodzić z tego stanu w pracy, ale w życiu codziennym byłam bardzo obciążająca dla wszystkich. Jako matka nie czułam granicy między sobą a dzieckiem. Żyłam Franka emocjami, on żył moimi. To była symbiotyczna, ale bardzo złożona relacja, jej resztki w dalszym ciągu w nas tkwią. Oboje podjęliśmy jednak trud, żeby to zmienić. Przeszliśmy bardzo ważny moment odcięcia pępowiny na progu jego dorosłości. Wcześniej nie umiałam inaczej, myślałam, że tak ma być, że macierzyństwo przeżywa się totalnie. Miałam przy tym dużo wyrozumiałości, dialogowałam po partnersku. Emocjonalnie jednak sobie nie radziłam. Bardzo nie chciałam wychowywać tak, jak sama byłam wychowywana, czyli w rytmie granic i zasad, jakie wtedy obowiązywały, na przykład, że dzieci nie mają głosu, że powinny być posłuszne. Instynktownie chciałam inaczej – żeby wytworzyła się między nami mocna więź. Bardzo źle reagowałam na wszystkie uwagi krytyczne co do mojego sposobu wychowania Franka, szukałam swojej ścieżki w tym budowaniu relacji matka – syn. Teraz wiem, że wyszło z tego dla niego dużo dobrego, ale też dużo trudnego, z czym musi sam się pozmagać, porozliczać się ze mną w sobie. Myślę, że wyrósł na niezwykle prawego, szczerego i otwartego człowieka, ma taką czystość wobec samego siebie, nie ściemnia, nie udaje, nie gra, jest sobą. Cieszę się z jego samodzielności, samosterowności, kreatywności.

Cały czas się od nich uczę

Janka urodziła się dziewięć lat później. Wtedy wydawało mi się, że fakt, iż jest dziewczynką, sprawi, że będę coś lepiej wiedziała. Bzdura. Jak urodził się Franek, nic nie wiedziałam o chłopcach i ta niewiedza akurat wyszła mu na dobre, bo on nie ma problemu ze swoją wrażliwością i uczuciowością, co uważam za jego wielką siłę. I wiem, że to nie płeć była powodem, dla którego ich dzieciństwo wyglądało inaczej. Nie różnicowałam swojego podejścia do dzieci na chłopca i dziewczynkę, bo wiem zbyt dobrze, jak wiele lat ja sama musiałam zmagać się z wkodowanym kulturowo wizerunkiem grzecznej dziewczynki, dygać, uśmiechać się przepraszająco i uznawać pierwszeństwo czyichś racji nad swoimi. I mocować się z tym, czego mi jako dziewczynie nie wolno. Janka pojawiła się jak przybysz z kosmosu i z miejsca wszyscy zaczęliśmy uczyć się od nowa, jak żyć. Od początku, nie wiem skąd, genialnie umiała stawiać granice, jasno komunikowała, co tak, co nie. W związku z tym naturalnie zaczęliśmy te jej granice szanować. Do tej pory mamy wspaniały układ, polegający na tym, że jak dochodzi między nami do spięć czy konfliktów, to chwilę później je sobie analizujemy, czyli wyjaśniamy, o co której chodziło i dlaczego do tego doszło, czasem robimy to na wesoło, łapiąc dystans do siebie samych.

Na każdym kroku powtarzam, że najwięcej nauczyłam się od moich dzieci. Od Franka – ponieważ byłam wtedy mentalnie stara – nauczyłam się postrzegania świata dziecięcą wrażliwością i nieskażoną, nieobarczoną lękami wyobraźnią. Potem jako nastolatek wtajemniczał mnie w swój świat i żeby za nim nadążać i mieć o czym z nim rozmawiać, musiałam pootwierać sobie różne klapki i wejść w przestrzeń jego zainteresowań. A przy tym nie udawać, że mnie to ciekawi, bo wiedziałam, że wykryje każdą ściemę. Mieliśmy taką umowę, że chodzimy razem do kina i że raz on wybiera film, raz ja. To było bardzo ciekawe, bo on przymuszał się do takich filmów, których by sam nie wybrał, a ja z kolei do takich, na jakie bym w życiu nie poszła. I sobie o nich gadaliśmy. Uświadomił mi, że fajnie jest cieszyć się życiem. Jednak między uświadomieniem sobie tej prawdy a tym, żeby w ten sposób żyć, jest daleka i trudna droga. Myślę, że nie do końca udało mi się wtedy na nią wejść, ale dzięki niemu wiem, że istnieje.

