1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Osobno, ale razem. Cohousing - dom wielopokoleniowy w praktyce

Osobno, ale razem. Cohousing - dom wielopokoleniowy w praktyce

(Fot. Owsch)
(Fot. Owsch)
Samotność zwiększa śmiertelność tak samo jak palenie czy otyłość. Na szczęście jest na nią lekarstwo. Nazywa się cohousing. Rozwiązanie to testują w praktyce pewne brytyjskie starsze panie. Same zaprojektowały dom, w którym chcą spędzić (aktywnie!) ostatnie lata życia, ciesząc się niezależnością tak długo, jak to możliwe.

Samotność zwiększa śmiertelność tak samo jak palenie czy otyłość. Na szczęście jest na nią lekarstwo. Nazywa się cohousing. Rozwiązanie to testują w praktyce pewne brytyjskie starsze panie. Same zaprojektowały dom, w którym chcą spędzić (aktywnie!) ostatnie lata życia, ciesząc się niezależnością tak długo, jak to możliwe.

Heidi mieszka pod 15. Ma krótkie siwe włosy, miłą aparycję pani po siedemdziesiątce, ale w jej oczach czai się łobuzerski błysk. – Dom spokojnej starości – to brzmiało w moich uszach naprawdę okropnie. Wiedziałam jednak, że będąc sama, nie poradzę sobie tak dobrze, jak bym chciała, a nie mam zamiaru być obciążeniem dla moich dzieci. Postanowiłam więc, że poszukam innego rozwiązania, innego sposobu – opowiada. Jest jedną z 25 kobiet, które mieszkają w Older Woman’s Co-Housing (OWCH). To minikompleks mieszkaniowy usytuowany w High Barnet w Londynie, zaprojektowany, zarządzany i zamieszkiwany przez grupę starszych pań. Średnia wieku: 73 lata. Każda z nich ma swoje niezależne i w pełni funkcjonalne, choć niewielkie mieszkanie (część posiada je na własność, inne są wynajmowane). Do dyspozycji mają także przestrzenie wspólne – dodatkową dużą kuchnię, salę spotkań, pokoje gościnne dla odwiedzających, duży ogród. Raz w tygodniu panie przygotowują wspólnie kolację dla bliskich i przyjaciół, na co dzień razem malują, zajmują się ogrodem, ćwiczą jogę. Dbają o siebie, pomagają w zakupach, a gdy któraś zachoruje, przynoszą zupę i zabawiają rozmową.

– Kiedy się starzejesz, na ogół przestajesz czuć się bezpiecznie, ale tutaj jest inaczej – tłumaczy Heidi i przyznaje, że podoba jej się życie we wspólnocie z kobietami, które myślą podobnie jak ona. – Czuję się niezależna. Mogę spędzić dzień, nie robiąc nic ponadto, że powiem „cześć” sąsiadce. Innego dnia zrobię lunch dla kilku osób. I każda z tych opcji jest OK. Znalazłam sposób, by czuć się samodzielną i silną tak długo, jak to możliwe – tłumaczy.

Coś od siebie

OWCH to znakomity przykład cohousingu (czyli współmieszkania) – mieszkaniowego konceptu, który może być rozwiązaniem wielu problemów starzejącego się i coraz bardziej zatomizowanego społeczeństwa. To inicjatywa oddolna. Zaczyna się od zawiązania pewnej wspólnoty – może to być grupa przyjaciół, grono osób o podobnych zainteresowaniach, filozofii życiowej, stylu życia albo na przykład w podobnym wieku. Grupa ta razem buduje dla siebie miejsce do życia (może to być blok, kompleks mieszkań czy osiedle domków) dostosowane do ich potrzeb. W przeciwieństwie do komuny tutaj każdy z mieszkańców ma swoją własną, niezależną przestrzeń mieszkaniową, ale równocześnie powstają też obszary wspólne – ogród, świetlica czy otwarta kuchnia, z których mogą i powinni korzystać wszyscy. – W cohousingu mieszkać może każdy, ale nie każdy będzie chciał – śmieje się Agnieszka Labus, naukowczyni i architektka, która zawodowo zajmuje się alternatywnymi i innowacyjnymi sposobami zamieszkania dla starzejącego się społeczeństwa. – To koncept, który wymaga wejścia w interakcję, dawania czegoś od siebie, zaangażowania. To właśnie dzielenie się z innymi mieszkańcami wiedzą, umiejętnościami czy pracą wnosi nową jakość – tłumaczy. Idea nie jest nowa. Za pierwszy cohousing uważa się powstałe w Danii na przełomie lat 60. i 70. Sættedammen. Wspólnotowe osiedle kilkudziesięciu domków, których mieszkańcy dzielą wspólną przestrzeń i kolektywnie animują życie społeczności. Cohousingi powstają na całym świecie. Idea ta szczególnie popularna jest w krajach skandynawskich i Holandii, gdzie funkcjonuje ponad 300 tego typu społeczności, ale z równym powodzeniem powstają one na przykład w Stanach Zjednoczonych. Większość tego typu miejsc jest wielogeneracyjna – w jednej przestrzeni mieszkają osoby starsze, rodziny z dziećmi czy single. Są jednak i takie, jak chociażby OWCH, które zamieszkiwane są wyłącznie przez seniorów. – Cohousing może przybierać różne kształty. Dla mnie jako architektki bardzo ważny jest w tym zjawisku proces partycypacyjny. Przyszli mieszkańcy aktywnie uczestniczą w całym procesie planowania i projektowania swojej przestrzeni – są zaangażowani w wybór i kupowanie działki, pracę z architektem (który bardzo często jest jednym z członków społeczności) czy doglądanie postępów w budowie, a także dobieranie wyposażenia wnętrz. To proces, który łączy, pozwala się lepiej poznać, wyjaśnić ewentualne niejasności i stworzyć fundamenty zgodnej egzystencji – tłumaczy. Podczas stażu na Uniwersytecie w Westminster Agnieszka Labus towarzyszyła między innymi grupie OWCH na etapie ostatnich ustaleń przed przystąpieniem do realizowania inwestycji. – Panie uzgadniały każdą, nawet najmniejszą decyzję, taką jak chociażby to, czy zmywarka powinna być w każdym mieszkaniu, czy może lepiej będzie zdecydować się na jedną w przestrzeni wspólnej – śmieje się Labus.

Wspólnota OWSCH to projekt rewolucyjny, bo tylko dla kobiet. Zdecydowało o tym razem jej 26 członkiń w wieku od 50 do 87 lat. (Fot. OWSCH) Wspólnota OWSCH to projekt rewolucyjny, bo tylko dla kobiet. Zdecydowało o tym razem jej 26 członkiń w wieku od 50 do 87 lat. (Fot. OWSCH)

Sąsiad najlepszy z możliwych

Droga, która prowadziła Heidi i resztę lokatorek OWCH do momentu podjęcia decyzji w kwestii zmywarki, była wyboista. I bardzo długa. Historia zaczęła się w 1998 roku, kiedy to dwie wówczas sześćdziesięcioparolatki, Madeleine Levius i Shirley Meredeen, usłyszały po raz pierwszy o idei cohousingu podczas warsztatów prowadzonych przez Marię Brenton z University of Wales. Po wykładzie poszły do pubu i postanowiły, że wybudują dla siebie dom. Na pierwsze spotkanie w domu Meredeen przyszło osiem kobiet. Nie miały żadnego przygotowania, doświadczenia, kontaktów. Ale były zawzięte i przekonane, że cohousing to rewelacyjne rozwiązanie. Miejsce dające tyle wsparcia i tyle swobody, ile im potrzeba. Liczyły, że uda im się zrealizować ten projekt w ciągu pięciu lat. Od pomysłu do realizacji minęło jednak niemal 20. Przez ten czas projekt przechodził wzloty i upadki, pojawiały się różne propozycje lokalizacji, trwała walka o dofinansowanie i włączenie miasta w realizację projektu, kolejne potencjalne mieszkanki dołączały do grupy i z niej odchodziły. Levius umarła w 2005 roku. Z pierwotnej ekipy założycielskiej tylko Meredeen doczekała dnia, kiedy 26 kobiet w wieku od 50 do 87 lat wprowadziło się do nowiutkich mieszkań w londyńskim Barnet. – Grupa kobiet, które się znają, dzielą wspólne wartości, robią wspólnie różne rzeczy i dbają o siebie nawzajem. Czy można wymarzyć sobie lepszych sąsiadów? – zastanawia się Maria Brenton. Ta sama, której wykład ponad 20 lat temu zainspirował Madeleine i Shirley do działania. Od tamtego czasu towarzyszyła ekipie OWCH we wszystkich posunięciach. Chociaż sama nigdy nie stała się częścią wspólnoty, jest wielką orędowniczką idei senioralnego cohousingu. – To sposób na uczynienie życia starszych osób zdrowszym, szczęśliwszym, bardziej aktywnym i, co ważne, niewymagającym zewnętrznej bądź instytucjonalnej opieki. To inicjatywa, która wzmacnia kobiety, dając im poczucie sprawczości, oddaje im decyzyjność we wszystkich sprawach dotyczących wspólnej przestrzeni i wspólnego życia – tłumaczyła w jednym z wywiadów. Dla wielu kobiet przeprowadzka do High Barnet była jak początek nowego rozdziału w życiu. – Może to i późny początek, ale to jeden z najlepszych momentów mojego życia. W czasach rosnącej społecznej izolacji, samotności to wspaniałe być częścią takiej grupy – śmieje się 74-letnia Janet Wood, członkini OWCH. To projekt rewolucyjny na skalę światową głównie dlatego, że wymyślony został jako miejsce przeznaczone wyłącznie dla kobiet. Są wśród nich: lekarka, pielęgniarka, nauczycielka, projektantka, aktorka. Część z nich jest rozwiedziona, niektóre są wdowami, inne od zawsze były singielkami. Decyzja o tym, że mężczyźni nie mogą zostać członkami wspólnoty, była kolektywna. – To nie jest tak, że nienawidzimy mężczyzn. Chodzi o to, że to kobiety zazwyczaj pozostają osamotnione na starość i to one potrzebują wzajemnego wparcia – tłumaczy Shirley Meredeen.

