1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Zima jest moim przyjacielem

(Fot. Marlena Kluczyńska-Czernik)
Nie da się ukryć, że potrafi dać w kość. Ale też umie zachwycić. To surowa, a jednocześnie mądra nauczycielka życia. Oczywiście jeśli jesteśmy gotowi wysłuchać tego, co ma nam do przekazania. Zwłaszcza teraz, gdy się zaczyna.

Jestem z natury ciepłolubna, więc powinnam nie znosić zimna, bo jest dla mnie dokuczliwe, ale już kilka lat temu zauważyłam, że ja właściwie wyczekuję kolejnej zimy – wyznaje Alina Gutek, dziennikarka, szefowa działu psychologii w „Zwierciadle”. Dlaczego? Bo to jedyna pora roku, podczas której jej rodzina nie jest w rozjazdach i wszyscy mają wreszcie czas dla siebie. Lato u Gutków to czas niezwykle intensywny, ciągle gdzieś wyjeżdżają – a to na festiwale, a to na wakacje. – Uwielbiam to, kto zresztą by nie uwielbiał? Ale na dłuższą metę taki tryb życia jest męczący – mówi Alina. – Zdałam sobie sprawę, że podświadomie czekam na czas, kiedy będę mogła po takim lecie... wypocząć. Dłużej pospać, posiedzieć w domu, poczytać, porozmyślać. Zima powinna być moim wrogiem, a jest przyjacielem.

Bo – jak podkreśla – zimą jesteśmy razem, siedzimy pod ciepłym kocem, przytulamy się do siebie i pijemy hektolitry imbirowo-cytrynowo-pomarańczowych herbat. Może właśnie dlatego, że na zewnątrz jest zimno, ciągnie nas do tego ciepła w środku nas i wewnątrz domu. Wyhamowujemy. – Kiedyś żyłam do przodu, bardzo dużo planowałam, zimą już szykowałam się do lata. Poza tym nie lubiłam marznąć, nie cierpiałam tego ubierania się w kolejne warstwy przed wyjściem i zdejmowania ich po powrocie – zwłaszcza jak ma się małe dzieci, jest to bardzo czasochłonne. A teraz zimą zimuję. Hibernuję. Otłuszczam się. Dni zimowe są krótsze, nie chce się nam aż tylu rzeczy. Sama widzę, że jak czegoś nie zrobię rano lub do południa, to potem już nie mam na to kompletnie energii. I dobrze. Chodzę wcześniej spać, mam czas zadbać o siebie, moje życie towarzyskie skupia się na domownikach i grupie bliskich przyjaciół, pojawiają się też rozmaite rozmyślania – ale to nie jest nic, co byłoby dla mnie obciążające. Ja zimą ładuję się ciepłem i dobrą energią – podkreśla Alina.

(Fot. Marlena Kluczyńska-Czernik)

Bo kiedy już przestaniemy tęsknić za latem, zima może być naprawdę wspaniałą porą roku – wtóruje jej brytyjska pisarka Katherine May, autorka książki „Zimowanie. Moc odpoczynku i wyciszenia, kiedy wszystko idzie nie tak” (wyd. Znak Literanova). „To czas na refleksję i rekonwalescencję, na powolną odnowę, na doprowadzenie domu do porządku. Robienie tych wszystkich kompletnie niemodnych rzeczy – spowolnienie, danie sobie większej ilości wolnego czasu, zapewnienie sobie odpowiednio długiego snu, odpoczywanie – teraz staje się działaniem radykalnym, ale niezbędnym” – pisze.