Janka otworzyła we mnie jeszcze inne rejony. Przeszłyśmy razem przez naprawdę wspaniałe doświadczenie, jakim była „Pippi Pończoszanka”, którą reżyserowałam w Teatrze Dramatycznym. Janka miała wtedy cztery lata, zrobiłam ten spektakl, bo mnie do niego zainspirowała. Uczyniłam to też dla niej – żeby wiedziała, gdzie mama chodzi do pracy i co robi. Przedstawienie było grane kilka lat, potem zniknęło z afisza, aż przyszedł moment, kiedy zadzwonił do mnie nowy wtedy dyrektor Dramatycznego, że chciałby zrobić uroczyste pożegnanie z tytułem, trzy ostatnie spektakle „Pippi...”. Przed tym już naprawdę ostatnim zadzwoniłam do Janki z pytaniem, czy się na niego wybiera. Wiedziałam bowiem, jak ważny był dla niej ten spektakl, w którym tata Pippi to jej tata – bo Krzysztof grał w tym spektaklu Tatę Pirata, co było dla niej elementem identyfikacji. Pytam: „Za godzinę zaczynamy, przyjdziesz?”. A ona na to: „Nie, mamo, przemyślałam i doszłam do wniosku, że nie mam w sobie miejsca na te emocje”. Zatkało mnie. Zrozumiałam, jak bardzo świadoma jest swoich uczuć, nie chce narażać się na takie przeżycia, bo czuje, że dużo by ją kosztowały. Więc podjęła trudną decyzję. Cały czas się od niej uczę tego, żeby stać za sobą. Janka ma wielkie wsparcie w swoim tacie. Razem umacniamy ją w tym, żeby traktowała stanie za sobą jako najważniejszą wartość. Oczywiście, że nie jest wolna od niepewności, lęków, stresów, napięć, ale jej świadomość siebie i swoich emocji jest czymś niebywałym. Większość z nas wierzy, że samotność skazuje nas na gorsze życie, ale czy tak jest naprawdę?

Agnieszka Glińska podkreśla, że dzięki dzieciom nie zapomniała siebie w ich wieku. (Fot. Szymon Szcześniak)Agnieszka Glińska podkreśla, że dzięki dzieciom nie zapomniała siebie w ich wieku. (Fot. Szymon Szcześniak)

Nie ingeruję w ich miłość

Dorastanie dzieci to niełatwy temat, myślę jednak, że go zdemonizowałam. Jak patrzę na dorastanie Franka z perspektywy czasu, to widzę, że nie było to takie straszne: ani on nie był taki okropny, ani ja taka beznadziejna. Daliśmy radę. Trochę histeryzowałam, krzyczałam, trochę mnie śmieszyły jego wybryki. Bywały też poważniejsze problemy. W klasie maturalnej z powodu opuszczonych godzin i różnych jego zaniedbań istniało zagrożenie, że nie będzie dopuszczony do matury. Nie umiałam znaleźć równowagi między przestrzenią wolności jego wyborów a przymusem. Brakowało mi argumentów. Wtedy jego tata wziął sprawy w swoje ręce, zabrał Franka do siebie i pomógł mu się zmobilizować. A mnie ten moment ostatecznie wyleczył z bycia zosią samosią i z poczucia, że muszę wszystkiemu podołać sama.

Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto. Wręcz przeciwnie – wydaje mi się, że przeszli przez dojrzewanie suchą nóżką, choć wszystkiego na pewno nie wiem, a nawet nie chcę wiedzieć. Oczywiście, że boję się o ich bezpieczeństwo, o ich zdrowie, o zagrożenia, jakie zafunduje im współczesny świat, o wiele innych rzeczy. W ogóle się o nich boję, to jasne. Od niedawna rozumiem, jak swoim lękiem ich obciążam, więc się powściągam. Czasem wychodzi to groteskowo. Strasznie się denerwuję, kiedy Janka nie odzywa się przez długi czas, nie odbiera telefonu. Próbujemy negocjować godzinę powrotu do domu czy uczestnictwo w różnych imprezach. Przedstawiam jej swoje racje, ona mnie swoje. Rysujemy drzewko decyzyjne, którego mnie nauczyła. To znaczy rozpisujemy wszystkie za i przeciw i omawiamy każdą sprawę. I jak ona zrozumie moje argumenty, to je przyjmuje, nie upiera się, ale też bardzo często mnie przekonuje i wtedy ja przyjmuję jej argumenty. Janka ma wyraziste, silne poglądy. Od zawsze wykazuje ogromną wrażliwość społeczną, troskę o słabszych i nieuprzywilejowanych, udziela się w różnych akcjach, chodzi na protesty i parady, działa teraz przy tworzeniu młodzieżowego strajku klimatycznego. Dużą rolę w jej obecnym świecie odgrywa liceum, do którego chodzi, gdzie kładzie się duży nacisk na edukację obywatelską. Janka ma swoją ocenę zdarzeń. Pokazałam jej kiedyś śmieszny filmik, a ona bardzo jasno stwierdziła: „To nie jest śmieszne, to poniża tę osobę”. I miała rację.