Niezależność zaprojektowana

Dane i statystyki z ostatnich lat nie pozostawiają złudzeń. W Wielkiej Brytanii połowa osób po 75. roku życia mieszka sama. Powstało tu nawet ministerstwo ds. samotności. Dla większości z nich telewizja jest jedynym kontaktem ze światem. W Szwecji, w samym Sztokholmie, samotnie mieszka aż 58 proc. populacji. W Polsce wcale nie jest lepiej. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że co czwarte gospodarstwo domowe jest prowadzone przez jedną osobę. Według szacunków do roku 2035 odsetek takich gospodarstw ma wynieść 30 proc. Naukowcy nie mają wątpliwości, że samotność ma na nas wyniszczający wpływ. Julianne Holt-Lunstad, psycholożka z Uniwersytetu Brighama Younga, posiłkując się wynikami 70 badań naukowych, dowodzi, że samotność zwiększa śmiertelność w takim samym stopniu co otyłość czy wypalanie 15 papierosów dziennie. Nicole Valtorta z Uniwersytetu Newcastle ustaliła z kolei, że prawdopodobieństwo ataku serca u osób osamotnionych rośnie o 29 proc., a zagrożenie udarem – o 32 proc. – Starzejące się społeczeństwo to duże wyzwanie dla administracji i architektów – przyznaje Agnieszka Labus i dodaje, że na całym świecie odchodzi się od koncepcji domów starców, stawiając na zapewnienie możliwie wygodnej starości w miejscu zamieszkania. – Mieszkania i miejską przestrzeń trzeba planować tak, by dawały niezależność jak najdłużej. To poprawia samopoczucie i daje energię do działania. Nie obciąża też budżetu opieki społecznej, a więc wydatków państwa. Co­housing to wbrew pozorom rozwiązanie oszczędne – mieszkańcy dzielą się kosztami, mają na przykład jeden czy dwa samochody do dyspozycji, zrzucają się na obecną na stałe opiekunkę czy serwis sprzątający. W przypadku cohousingu senioralnego ważne jest, by przestrzeń była dostosowana do potrzeb osób starszych, ale nie przypominała instytucjonalnych ośrodków pomocy. Elementy „pomocowe” trzeba wprowadzać z wyczuciem. W OWCH wszystkie kontakty i gniazdka są w zasięgu ręki osoby poruszającej się na wózku, na korytarzach montowane są poręcze, mieszkania zaplanowane są tak, by można było je dowolnie dzielić – w sytuacji, gdyby któraś z kobiet musiała zamieszkać z opiekunem.

– Ważne było to, by mieszkania, w których osoby starsze spędzają więcej czasu, były jasne, z dobrym dostępem światła dziennego (przeciwdziała ono depresji pojawiającej się często w starszym wieku), by na przykład sala wspólna spełniała standardy akustyczne dostosowane dla osób gorzej słyszących – opowiada Agnieszka Labus. Dodaje też, że istotne jest też to, by mieszkania usytuować nie na przedmieściach, ale blisko miejskiej infrastruktury: przystanków komunikacji miejskiej, szpitala, przychodni, sklepów, parków czy kina. Lokalizacja jest także ważna ze względu na bycie częścią społeczności lokalnej. Takie założenia jak cohousing zwykle są otwarte w wybrane dni dla ludzi z zewnątrz, ich mieszkańcy wychodzą z inicjatywą organizacji różnych wydarzeń integracyjnych.

Powrót do przyszłości

W Polsce pojawiają się pierwsze, pilotażowe inicjatywy nawiązujące do idei cohousingu. Na razie nie dotyczą tylko seniorek i seniorów. W Łodzi powstał Dom Wielopokoleniowy w zaadaptowanej XIX-wiecznej wilii, we Wrocławiu powstało osiedle Nowe Żerniki, w Warszawie przy ulicy Stalowej 29 trwają prace przed otwarciem kamienicy wielopokoleniowej. – Na razie tego typu rzeczy dzieją się u nas punktowo, nie systemowo. Bardziej wykorzystują one elementy co­housingu, niż realizują tę koncepcję w czystej postaci, ale i tak warto je doceniać – zauważa Labus. Jej zdaniem pojawienie się oddolnego cohousingu senioralnego w Polsce to kwestia 10–20 lat. Dzielenie, wspólna pralnia czy świetlica starszemu pokoleniu wciąż nie kojarzy się najlepiej, przypomina raczej czasy komunizmu niż wymarzoną opcję na starość. – Młodszym pokoleniom, dla których grupa przyjaciół często staje się rodziną z wyboru, takie wspólnotowe myślenie jest bliższe. Kiedy więc zaczną się zastanawiać, jak spędzić starość, pomysł cohousingu może trafić na podatny grunt – uważa Labus. Jej zdaniem jednak, aby takie koncepty można było wprowadzać w życie, konieczne będą zmiany systemowe. – Wciąż brakuje myślenia o konieczności wprowadzania podobnych rozwiązań. Oczywiście, jeśli ktoś jest zdeterminowany, to sobie jakoś poradzi, ale żeby było to rozwiązanie stosowane częściej, muszą zostać wprowadzone mechanizmy prawne, finansowe, które będą takie działania wspierać i ułatwiać.

Cytaty z wypowiedzi mieszkanek OWCH pochodzą z filmu „Senior House. How to do it”. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Moda 50+. Jak wyglądać stylowo po 50 roku życia?

Od lewej: Helena Norowicz w sesji dla „Zwierciadła” 6/2019; Joan Didion w reklamie dla Céline;
Lidia Popiel, Eppram (Fot. materiały prasowe)
Od lewej: Helena Norowicz w sesji dla „Zwierciadła” 6/2019; Joan Didion w reklamie dla Céline; Lidia Popiel, Eppram (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Dziś ikoną stylu możesz zostać w wieku 50 lat, a gwiazdą Instagrama – 60, pierwszą głośną książkę napisać w wieku 70 lat, a tatuaż zrobić sobie po osiemdziesiątce. Rozumieją to moda i popkultura, które przestają pokazywać i sprzedawać nam jedynie wycinek społeczeństwa.

Piękna, spełniona kobieta o siwych, delikatnie opadających na ramiona włosach w dużych okularach muchach i czarnym półgolfie. Joan Didion w kampanii z 2015 roku domu mody Céline nie jest jedynym przykładem tego, że od kilku lat moda wysoka nie opiera się już wyłącznie na nastolatkach. Zdjęcia 80-letniej wówczas ikony amerykańskiej i światowej literatury, autorki takich książek jak „Rok magicznego myślenia” czy „The White Album” momentalnie opanowały magazyny drukowane i Internet. Rok później polska marka Bohoboco zaprosiła do kampanii równolatkę Didion, aktorkę i modelkę Helenę Norowicz.

Po paru miesiącach gwiazdą kampanii bielizny Calvina Kleina i wybiegu Bottegi Venety została 73-letnia Lauren Hutton, a reklamy hiszpańskiej firmy Mango – 63-letnia profesor Uniwersytetu Nowego Jorku Lyn Slater, której profil na Instagramie @iconaccidental śledzi obecnie 750 tysięcy obserwujących.

I ten trend się utrzymuje! Kampanie, okładki i sesje zdjęciowe światowych magazynów otworzyły się szeroko na starsze modelki, aktorki czy wokalistki. Joni Mitchell wystąpiła w kampanii Saint Laurent, Iris Apfel – u Kate Spade (obydwie reklamy z 2015 roku), a Stevie Nicks, muza Alessandra Michelego z Gucci, podczas pokazu jego kolekcji cruise 2020. Z kolei w Polsce bohaterką najnowszej kampanii Big Star została 60-letnia Katarzyna Przewłocka, która potwierdza, że kojarzony z modą młodzieżową dżinsowy total look wygląda świetnie na osobach w każdym wieku. A w kampanii najnowszej kolekcji Eppram, marki założonej przez Julię Kuczyńską (Maffashion) i Lanę Nguyen, jedną z modelek została 61-letnia Lidia Popiel. I nie są to odosobnione przypadki.

Lyn Slater, Mango; Joni Mitchell w kampanii Saint Laurent; Barbara Stanisławska w swojej pierwszej sesji mody, „Zwierciadło” 3/2020. (Fot. materiały prasowe) Lyn Slater, Mango; Joni Mitchell w kampanii Saint Laurent; Barbara Stanisławska w swojej pierwszej sesji mody, „Zwierciadło” 3/2020. (Fot. materiały prasowe)

Hit za hitem

Także branża filmowa, do niedawna tak uparta w stawianiu na nowe i młodociane twarze, zaczyna rozumieć, że wiek jest jedynie liczbą. „25 lat? To już nie jest młodość w tym biznesie” – usłyszała podczas przesłuchania w późnych latach 50. w Hollywood Joan Collins. Dzisiaj coraz częściej czytamy, że pięćdziesiątka, sześćdziesiątka, a także osiemdziesiątka jest nową dwudziestką. „Dużo więcej uwagi poświęca się głębszym, poważniejszym tematom i starszym bohaterom” – mówi Lily Tomlin, gwiazda hitu Netflixa „Grace & Frankie”, w którym gra u boku Jane Fondy. Aktorka nie spodziewała się, że serial odniesie taki sukces. Obecnie (z przerwami spowodowanymi światową pandemią) nagrywany jest jego siódmy sezon.

Lily Tomlin i Jane Fonda w serialu 'Grace & Frankie. (Fot. materiały prasowe Netflix) Lily Tomlin i Jane Fonda w serialu "Grace & Frankie. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Dzięki takim platformom, jak Netflix, HBO Go czy Amazon Prime, produkuje się coraz więcej wieloodcinkowych programów o różnorodnych tematach, z czego korzystają aktorzy w każdym wieku. Choćby 71-letnia Jessica Lange, która wciąż jest na szczycie kariery. Od 2010 roku dostała trzy nagrody Emmy i wciąż otrzymuje role w najbardziej wyczekiwanych serialach, jak „American Horror Story”, „Konflikt: Bette i Joan” czy „Wybory Paytona Hobarta”. Podobne sukcesy odnoszą: Helen Mirren, Jane Fonda, Susan Sarandon, Jennifer Aniston czy Julianne Moore. Na rozdaniu nagród Emmy w 2017 roku aż 14 z 19 aktorek nominowanych za główne role miało powyżej 40 lat (więcej niż połowa z nich ponad 50), w tym gronie znalazły się Reese Witherspoon i Nicole Kidman za „Wielkie kłamstewka” – jeden z największych serialowych hitów ostatnich lat.

71-letnia Jessica Lange wciąż jest na szczycie kariery (Fot. materiały prasowe) 71-letnia Jessica Lange wciąż jest na szczycie kariery (Fot. materiały prasowe)

Prawda i naturalność

Można powiedzieć, że popkultura dorosła do tego, by poświęcać uwagę dojrzałym kobietom. Zrozumiała, że pokazywanie jedynie wycinka społeczeństwa wcale nie jest dobrą strategią. Zmarszczki na wielkim ekranie czy okładkach magazynów stały się nie tylko akceptowalne, ale i pożądane. Przeszkadzają nam za to sztucznie wygładzone twarze. Chcemy prawdy i naturalności. „Następnym krokiem byłoby w ogóle o tym nie mówić. Nie sądzę, żeby mężczyźni o tym rozmawiali. Starzenie się jest po prostu normalne! […] To żałosne, kiedy słyszę, że jakiś 55-letni aktor nie zagra u boku 42-letniej kobiety, ponieważ jest dla niego za stara. Ludzie już tego nie kupują” – mówi amerykańska aktorka Patricia Arquette, nawiązując do tego, że przez lata siwiejący mężczyźni z bruzdami na skórze uznawani byli za seksownych, a kobiety w podobnym wieku nie miały szans na dobre role.

Podobnie zmienia się podejście do różnicy wieku. Mężczyzna z o połowę młodszą partnerką? Żaden problem! Wystarczyłoby odwrócić sytuację, by brwi odbiorców uniosły się znacząco do góry, sugerując oburzenie i zdziwienie. Dzisiaj kibicujemy Heidi Klum (47), która w zeszłym roku wzięła ślub z Tomem Kaulitzem (31), Madonnie (62), która spotyka się z 20-letnimi mężczyznami, czy ikonie francuskiego stylu Brigitte Macron (67), żonie o 25 lat młodszego prezydenta Francji Emmanuela Macrona.