Zima narzuca nam zupełnie inny tryb funkcjonowania. Tryb, w którym jesteśmy częściej i bardziej wewnątrz niż na zewnątrz. W dosłownym i metaforycznym znaczeniu. Zima domaga się od nas ostrożnego wydatkowania energii, odpuszczania, zostawania w domu, zamiast ciągłego ruchu i zmian. Niczym niektóre zwierzęta przechodzimy wtedy w stan spoczynku. Nic nam się nie chce, najchętniej byśmy tylko spali i jedli, a poranne wstanie z ciepłego łóżka, gdy za oknem ciemno i wilgotno, zakrawa wręcz na heroizm. Tym bardziej że w środku, pod pierzyną czy pod kocem, jest tak miło, tak rozkosznie, tak dobrze. „Zima to cichy dom oświetlony lampami, wyskoczenie do ogrodu, żeby w jasną noc zobaczyć gwiazdy, trzask ognia na kominku i towarzyszący mu zapach palonego drewna. Podgrzewanie wody w czajniku i szykowanie kubków gorzkiego kakao, gulasz wyczarowany z kości, na którym kluski unoszą się niczym chmurki. To spokojne czytanie i popołudniowy zmierzch z filmami. Grube skarpetki i ciepły sweter. Zima to czas bibliotek, stłumionego szelestu przeglądanych książek, zapachu starych kartek i kurzu” – czytamy u May.

Zmienia się świat dookoła nas, ale zmieniamy się też my. Nasza skóra staje się jaśniejsza, a włosy – bez stałego kontaktu ze słońcem – ciemnieją i – o zgrozo! – elektryzują się. Czyli stają dęba podczas każdego kontaktu z ciepłym swetrem czy czapką. Do tego kolana, łydki i pięty wysychają, a skórki przy paznokciach się zadzierają. No i ponieważ tak trudno nam się zebrać do jakiegokolwiek wysiłku fizycznego, powolutku obrastamy w tłuszczyk. Zaokrąglamy się i zaróżowiamy – od mrozu, ale i ciepłych napojów, które pijemy litrami (zwłaszcza jeśli mają w nazwie „rozgrzewający”, „piernikowy” czy „świąteczny”). Zużywamy też kilogramy balsamów do ust, kremów nawilżających do rąk i notorycznie gubimy rękawiczki (zawsze tylko jedną z pary). I co najzabawniejsze – robimy to dokładnie wszyscy. Albo prawie wszyscy.

Każdy czasem zimuje

Zima to także czas, kiedy przypominamy sobie częściej niż zwykle, że jest jakaś przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Ale – jak zauważa Katherine May – zima to też czas, kiedy śmierć podchodzi najbliżej; „kiedy wydaje się, że zimno może nas jednak dopaść pomimo wszystkich nowoczesnych wygód”.

To pora, gdy najbardziej tęsknimy za tymi, których straciliśmy, którzy odeszli i nigdy nie wrócą. Sezon duchów, ale też wskrzeszania wspomnień. Często sięgamy nimi aż do dzieciństwa: radosnych świąt, gwarnych kuligów, lepienia bałwana czy zjeżdżania na sankach z osiedlowej górki raz po raz, aż zrobiło się tak ciemno, że nie było już nic widać. Rozgrzewamy się tymi obrazkami wtedy, kiedy smutno nam na duszy.

Aga Kozak, dziennikarka, podcasterka, coacherka i nauczycielka dobrego życia, mówi, że zima nie bierze jeńców: człowiek po prostu musi o siebie zadbać, bo jeśli tego nie zrobi, to się na nim potem zemści.

Zima jest dla niej ważnym symbolem. Słabości, zamarcia, umierania, zamrożenia i spowolnienia. Czasu, w którym nie kwitniemy, ale hibernujemy. Godzimy się z tym, że nie mamy sił ani ochoty, by funkcjonować na pełnych obrotach. – Być może najtrafniejszą metaforą zimy jest po prostu starzenie się. Ale też choroba, macierzyństwo, złamane serce – czyli rzeczy, których w życiu nie planujemy ani nie wyczekujemy, ale które się dzieją, bo dziać się muszą. Bo tak jest skonstruowana natura tego świata – mówi.

„Każdy czasem zimuje” – pisze Katherine May. „Niektórym zdarza się to raz za razem. Zimowanie to spędzenie jakiegoś czasu w chłodzie. To jałowy okres w życiu, kiedy człowiek jest odcięty od świata, czuje się odrzucony, odstawiony na bok, zablokowany na drodze rozwoju lub zepchnięty do roli outsidera. Może być skutkiem choroby albo jakiegoś wydarzenia, takiego jak strata kogoś czy narodziny dziecka. Może też wynikać z doznanego upokorzenia lub porażki. A może jest się w jakimś okresie przejściowym i chwilowo spadło się w dziurę między światami”. Zimowanie – w jej ujęciu – jest zazwyczaj niedobrowolne, samotne i bardzo bolesne. A jednak jest również nieuniknione.