Nigdy nie zajmowałam się ich miłościami, to ich życie, wiem tyle, ile chcą mi powiedzieć. Cieszę się, jak dzielą się ze mną swoimi przeżyciami, ale nie ingeruję, nie dopytuję i nie wtrącam się. Lubiłam i lubię, jak zapraszają znajomych i przyjaciół do domu, w ogóle strasznie lubię tych ich kolegów i koleżanki z najbliższego kręgu. Nawet spora taka grupa była na przyjęciu z okazji moich 50. urodzin, to było bardzo wzruszające. A edukacja seksualna? Odpowiadałam z poczuciem misji na ich pytania typu „skąd się biorą dzieci?”, a pojawiały się u obojga dość wcześnie. Gadaliśmy wtedy, gdy mieli potrzebę, o wszystkim, co ich interesowało, i tyle. Raczej nie ma u nas tematów tabu. Bardzo cieszę się z tego, że Franek ma dobrą relację ze swoim tatą, wypracowali to wspólnie, mądrze i dojrzale. On nie zostawia niezałatwionych spraw, zawieszonych napięć, ma potrzebę ich wyjaśniania. Z jego tatą rozstaliśmy się, gdy Franek miał pięć lat. Przez kilka lat spędzaliśmy życie tylko we dwoje. Bardzo dużo wtedy od siebie wymagałam i oczekiwałam. Chciałam być jednocześnie matką i ojcem. A ponieważ nie radziłam sobie z własnymi emocjami, to łatwo nie było i fundowałam nam rollercoaster. Nie kryję przed dziećmi, że od wielu lat chodzę na psychoterapię. Myślę, że widzą moje postępy. Oboje mają wiedzę, że jeśli nie będą sobie radzić z emocjami i życiem, jeżeli spotkają ich sytuacje graniczne, można i trzeba zwrócić się po pomoc.

Myślę, że to, co mogę powiedzieć o sobie jako matce in plus, przy wielu błędach, jakie popełniałam i popełniam, to właśnie to, że byłam i jestem uczciwa w emocjach wobec nich, nic nie ukrywam i nie ściemniam. Aha, no i potrafię przyznać się do błędów. Gdy wybuchałam złością, mówiłam, co się na to złożyło i że nie powinnam tak była zareagować, przepraszałam. Gdy teraz Franek powie coś w złości, po godzinie pisze: „Sorry, że tak zareagowałem, ale stało się to i to”. Próbuję cały czas poskramiać swoje lęki i ograniczenia, by dać dzieciom prawo do własnych emocji. To coś, czego się sama bardzo długo uczyłam.

Janka i Franek mają superrelację, wspierają się, choć Franek mieszka teraz w Łodzi. On jest dla niej autorytetem, ale w bardzo wielu sferach ona mu imponuje. Komunikują się już poza mną. Ich relacja to ich wspólna zasługa, ale dużą rolę odegrał w niej Franek, który powitał Jankę na świecie z niesamowitą radością, czułością. A potem przejął rolę edukatora. Jako starszy brat uznał, że podstawową rzeczą, której trzeba nauczyć małą dziewczynkę, jest to, żeby nie bawiła się lalkami Barbie, tylko oglądała „Gwiezdne wojny”. Pokazywał jej świat od swojej strony.

Moje błędy? Przykro mi, że nie umiałam lepiej. Popełniłam różne błędy, najważniejsze dziś dla mnie jest to, żeby dzieci potrafiły być szczęśliwymi ludźmi. Bo według mnie szczęście jest kwestią umiejętności. Albo się umie być szczęśliwym, albo nie. Myślę, że moje dzieci dostają ode mnie dużo uwagi i miłości, czasami za dużo. Pamiętam, jak Franek, miał wtedy 16 lat, w bardzo jasnych słowach wytłumaczył, że ta troska, którą mu daję, jest już zdecydowanie nieproporcjonalna do jego potrzeb. Pewnie, że byłam i bywam nadopiekuńcza. Ale z drugiej strony – nie zajmowałam się tym, czym zajmują się inne mamy, bo mam pracę, która mnie pochłania, bo nasza rodzina żyje w niestandardowy sposób. Mogę mieć sobie dużo za złe. Ale rozumiem, dlaczego tak się stało, i mam też głęboką nadzieję, że moje dzieci poradzą sobie z tym wyposażeniem, które dostały, że nie będzie ono dla nich zbyt dużym obciążeniem. Rozmawiamy o tym. Mam do nich ogromne zaufanie.