Wreszcie żyjemy w świecie, w którym przyjmowana do królewskiej rodziny księżniczka nie musi być nastoletnim niewiniątkiem, ale doświadczoną życiowo 37-latką (Meghan Markle), 72-latka może spełnić marzenia o zostaniu pisarką (Katherine Ashenburg, autorka książki „Sofie & Cecilia”), a bycie ikoną stylu nie wymaga odpowiedniej metryki.

Carmen Dell’Orefice na okładce najnowszego meksykańskiego „Harper’s Bazaar” 10/2020; Katarzyna Przewłocka w kampanii dla Big Star; Irena Wielocha @kobieta.zawsze.mloda była naszą bohaterką w sesji beauty 10/2020. (Fot. materiały prasowe) Carmen Dell’Orefice na okładce najnowszego meksykańskiego „Harper’s Bazaar” 10/2020; Katarzyna Przewłocka w kampanii dla Big Star; Irena Wielocha @kobieta.zawsze.mloda była naszą bohaterką w sesji beauty 10/2020. (Fot. materiały prasowe)

Styl nie zna wieku

„Mam 53 lata i po prostu chcę wyglądać zdrowo, stylowo i nowocześnie, a nie młodziej. I chcę mieć znaczenie, nawet z moimi zmarszczkami. Jesteśmy ważnymi wzorami do naśladowania dla młodych dziewczyn. […] Wreszcie niektóre marki zaczynają ze mną rozmawiać, ale zajęło im dużo czasu, zanim zrozumiały naszą siłę” – mówiła w 2017 roku redaktorka mody Alyson Walsh, autorka bloga That’s Not My Age (ang. to nie mój wiek).

W samej Wielkiej Brytanii osoby powyżej 65. roku życia wydają na ubrania 6,7 miliarda funtów rocznie. To zadziwiające, że do niedawna w ogóle nie były przez marki odzieżowe brane pod uwagę pod kątem reprezentacji w reklamach i przekazie wizualnym. Dopiero pięć lat temu Rebecca Valentine założyła agencję Grey Model Agency dla starszych modeli i modelek, reprezentującą obecnie setki nazwisk, coraz częściej wykorzystywanych w prestiżowych kampaniach międzynarodowych brandów. I dotyczy to wszystkich kolekcji.

Wspomniana Helena Norowicz wystąpiła ostatnio w kampanii sukni ślubnych polskiej marki Laurelle, a 89-letnia modelka Carmen Dell’Orefice, która pozuje od 15. roku życia, nie zamierza przejść na emeryturę. Chodzi po wybiegach, pozuje na okładkach. Jej najnowsza to ta z października 2020 roku dla meksykańskiego „Harper’s Bazaar”. Podobnie jej koleżanka po fachu, 55-letnia Yasmin Le Bon, która jedynie w 2020 roku wystąpiła w kampanii reklamowej Alberty Ferretti i Fendi oraz chodziła po wybiegach Tommy’ego Hilfigera, Jeana-Paula Gaultiera, Fendi czy Preen by Thornton Bregazzi.

Syndrom (nie)widzialnej kobiety

Moda bez wieku stała się już ruchem, który podkreśla, że data urodzenia nie wiąże się z nakazem noszenia pewnych ubrań i koniecznością rezygnacji z innych. Poza tym dzięki rozwijającej się medycynie, świadomości odpowiedniego odżywiania i powszechnej kulturze sportu jesteśmy coraz zdrowsi i dłużej żyjemy. Mamy też dużo więcej możliwości. Pod hashtagami #50fitandfabulous i #fitfab50 kryje się na Instagramie łącznie ponad sześć milionów publikacji, co świadczy o tym, że na przekór syndromowi niewidzialnej kobiety – zgodnie z którym kobiety po 40. roku życia zaczynają się wycofywać z życia publicznego – chcemy być widziane; i jesteśmy, bez względu na wiek. Potwierdza to też największa gwiazda stylu ulicznego ostatnich sezonów – Celine Dion. Piosenkarka, tuż przed pięćdziesiątką, coraz odważniej zaczęła eksperymentować ze swoim sposobem ubierania się, a jej każdą stylizację publikowano na stronach i w mediach społecznościowych najbardziej prestiżowych magazynów mody pod stworzonym przez „Vogue’a” hashtagiem #celinetakes­couture. Dion została prawdziwą it girl. Raper Drake już zapowiedział, że zamierza zrobić sobie tatuaż z jej wizerunkiem. A skoro jesteśmy przy tatuażach, aktorka Judi Dench zrobiła sobie pierwszy w wieku 81 lat. Na jej nadgarstku widnieje teraz napis: carpe diem.

Podczas gdy dla poprzednich pokoleń menopauza równoznaczna była z zamknięciem w domowym zaciszu z parą wygodnych kapci pod ręką, dzisiaj kobiety w każdym wieku, podobnie jak Dench, chwytają dzień.

73-letnia Lauren Hutton, Bottega Veneta, lato 2017; 55-letnia Yasmin Le Bon, pokaz Fendi, lato 2020; Debbie Harry, Coach, zima 2020. (Fot. IMAXTREE) 73-letnia Lauren Hutton, Bottega Veneta, lato 2017; 55-letnia Yasmin Le Bon, pokaz Fendi, lato 2020; Debbie Harry, Coach, zima 2020. (Fot. IMAXTREE)

Nie anti, ale slow lub smart

To nie koniec rewolucji. Amerykański magazyn „Allure” już dwa lata temu ogłosił, że nie będzie na swoich łamach używał określenia „anti-aging”, które znamy z reklam kremów przeciwzmarszczkowych, a które w swoim rdzeniu obok słowa „starzenie” zawiera człon „anty-”, sugerujący, że upływ czasu jest czymś negatywnym. Jak mówi redaktor naczelna magazynu Michelle Lee, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, termin ten wzmacnia przesłanie, że starzenie się jest stanem, z którym trzeba walczyć. Począwszy od lat 80. XX wieku, miał przekonywać do zakupu nowych kremów starsze klientki, niektórzy twierdzą jednak, że przybrało to formę zastraszenia. Nie będziesz atrakcyjna, póki nie będziesz stosować produktów anti-aging, które mają służyć wymazaniu wieku. Kolejnym absurdem było reklamowanie ich przez 20-letnie modelki; znów jakby nie wypadało pokazywać na ekranach kobiet, do których produkt jest autentycznie skierowany.

Taki absurd nie może mieć już miejsca w dzisiejszym świecie, w którym kobiety w każdym wieku podbijają wybiegi, kino i popkulturę, a sektor produktów dla dojrzałych kobiet nadal się rozwija. Wycenia się, że do 2021 roku wart będzie blisko 270 miliardów dolarów. Nie chcemy już walczyć ze starzeniem, a jedynie mądrze je spowalniać (stąd coraz popularniejsze określniki „slow” i „smart”).

Jeszcze parę lat temu jakiś hollywoodzki producent mógł powiedzieć, że kariera w tej branży kończy się po 25. roku życia i większość widzów, a nawet aktorek, przyznałaby mu rację. Współczesne kobiety i ikony stylu udowadniają, że dziś życie zaczyna się niekiedy dopiero po pięćdziesiątce.

  1. Psychologia

Czterdziestka to nowa dwudziestka. Co oznacza życie w przesunięciu?

Niezależnie od wieku można być też w umownej „starości”. Młodość to stan umysłu. (Fot. iStock)
Niezależnie od wieku można być też w umownej „starości”. Młodość to stan umysłu. (Fot. iStock)
Czterdziestka jako nowa dwudziestka, pięćdziesiątka jako nowa trzydziestka, a zamiast starości – trzeci wiek. Macierzyństwo wiąże się z czasem dojrzałości, mamy po kilka karier i szanse na nowe otwarcia. Co dla kobiet oznacza życie w przesunięciu?

Na początek diagnoza. Rodzimy pierwsze dziecko średnio dekadę później niż pół wieku temu, żyjemy średnio dekadę dłużej. Lata 20. to (coraz dłuższy) czas poszukiwania partnera, przybiera na sile zjawisko singlizmu. Młodzi później się usamodzielniają – chyba że opuszczają rodzinną miejscowość i zaczynają karierę w większym mieście. Lata 20. to zatem także czas na zaistnienie na rynku, na bezkompromisowe podejście do pracy. Na lata 30. przypada epoka rodzicielstwa; lata 40., gdy dzieci są już trochę odchowane, to zatem okres przywróconych możliwości i nowego otwarcia. Pik kompetencji zawodowych przenosi się w konsekwencji na pięćdziesiątkę, zaś w szóstej dekadzie życia, gdy dzieci są już dorosłe, nadchodzi okres największych możliwości realizowania siebie. Spijanie śmietanki, celebrowanie dokonań życia, aktywność zawodowa na najwyższym szczeblu i miejsce na pasje.

Tak to przynajmniej wygląda w ocenie amerykańskiej politolożki, akademiczki i analityczki Anne-Marie Slaughter, która w ogóle porusza się po wysokich szczeblach. Swego czasu była jedną z kluczowych postaci w Białym Domu, a zrezygnowała z potrzeby zajęcia się nastoletnimi synami z konstatacją, że kobiety nie mogą mieć wszystkiego. Dlaczego nie mogą? Między innymi dlatego, że warunki życia nie nadążają za „przesunięciem”.

Choć wysokie rewiry życia pani Slaughter są dostępne nielicznym, przesunięcie staje się udziałem nas wszystkich. Co za tym idzie – coraz większy ułamek życia spędzamy poza okresem młodości.

– To banał, ale przeżycia i doświadczenia się gromadzi. Mało mówimy o kumulowaniu mądrości – mówi Elżbieta Schroeder, psychoterapeutka pracująca metodą psychologii procesu. – Tymczasem choć starzy ludzie mają więcej nagromadzonej mądrości życiowej, czasem odcinamy sobie do niej dostęp przez to, że kulturowo i społecznie nie za bardzo się szanuje starość – dodaje. Czy rzeczywiście?

Młodość jako stan ducha

Panie w telewizji nie mają zmarszczek, kosmetyki obiecują wieczną witalność. Czy kult młodości nie stoi w kontrze do przesunięcia?

Elżbieta Schroeder zamyśla się. – Zatrzymanie się, odchodzenie, myślenie o śmierci ma złą prasę. A w psychologii procesu strach przed śmiercią często oznacza wewnętrzną potrzebę pogłębiania kontaktu z czymś większym – mówi. – Na rzeczywistość można patrzeć z trzech poziomów. Jest rzeczywistość uzgodniona – ta, która nas otacza; rzeczywistość snu – marzeń sennych, uczuć i energii; ale jest też poziom esencji, gdzie jesteśmy blisko czegoś duchowego. W zależności od światopoglądu może to być kosmos, Bóg, energia ziemi. Coś zdecydowanie większego niż człowiek. Nie mamy ochoty konfrontować się z tym, że wszyscy umieramy – ale coś się kończy, a coś się nie kończy. A z tym, co się nie kończy, potrzebujemy kontaktu przez całe życie. I jeśli uciekamy od tego, to jednocześnie odsuwamy na bok starych ludzi. Oni są bliżej tego.