– To tak jak z oszczędzaniem – tłumaczy Aga. Nie przygotowuje się nas na to, że któregoś dnia może nam zabraknąć pieniędzy, dlatego warto by było zawczasu trochę ich odłożyć. A przecież w każdej chwili możemy stracić pracę czy – idąc dalej – kogoś bliskiego, to stały element naszego życia, czy tego chcemy, czy nie. Nie chcemy dopuścić do siebie myśli, że w każdej chwili możemy zachorować, ale też mieć dramatyczną zniżkę energii czy jakąś poważną awarię w domu, którą trzeba będzie się zająć. Lubimy mieć wszystko pod pozorną kontrolą.

(Fot. Marlena Kluczyńska-Czernik)
(Fot. Marlena Kluczyńska-Czernik)

Zimno – ciepło

– Są narody, które co roku przygotowują się do zimy. Nie z trwogą i przerażeniem, na zasadzie: Co to będzie? Co to będzie? Ale z pewną radością i pogodzeniem się z tym, że nadchodzi czas, kiedy będzie nam trochę trudniej niż zwykle i naprawdę inaczej – przypomina Aga Kozak. I dodaje, że to wielkie wyzwanie naszych czasów – pogodzić się z tym, że nie wszystko, co planujemy i o czym marzymy, się uda; że jednak nie wszystkiego dokonamy. I że ekstatyczna szczęśliwość zdarza się zazwyczaj rzadko.

Zima to także godzenie się z zimnem. – Mnie samej udało się to za sprawą kąpieli w lodzie i przygotowującej do niej metody oddechowej Wima Hofa, a wcześniej pewnie doświadczeń z sauną – też niełatwych na początku – i medytacją, gdy wytrzymujemy brak komfortu, starając się go nie oceniać – opowiada Aga. – Zanurzanie się w zimnej wodzie jest wspaniałą medytacją przez kontakt z ciałem, bo wymusza na nas ogromne skupienie na odczuciach z niego płynących. Tego samego uczy saunowanie. Kiedyś nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, że mogę wyjść z ciepłej sauny i od razu wytarzać się w śniegu. Uważałam, że jeśli nie muszę, to nie ma żadnego sensu doświadczać dyskomfortu, a nawet – jak wtedy uważałam – bólu. Powoli ten sens znajdowałam, aż znalazłam radość, ekstazę, wręcz orgazmiczne doznania.

(Fot. Marlena Kluczyńska-Czernik)

Dla Katherine May zima to akceptacja smutku. Pozwolenie sobie na odczuwanie go jako potrzeby. Zajęcie się nim, zrozumienie jego przyczyn, ale i uzdrowienie. „Obserwując zimę i naprawdę słuchając jej przekazów, uczymy się, że skutek często nie jest proporcjonalny do przyczyny, że maleńkie błędy mogą prowadzić do olbrzymich katastrof, że życie jest piekielnie niesprawiedliwe, ale toczy się dalej niezależnie od naszej zgody lub niezgody. Uczymy się przyjaźniej patrzeć na cudze kryzysy, bo tak często są omenami naszej przyszłości” – czytamy w „Zimowaniu”.

– Ta pora roku jest też nauczycielką wszystkiego, co wiąże się z mądrym i dobrym wymiarem hygge, duńskiego sposobu na pluchę, ciemność i zimno – czyli robienia sobie dobrze wtedy, gdy nie ma ku temu sprzyjających warunków – dodaje Aga. – Podoba mi się idea, by tak jak przed zimą zapełniamy spiżarnię zapasami i wyjmujemy z szafy ciepłe swetry, tak samo przygotować sobie psychologiczne, odpornościowe i duchowe zapasy na trudne okresy. Znaleźć własne sposoby na to, by siebie utulić i ukochać wtedy, kiedy jest nam źle, a na zewnątrz roztopy czy zawieja.

Ona na przykład od autorki „Zimowania” nauczyła się super­prostego, brzmiącego banalnie, a dającego mnóstwo otuchy sposobu – rano zapala świece, by rozgarnąć ciepłem mrok i nieprzyjazne zimno.