Bardzo mi imponują. Mają genialne poczucie humoru. Czy jestem dumna? Nie w takim sensie, że to moja zasługa. Cieszę się natomiast, że oni są super jako ludzie. Piękni, kreatywni, otwarci i wrażliwi. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby żyli swoim niezależnym ode mnie życiem, ale żeby też wiedzieli, że z trudnymi sprawami w każdej chwili mogą do mnie przyjść i w każdej sytuacji dostaną wsparcie.

Agnieszka Glińska, reżyserka teatralna, telewizyjna i filmowa. Była dyrektorka artystyczna teatru Studio w Warszawie. Aktorka, nauczycielka akademicka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Świat oczami nastolatków. Dlaczego ich nie rozumiemy?

Trudne relacje z nastolatkiem to problem niejednego rodzica. On nie rozumie twojego świata, a ty jego, więc porozumienie wydaje się niemożliwe. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Trudne relacje z nastolatkiem to problem niejednego rodzica. On nie rozumie twojego świata, a ty jego, więc porozumienie wydaje się niemożliwe. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
„Mam iść do szkoły w tych obciachowych spodniach? Rzucić wszystko tylko po to, by wynieść śmieci? A może jeszcze sprzątać codziennie swój pokój?! Akurat!”. Jeśli słyszysz taką tyradę, a zaraz po niej trzaśnięcie drzwiami, zachowaj spokój i… postaraj się zrozumieć punkt widzenia młodego człowieka.

Jesteś mamą, tatą lub ciocią nastolatka? Współczujemy. Naprawdę: i tobie, i jemu. Bo zapewne żyjecie w dwóch osobnych galaktykach. To, co tobie wydaje się normalne i właściwe, jest prawdopodobnie niedopuszczalne i niezrozumiałe w jego światopoglądzie. Ale jest szansa na międzygalaktyczne porozumienie. Po prostu na chwilę wejdź w jego skórę.

Same sprzeczności

Jednym z najpoważniejszych problemów życia nastolatka jest funkcjonowanie w dwóch rządzących się odmiennymi prawami przestrzeniach: świecie rówieśników i świecie dorosłych. To, co jest istotne dla rodziców (pracowitość, rzetelność, kultura osobista, rozsądek, dbanie o bezpieczeństwo i myślenie długoterminowe), koledzy mają w głębokiej pogardzie. Dla nich liczy się: refleks, tupet, talent, odwaga i brak strachu przed łamaniem zasad. Można to porównać do sytuacji, w której podlegasz dwóm szefom, a każdy ma absolutnie inną koncepcję prowadzenia firmy, inny styl zarządzania, inny system nagród i przydzielania urlopów, a ty nie chcesz zostać zwolniona. Warto pamiętać o tym, zanim zaczniesz narzekać na nastolatka, że jest wiecznie taki skrzywiony. Inną paraliżującą sprzecznością są dwie naturalne potrzeby rozwojowe człowieka w tym wieku: „Chcę nie wyróżniać się z tłumu rówieśników” oraz: „Jestem niezwykle skomplikowany, dziwny, nietypowy, nienormalny (to dla nastolatka cecha pozytywna), niedopasowany”. Nastolatki stosują różne nazewnictwo, ale chodzi im zawsze o to samo: „Jaki ja jestem niebywale oryginalny”. Nie ma ani jednego nastolatka, który uważa, że jest „typowy”. Dlatego tak bardzo się denerwują, kiedy mówisz: „Ja w twoim wieku… To typowe w okresie dojrzewania”. On jest przecież niepowtarzalny i nikt nigdy przed nim tego nie przeżywał. Gdybyśmy pamiętali, w jak wyjątkowy sposób widzi siebie nastolatek, uniknęlibyśmy wielu konfliktów.

„Zaraz” i „potem”

„Wyrzuć śmieci, idź z psem, zadzwoń do ojca, pomóż siostrze, weź się za lekcje, powieś pranie, odkurz, kup bułki…”. „Zaraz!” albo „Potem!” – to najczęstsze odpowiedzi nastolatków na wszelkiego rodzaju prośby i polecenia. Dlaczego tak się w nich lubują? Po prostu nie chce im się po raz kolejny tłumaczyć, że nie mogą się natychmiast oderwać od tego, czym się zajmują, bo zajmują się zawsze bardzo ważnymi sprawami. To, że rodzic uważa to wyłącznie za stratę czasu, jest jedynie jego opinią. Dorastający człowiek ma inną. On te sytuacje widzi inaczej: jest kardiochirurgiem i właśnie przeprowadza operację na otwartym sercu (konkretnie: ogląda film na YouTube, gada „na Fejsie”, chodzi po stronach z grami na komórkę), a mama każe mu wynieść śmieci. Czyż to nie może człowieka zdenerwować? Żeby uniknąć konfliktów z nastolatkiem, warto pamiętać, że cokolwiek robi, ma to znaczenie dla losów świata. Nie chcąc słuchać „zaraz” i „potem”, może lepiej postawić sprawę inaczej – zamiast rozkazywać: „Wyrzuć śmieci”, spróbuj zapytać: „Czy możesz przyjść w ciągu pięciu minut i mi pomóc?”.

Sens robienia porządków

Sprzątanie to główny powód domowych konfliktów z nastolatkiem. Niemal we wszystkich domach toczą się o to wojny. Dlaczego nastolatki nie chcą sprzątać? Warto zadać odwrotne pytanie: Dlaczego rodzice mają taką obsesję na punkcie porządkowania? Przecież wszyscy wiemy, że to tylko stwarzanie pozoru panowania nad chaosem świata, co między innymi wiąże się z potrzebą zagłuszania strachu przed śmiercią. Ale to nasze, dorosłe lęki. Dlatego dorośli, a zwłaszcza rodzice, tak lubią porządek w pokoju dziecka. Nastolatek w ogóle nie bierze pod uwagę faktu, że kiedyś umrze (śmierć jest dla starych i chorych, czyli osobników z którymi on nie ma i nie będzie miał nigdy nic wspólnego) i dlatego idea prasowania, wynoszenia śmieci, zmywania naczyń, ścierania podłogi czy zmiany pościeli, o myciu okien nie wspominając, jest nastolatkom kompletnie obca. Postrzegają to jako stratę czasu.

Moda niezbędna do życia

Gdyby dorośli zrozumieli, jak ważne jest ubranie, kilka problemów nastolatka zniknęłoby w jednej chwili. On sam czasem już nie ma zdrowia do rodziców. Jak oni nic nie rozumieją! „Przecież to nowe spodnie, buty, kurtka, bluza… Dlaczego w tym nie chcesz chodzić?” – takie pytania kompromitują rodziców. Świadczą o tym, że nie ma z nimi o czym rozmawiać, bo niczego nie rozumieją. Pomysł, by wyjść z domu w czymś „obciachowym” jest dla nastolatka tak samo głupi, jak dla ciebie wyszykowanie się do pracy w przezroczystą koszulę nocną. Z powodu silnej potrzeby poczucia przynależności nastolatek musi mieć rzeczy identyczne z tymi, jakie noszą jego koledzy. Najmniejsze odstępstwo od tej zasady, zazwyczaj niedostrzegalne dla rodzica (inny szew, krój czy odcień), dyskwalifikuje ubranie raz na zawsze. I cóż z tego, że jest drogie i podoba się rodzicowi? Zapobieganie konfliktom na tym polu jest zatem bardzo proste: pozwalaj swojemu nastolatkowi na to, by sam wybierał dla siebie ubrania. Pamiętajmy, że aspekt praktyczności, trwałości, jakości to jedynie kryteria wyboru u dorosłych. Nie warto kupować nastolatkowi ubrań w prezencie, bo zawsze kupi się złe. Trzeba przecież wiedzieć, co się nosi w środowisku aktualnie ważnym dla nastolatka. Przy czym „aktualnie” w przypadku nastolatka oznacza „dziś”, a nie „wczoraj”.

Dorośli, czyli ludzie pierwotni

Nastolatka cechuje też kompletny brak świadomości, że jest nastolatkiem i że to stan chwilowy. Nie chodzi bynajmniej o bezrefleksyjność, nic podobnego! Nastolatek jest wysoce refleksyjny, tylko że w innych tematach. Osoby w wieku 12–15 lat najczęściej w pierwszym odruchu uważają, że ludzie są w jakimś wieku, bo tak wybrali. Babcie zawsze były stare, a nauczyciele nigdy nie byli młodzi. Oczywiście w drugim odruchu rozumieją, że tak nie jest, ale dopiero po dłuższym zastanowieniu. Poza tym nastolatek inaczej postrzega upływ czasu. Dla niego 10 lat to wieczność, a co za tym idzie, młodość mamy i era mezozoiczna miały miejsce właściwie w tym samym okresie. Wypowiedzi w rodzaju „za moich czasów…”, „kiedy ja byłam młoda…” traktuje więc z takim samym respektem, z jakim ty byś traktowała rady człowieka pierwotnego.

  1. Psychologia

Jak reagować, gdy dziecko używa wulgarnych słów?

Przekleństwa wypowiadane przez dziecko mogą śmieszyć, oburzać, irytować. Niezależnie od tego, jakie wywołują uczucia, warto wypracować metodę reagowania w takich sytuacjach. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Przekleństwa wypowiadane przez dziecko mogą śmieszyć, oburzać, irytować. Niezależnie od tego, jakie wywołują uczucia, warto wypracować metodę reagowania w takich sytuacjach. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zdarza się, że w najmniej sprzyjających okolicznościach dziecko nagle użyje wulgarnego słowa, którego na pewno nie usłyszało w domu. Co robić? Zawsze tylko jedno – zachować stoicki spokój.

1. Gdy dziecko przeklnie w złości, nie odbieraj mu prawa do wyrażania silnych emocji.
Powiedz: „Jesteś bardzo zły. Tylko że to bardzo brzydkie słowo, lepiej jest mówić…” – i tu zaproponuj ciekawe zamienniki w rodzaju: „do licha, o, mamuniu”.

2. Gdy w normalnej rozmowie dziecko użyje wulgaryzmu, zapytaj spokojnie
: „Co to znaczy?” Udaj, że nie wiesz. Odpowiedź będzie wymagać od dziecka wysiłku (tłumaczenia), więc je speszy. Gdy nie będzie ci chciało powiedzieć albo zacznie coś nieporadnie tłumaczyć, powiedz jakby cię nagle olśniło: „Aha, tobie chodzi o kupę, waginę, członka, uprawianie miłości, bo chodzi ci o to, żeby ktoś wyszedł?”. Zastąp słowo niewłaściwe właściwym i na tym zakończ temat.

3. Czasem dzieci przeklinają z premedytacją.
Gdy dziecko przeklina przy dziadkach lub na ulicy przy obcych, to sygnał, że walczy z tobą.Ono już wie jak wielką moc mają brzydkie słowa i że za ich pomocą, jak za pomocą czarodziejskiego zaklęcia wywołuje się twoją frustrację. Odbierz mu władzę nad sobą – przestań słyszeć przekleństwa. Nie reaguj. Ignoruj. Zmieniaj temat, udawaj, że byłaś tak zamyślona, że nie usłyszałaś.

4. Nie popadaj w skrajności, nie przywiązuj do tego aż takiej wielkiej wagi.
To, że dziecko użyje czasem wulgaryzmu, nie świadczy o matce. Przestań tak myśleć. Z drugiej strony, w żadnym razie nie wybuchaj śmiechem, nie powtarzaj reszcie domowników, co mały dziś powiedział. Nie zachęcaj go do przeklinania.

5. Gdy na ulicy ktoś usłyszy przekleństwo i zareaguje, pozwól mu zwrócić swojemu dziecku uwagę.
Niech ono zobaczy, jaki jest oddźwięk społeczny na takie zachowanie. Raczej zrób minę, że się zgadzasz z tymi uwagami. To, że ktoś zwróci twojemu dziecku uwagę, nie jest dla dziecka traumą, nie odbieraj tak tego.

6. Jeśli twoje dziecko interesuje się wulgaryzmami, to znaczy, że interesuje się językiem i ma niezaspokojoną potrzebę imponowania.
Czas zatem, żebyś nauczyła go trudnych logopedycznie wierszyków, słów, którymi może zaimponować dorosłym. Rozszerz słownictwo dziecka o niebanalne słowa, a będzie miało coś pozytywnego do popisywania się.

7. Jeśli dziecko często wplata wulgaryzmy, na przykład w samotnej zabawie czy podczas rozmowy, przyjrzyj się jak w domu mówicie.
Czasem zupełnie nieświadomie używa się wulgaryzmów lub śmieje z żartów z brzydkim słowem.