Schroeder dodaje, że atrybuty młodości są przy tym szalenie pociągające. – Entuzjazm, aktywność, poczucie, że wszystko jest otwarte i wszystko mogę. Nie wiem, czy nie skupiamy się tu za bardzo na ciele. Bo gdyby pomyśleć o świadomości, to w każdym wieku można po te atrybuty sięgnąć. Niezależnie od wieku można być też w umownej „starości”. Młodość to stan umysłu. W psychologii procesu jest ćwiczenie, w którym przywołujemy ten stan. Można w nim sięgnąć po energię młodości. Proces to przepływ stanów, zmiana. Dokonuje się ona nieustannie, dopiero jeśli utkniemy w jakimś stanie, mamy kłopot. Nawet jak mówimy o polaryzacji starość – młodość, jedno i drugie ma swoje piękne strony i ma ograniczenia. Chodzi o to, jak przepływać między tymi stanami i jak z nich korzystać – dodaje.

Czy to się wyklucza? Schodzę na ziemię i rozmawiam z socjolożkami.

Pigułka młodości

Doktor Małgorzata Sikorska, socjolożka z Uniwersytetu Warszawskiego, przypomina, że przesunięcie dotyczy też mężczyzn. To dlatego, że jest mocno związane z wykształceniem i rynkiem pracy. PRL gwarantowało pewność zatrudnienia, a jednocześnie tylko siedem procent społeczeństwa miało dyplomy wyższej uczelni. Dziś wśród osób w wieku 30–34 to aż 40 procent.

– Młodzi ludzie w PRL-u szybciej wchodzili na rynek pracy, bo nie mieli co z sobą zrobić – mówi Sikorska. – Zaczynali po maturze czy szkole zawodowej, więc perspektywy też mieli ograniczone. Po samochodówce można zmieniać miejsca pracy, ale trudniej zmienić zawód. Po studiach wybór jest szerszy.

Absolwenci wyposażeni w szerokie kompetencje mogą więc dziś przebierać w ścieżkach kariery, a socjolożka dodaje, że wymusza to też rynek pracy. – Zrobił się płynny: kiedyś pracowało się w tym samym miejscu od początku do końca kariery. Dziś nie tylko byłoby trudno znaleźć taką posadę, ale też wątpię, czy pracownik mógłby na niej wytrzymać. W zawodach specjalistycznych dominują projekty, nie praca na etat.

Sikorska twierdzi, że dla pewnej grupy pracowników nie ma od tego odwrotu. Rynek pracy nie będzie oferował stabilności i długotrwałego zatrudnienia. To niepewność, ale też szansa. – W Danii powstał pomysł, który promuje Unia Europejska: flexicurity. Chodzi o to, żeby rynek pracy z jednej strony był elastyczny, a z drugiej – zapewniał bezpieczeństwo. Możesz często zmieniać pracę, ale jak jesteś na bezrobociu, dostajesz instrumenty typu szkolenia i świadczenia, które pomagają ci przygotować się do nowego zajęcia. Przy takim założeniu okres przejściowy między kolejnymi projektami nie jest niczym dziwnym. Staje się normą, którą trzeba wykorzystać na zmianę umiejętności, podniesienie kwalifikacji. W Polsce to jeszcze nie działa, ale kolejne „nowe otwarcia” w karierze to coraz częstsze zjawisko – dodaje.

Sikorska uważa, że tu leżą źródła kultu młodości. – Młodość kojarzy się z dynamiką, energią. Jeżeli nasze życie zawodowe wymusza na nas, żebyśmy byli dynamiczni, energiczni i przygotowani na zmianę, to promujemy młodość. Za tym idzie branża kosmetyczna, odzieżowa. Ale także moda na zdrowe odżywianie, na bieganie. To trend, w którym traktujesz swoje ciało jak coś plastycznego, z czym możesz zrobić wszystko.

W ten trend wpisuje się też boom na środki farmakologiczne, mające ulepszyć nasze ciała. Jeśli coś ma szwankować, weź pigułkę. – Znalazłam niedawno dane, jak często Polacy konsumują te środki i jak bardzo to lubią. W porównaniu z innymi krajami jesteśmy na pozycji lidera – mówi Sikorska.

To widać: na ulicach apteki wypierają sklepiki, punkty usługowe, kawiarnie i księgarnie, reklamy na środki farmakologiczne zdominowały wszystkie inne. Komunikują samą obecnością: skoro żyjemy w przesunięciu, utrzymajmy dobrą formę, nawet ze wspomaganiem. Pytanie: jak w tym wszystkim radzą sobie najstarsi?

Złoty trzeci wiek

Rozmawiamy o tym z doktor Łucją Krzyżanowską, która napisała pracę doktorską o powodach przechodzenia na emeryturę. Potwierdza, że obecnie zmienia się trajektoria życia. – Nie tylko żyjemy dłużej, ale też poprawia się nam stan zdrowia. A to zmienia sposób myślenia o emeryturze – mówi. – Bismarck ustalił wiek emerytalny na 60 lat z myślą o żołnierzach, których niedołężną starość trzeba było finansować. Po to powstał cały system emerytalny. Dziś chodzi nie o to, aby finansować niedołężną starość, ale jesień życia. Pojawia się koncepcja trzeciego wieku – okresu pomiędzy niedołężną starością a czasem, gdy jest się pracownikiem, rodzicem, kiedy ma się mnóstwo obowiązków, ale brakuje czasu na realizowanie siebie. Ludzie mnóstwo spraw odkładają na potem. Na emeryturę. Trzeci wiek byłby w tym kontekście „drugą młodością”.

Stąd też biorą się dyskusje o podnoszeniu wieku emerytalnego. Doktor Krzyżanowska: – Państwu zależy, aby ludzie pracowali dłużej, a oni sami mówią: „Hola, hola, ja chcę mieć czas, żeby odpocząć. Mogę się wtedy zajmować wnukami, jeśli chcę, ale mogę też uprawiać nordic walking, wyjeżdżać za granicę, iść na uniwersytet trzeciego wieku. Już się napracowałem”.

Badaczka wzdycha i dodaje, że wszystko byłoby fajnie, gdyby ludzie mieli na to pieniądze. – W Polsce obserwuję, że ludzie bardzo czekają na emeryturę, ale potem okazuje się, że ten „urlop” bardziej przypomina „zesłanie”. Oprócz finansów jest też inne ograniczenie. Mam taką teorię, że jakie życie, taka emerytura – mówi Krzyżanowska. – Jak się było aktywnym, uprawiało sport, czytało książki, chodziło do teatru, spotykało ze znajomymi – emerytura też będzie aktywna i fajna. Niezależnie od ograniczeń finansowych, bo ludzie potrafią sobie wszystko zorganizować. Natomiast jeśli ktoś koncentrował się na pracy i rodzinie, nie miał pasji, to trudno je w sobie rozbudzić na emeryturze.

I ląduje się przed telewizorem. Według badań nad gospodarowaniem budżetem czasu to właśnie najczęściej robią polscy emeryci.

Długi finisz

Pozostaje pytanie o polskie realia pracy po 55. roku życia. O skalę zjawiska ejdżyzmu, czyli dyskryminacji ze względu na wiek. Czy ostatnia dekada zawodowej aktywności to dociąganie do mety, czy kumulowanie sukcesów, jak to widziała Slaughter? – Bardzo zależy od zawodu – mówi Krzyżanowska. – Banalny przykład: starszy profesor jest szanowany, starsza nauczycielka uznana za zmęczoną i wypaloną.

Badani przez Łucję Krzyżanowską czuli się jednak nieszanowani i niedoceniani, ich kompetencje były niewykorzystane. – Starsi pracownicy nie są awansowani, nie inwestuje się w nich, bo pokutuje przekonanie, niezgodne z wszelkimi badaniami, że ci starsi już się nie uczą. Że szkolenie ich jest nieefektywne. Tymczasem to nieprawda. Bo okazuje się, że oni są dużo bardziej lojalnymi pracownikami. Młodzi skaczą, kombinują, a ci starsi znają się na tym, co robią, i mogliby uczyć kolejne pokolenia. Mogliby zostać mentorami, ale nie ma nawet takiego myślenia, że ciało się zmienia i trzeba jakoś do tego dostosować przestrzeń, stanowisko pracy. To wszystko sprawia, że są wypychani z rynku – kończy Krzyżanowska.

Zazwyczaj, aby do czegoś dojść, potrzeba czasu. Popatrzmy więc na przesunięcie jako na szansę – wtedy będzie łatwiej ją wykorzystać.

 

  1. Psychologia

Miłość po czterdziestce. Jak kochać dojrzale?

Między czterdziestką a pięćdziesiątką przestajemy stosować tyle mechanizmów obronnych co kiedyś, więc nasze przeżycia emocjonalne stają się głębsze i harmonijne. (Fot. iStock)
Między czterdziestką a pięćdziesiątką przestajemy stosować tyle mechanizmów obronnych co kiedyś, więc nasze przeżycia emocjonalne stają się głębsze i harmonijne. (Fot. iStock)
Niedojrzała miłość mówi: „Kocham cię, ponieważ cię potrzebuję”. A dojrzała „Potrzebuję cię, bo cię kocham”. I mimo, że to właśnie ta druga ma szansę głęboko uszczęśliwić, jest rzadsza. By mogła się narodzić, wymaga bagażu życiowych doświadczeń, odwagi  i siwego włosa. Przynajmniej jednego.

Można spotkać ich w miejskim parku. Zawsze zagadani na ławce. Trzymają się za ręce, uśmiechnięci, z błyskiem w oku. Beata ma 48 lat, dorosłe dzieci. Mąż? W 2000 roku wyszedł po papierosy i nie wrócił, więc ona nie musi już nikomu gotować. Rozwinęła skrzydła, intelektualnie, towarzysko. On – przeciętnej urody, elegancko ubrany. W małżeństwie wytrzymał trzy lata. Sparzył się. W związki wchodził na krótsze dystanse. Nieufnie. Wyjechał na placówkę, zarobił, postawił dom. Po pięćdziesiątce się zakochał. Nie w długonogiej studentce, ale w Beacie. Tych dwoje wie dobrze, jak smakuje dojrzała miłość. I szczęście. Ale nie wie tego 46-letnia Justyna. Ładna, zgrabna. Do parku przychodzi z wnukami. Odkąd sześć lat temu została babcią, świata poza nimi nie widzi. A nawet gdyby chciała zobaczyć, to „czy wdowie wypada?”. Wchodziła kiedyś na portale randkowe 40+ i oglądała kandydatów. Gdy w domu przy bitkach bąknęła, że może ułoży sobie życie, córce wypadł widelec z dłoni. Była zniesmaczona. Justyna dała spokój.

Nie brakuje współcześnie dojrzałych kobiet podobnych do Beaty – śmiało wchodzących w związki. Inne żyją jak Justyna. Nieliczne. Choć ćwierć wieku temu była ich większość. Obyczajowa zmiana?…

…Ba! Rewolucja

W nadziei na prawdziwą miłość według badań rozchodzi się dziś koło czterdziestki co trzecia para. A 30 lat temu rzadko która. W Internecie mnożą się przeznaczone specjalnie dla dojrzałych portale randkowe. Także dla poszukujących przelotnej znajomości, którzy wolą wieść wygodne życie singla. A i dla tych, co dopiero w średnim wieku dojrzewają do stałej relacji. W pojedynkę żyje dziś 26 proc. Polaków przed czterdziestką! Co potem? Wybierają różne opcje. Nawiązują erotyczne znajomości, wchodzą w stałe związki lub zawierają małżeństwa. To wszystko sprawia, że rynek randkowo-matrymonialny 40 i 50+ kwitnie dziś jak nigdy.

– Poszukująca czy zakochana osoba z wypiekami na twarzy i półwieczną metryką w kieszeni to dziś norma – twierdzi psycholog Monika Osakiewic. – Od czasów programu TV „Rolnik szuka żony” randkowanie w słusznym wieku zostało nawet upublicznione. Amory dojrzałych nikogo już nie dystansują.

A jeszcze 15 lat temu amerykańska doktor ekonomii Sylvia Ann Hewlett w artykule „...The Myth that Having It All” napisała: „Prawdopodobieństwo, że kobieta po czterdziestce znajdzie partnera na życie, jest takie, jak to, że zginie w zamachu terrorystycznym”. Przepowiadała, że pustka i samotność będą karą dla kobiet za ich emancypację. Dodatkowo szwajcarski socjolog Hans Hoffmann wieszczył, że 40-latki z Europy Środkowej, włączając tych z Polski, obarczeni będą w XXI w. skutkami ustrojowej transformacji. Wypaleniem, nałogami, niezdolnością do tworzenia więzi. Ale rzeczywistość okazała się inna. „Wielkimi krokami zmierzaliśmy w kierunku społeczeństwa singli żyjących w obdartym z ludzkich uczuć imperium wolności, a tu… zaskoczenie. Miłość wygrała” – pisze Hoffmann. Pokolenie 40-letnich Europejczyków zaczęło się bowiem zachwycać codziennością. Potwierdzają to także polskie sondaże. Nasza satysfakcja z życia skacze w górę tuż po przekroczeniu jego półmetka.

Skąd czar w dojrzałym związku?

Francuska aktorka Jeanne Moreau żartowała w wywiadach, że starość nie chroni przed miłością. Za to miłość potrafi ochronić przed starością. O tej ostatniej nie możemy dziś mówić w przypadku 40-latki. Jednak gdy Moreau była w takim wieku, uważano go za stateczny. W dobrym tonie było przyjmować role babć, mentorów, osób wspierających innych, poświęcających się idei. Dziś niekoniecznie stawiamy je na pierwszym miejscu.

Ewa, menedżer artystów, ma 52 lata. Nigdy jeszcze spotykanie się z mężczyznami nie sprawiało jej tyle frajdy. – Dawniej szukałam ojca dla dzieci, bo zegar biologiczny tykał. I to było kryterium nerwowych wyborów – opowiada. – Czy zapewni bezpieczeństwo, zarobi na gniazdo, poświęci czas dzieciom. Dziś mnie to nie obchodzi. Cenię w mężczyznach nutę szaleństwa, szerokie horyzonty, poczucie humoru, gust.

– W pewnym wieku perspektywa radykalnie się zmienia i randkujesz wyłącznie dla przyjemności. Bez obciążeń. Nie ścigasz się z czasem, nie gonią cię społeczne powinności. Jesteś na tyle dojrzała, by wiedzieć, gdzie znajdować szczęście – mówi 43-letnia Klaudia, specjalistka ds. logistyki. – 40-latki mają grubszą skórę, trudniej zrastają się w jedno z ukochaną osobą, dzięki czemu łatwiej im respektować jej granice. A uszanowanie suwerenności to warunek dobrego pożycia.

Psycholog wspomagania rozwoju Przemysław Staroń z Uniwersytetu SWPS w Sopocie potwierdza, że dopiero po czterdziestce mamy szansę stworzyć dojrzały związek. Uczonych utwierdziło w tym odkrycie fenomenu mądrości.

– Tkwiliśmy w przekonaniu, że umysł rozwija się do pewnego wieku. Potem funkcjonujemy na podobnym poziomie, by koło pięćdziesiątki zacząć tracić sprawność intelektu – mówi. – Współczesne badania wywróciły ten pogląd do góry nogami. Bo umysł rozwija się nieprzerwanie do późnej starości, wyposażając nas w zasoby, o jakich młodsi mogą pomarzyć.

Szwajcarska psycholog prof. Gisela Labouvie-Vief zaobserwowała w badaniach u osób po 45. roku życia osiem cech tzw. myślenia postformalnego, które przekłada się m.in. na większą zdolność do tworzenia szczęśliwych miłości. Potrafimy sprawnie godzić konflikty między potrzebami własnymi a drugiej osoby. Znika lęk przed wykraczaniem poza schematy, stajemy się więc bardziej elastyczni, ciekawsi innych i tolerancyjni. Tym bardziej że stosujemy różnorodne kryteria oceny, wynikające z doświadczenia i wiedzy. Nic nie jest jednoznaczne. Zachowujemy się autentycznie, czym wzbudzamy zaufanie partnera. Ma on szansę poczuć się przy nas bezpieczniej. Ale na tym nie koniec.

Między czterdziestką a pięćdziesiątką przestajemy stosować tyle mechanizmów obronnych co kiedyś, więc nasze przeżycia emocjonalne stają się głębsze i harmonijne. Nie przypisujemy innym tego, co tak naprawdę tkwi w nas, biorąc odpowiedzialność za własny stan ducha. Nie obarczamy nim partnera. Nasz język – bogatszy i żywszy – pozwala atrakcyjniej pokazać nasz wewnętrzny świat. Umiemy pogodzić pozorne przeciwieństwa. Nie mówimy już: „On nie zadzwonił, więc mnie nie kocha”. Jesteśmy w stanie uznać jednoczesne istnienie miłości i braku telefonu. Powiemy: „Kocha. Nie zadzwonił. Powodów może być wiele”. Smutek innych przestaje nas obciążać. Wykazujemy przy tym większe zrozumienie cudzych problemów. Czyż to nie wymarzony potencjał na wspólne życie?

A co z seksem?

O życiu erotycznym 40-latek krążą stereotypy, które na ogół wyprowadzają kobiety z równowagi. – Nie znoszę pytań, w jakim wieku jest mój partner. I czy dobił już do trzydziestki. To tak jakby czymś niezwyczajnym było pragnienie spotykania się z równolatkiem, który ma takie same zmarszczki, łóżkowe doświadczenie – wyznaje Beata. – Przecież kuguarzyce polujące na młode ciała to garstka. Kobiety 40+ pragną erotyki na poziomie zaawansowanym. Bo dopiero teraz mają seks wolny od oczekiwań, lęków, powinności. Seks jest rozrywką.

– W wieku 50 lat spotkałam swojego najlepszego kochanka. Lat 55. Zdziwiłam się, sięgając „Intymnie...” Izdebskiego i Wiśniewskiego. Przeczytałam, że przekwitające panie cierpią na suchość pochwy, radykalnie spada im libido, a wargi sromowe, delikatnie mówiąc, bo nie odważę się zacytować dosłownie, stają się nieładne – burzy się Ewa. – Uprawiam seks codziennie i nie dostrzegłam tych symptomów. Mam wrażenie, że wciąż pruderyjny świat próbuje wepchnąć dojrzałe kobiety w fałszywe schematy i kastrować je. Z kolei dzieci bulwersują się na wieść o namiętnościach rodziców, twierdząc, że im odbiło. Bo nie pomagamy przy wnukach. Bo powinnyśmy być poważne.

Na łamach pisma medycznego „Urology” opublikowano badania, z których wynika, że w krajach rozwiniętych seks kilka razy w tygodniu uprawia połowa mężczyzn w wieku 40–80 lat. A kobiety? Po czterdziestce odczuwamy zdecydowanie większe pożądanie. Mimo że zdarza się nam narzekać, że ciało już nie takie, to mniej się go wstydzimy niż 20-latki. Mamy też bardziej wybujałe fantazje.

– Nie skupiamy się na karierze, jesteśmy wypoczęte, a dzieci odchowane. Otwiera się przestrzeń – mówi specjalistka od edukacji seksualnej, psychoterapeutka Violetta Nowacka. – Seks podporządkowany jest wyłącznie przyjemności, co zwiększa naszą zdolność do rozkoszy. Co prawda mniej mamy kobiecych hormonów, ale do głosu dochodzi testosteron, podkręcając nasze żądze. Rozkwit doznań w okolicach pięćdziesiątki nie należy do wyjątków.

To dobrze, biorąc pod uwagę teorię niemieckiego lekarza Gerda Jansena. Jego zdaniem seks ma decydujący wpływ na zdrowie, spowalnia procesy starzenia i podnosi odporność. Po przekroczeniu życiowego półmetka bywa ważniejszy niż sport. – Jednak na tyle to wciąż wstydliwe, że lekarz w przychodni szybciej zapyta nas o częstość wydalania stolca niż uprawiania seksu – żali się Ewa. – Można się załamać.

Chęci większe niż efekt

Coraz więcej par w średnim wieku publicznie trzyma się za rękę, całuje, coraz większa jest też otwartość dojrzałych kobiet na miłość. Stajemy się proaktywne w poszukiwaniu partnera, o czym świadczą m.in. tysiące profili randkowych na portalach 40+, istniejących w polskim Internecie dopiero od kilku lat.

– Emocjonalno-intelektualne zasoby do stworzenia dobrego związku zwiększają się, rośnie też jego pragnienie. Nie zawsze jednak przekłada się to na skuteczność tworzenia więzi – uważa Monika Osakiewicz. – Nie chcemy odsuwać się od nurtu życia, pragniemy rozwinąć skrzydła. Ale decyzjami o łączeniu się w pary często rządzi lęk. Im bardziej konsumpcyjny styl życia, tym większa obawa przed samotnością. Uzależniamy się od komunikatorów, tracimy kompetencje duchowe. A im więcej lęku i mniej intuicji, kontaktu z własnym wnętrzem, tym mniejsza szansa na zbudowanie czegoś prawdziwego.

Jak sprawdzić swoją zdolność do miłości po czterdziestce? Zdaniem psycholożki związki mylą się nam z wzajemnym zaspokajaniem potrzeb. Wystarczy uczciwość wobec siebie. Warto zatrzymać się w ciszy i poczuć ciało. Posłuchać go. Lęk poczujesz w nim inaczej niż miłość. Zadaj sobie pytanie: Dlaczego chcę związku? I poczekaj, aż popłyną odpowiedzi. Jeśli chcesz dostać od drugiej strony coś, czego nie masz, rządzi tobą strach. Jeżeli posiadasz tak dużo, że chcesz się tym dzielić, jest duża szansa na szczęście we dwoje.

Jednak są tacy, jak np. psycholog prof. Augustyn Bańka z Uniwersytetu SWPS w Sopocie, którzy twierdzą, że po czterdziestce czy pięćdziesiątce…

…nie czas na namiętną miłość

Tak dużo się zmieniło, a zarazem nie zmieniło się nic. Bo z jednej strony wydłuża się nasze życie, a granice pomiędzy poszczególnymi jego fazami się zacierają. Nie potrafimy ich rozpoznawać. Z drugiej strony – wchodzenie w kolejne etapy życia jest nieuchronne.

– Współcześnie można być młodym, mając sześćdziesiątkę, a i starym po trzydziestce. Przynależność do grupy matek, randkujących podlotków czy statecznych mentorów nie zależy już od metryki. Dawniej społeczeństwo poddawało się kulturze, ale straciła ona moc porządkującą koleje losu. Jesteśmy zagubieni – twierdzi prof. Bańka. – Chcemy czasem przymknąć oko na prawa psychicznego rozwoju, jednak zawsze przyjdzie czas, w którym beztroskę wyprze odpowiedzialność. Czas, w którym opieka nad potomstwem czy poszukiwanie możliwości wyrażenia siebie wezmą górę nad pragnieniem spełnienia w miłości. I pojawi się moment, w którym szczęście odnajdziemy, odsuwając się od nurtu życia. W miejsce, którym rządzi refleksja, zaduma, obserwacja rzeczywistości i zachwyt nad nią. Inne wino wtedy smakuje, inne auta wpadają w oko. Oczywiście, można być pełnym wigoru, skończywszy 45 lat, i inwestować go w sferę miłosnych wrażeń. Ale po co?

Socjolog węgierskiego pochodzenia Frank Furedi nazwał współczesność cywilizacją infantylizmu, w której przez większość życia zaspokajamy własne ego. – I zamiast po osiągnięciu wieku średniego poczuć harmonię, popadamy w rozpacz – wyjaśnia profesor. – Naszymi pragnieniami często kieruje bowiem desperacja. A dojrzała miłość rządzi się całkiem innymi prawami.

Jakimi? Zakochana Klaudia uważa, że w pewnym wieku piękno nosimy już tylko w sobie. Ale ma szansę się uzewnętrznić, gdy poruszy je w nas miłość. – Dlatego jesteśmy do niej stworzeni. W każdym wieku i na wszelkich zasadach – twierdzi. W obronie związków 40+ staje też Ewa: – Relacje to rozwój, do którego mamy wieczne prawo.

Nawet sam słynny psycholog prof. David Buss stwierdził: „Po latach badań nad ewolucją miłości, która ma przedłużyć gatunek, przyznaję, zdarza się w każdym wieku. I ilu teorii byśmy o niej nie snuli, wymyka się wszelkim regułom”.

  1. Psychologia

Przyjaciółki, warsztaty, kręgi kobiet – co zrobić, gdy mężczyzna chce zatrzymać partnerkę tylko dla siebie?

Kobiety potrzebują wzajemnego wsparcia. Pragną się spotykać, rozwijać  i cieszyć życiem. Niestety, wielu mężczyzn jest o to zazdrosnych. (fot. iStock)
Kobiety potrzebują wzajemnego wsparcia. Pragną się spotykać, rozwijać i cieszyć życiem. Niestety, wielu mężczyzn jest o to zazdrosnych. (fot. iStock)
Gdy nasza partnerka spotyka się z przyjaciółkami, to nie znaczy, że czegoś nam brakuje. Dobrze, gdyby wreszcie do mężczyzn dotarło, że kobiety potrzebują kobiet, aby lepiej poznać, rozumieć i kochać siebie. I że to szansa dla związku – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Kongres Kobiet, kręgi kobiet, kobiece grupy rozwojowe, terapeutyczne, feministyczne, spotkania w gronie przyjaciółek – to dla mężczyzn, jak słyszę, prawdziwe wyzwanie. No bo dokąd ona chodzi? I po co? Co one tam robią? O czym rozmawiają?
Gdy kobieta wychodzi na kobiecą jogę czy gimnastykę, to pół biedy. Gorzej, gdy on przeczuwa, że na spotkaniach w gronie kobiet dzieją się dla niej ważne rzeczy. Gdy pyta partnerkę o charakter tych spotkań, ona go zbywa: „Trudno to opisać, obowiązuje mnie zasada dyskrecji”. Albo jeszcze bardziej tajemniczo: „Co my robimy? No wiesz, różne ciekawe rzeczy!”. A do tego kobieta się zmienia, staje się bardziej asertywna, w sposób otwarty stawia granice, wyraża swoje potrzeby, oczekiwania.

On dochodzi do wniosku, że one się spotykają, żeby nadawać na mężczyzn, skarżyć się i spiskować.
Psują mu kobietę. Mówią jej, co ma robić, a czego nie robić, i teraz są właśnie efekty. Fantazja zaczyna pracować pełną parą. To jest zazdrość o intymny świat kobiety, do którego on nie ma dostępu. Może czuć się odstawiony na boczny tor. Jeden z klientów zwierzał mi się, że jego żona zapomniała o rocznicy ślubu, bo umówiła się z przyjaciółką. Długo czekał z kwiatami i prezentem, aż zapadła noc. Innym razem wyjechała z przyjaciółkami na weekend w jego urodziny. Opuszczony, zraniony i rozżalony pytał mnie, co ma o tym myśleć. I że to dowód, iż słusznie się niepokoi, ponieważ z nią i z ich związkiem jest coraz gorzej. A to wszystko przez te spotkania z kobietami.

W jaki sposób mężczyzna okazuje swój niepokój? Jak sobie radzi?
„Może byś się zajęła dziećmi”. „Lodówka pusta”. „Sterta prania czeka”. Może porównywać: „Janusz to ma żonę! Dom zadbany, czysto, ugotowane, jakoś to po ludzku wygląda, tak jak powinno być”. Może mieć pretensje: „Zobacz, co ty z nami robisz”. Może sabotować jej wyjścia z domu: „Nie wiem, jak to zrobimy. Nie wiem, kto zajmie się dziećmi, bo ja też wychodzę”. Może być zły, znajdować różnego rodzaju preteksty, żeby ją zatrzymać w domu – że chory, że źle się czuje, że ma coś pilnego do zrobienia. Może się obrażać, znikać z domu, upijać się, ostentacyjnie milczeć. Może wycofać się do swojego wewnętrznego świata: komputer, Internet, hobby, praca. Wejść w koalicję z dziećmi: „Mama znowu wychodzi! No, dzieci, musicie być samodzielne…”. Miałem pacjentkę, która planowała wyjazd na trening dla kobiet. Po raz pierwszy od lat miała spędzić sama tydzień poza domem. Jej partner był w bliskiej koalicji z synem do tego stopnia, że syn się rozchorował, miał problemy z poruszaniem się, wyglądało na zapalenie ścięgien. Lekarz rozłożył ręce: „Nie ma tu żadnych medycznych podstaw”. Ta kobieta popatrzyła na syna i powiedziała wolno i stanowczo: „I tak pojadę!”. Zanim pojechała, już następnego dnia choroba syna minęła. Warto zdać sobie sprawę, że mężczyzna odczuwa lęk przed nieznanym, nie wie, z czym może się liczyć. Skoro partnerka stała się tak wymagająca, to do czego to doprowadzi. Często cierpi na tym męskie ego i narcyzm związany z wyobrażeniem, że skoro już jesteśmy parą, to powinienem być dla niej całym światem. Już nie powinna mieć innych potrzeb, nie powinna szukać na zewnątrz.

„Już jej nie wystarczam” – to może być zagrażające?
I bolesne. Konieczna jest tu świadomość, że spotkania z kobietami nie świadczą o tym, że mężczyzna ma jakieś braki. Wynikają z potrzeb kobiety. Dobrze, żeby wreszcie do mężczyzn dotarło, że kobiety potrzebują kobiet, aby lepiej zrozumieć siebie, wzmacniać poczucie wspólnoty, więzi i wymiany. To jest nowa świadomość na temat pełniejszego rozumienia kobiecych potrzeb i aspiracji. Tymczasem mężczyźni wydają się za tym nie nadążać. W dużym stopniu pozostali na etapie archaicznym, jakiś przestarzałych wzorców i ról.

Kobiety mówią, że odkąd przebywają z innymi kobietami, przestały wreszcie wymagać od mężczyzny, żeby był im matką, ojcem, przyjaciółką, terapeutą, doradcą. Mówią, że to wielka ulga. Chyba także dla mężczyzn?
Kobiety wzmacniają się i dojrzewają. Więc jako partnerki też są bardziej dojrzałe. Przestają być córeczkami, którym trzeba tatusiować. Kłopot w tym, że wielu mężczyzn lubi opiekować się kobietami jak dziećmi, ponieważ wtedy czują, że mają kontrolę. „Ja ci załatwię specjalistę od depresji, na pewno ci pomoże, znam człowieka”. „Wyszukam ci leki”. „Znajdę ci zajęcie”. „Załatwię pracę”. To on wybiera, decyduje. Wie kto, kiedy, z kim, dlaczego i po co. To daje mu paradoksalnie poczucie bezpieczeństwa, pewność siebie – ona zależy ode mnie, beze mnie sobie nie poradzi. Wyzwaniem dla mężczyzn nie są kobiece grupy, ale nowe myślenie o relacji, o partnerstwie. Czym ono jest? Potrzebujemy rozmów, aby zmienić stare przekonania i nawyki.

Od czego zacząć?
Dobrze, gdyby kobiety mówiły wprost: „To nie jest przeciwko tobie. Nie wychodzę z domu, dlatego że nie chcę być z tobą czy z dziećmi. Zależy mi na was. A jednocześnie potrzebuję tego, co mogą mi dać tylko kobiety. Dzięki tym spotkaniom czuję się silniejsza i jestem pewna, że wszyscy na tym korzystamy. Ufam, że będziesz mnie w tym wspierał; zajmiesz się dziećmi i domem, gdy wychodzę”. Ważne, aby mężczyzna wyrażał zainteresowanie: „Co jest dla ciebie ważnego w tych spotkaniach? Czy może w naszym związku czegoś brakuje?”. Można powiedzieć o swoich fantazjach, podejrzeniach, obawach. „Gdy wychodzisz, niepokoję się. Tyle mówi się dzisiaj o tak zwanych grupach destrukcji, które mają charakter zamknięty, odcinają od rodziny”. Dobrze, żeby dopytywał, wyrażał troskę, miłość. „Pytam również dlatego, ponieważ ciekawi mnie, co się z tobą dzieje, co przeżywasz. Zależy mi na tobie, na nas”. Jeśli kobieta uczestniczy w grupie terapeutycznej, niech powie tyle, ile może, bez szczegółów, czemu ta grupa służy; że jej celem jest wzmacnianie kobiecej siły. Niech zwróci uwagę na to, w jaki sposób to wzmocnienie może wpłynąć na związek, na rodzinę. Dobrze, gdyby kobiety były otwarte: „Jeśli masz jakieś pytania, chętnie odpowiem na tyle, na ile będę mogła”. Takie podejście działa uspokajająco, wzmacnia zaufanie i poczucie bezpieczeństwa, ponieważ już nie trzeba się domyślać. Konieczne są też wspólne uzgodnienia, jak będzie funkcjonował dom na czas nieobecności kobiety. Bardzo konkretne ustalenia; kto w tym czasie odprowadzi dzieci do szkoły, przedszkola, kto zajmie się zakupami, posiłkami. Takie ustalenia działają cuda. Mężczyzna ma wtedy poczucie, że uczestniczy w czymś ważnym, ma wpływ, kontrolę. Niepokoi się, gdy jest zaskakiwany, uspokaja się, gdy wie, czego się spodziewać.

Najtrudniej – jak się wydaje – radzić sobie z męską zazdrością.
Spróbujmy popatrzeć głębiej: jeśli on wyraża zazdrość, mówi o swoim niepokoju, niezadowoleniu, można pomyśleć, że to dobry znak, że mu zależy, nie jest obojętny, żywi uczucia. Byłoby znacznie gorzej, gdyby wycofał się w swój świat: rób sobie, co chcesz, nic mnie nie obchodzi, mam tu w Internecie ciekawsze rzeczy. Więc zamiast się denerwować („Czyś ty zwariował z tą zazdrością!”), można zazdrość docenić i powiedzieć: „Cieszę się, że dzielisz się tym ze mną, że zadajesz pytania, interesujesz się moimi sprawami. Odbieram to jako zaufanie do naszej relacji. Powiedz coś więcej na ten temat. Czy w twoim odczuciu spędzamy ze sobą zbyt mało czasu?”. Gdy słuchamy siebie nawzajem, wtedy do głosu dochodzą prawdziwe potrzeby: kontaktu, docenienia, bliskości. Poprzez otwartość, rozmowy budujemy kontakt, pogłębiamy więź. Mężczyzna nie czuje się wtedy nie w porządku, że w ogóle śmiał zapytać czy krytycznie się wyrazić. Czuje się zrozumiany, ponieważ partnerka akceptuje, że on może tak się czuć.

Oczywiście, potrzebujemy, i kobiety, i mężczyźni, dużej dozy życzliwości i spokoju. Niewycofywania się z kontaktu. Otwartości. Słuchania i pytania. Jednak bywa i tak, że zmiana, która dokonuje się w kobiecie, jest ryzykowna dla relacji.
Samoświadomość kobiet, ich asertywność, domaganie się respektowania granic, potrzeb i dążeń może wydawać się czymś negatywnym, utratą tego, co było. Jednak to właśnie szansa dla związku. Oczywiście, nie wszyscy mężczyźni wytrzymają takie zmiany, nie wszyscy podejmą dialog. Warto jednak przynajmniej spróbować rozmawiać, w otwarty sposób wyjaśniać, co się dzieje. Wielu mężczyznom wydaje się, że zmiana, jaką musieliby przejść, narusza ich wolność, tożsamość. „Wymagasz ode mnie, żebym stał się inny, nie akceptujesz mnie takim, jaki jestem”. W podtekście jest pragnienie, aby nic się nie zmieniło, żeby mogło być tak jak dotychczas, taki sam podział zadań, obowiązków. Jednak kobieta nie godzi się już na dotychczasową sytuację, którą na przykład traktuje jako niesymetryczną, eksploatującą. Mówi: „Teraz chcę być z tobą jako wolna kobieta, a nie uzależniona, biedna córeczka”. Czy to nie jest bardziej dojrzałe, pełniejsze? Otwiera się nowy etap dla związku, nowa jakość relacji, głębsza, pełniejsza. Nie wszystkim mężczyznom zależy na pogłębionej relacji, mogą więc nie chcieć wsiąść na statek, który wypływa na szerokie wody…

…nieświadomi, że tego rejsu nie da się już zatrzymać.
Żebyśmy mogli być szczęśliwi w naszych związkach, potrzebujemy kontaktu z innymi, ze światem. Gdy tego nie ma, związek obumiera. Może trwać w sposób formalny latami, jednak nie ma w nim życia. Niektórzy mówią, że skończyła się chemia. Raczej skończył się pokarm, którym związek się żywił. Jeśli spędzamy ze sobą większość czasu, nie podróżujemy, nie uczymy się nowych rzeczy, nie uczestniczymy w inspirujących zdarzeniach, to z czego czerpać? Seks nie wystarczy. Wydaje mi się, że mężczyźni ciągle nie zdają sobie sprawy z tego, że kobieta, która wychodzi z domu, spotyka się z przyjaciółkami, uczestniczy w zajęciach grupowych, zasila tym samym związek, ponieważ wszystko, czego się nauczyła, co odkryła, przynosi do domu, jest ożywiona, szczęśliwsza. To jest nowa energia, nowy świat, z którym mamy okazję się spotkać, a to poszerza nasze perspektywy, pozwala wychodzić poza ograniczenia, schematy czy stereotypy. Wielka szansa na rozwój. Naszym partnerkom należy się wdzięczność, a nie sabotowanie ich aspiracji.

Benedykt Peczko
 jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP. Niedawno ukazała się książka „Zrozumieć mężczyznę”, którą napisał z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

  1. Psychologia

Pochwała dojrzałości. Rozmawiamy z Carlem Honoré

Gdy osiągamy dojrzałość, zwykle lepiej czujemy się we własnej skórze. Fot. iStock
Gdy osiągamy dojrzałość, zwykle lepiej czujemy się we własnej skórze. Fot. iStock
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nie zamartwiajmy się na zapas upływem czasu, on i tak będzie płynął. Żyjmy zdrowo, tu i teraz, to nasza inwestycja w przyszłość – apeluje Carl Honoré, autor książki „Siła wieku. Szczęśliwe życie w epoce długowieczności”.

Z myślą o jakim czytelniku pisał pan tę książkę?
Kiedy piszę, tak naprawdę nie myślę o czytelniku. Myślę o sobie. To już moja czwarta książka, każda narodziła się z osobistego kryzysu, więc można powiedzieć, że pisanie to dla mnie rodzaj terapii. Ale wygląda na to, że moje książki mają uniwersalne przesłanie i wywołują oddźwięk u ludzi w różnym wieku na całym świecie.

Żałuję, że taka książka nie powstała wtedy, gdy byłam młoda, bo pamiętam, jak bardzo przeżyłam swoją trzydziestkę.
Sam żałuję, że nie napisałem jej 20 lat temu, oszczędziłbym sobie wiele strachu, wstydu czy wręcz odrazy. Ale ironia polega na tym, że nie mogłem jej wtedy napisać. Ja też pamiętam swoje myślenie, gdy miałem 30 lat. Wydawało mi się, że mam przed sobą jeszcze dziesięć lat życia, a potem koniec. Potem dobiłem do czterdziestki, pomyślałem: „OK, nie jest tak źle, więc może jeszcze da się jakoś żyć”. Teraz jestem po pięćdziesiątce i rozumiem, że wcale nie musi być tak źle, jak myślałem. Ta książka powstała po to, żeby uratować ludzi, wybawić ich z błędnego myślenia i trwania w mało optymistycznych, nieprawdziwych stereotypach dotyczących wieku.

Trzeba ratować przede wszystkim kobiety. Bo to my mamy z przemijaniem największy problem.
Zgoda, kobiety płacą wyższą cenę za funkcjonowanie w tych stereotypach. Myślę jednak, że mężczyźni też cierpią z powodu tego, że tracą wigor, tężyznę fizyczną, czyli atrybuty kojarzone z młodością i męskością. Cierpią w milczeniu, nie rozmawiają o tym, podchodzą do wieku podobnie jak do swojego zdrowia – wolą przemilczeć problemy, nie pójdą do lekarza, dopóki ich jądro nie będzie ważyło trzech kilogramów.

Co według pana rodzi lęk kobiet przed przemijaniem?
Kult młodości wszechobecny we współczesnej kulturze. To największy problem, największa tragedia młodych kobiet.

Ilustracja Magdalena Pankiewicz Ilustracja Magdalena Pankiewicz

Na całym świecie? Czy są jakieś chlubne wyjątki?
Ten kult rozprzestrzenił się już na cały świat. Kiedy zaczynałem pisać książkę, miałem cichą nadzieję, że znajdę kulturę, w której występuje pełna akceptacja dla starzenia się. Łudziłem się, że może w krajach Wschodu, w których ludzie starsi tradycyjnie otoczeni są dużym szacunkiem, te stare wartości dobrze się trzymają. Jednak kult młodości jest globalny, dotarł wszędzie. W takiej Korei Południowej na przykład wykonuje się najwięcej operacji plastycznych na świecie. I poddają się im często 20-latki! Przemysł produktów przeciwstarzeniowych wart jest miliardy dolarów. Dużą część tego rynku finansują dwudziestoparolatki, wydają na takie kosmetyki więcej pieniędzy niż 40- czy 50-latki.

Czy da się ten trend zmienić?
Na pewno warto zacząć od języka, od słów, jakich używamy. Często nieświadomie stosujemy zwroty, które utrwalają negatywne stereotypy dotyczące starości, a język kształtuje przecież nasze relacje, naszą rzeczywistość. Konieczna jest też walka ze stereotypami na temat wieku, z tak zwanym ageizmem. Pomóc mogą w tym media społecznościowe pełne ludzi, którzy przekazują własną opowieść na temat tego, jak wygląda życie w starszym wieku, jak oni sobie radzą jako 50-latkowie, 60-latkowie, 80-latkowie. To często obrazy nieprzystające do skojarzeń, które mamy w głowie. Powinniśmy też przestać kłamać na temat swojego wieku. Takie kłamstwa są czymś powszechnym. Widać to w wyszukiwarce Google. Kiedy wpisuje się frazę: „kłamać na temat…”, to Google sam podpowiada: „wieku”. Mam znajomą, która świętowała swoje 39. urodziny po raz czwarty.

To niewinne kłamstwo.
Nie, dlatego że kłamiąc na ten temat, utrwalamy pewne tabu, od którego należy uwolnić starzenie się. Ale żeby to zrobić, musimy być uczciwi i mówić prawdę, ile mamy lat, nie wstydzić się tego. Na pewno po stronie starszych jest demografia, to, że stanowią oni coraz większą część społeczeństw, więc coraz trudniej będzie ich lekceważyć czy ignorować.

Trudno ich ignorować przede wszystkim dlatego, że są aktywni i potrzebni.
Zdecydowanie tak. Po 50. roku życia zakładają nowe biznesy, po 60. uczą się języków, po 70. startują w wyborach, ubiegając się o wysokie urzędy. To, że widzimy ludzi w starszym wieku, którzy się realizują, są szczęśliwi, mają udane życie, zmienia naszą percepcję starości. Starzenie się jest czymś innym, niż było kiedyś. Jeszcze nigdy w historii świata ludzie w wieku 65 lat nie byli w tak dobrym stanie zdrowia, w takiej kondycji. Dopiero co został pobity rekord świata w ćwiczeniu, które nazywa się deska. Wie pani, o co chodzi?

Tak, opieramy się o podłogę rękami i palcami stóp, utrzymując pozycję podobną do deski. Proste, ale bardzo trudne ćwiczenie.
Ile minut pani wytrzyma?

Trzy.
A nowy rekord wynosi 8 godzin, 15 minut, 15 sekund. I ustanowił go 62-latek.

Ten rekord to dla młodych kobiet wyjątek potwierdzający regułę. Co by im pan powiedział z perspektywy badacza wieku, którego tak się boją?
Przede wszystkim powiedziałbym im, żeby inaczej pomyślały o starzeniu. Nie w kategoriach przepaści, do której człowiek się zbliża z wiekiem, aż w pewnym momencie dochodzi tak blisko, że pozostaje tylko rozpacz. To myślenie wbrew wiedzy naukowej. Powinniśmy patrzeć na starzenie się jak na rozciągnięty w czasie proces. Tymczasem kult młodości zakłada, że pewne czynności trzeba zrobić do pewnego wieku, że się ma ileś czasu na to, żeby coś w życiu osiągnąć, odhaczyć. Można też prowadzić dziennik, w którym notujemy te lęki i obawy związane ze starzeniem się, jeśli wrócimy do tych zapisów po roku, paru latach, uzmysłowimy sobie, jak bardzo były bezzasadne. Moja praktyczna wskazówka brzmiałaby tak: żeby w życiu towarzyskim otworzyć się na osoby starsze od siebie, starać się utrzymywać z nimi kontakty. Bo często jest tak, że ludzie przebywają tylko ze swoimi rówieśnikami, co powoduje, że mają ograniczoną perspektywę, budują sobie nieprawdziwe wyobrażenia na temat późniejszego wieku. Gdyby mieli możliwość porozmawiać z seniorami na temat tego, jak wygląda ich życie, wyleczyliby się z tego lęku.

Często robimy wprost przeciwnie: otaczamy się młodszymi, by wampirycznie czerpać młodą energię. To dobra strategia radzenia sobie ze starzeniem się?
Na pewno bardzo ważna jest motywacja. Bo jeżeli zadajemy się z młodymi tylko po to, żeby zapomnieć, ile mamy lat, jakoś to zatuszować, samego siebie oszukać, to jest to złe. Oczywiście, można poszerzać swoje kręgi towarzyskie, utrzymywać kontakty i z młodszymi, i ze starszymi, jeśli przyświeca nam cel, żeby mieć szerszą perspektywę. Jeżeli nie zwracamy uwagi na wiek i tak się składa, że spotykamy się z młodszymi ludźmi, bo to sprawia nam przyjemność, to super. Ale jeżeli spotykamy się z nimi tylko dlatego, że są młodzi, to już rodzi się problem.

Mówi pan o kulcie młodości, ale obserwujemy też trend przeciwstawny – coraz bardziej, nawet w modzie, liczy się nie wiek, wygląd, ale oryginalność, osobowość.
To dobry prognostyk widoczny w branży modowej, kosmetycznej, w doborze modelek, które coraz częściej nie odpowiadają konwencjonalnym kryteriom urody, atrakcyjności. To trend, który prowadzi do zmiany na lepsze. Dowodem na to jest upadek takich marek jak Victoria’s Secret. Kobiety nie chcą już, żeby postrzegano je przez pryzmat tego, co w danym wieku wypada. Szukają jako konsumentki czegoś głębszego, skrojonego na swoją miarę. To pokazuje, jak ewoluuje wyobrażenie o pięknie. Wszyscy czujemy się przytłoczeni wzorcami urody, młodości. Potrzebny nam jakiś rodzaj detoksu, odwyku od kanałów bombardujących nas obrazami ideału kobiecości, który wiąże się z młodym wyglądem. Starajmy się więc przynajmniej go równoważyć – obserwujmy w mediach nie tylko młode youtuberki, ale też osoby starsze, które reprezentują inny obraz atrakcyjności i kobiecości.

Młodzi wiedzą, że na starość czekają ich choroby, problemy z pamięcią, wyglądem, więc nic dziwnego, że się tego boją. Czy czeka ich wtedy też coś dobrego?
Szczęście. Pokutuje mit, że na starość ludzie są nieszczęśliwi. Tymczasem nauka temu przeczy. Badania pokazują, że najmniej szczęśliwi są ludzie w średnim wieku, poczucie szczęścia wtedy przez jakiś czas się obniża, by na starość znowu się odbić.

Dlaczego tak się dzieje?
Po pierwsze, zwykle lepiej czujemy się wtedy we własnej skórze. Po drugie, lepiej znamy siebie, swoje miejsce w świecie. I co bardzo ważne – mniej się przejmujemy tym, co inni o nas myślą, co ma kapitalne znaczenie dla poczucia szczęścia. Pewna dziennikarka napisała trafnie, że kiedy mamy 20 lat, zastanawiamy się, co ludzie o nas myślą, kiedy mamy 40, przestajemy się tym interesować, a kiedy mamy 60, zdajemy sobie sprawę, że oni w ogóle o nas nie myśleli. Uzmysłowienie sobie tego na starość jest wyzwalającym doświadczeniem szczególnie dla kobiet, od których zwykło się kulturowo więcej wymagać i które czują presję spełniania oczekiwań innych. Zrzucenie tego ciężaru po sześćdziesiątce oznacza wolność i poczucie, że można wreszcie robić to, na co się ma ochotę.

Młodzi myślą, że z wiekiem spada kreatywność. Prawda?
Nic podobnego. Okazuje się, że starsi pracownicy często pracują lepiej od młodych, są bardziej odpowiedzialni, tak samo albo nawet bardziej kreatywni. Z wiekiem rosną umiejętności społeczne i towarzyskie, co wpływa na ich poczucie szczęścia. To są zalety, które przynosi wiek.

A seks? Młodzi myślą, że w starszym wieku seks się kończy.
Ja też tak myślałem. Wielkim odkryciem, które przyniosło mi ulgę, było to, że wbrew stereotypom życie miłosne czy erotyczne wcale nie podupada w późniejszych latach. To kolejny mit. Myślę, że gdyby zapytać kobiety, które tak się przejmują tym, że są coraz starsze, czy naprawdę myślą, że z każdym rokiem są coraz gorsze w łóżku, toby tego nie potwierdziły. Z badań wynika, że kobiety po czterdziestce częściej deklarują zadowolenie z życia seksualnego w kontrze do ludowej mądrości, która mówi, że życie seksualne kończy się około 35. roku życia. Chciałbym więc powiedzieć kobietom, że musimy zacząć snuć sobie inną opowieść na temat starzenia się, uczciwszą, zniuansowaną i bardziej optymistyczną. Bo pewne rzeczy rzeczywiście się pogorszą z wiekiem, większość się nie zmieni, ale są też takie, które z biegiem lat się polepszą, to m.in. poczucie szczęścia, dobre czucie się we własnej skórze, produktywność, dobre relacje.

Biolodzy mówią, że natura wie, co robi. Na przykład pamięć krótkotrwała z wiekiem słabnie po to, żebyśmy nie chowali urazy.
To niewykluczone, zamiary natury są niezbadane. Może ona ewolucyjnie tak zaplanowała, żeby szczęśliwi dziadkowie mogli korzystnie wpływać na rodzinę, społeczność? Badania są zgodne co do tego, że po 40. roku życia ludzie stają się mniej skupieni na sobie, a coraz chętniej dają siebie innym.

Napisał pan słynną już książkę „Pochwała powolności. Jak zwolnić tempo i cieszyć się życiem”, ale powolność w kontekście starości źle się kojarzy.
Rzeczywiście, starość ma związek z powolnością. I istotnie, przywykliśmy do tego, że ceni się wigor, szybkość. Tymczasem to, że robimy coś wolniej, może okazać się kolejną zaletą i korzyścią, jaką człowiek wynosi z tego, że się starzeje. Zatem jeżeli zmienimy wizerunek powolności, to, jak o niej myślimy, co było tematem poprzedniej książki, to też wpłynie na wizerunek starości. Widzę to na przykładzie relacji moich dzieci z dziadkami. Mój ojciec ma do moich dzieci o wiele więcej cierpliwości, niż ja miałem. Ja zwykle gdzieś się spieszyłem, robiłem różne rzeczy szybko, bywałem znudzony dziecięcymi zabawami. A on potrafił godzinami siedzieć i słuchać, co one mają do powiedzenia. To przychodzi z wiekiem i staje się atutem.

A co młodzi mogą zrobić teraz dla przyszłego siebie? Nie myśleć o starości, ale żyć dobrze, zdrowo, tu i teraz, a efekt przyjdzie sam?
To bardzo trafne spostrzeżenie. Bo każdy wiek ma swoje zalety i w każdym wieku można być szczęśliwym. Pod jednym warunkiem – trzeba żyć tu i teraz, nie oglądać się na to, co było, ani nie patrzeć w przyszłość. Czyli zdrowo się odżywiać, ćwiczyć, dbać o relacje, ale najważniejsza jest zmiana sposobu myślenia o starzeniu się. Problem z kultem młodości jest taki, że to samospełniająca się przepowiednia: jeśli wierzymy, że na starość czeka nas wszystko, co najgorsze, to najprawdopodobniej tak będzie. Dlatego nie warto tej zmiany w myśleniu odkładać, myśleć: „Może swój pogląd na temat starości zrewiduję za 20 lat”, tylko lepiej zrobić to już teraz, bo to inwestycja w przyszłość.

I zauważyć, że starzejemy się od urodzenia.
Dokładnie tak. Proszę zwrócić uwagę na to, że nawet w języku widać, że mówimy o starzeniu się tak, jakby tylko ludzie starsi się starzeli, jakby to nie było coś, co dotyczy nas wszystkich. A przecież starzejemy się od dziecka.

Ale nie chodzi o to, żeby kult młodości zastąpić kultem starości?
O nie, nie! Proponuję przedefiniowanie słowa „starzenie się”, żeby inaczej się kojarzyło.

Czyli jak?
Jako naturalny proces, a nie katastrofa. Zbieranie materiałów do tej książki dało mi powody do optymizmu. Przekonałem się, jak wielu dojrzałych ludzi na świecie ma wspaniałe życie. Nie ma sensu bać się dojrzałości, ona przyjdzie. Ale możemy o nią zadbać już teraz. Więc wracając na koniec do pierwszego pytania – przyznaję pani rację: książka jest, oczywiście, dla wszystkich, ale gdybym musiał wybrać jedną grupę wiekową, to wybrałbym nie osoby starsze, tylko 20-, 30-latków.

Czy terapia, jaką było pisanie książki, zadziałała, zmieniła pana życie?
Nie była to terapia w stylu Woody’ego Allena rozciągnięta na 50 lat, zadziałała szybciej [śmiech]. Widzę wielki kontrast między mną sprzed tej książki, naprawdę przerażonym wizją starości, a mną dzisiaj. Jestem zadowolony ze swojego życia i ze swoich 52 lat.

 

Carl Honoré, brytyjski dziennikarz z kanadyjskimi korzeniami, pisarz, autor książek: „Pochwała powolności...”, „Pod presją...”, „Siła wieku...” (wszystkie wydane przez Drzewo Babel). Carl Honoré, brytyjski dziennikarz z kanadyjskimi korzeniami, pisarz, autor książek: „Pochwała powolności...”, „Pod presją...”, „Siła wieku...” (wszystkie wydane przez Drzewo Babel).