Polubić ciemność

– Gdybym miała powiedzieć, która pora roku jest moją ulubioną, nie umiałabym wybrać – mówi Alina. – Doceniam każdą z nich, bo w każdej widzę sens i logikę ich pojawiania się w naszej strefie klimatycznej. Na przykład zima nas hartuje, nie rozleniwia w błogostanie. Nie potrafiłabym chyba żyć w ciepłych krajach, na przykład w strefie okołorównikowej. Pamiętam, jak przez kilka tygodni mieszkałam na Uepi, jednej z Wysp Salomona. To był po prostu raj na Ziemi, a jednak brakowało mi zimy. Zmienność naszego klimatu ma wielką wagę.

Anija Miłuńska, filozofka i twórczyni tradycji kręgów kobiet w Polsce, jest także znaną propagatorką idei powrotu do naturalnej cykliczności. Mówi, że nasze nowoczesne czasy zupełnie ją zaburzają. Dzięki osiągnięciom cywilizacyjnym, jak: elektryczność, światłowód czy możliwość szybkiego przemieszczania się z miejsca na miejsce, zupełnie rozregulowujemy nie tylko cykl dobowy (podział na dzień i noc), lecz także miesięczny (związany choćby z fazami Księżyca) i roczny – czyli właśnie pór roku. W jednym z wykładów Anija mówi o tym, że coś, co kiedyś było naturalnym następstwem dnia, czyli noc, nauczyliśmy się traktować jak wroga. A jeszcze wcześniej – kulturowo – przywykliśmy łączyć światło z dobrem, a ciemność z siłami ciemności, czyli zła. – Tymczasem ciemność to cisza dla oczu, której potrzebujemy równie mocno jak ciszy dla uszu. Żyjemy ogłuszeni dźwiękami, ale i oślepieni światłem – mówi. A przecież dobowy tryb dnia i nocy przez wieki kształtował nasz genotyp. Wiele hormonów, jak melatonina czy somatotropina, nadal tworzy się w ludzkim ciele tylko w ciemności. Badania pokazują, że zaburzenia dobowe zakłócają też cykle miesięczne u kobiet. Dlatego Anija apeluje o polubienie ciemności, zanurzenie się w niej, potraktowanie jak przyjaciółki.

Tym bardziej że chłodne i ciemne zimowe noce pozwalają na głęboki sen, ale też długie i bogate w „zdarzenia” sny. Katherine May w jednym z rozdziałów swojej książki przywołuje dzieło historyka A. Rogera Ekircha, w którym czytamy, że przed rewolucją przemysłową normalne było dzielenie nocy na dwa okresy snu: „pierwszy” lub „martwy” sen, który trwał od wieczoru do wczesnego poranka, i „drugi” lub „ranny” sen, który doprowadzał śpiącego bezpiecznie do rana. Pomiędzy nimi była godzina lub więcej jawy, znana jako „czuwanie”, podczas której „rodziny wstawały, by się wypróżnić, palić tabakę, nawet odwiedzać bliskich sąsiadów. Inni kochali się, odmawiali modlitwy i [...] rozmyślali o swoich snach, co było istotnym źródłem otuchy i samoświadomości”.

Jak daleko odeszliśmy od takiego trybu funkcjonowania… Oczywiście pierwszy i drugi sen dotyczyły czasów, kiedy noce były naprawdę ciemne, a poza domem niebezpiecznie. Ubodzy musieli chodzić spać wcześnie, by oszczędzać kosztowne świece. Bogaci mieli już większy wybór: mogli psuć sobie wzrok przy lichym świetle knota lub zrobić to samo co biedniejsi. A może właśnie taką współczesną zimą warto choćby spróbować pospać przez jakiś czas tak, jak robili to nasi przodkowie?

(Fot. Marlena Kluczyńska-Czernik)

Jest pięknie

Podobno zawsze wyobrażamy sobie nasze dzieciństwo jako znacznie bardziej śnieżne, niż naprawdę było. „Śnieg wywołuje poczucie podziwu i respekt wobec potęgi większej niż nasza. Jest wcieleniem estetycznej koncepcji wzniosłości, w której wielkość i piękno się łączą, by całkowicie przytłoczyć ciebie – małego, słabego człowieczka” – pisze dalej Katherine May. I dodaje, że zaskakująca liczba powieści i bajek dzieje się wśród śniegu. Może właśnie dlatego jest on tak silnie wpisany w nasze dzieciństwo.