8. Nie przejmuj się, gdy drugi rodzic przeklina przy dziecku, pęka ze śmiechu, słysząc w jego ustach wulgaryzmy.
Jeśli nie możesz się w tej sprawie porozumieć – zachowaj swoje priorytety. Nie martw się, że dziecko poczuje się zagubione. Nic podobnego. Dziecko ma naturalny dar wyczuwania, co przy kim mu wolno. Mama nigdy nie przeklina i nie lubi przekleństw – niech dziecko wyrasta, widząc, że żyjesz według tej zasady.

9. Jeśli twoje dziecko ma kolegę, który przeklina, to jeszcze nie powód, żeby z nim zrywać znajomość.
To raczej dobra okazja na akcję wychowawczą. Zaproś kolegę do domu i zwyczajnie, jak z własnym dzieckiem, zastąp, zamień, wytłumacz. Nie obrzydzaj tego kolegi i nie osądzaj go, nie podawaj jako przykład najgorszego zachowania, tylko potraktuj jak swoje dziecko. Wychowaj go. Przecież w końcu wszystkie dzieci są nasze!

 

  1. Psychologia

Przemoc w szkole. Jak reagować?

Przemoc dotyka zwykle tych, którzy postrzegani są jako słabsi lub inni. (Fot. Getty Images)
Przemoc dotyka zwykle tych, którzy postrzegani są jako słabsi lub inni. (Fot. Getty Images)
To nieprawda, że w szkole nie ma przemocy. Bywa – i prawdopodobnie nie tylko  fizyczna: szczypanie, kopanie, bicie, szarpanie. Jest też werbalna, po której rany na duszy leczy się latami: wyśmiewanie, poniżanie, wykluczanie z grupy. Przyzwyczajamy się do niej albo pracujemy nad samokontrolą, by nie ujawnić swojej rozpaczy i bezradności. Ale czy naprawdę to jest dobra metoda?

Po powrocie ze szkoły i zjedzeniu obiadu Kasia zwykle nie była rozmowna. Znikała za drzwiami swojego pokoju, by odrabiać lekcje. Jakież było moje zdziwienie, gdy któregoś dnia tam weszłam i zastałam ją tonącą w łzach z poduszką przy twarzy, tak bym nie słyszała jej łkania. Zaczęłam pytać. Wychowawczyni nie wiedziała, co się dzieje z córką, bo poza swoją lekcją jej nie widuje. Gdy nalegałam, by to sprawdzić, okazało się, że większość czasu na przerwach Kasia spędza w toalecie. I boi się z niej wychodzić. Tuż za drzwiami łazienki na każdej przerwie stoją trzy klasowe gwiazdy. Codziennemu zastraszaniu, rozsiewaniu kłamstw, przezwiskom „ty gruba świnio”, popychaniu, podstawianiu nogi, niszczeniu jej prac czy plecaka nie było końca. Rozmiar bólu i cierpienia mojej córki, obojętność szkoły i rodziców poraziły mnie. Poszłam do dyrektorki z prośbą o podjęcie działań: zignorowała mnie. Poradziła, abym „poczytała, czym jest przemoc, i nie wywoływała problemów tam, gdzie ich nie ma”. Poczytałam i wróciłam do wychowawczyni. Rozpłakała się, twierdząc, że nie może „dyskryminować” trójki klasowych prymusów, bo cieszy się „ich szczególnym zaufaniem”. A Kasia jest „zbyt słaba i wrażliwa”. I najlepiej będzie, jeśli znajdę dla niej inną szkołę, ponieważ „skalą wrażliwości wykracza daleko ponad przeciętną w naszej szkole.”

Bezradność wobec przemocy

Czasem znajome lub własne dziecko opowiada nam jakąś trudną historię i czujemy się bezradni. Co zrobić? Mieszać się w czyjeś życie? Krytykować nauczycielkę za to, że nie umie postawić granic? Często zamiast działać, zrozpaczeni, w akcie desperacji, przekonujemy własne dzieci: „oddaj mu - ale tak, żeby pani nie zauważyła... no wiesz”. Albo racjonalizujemy sytuacje: "to było tylko popchnięcie".  Że za mocno? „Oj, nie przesadzaj, nie bądź taki przewrażliwiony, przecież w zabawie wiele rzeczy może się zdarzyć”. Tak, ale są i takie, które nie mogą się zdarzyć.

Jak więc poznać, że to była szkolna przemoc? Jak rozmawiać o niej z dzieckiem?

  1. Przemoc to nie jest pomyłka, która przydarzyła się sprawcy, on/ ona robi to celowo. Z intencją, by przestraszyć, zranić, zawstydzić czy poniżyć.
  2. Przemoc nie jest jednorazowym aktem, zawsze się powtarza.
  3. Zwykle sprawca dokonuje przemocy publicznie. Potrzebuje nie tylko przekonać się, że mu ulegniesz, ale chce, żeby inni to widzieli.
  4. Przemoc dotyka zwykle tych, którzy postrzegani są jako słabsi lub inni. Zawsze gdy dotyka ciebie jakaś forma przemocy, dzieje się tak, bo sprawca wierzy, że może ciebie przekonać, że jesteś słabszy niż on. To, że sprawca ciebie tak postrzega, nie oznacza że taki jesteś.
Naucz także swoje dziecko rozróżniać niewinną zabawę od przemocy. Bo prawdziwy kolega czy koleżanka:
  1. Żartuje w taki sposób, że dla was obu/obojga jest to fajne i śmieszne.
  2. Nie żartuje po to, by celowo zranić twoje uczuci albo ci „dopiec".
  3. Przestaje żartować, jeśli domyśla się, że mógłby ciebie zranić. Zadaje pytania, robi jakieś gesty – sprawdza, czy ciebie uraził. I nie denerwuje się, gdy na jego żart odpowiadasz swoim. Sprawca przemocy zawsze żartuje specjalnie, by ciebie zranić, nie zgadza się na żarty na swój temat, nadal obraża mimo świadomości, że rani. Denerwuje się, gdy ignorujesz jego żarty.
Powiedz dziecku, że nigdy nie jest winne jakichkolwiek aktów przemocy na nim. Nie jest przyczyną czy powodem przemocy, niezależnie od tego, w co się ubiera, jaką muzykę lubi. To nie z nim jest coś nie tak, to sprawca ma problem. A my wszyscy wraz z nim. Nasza kultura, społeczeństwo, model życia, dążenie do sukcesu za wszelką cenę sprawia, że wzorzec siło jest ciągle bardziej popularny niż model wrażliwości i siły jednocześnie. Wspieramy przemoc, kiedy jesteśmy jednostronni i  latami nieświadomie tkwimy w roli ofiary: państwa, rodziny, firmy czy partnerki/ra. Albo gdy nauczyliśmy się reagować z pozycji siły, walcząc, krytykując; gdy wymuszamy zamiast prosić czy mówić o tym, co nas boli. A dzieci uczą się przecież od nas.

Obojętność świadków przemocy

Oprócz sprawcy i ofiary jest jeszcze trzecia rola do obsadzenia: świadek. Wśród wielu zwierzeń ofiar przemocy najbardziej poruszające są te, gdy na pytanie: „czy ktoś to widział?", „jak zareagował?" pada odpowiedź: „ludzie stali i odwracali wzrok". Albo: „tak, moja przyjaciółka była w klasie, słyszała, jak krzyczałam, i nic nie zrobiła, gdy kopał mnie po brzuchu”. O świadkach, którzy nie reagowali, zapomina się jeszcze trudniej niż o sprawcach przemocy. Dzieci, których po raz kolejny nikt nie obronił,  rosną w przekonaniu, że nie ma i nie będzie nikogo, kto mógłby je kiedykolwiek chronić. Ten rodzaj myślenia jest uwewnętrzniany, dlatego w ich świecie nie ma nadziei. Nie ma nikogo i nic. Żadnej kiełkującej nawet, pojedynczej myśli, że nie zasługują na to, co je spotkało, i że znajdzie się ktoś, kto wreszcie powie „DOSYĆ!” .

Dzieci mogą sobie nie poradzić z przemocą bez wsparcia dorosłych. I nie ma co spychać roli świadka, który powie „STOP”, na nauczyciela albo dyrekcję szkoły, albo na rodzica. To my wszyscy – dorośli, jeśli tylko zauważamy jakiekolwiek sygnały, niepokojące zachowanie, wejdźmy w role świadka. Zacznijmy od krótkich komunikatów „STOP”, „NIE ZGADZAM SIĘ NA PRZEMOC”, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z przemocą werbalną, wykluczeniem czy przemocą fizyczną.

Dorota Biały, psychoterapeutka, coach, z Instytutu Psychologii Procesu www.processwork.pl, pracuje w  Ośrodku Poza Centrum www.pozacentrum.pl w Warszawie z dziećmi, młodzieżą, rodzicami i nauczycielami. Więcej na www.dorotabialy.com.pl oraz na FB spotkaniazesoba.

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.