Ale też w śniegu jest jakaś magia, tajemnica. Pierwszy śnieg zawsze cieszy, niezależnie od tego, ile mamy lat; może też dlatego, że ostatnio – ze względu na ocieplenie klimatu – stał się zjawiskiem nieczęstym, więc tym bardziej wyczekiwanym. W prószącym śniegu jest obietnica zmiany, zapowiedź czegoś niesamowitego. Oczywiście śnieg jest rozrywką dla tych, którzy nie muszą się z nim zmagać, jak drogowcy czy ratownicy górscy. Ani dla tych, którzy w zaspach brną do pracy czy szkoły.

– Jako dziecko uwielbiałam zimę i chyba to uczucie się we mnie nie wypaliło. Związane to było zawsze ze spędzaniem czasu na świeżym powietrzu i na śniegu. Mimo zimna, chłodu, mimo krótszego dnia – zawsze budziła we mnie radość. A odkąd sprawiliśmy sobie z mężem psy, tej radości zimą jest jeszcze więcej – mówi Marlena Kluczyńska-Czernik, której zdjęcia zdobią ten materiał. Ma dwa border collie i jednego psa ze schroniska, który wygląda jak ich daleki krewniak. Wszystkie trzy wymagają dużo ruchu na świeżym powietrzu i uwielbiają wypady za miasto. Tak jak ona. – Jak mówią Skandynawowie, nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. Ja dodałabym do tego jeszcze termos z gorącym napojem. I można do woli cieszyć się spacerem – przekonuje.

Marlena próbowała już wielu zawodów, kończyła różne studia. Była architektem, architektem wnętrz, ale od początku ciągnęło ją do fotografii. Długo była tylko jej hobby i ucieczką od codziennej pracy. Kiedy jednak nastała era Instagrama, a ona założyła firmę produkującą rzeczy z drewna do domu, stała się wreszcie także jej zawodem. Mówi, że zima dla fotografa jest marzeniem, ale i wyzwaniem. – Lubię się otaczać bielą. Zima – jeśli jest śnieżna – jest więc dla mnie cudownym czasem – mówi. – Śnieg kojarzy mi się z przytulnością, wyciszeniem, spokojem. Pod śniegiem wszystko wygląda inaczej. Zwykły las staje się wtedy magiczną przestrzenią. Nie dziwię się, że w bajkach często zimą dzieją się niesamowite rzeczy. I że zimą właśnie czyta się dzieciom więcej bajek. Kocham też mróz i to, co potrafi wymalować na szybie lub jak przystraja trawy i drzewa. To jest coś przepięknego! Zimą w krajobrazie z pozoru nie dzieje się nic, nuda, a jednak świat okryty bielą niesamowicie uwydatnia detale i podkreśla kontrasty. Śnieg jest idealnym tłem. Ale też sam w sobie jest wart obserwowania, ma tyle odcieni, w zależności od pogody czy pory dnia, że niczym Innuici moglibyśmy ponadawać im odrębne nazwy.

Śnieg to też ładna metafora. Kołderki, pod którą śpi natura, gotowa do obudzenia się, skoro tylko przygrzeje słońce i zrobi się cieplej. „Rośliny i zwierzęta nie walczą z zimą, nie udają, że jej nie ma, i nie próbują żyć tak samo jak latem. Przygotowują się. Adaptują” – pisze Katherine May. One nie umierają, nie zamarzają, tylko ograniczają wydatkowanie energii. May zwraca uwagę na to, że nawet gdy liście opadają z drzew, zawiązki przyszłorocznych są już na miejscu, czekając na wiosenne obudzenie. Wydaje nam się, że widzimy szkielet drzewa, tymczasem ono żyje i czeka. Wszystko ma gotowe. Cicho trwa. Ale też nie eksploduje życiem na wiosnę. Powoli rozwija nowe liście, badając najpierw nasłonecznienie i temperaturę powietrza. I tego też moglibyśmy się nauczyć od natury; i od zimy.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze